Pod jednym oknem
Tamara przyjeżdża w Bieszczady tylko po rozmowę, lecz przeciekający dach i milczący Bastian burzą jej plan. Czy odważy się przestać ratować cudze relacje i zawalczyć o własne uczucie?
— Jeśli jeszcze raz powiesz, że zaraz będziemy, wysadzę cię przy najbliższym przystanku — oznajmiła Tamara do nawigacji.
Urządzenie nie odpowiedziało. Zamilkło za to radio, które od Sanoka próbowało zagłuszyć jej myśli piosenkami, do których nie znała słów. Ostatni zakręt wyprowadził ją na wąską drogę między mokrymi łąkami. Nad nimi, niżej niż zwykle, wisiały chmury. Tamara odruchowo poprawiła kolorową opaskę, która przytrzymywała jej czarne, mocno kręcone włosy, i zerknęła na siedzenie pasażera.
Leżała tam papierowa torba z kanapkami, termos i telefon. Kurtki nie było.
— No proszę. Człowiek wyjeżdża odpocząć od ludzi, a zapomina o czymś, co chroni go przed pogodą — powiedziała do siebie. — Bardzo konsekwentnie.
W Sanoku rano pachniało kawą i mokrym chodnikiem, a słońce prześwitywało przez chmury na tyle pewnie, że uznała kurtkę za zbędny kłopot. Teraz, kiedy wysiadła przed domkiem pod Wetliną, powietrze wpełzło jej pod rękawy cienkiego swetra. Szczypnęło w dłonie. Zatrzasnęła drzwi samochodu i przez chwilę stała, patrząc na drewniany budynek wciśnięty między skarpę a linię drzew. Z komina nie leciał dym. Na ganku stała para ubłoconych butów, a z uchylonego okna na parterze dobiegał cichy stuk młotka.
Bastian otworzył, zanim zdążyła zapukać.
— W Bieszczadach prognozę sprawdza się przed wyjazdem — powiedział, patrząc na jej gołe nadgarstki.
— Sprawdzałam. Była optymistyczna. Widocznie miała gorszy poranek niż ja.
Przez sekundę wyglądał, jakby zamierzał coś odpowiedzieć, ale tylko odwrócił się do wieszaka. Zdjął z niego swoją kurtkę i podał jej bez słowa.
Była na nią zdecydowanie za duża, ciężka i pachniała drewnem, mydłem oraz chłodnym powietrzem. Tamara wsunęła ręce w rękawy. Materiał opadł jej na dłonie.
— W sam raz — stwierdziła. — Mogę w niej schować całe swoje nieprzygotowanie.
— To by wymagało większej kieszeni.
Nie uśmiechnął się, ale kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie. Tamara znała tę oszczędność od lat. Znała też jego siostrę, Ilonę, na tyle dobrze, by nauczyć się rozpoznawać każdą przerwę w ich rozmowach, każde zdanie, które jedno z nich chciało przekazać drugiemu, ale nie potrafiło wypowiedzieć wprost.
— Przyjechałam, bo chciałam pogadać — zaczęła.
Bastian cofnął się, robiąc jej miejsce. W środku pachniało kawą, żywicą i czymś ostrym, może środkiem do czyszczenia drewna. Na stole leżał rozłożony zawias, obok niego śrubokręty i kubek z niedopitą herbatą. Przy ścianie stała odnowiona komoda, jeszcze bez uchwytów. Bastian wynajął domek na kilka dni, żeby odpocząć od ludzi i pracy przy meblach. W praktyce wyglądało na to, że zabrał pracę ze sobą.
— Najpierw pokażę ci, gdzie możesz powiesić tę kurtkę, zanim w niej zamieszkasz — powiedział.
— Nie wiem, czy właścicielka przewidziała dodatkowego lokatora.
— Właścicielka przewidziała wiele rzeczy. Na przykład, że okno dachowe jest szczelne.
Zatrzymał się w połowie schodów.
— Co masz na myśli?
Z góry dobiegło ciche kap, kap, kap. Bastian ruszył pierwszy. Poddasze było niewielkie, ze skośnymi ścianami i pojedynczym oknem połaciowym, przez które sączyło się blade światło. Woda spływała po drewnianej framudze, zbierała się na parapecie i kapała na podłogę. Obok stały pudła z jego narzędziami i kilka desek; jedna z nich nasiąkła już przy końcu.
— O — powiedziała Tamara.
— Właśnie tak.
Nie zapytał, czy może pomóc. Nie musiał. Podeszła do pudeł, chwyciła to najbliższe i uniosła. Było cięższe, niż wyglądało.
— Co w nim jest?
— Rzeczy, których nie chcę moczyć.
— To bardzo konkretna kategoria.
— Przydatna w tej chwili.
Przesunęli pudła pod przeciwległą ścianę, potem odciągnęli od okna skrzynię i zwinięty dywan. Tamara pracowała w za dużej kurtce, z rękawami zasłaniającymi palce. Kiedy się schyliła, włosy wysunęły się spod opaski i opadły jej na policzek. Bastian wyciągnął rękę, jakby chciał odsunąć mokry karton, ale zamiast tego podał jej kawałek starego ręcznika.
— Przyciśnij tutaj. Ja zadzwonię do właścicielki.
Tamara przyłożyła materiał do dolnej krawędzi okna. Drewno było zimne i śliskie. Bastian stanął przy schodach i wybrał numer. Rozmowa trwała krótko; mówił rzeczowo, bez podnoszenia głosu, choć na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka.
— Dziś wieczorem — powiedział, rozłączając się. — Właścicielka przyjedzie. Do tego czasu mamy nie robić niczego, co wymaga remontu.
— Czyli co? Patrzeć, jak kapie?
— Mniej więcej.
— Mogę przynajmniej poszukać wiadra.
Znalazła je pod zlewem, między płynem do naczyń a rolką worków na śmieci. Gdy wróciła na górę, Bastian przestawił już komodę i zabezpieczał krawędź mokrej podłogi ręcznikami. Ustawili wiadro pod przeciekiem. Pierwsza kropla uderzyła w metal z głośnym, niemal obraźliwym dźwiękiem.
— No — powiedziała Tamara. — Mamy muzykę.
— Nie każdy gust da się zaspokoić.
Tym razem się uśmiechnął. Krótko, jakby sam nie był pewien, czy chciał to zrobić. Jej serce odpowiedziało na ten widok z nieproporcjonalnym entuzjazmem. Tamara odwróciła się do okna i poprawiła ręcznik.
Na stoliku obok drzwi leżał telefon Bastiana. Ekran rozświetlił się, gdy nadeszła wiadomość. Tamara zobaczyła imię Ilony, zanim zdążyła odwrócić wzrok. Bastian odłożył telefon ekranem do dołu.
Przez lata Tamara przekazywała między nimi wiadomości, prośby i ostrożne pytania, jakby staranne dobranie słów mogło naprawić to, co pękło. Ilona nie spłaciła kredytu na czas. Bastian stracił oszczędności, które jej pożyczył, a potem także coś, czego nie dało się przelać z powrotem na konto. Tamara nie znała wszystkich szczegółów i nigdy nie pytała o te, których każde z nich pilnowało jak zamkniętych drzwi.
Wiedziała tylko, że nie chce już stać w progu z cudzymi słowami w rękach.
— Bastian, ja właśnie dlatego przyjechałam…
Z dachu dobiegł trzask. Nie głośny, ale dość nagły, by oboje spojrzeli w górę. Strużka wody spłynęła po ścianie obok okna, omijając ręcznik i kierując się prosto ku skrzyni, której jeszcze nie zdążyli przesunąć.
Ruszyli jednocześnie. Tamara chwyciła za jeden koniec, Bastian za drugi. Skrzynia zacięła się o nierówną deskę. Pociągnęli mocniej; wieko puściło i kilka drewnianych elementów rozsypało się na podłodze. Jedna z listew potoczyła się pod jego but, druga zatrzymała przy jej kolanie.
Ich dłonie spotkały się na krawędzi skrzyni.
Przez krótką chwilę żadne nie odsunęło swojej.
— Uważaj na rękę — powiedział Bastian ciszej niż wcześniej.
Tamara spojrzała na jego palce, zaciśnięte tuż obok jej własnych. Potem na wodę, która nie zamierzała czekać do wieczora.
— Najpierw uratujmy twoje rzeczy — odparła.
Nie dodała, że nie o wszystkie chodziło. I nie zapytała, czy może zostać. Bastian też nie powiedział, żeby jechała. Między nimi, pod dachem, który przeciekał coraz szybciej, pojawiła się praca na co najmniej kilka godzin.
Skrzynia w końcu odsunęła się od ściany, ale jedna z listew wypadła na podłogę i potoczyła się pod komodę. Tamara przykucnęła, żeby ją wyciągnąć. Bastian złapał ją za łokieć, zanim kolano trafiło w kałużę.
— Podłoga jest śliska.
— Zauważyłam. Ma bardzo bezpośredni sposób komunikacji.
Puścił ją dopiero, gdy stanęła pewnie. Jego palce przez chwilę zostały na jej rękawie, ciężkie i ciepłe, a potem cofnęły się bez pośpiechu. Tamara wsunęła listwę do skrzyni i zajęła się książkami ze stosu przy ścianie.
Przenosili je po kilka na suchą stronę poddasza. Bastian układał je na komodzie, ona podawała mu kolejne, odczytując tytuły z grzbietów. Deszcz bębnił o dach, a krople uderzały w wiadro w nierównym rytmie. Po jakimś czasie przestała liczyć, ile razy musiała wycierać dłonie o spodnie.
— Ten twój termos to już nie jest termos — powiedziała, gdy Bastian postawił go obok niej. — To wyposażenie człowieka przygotowanego na koniec świata.
— Koniec świata będzie chłodny. I prawdopodobnie bez kawy.
— Dobrze, że ktoś o tym pomyślał.
Nalał jej do kubka. Kawa była gorzka i mocna, ale ciepło rozeszło się po jej dłoniach, zanim zdążyła się napić. Bastian spojrzał na kolorową opaskę, która zsunęła jej się na czoło.
— Ta opaska ma więcej kolorów niż cały wynajęty domek.
— Domek nie powinien czuć się oceniany. Robi, co może.
— Woda też robi, co może.
— I dlatego nie będziemy jej kibicować.
Tym razem roześmiał się naprawdę, krótko, z głową pochyloną nad kubkiem. Ten dźwięk trafił w Tamarę mocniej, niż powinien. Odwróciła wzrok i sięgnęła po następny stos książek.
Kiedy przesunęli ostatnią skrzynię, Bastian podszedł do włącznika przy schodach, ale zatrzymał się, zanim go dotknął. Obejrzał ścianę, potem podłogę pod gniazdkiem.
— Nie będziemy sprawdzać instalacji ręką — powiedział. — Zadzwonię do właścicielki. Do czasu, aż przyjedzie, zostawimy ten obwód wyłączony.
Zszedł na dół i wrócił po chwili z informacją, że bezpiecznik od poddasza jest wyłączony. Nie próbowali niczego rozkręcać ani łatać. Rozstawili dodatkowe ręczniki, sprawdzili, czy woda nie przeszła pod ścianą, i zostawili właścicielce miejsce do obejrzenia przecieku. Praca miała swój rytm, a rytm — jak zawsze — pomagał Tamarze nie myśleć o tym, po co naprawdę przyjechała.
Dopiero gdy usiadła na podłodze przy komodzie, zauważyła, że Bastian osusza jej książkę. Tę z miękką okładką, którą pożyczyła mu poprzedniej zimy, kiedy skarżył się, że nie umie zasnąć. Trzymał między kartkami papierowe ręczniki, zmieniając je ostrożnie, żeby nie uszkodzić papieru.
— Myślałam, że nie przywiązujesz się do rzeczy — powiedziała.
— Nie przywiązuję.
— A książka?
— Jest pożyczona.
Przesunął kciukiem po spuchniętym brzegu okładki, jakby to wystarczało za wyjaśnienie. Tamara znała ten jego sposób: zbyć coś jednym zdaniem, zanim zdąży stać się ważne. Nie zapytała, czy chodzi o książkę, czy o nią.
Telefon Bastiana zawibrował na komodzie. Spojrzał na ekran. Imię Ilony pojawiło się między nimi, choć żadne z nich nie poruszyło się od razu.
— Możesz odebrać — powiedziała Tamara.
Przyjął połączenie i włączył głośnik, nie pytając jej o zdanie. Głos Ilony był cichy, napięty od ostrożności.
— Chciałam zapytać, czy nadal chcesz porozmawiać o pozostałej części długu. Nie musimy dzisiaj. Po prostu… nie wiem, czy mam jeszcze czekać.
Tamara poczuła, jak ciało samo układa jej odpowiedź. Znała ją na pamięć, tę, którą zwykle podawała dalej w łagodniejszej wersji, aż przestawała należeć do kogokolwiek.
— Ilona, nie przekażę tego pytania — powiedziała.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Tamara?
— Słyszałaś. Musicie sami zdecydować, czy chcecie ze sobą rozmawiać. Nie chcę już stać między wami z wiadomościami.
Bastian nie odwrócił wzroku. Jego twarz nie zdradzała złości, ale dłonie znieruchomiały na książce.
— Rozumiem — powiedziała Ilona po chwili. — Chyba. Odezwę się później.
Połączenie się urwało. Tamara odłożyła telefon ostrożnie, jakby to on mógł się potłuc.
— Nie odwracam się od niej — powiedziała. — Jest moją przyjaciółką. Ale nie chcę, żeby każda rozmowa z tobą zależała od tego, czy uda mi się przekonać cię do czegoś w sprawie Ilony.
Bastian oparł się biodrem o komodę.
— Nigdy nie prosiłem, żebyś ją przekonywała.
— Wiem. Sama zaczęłam. Bo łatwiej było być potrzebną, niż zapytać, czy w ogóle chcesz mnie obok.
Nie odpowiedział. Za oknem deszcz zaczął słabnąć, lecz na poddaszu wciąż pachniało mokrym drewnem. Tamara wstała, otrzepała spodnie z pyłu i spojrzała na niego.
— Jest jeszcze coś, co powinnam powiedzieć bez pośredników.
Bastian czekał.
— Od lat czuję do ciebie coś więcej. Nie mówię tego po to, żebyś porozmawiał z Iloną ani żebyś teraz coś obiecał. Po prostu nie chcę już udawać, że przyjechałam tylko dlatego, że się martwię.
Przez twarz Bastiana przemknęło coś, co mogło być bólem albo ulgą. Nie ruszył się, a jednak Tamara poczuła, jak zmienia się między nimi powietrze.
— Jesteś mi bliska — powiedział. — Bardziej, niż umiem teraz rozsądnie wyjaśnić. Ale nie potrafię obiecać ci związku. Ani tego, że skontaktuję się z Iloną.
— Nie prosiłam o żadną z tych obietnic.
— Wiem. — Opuścił wzrok na książkę. — Kiedy spłacałem za nią kredyt, mówiłem sobie, że tak robi się dla rodziny. Potem okazało się, że zacząłem ustępować, bo ją kochałem. I nie zauważyłem, kiedy przestałem mieć wybór. Boję się, że znowu pomylę miłość z obowiązkiem. Że jeśli kogoś wpuszczę blisko, oddam mu prawo do moich granic.
Tamara usłyszała w tym prawdę, nie wymówkę. To nie sprawiło, że zabolało mniej.
— Nie chcę, żebyś wybierał między mną a nią — powiedziała. — Ale nie chcę też być najbliższą osobą tylko wtedy, kiedy niczego nie potrzebuję.
Bastian otworzył usta, lecz w tej samej chwili na dole rozległo się pukanie. Właścicielka przyjechała. Zeszli razem, by pokazać jej przeciek i zabezpieczone poddasze. Kobieta obejrzała okno, pokręciła głową i zaczęła dzwonić po fachowca. Mówiła, że dziś mogą już tylko podstawić wiadro i poczekać, aż deszcz całkiem ustanie.
Tamara stała przy drzwiach wejściowych w za dużej kurtce Bastiana. Wsunęła dłonie w rękawy.
— Wrócę do Sanoka, kiedy skończycie tutaj — powiedziała. — Nie musisz mnie odprowadzać.
— Tamara…
Nie wiedziała, czy w jego głosie było coś, co chciała usłyszeć, czy tylko jej własna nadzieja. Nie chciała zostać, żeby sprawdzać.
Zdjęła kurtkę i zawiesiła ją na wieszaku. Został na niej zapach drewna, mydła i chłodnego powietrza. Gdy otworzyła drzwi, do środka wdarł się wilgotny, wieczorny chłód.
Za jej plecami Bastian nie powiedział, żeby została. Tamara wyszła na ganek, przekonana, że właśnie znów zrobiła to, co umiała najlepiej: zrozumiała cudzy lęk tak dokładnie, że zabrakło miejsca na własne pragnienie.
Na ganku zatrzymała się przy samochodzie, ale nie otworzyła drzwi. Deszcz osłabł, powietrze pachniało mokrą ziemią i dymem z czyjegoś komina. Z domu dobiegały głosy właścicielki i Bastiana, stłumione przez ściany. Mogła odjechać. Miała kluczyki w dłoni, torbę na tylnym siedzeniu i żadnego powodu, żeby zostać dłużej.
A jednak stała, patrząc na swoje odbicie w ciemnej szybie. Bez opaski włosy opadały jej na twarz. Przetarła policzek rękawem, choć nie było na nim deszczu.
Drzwi otworzyły się za jej plecami. Właścicielka wyszła z telefonem przy uchu, mówiąc, że fachowiec przyjedzie rano, a do tego czasu okno będzie osłonięte plandeką i deską. Nie wyglądała na zachwyconą, ale mówiła rzeczowo. Bastian trzymał w ręku złożony ręcznik, jakby dopiero co przypomniał sobie, po co zszedł na dół.
— Zabezpieczyliśmy, ile się dało — powiedział. — Rano przyjedzie dekarz.
Tamara skinęła głową. Nie dodała, że dobrze. Nie dlatego, że nie było dobrze, tylko dlatego, że nie chciała już robić z każdego jego zdania zaproszenia do rozmowy.
— Zbiorę swoje rzeczy — powiedziała.
Weszła do środka. Na wieszaku wisiała jego kurtka. Obok, na krześle, leżała jej torba z kanapkami, którą zdążyła zostawić na piętrze. Znalazła telefon, termos i klucze, po czym sprawdziła, czy nie zostawiła niczego w kuchni. Ruchy miała spokojne; tylko palce nie słuchały jej do końca, kiedy próbowała zapiąć torbę.
Bastian pojawił się w drzwiach z książką w dłoni. Okładka była lekko pofalowana, ale strony się nie skleiły. Papierowe ręczniki wystawały spomiędzy kartek jak zakładki.
— Udało się ją uratować — powiedział. — Pomyślałem, że powinnaś ją zabrać.
Przyjęła książkę. Pamiętała, jak pożyczyła mu ją zimą i jak później twierdził, że odda ją przy następnej okazji. Nie zapytała, ile razy czekał na tę okazję.
— Dziękuję.
Bastian nie odsunął się od drzwi. Z korytarza docierało stukanie właścicielki, która sprawdzała prowizoryczne zabezpieczenie. W kuchni zegar tykał głośniej niż wcześniej.
— Tamara, poczekaj chwilę. Nie po to, żebyś została. Chcę powiedzieć coś, zanim znowu wyjdziesz i ja będę udawał, że wystarczyło, że się pożegnaliśmy.
Nie odpowiedziała. Ułożyła książkę na torbie, nie odwracając wzroku.
— Przez lata czekałem na twoje wizyty — powiedział. — Wiedziałem, że przyjedziesz, czasem zanim jeszcze napisałaś. Kiedy byłaś tutaj, łatwiej mi było nie myśleć o tym, co się stało z Iloną. Łatwiej było też nie pytać, czego ty chcesz. Korzystałem z tego, że jesteś obok, jakby mój strach zwalniał mnie z odpowiedzialności za to, co ci daję. To nie było w porządku.
Jej dłonie zacisnęły się na pasku torby. Nie było w tym wyznaniu niczego, co mogłoby cofnąć minione lata, ale po raz pierwszy nie musiała sama tłumaczyć sobie jego ciszy.
— Sprawę długu załatwię z Iloną sam — ciągnął. — Jeśli będę chciał spróbować się z nią pogodzić, też do niej zadzwonię sam. Nie będę cię prosił, żebyś przekazywała wiadomości ani żebyś wybierała stronę. Nie wiem, jak to się skończy. Wiem tylko, że to nie może być twoja robota.
Wypuściła powietrze, którego nie zauważyła, że wstrzymuje.
— Dobrze.
— I nie proszę cię o dalszą cierpliwość dla mojego milczenia. — Zawahał się, ale tym razem nie uciekł wzrokiem. — Chcę cię zaprosić na randkę. W następną sobotę. W Sanoku. Możemy spotkać się na Rynku, zjeść coś, a potem pójść nad San, jeśli nie będzie lało. O siedemnastej?
Słowo „randka” zabrzmiało między nimi prosto i trochę nieporadnie. Tamara pomyślała o wszystkich latach, w których każde spotkanie można było nazwać przyjacielskim, bo to niczego nie wymagało. O tym, ile razy była blisko niego i wracała do domu z gotową wymówką dla jego braku odpowiedzi.
— Chcę spróbować — powiedziała. — Ale nie wrócę do roli osoby, która ma odgadywać, czy jesteś blisko, czy już uciekasz.
— Jeśli nie będę gotów na bliskość, powiem ci. Zamiast znikać.
— A jeśli nie będziesz wiedział, co powiedzieć?
— Powiem, że nie wiem. To też będzie lepsze niż cisza.
Nie uśmiechnęła się od razu. Nie chciała, żeby obietnica stała się nagrodą, którą dostaje za jego szczerość. Ale zobaczyła, że mówił z trudem, nie po to, żeby zatrzymać ją za wszelką cenę. Zostawiał jej miejsce na odpowiedź.
— Sobota, siedemnasta — potwierdziła. — Rynek. I nie każ mi czekać godzinę, bo będę miała prawo zamówić sobie deser bez ciebie.
— Rozsądne.
W kąciku jego ust pojawił się znajomy, oszczędny uśmiech. Tym razem nie odwróciła wzroku.
Właścicielka zawołała ich z góry, żeby sprawdzili, czy po przesunięciu plandeki woda nie przedostała się do środka. Tamara spojrzała na swoje rozpuszczone włosy, potem na krzesło, na którym leżała jej opaska.
— Zostawiłam ją na poddaszu.
— Pójdę z tobą — powiedział Bastian, a po chwili dodał: — Jeśli chcesz.
— Chcę.
Sięgnęła po kurtkę z wieszaka. Była za duża, rękawy znów zasłoniły jej palce. Wsunęła w nie dłonie, tym razem bez żartu. Bastian poczekał, aż zawiąże buty, i ruszyli po schodach obok siebie, nie dotykając się.
Na poddaszu wiadro stało już puste. Właścicielka poprawiła osłonę od zewnątrz i zamknęła okno na tyle, na ile pozwalała prowizoryczna deska. Przez szparę przy ramie wpadał chłodny zapach nocy. Tamara podniosła opaskę z parapetu. Kolorowy materiał był wilgotny na jednym końcu, ale dało się go wycisnąć.
Kiedy właścicielka zeszła na dół, zostali sami. Przez zabezpieczone okno widać było skrawek nieba, a na nim kilka wyraźnych gwiazd. Pod nimi dach lśnił od deszczu.
— Mogę cię pocałować? — zapytał Bastian.
Nie próbował zgadywać za nią. Nie wyciągnął ręki, zanim odpowiedziała.
Tamara spojrzała na niego, potem na jego kurtkę, która opadała jej na dłonie. Poczuła pod palcami szorstki materiał, znajomy zapach drewna i mydła. Przez cały dzień ta kurtka była pożyczonym ciepłem. Teraz nie musiała udawać, że nie wie, dlaczego chce ją zatrzymać jeszcze przez chwilę.
— Tak.
Pocałował ją ostrożnie, bez pośpiechu, dając jej czas, by sama przysunęła się bliżej. Położyła dłoń na jego ramieniu. W jego oddechu czuła napięcie, które nie zniknęło nagle, ale przestało nimi kierować. Kiedy się odsunęli, Bastian nie próbował zatrzymać jej obietnicą ani kolejnym pocałunkiem.
— Do soboty — powiedział.
— Do soboty.
Zeszli razem. Na dole Tamara pożegnała właścicielkę, podziękowała jej za zabezpieczenie okna i włożyła torbę do samochodu. Bastian stał przy ganku, z rękami w kieszeniach. Nie prosił, żeby została. Nie musiał.
W Sanoku, kiedy silnik zaskoczył, telefon zawibrował w uchwycie. Wiadomość od Bastiana była krótka: „Sobota, siedemnasta. Rynek. Tym razem zapisuję”.
Tamara odpisała: „Zapisz też deser”. Potem ruszyła w stronę domu.
Nie mieli planu na całe życie. Nie wiedzieli, czy Ilona i Bastian odnajdą drogę do rozmowy ani ile czasu zajmie im nauczenie się bliskości bez rachowania strat. Ale mieli umówioną sobotę i pierwszą od lat rozmowę, w której żadne nie schowało się za przyjaźnią. Tamara prowadziła własny samochód, z własnymi kluczami w kieszeni i jego ciepłem jeszcze na ustach. Po raz pierwszy nie musiała zgadywać, czy ma dokąd wrócić.