Niepogoda na tarasie
Po utracie pracy Eliza wraca sprzedać domek nad jeziorem, lecz poznaje Filipa — sąsiada, który nie obiecuje, że zostanie. Czy zdołają zaryzykować bliskość, nie znając wspólnej przyszłości?
O 15.42 Eliza zapaliła trzecią lampkę, choć w domku i tak nie było gdzie się schować przed szarością. Wpełzała przez okna od strony jeziora, osiadała na blacie kuchennym i wciskała się między szczeliny drewnianej podłogi. Za szybą wiatr szarpał nagimi gałęziami, a z rynny kapało miarowo na metalową beczkę. Piątek w Charzykowach pachniał mokrym drewnem i dymem z kominów.
Na ekranie laptopa otworzył się arkusz „Koszty utrzymania — domek”. Eliza poprawiła welurową frotkę, którą związała długie, ciemne włosy, i przesunęła palcem wzdłuż kolejnych wierszy: podatek, prąd, ubezpieczenie, naprawa dachu. Przy ostatniej pozycji zatrzymała się na dłużej. W sobotę mieli przyjechać pierwsi oglądający. Musiała wiedzieć, co powiedzieć, kiedy zapytają o wilgoć w schowku, krzywe drzwi do łazienki albo o to, czy domek nadaje się do całorocznego użytkowania.
— Tak, oczywiście, można tu mieszkać również zimą — powiedziała do pustego pokoju.
Zabrzmiało jak zdanie wyuczone na pamięć, więc spróbowała jeszcze raz, tym razem z uśmiechem. Uśmiech był gorszy.
Jeszcze w czwartek miała pracę, firmowy adres e-mail i wstępną zgodę banku na kredyt. W piątek rano, po krótkiej rozmowie z przełożoną, miała już tylko karton z rzeczami z biurka i dokument, w którym likwidację jej stanowiska opisano jako „zmianę struktury organizacyjnej”. Mieszkanie w Warszawie, które oglądała trzy razy, zniknęło z planu tak szybko, jakby nigdy nie zdążyła wyobrazić sobie w nim własnego stołu. Domek po babci miał być na przyszłość. Teraz przyszłość domagała się od niego ceny.
Eliza zamknęła arkusz. Nie dlatego, że skończyła. Nie chciała, by liczby patrzyły na nią w chwili, kiedy za oknem coś stuknęło.
Na tarasie, przy skrzynce elektrycznej, klęczał obcy mężczyzna. Jedną ręką przytrzymywał obluzowaną osłonę, drugą wkręcał śrubę. Miał ciemną kurtkę, mokre od mżawki włosy i skupienie człowieka, który nie zamierzał przerwać pracy tylko dlatego, że ktoś wyszedł na dwór.
— Przepraszam — powiedziała Eliza, stając w progu. — Co pan robi?
Mężczyzna podniósł głowę. Na moment spojrzał na nią, potem na wkrętarkę.
— Mocuję osłonę. Poluzowała się.
— Widzę. Pytam, dlaczego pan to robi.
Odłożył narzędzie na deski i wstał. Był od niej wyższy, ale nie próbował tego wykorzystywać; po prostu się wyprostował. Na rękawie miał ciemną plamę po deszczu.
— Z mojej posesji widać, jak się rusza na wietrze. A pod spodem są przewody.
— Czy zwykle naprawia pan cudze domy bez zaproszenia?
Kącik jego ust drgnął, nie całkiem w uśmiechu.
— Zwykle właściciele są wdzięczniejsi, kiedy robię to przed deszczem.
— Nie prosiłam o pomoc.
— Nie — powiedział bez urazy, otrzepując dłonie. — I nie zamierzam udawać, że to było rozsądne z mojej strony. Ale ta osłona mogła odpaść.
Eliza poczuła, że policzki robią jej się ciepłe. Może od chłodu, może od tego, że mówił spokojnie, przez co jej własny ton zabrzmiał ostrzej, niż planowała.
— Następnym razem proszę najpierw zapukać.
— Dobrze.
Nie dodał nic w rodzaju „nie ma za co”. Zabrał narzędzia i zszedł z tarasu, omijając kałużę przy schodku. Dopiero kiedy zamknęły się za nim furtka i cisza, Eliza zauważyła, że przez cały czas wstrzymywała oddech.
Wróciła do środka. Na stole telefon rozświetlił się powiadomieniem o nieodebranym połączeniu z nieznanego numeru, a pod nim wyświetliła się miniatura filmu. Nagranie z ubiegłego lata, niedokończone i zapomniane.
Dotknęła ekranu.
Najpierw pojawił się jasny taras, wibrujący od gorąca. Potem szum wiatru, gwałtowny i bliski, jakby ktoś otworzył drzwi do innego świata. Burza uderzyła w jezioro, deszcz zalał obiektyw, a zza kadru dobiegł jej własny śmiech — swobodny, głośny, bez cienia ostrożności.
„No i proszę, jednak zdążyłam przed deszczem!” — mówiła na nagraniu.
Eliza cofnęła film. Odtworzyła go jeszcze raz, ale tym razem nie spojrzała na taras. Patrzyła na ekran, na siebie sprzed kilku miesięcy, która wierzyła, że zdążenie przed deszczem jest czymś, co można zaplanować.
Wiatr uderzył w domek. Na zewnątrz osłona skrzynki stuknęła raz, potem drugi, ostrzej. Eliza odłożyła telefon i podeszła do okna. Mężczyzna z sąsiedniej posesji zniknął za domem. Przez chwilę rozważała, czy nie zadzwonić do elektryka. Wyszukała numer, spojrzała na godzinę i wyobraziła sobie, jak tłumaczy komuś przez telefon, że chodzi o kawałek plastiku, który sąsiad już próbował przykręcić.
Na tarasie osłona znów zadźwięczała. Eliza wciągnęła kurtkę, choć nie zapięła jej pod szyję, i wyszła na chłód.
Furtka sąsiada ustąpiła po lekkim pchnięciu. Jego podwórko było uporządkowane w sposób, który nie wyglądał na dekorację: drewno przykryte plandeką, narzędzia odłożone pod ścianą, pod daszkiem para ciężkich butów. Na ławce stał termos oblepiony wyblakłymi naklejkami ze stacji kolejowych. Drzwi domu otworzyły się, zanim zdążyła zapukać.
Mężczyzna stanął w progu z kubkiem w dłoni.
— Pomyślałem, że może jednak przyda się zaproszenie — powiedział.
— Przyszłam zapytać, co jeszcze powinnam naprawić przed sobotą. Zanim ktoś obejrzy domek.
Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, jakby sprawdzał, czy tym razem mówi poważnie. Potem odstawił kubek.
— To zależy. Chce pani listę rzeczy naprawdę zepsutych czy listę rzeczy, które kupujący mogą uznać za zepsute?
— Jest różnica?
— Czasem całkiem spora.
— A pan zna się na takich rzeczach?
— Na domach trochę. Na tym, co ludzie uznają za pilne, bywa różnie.
W jego głosie nie było pobłażania, tylko coś, co Eliza rozpoznała zbyt późno: ciekawość. Zza jej pleców doleciał z tarasu kolejny stuk osłony. Mężczyzna spojrzał w tamtą stronę, potem znów na nią.
— Filip — przedstawił się, wycierając dłoń o spodnie.
Eliza uścisnęła ją krótko. Jego palce były ciepłe mimo zimna.
— Eliza. I jeśli będzie pan pomagał, Filipie, proszę mi mówić, zanim pan zacznie.
— Umowa stoi — powiedział, sięgając po kurtkę. — Pokaże mi pani, od czego zaczynamy?
Wrócili razem przez furtkę. Kiedy Eliza przepuściła go przodem, Filip obejrzał się na nią z ledwie widocznym uśmiechem.
— Najpierw skrzynka — powiedział. — Potem sobotni eksperci.
— Nie nazywajmy ich tak, zanim zdążą wejść.
— Dobrze. Sobotni goście.
Na tarasie wiatr znów poruszył osłoną. Tym razem Eliza nie próbowała udawać, że nie słyszy.
Filip poprawił mocowanie i odsunął się od skrzynki. Osłona przestała stukać, ale wiatr nadal szarpał gałęziami nad tarasem.
— To nie znaczy, że jest po sprawie — powiedział. — Przydałby się elektryk, żeby sprawdził przewody. Znam jednego z Chojnic. Zadzwoni pani, jeśli będzie chciała.
Nie zapytał, czy ma zadzwonić za nią. Eliza doceniła to bardziej, niż zamierzała.
— A reszta? — Wskazała brodą deski tarasu. — Sobotni goście mogą się na nich zabić?
— Jeśli będą biegać w szpilkach, to może. Ale nie widzę tu niczego, co trzeba by naprawiać natychmiast. Tu — stuknął palcem w deskę przy schodku — jest luźna. Tę wymieniłbym przed sprzedażą. Wilgoć w schowku pokaże pani uczciwie. Nie ma sensu udawać, że jej nie ma.
— Właśnie miałam nadzieję, że powie pan: wystarczy otworzyć okno i postawić tam kwiatka.
— Kwiatka można postawić wszędzie. Nie każdy problem da się tak potraktować.
Powiedział to zwyczajnie, sprawdzając kolejną deskę. Eliza odwróciła wzrok, jakby nagle zainteresował ją ciemny ślad po wodzie przy progu.
Przez następne dwie godziny obeszli domek dookoła. Filip pokazał jej, gdzie spływa woda z rynny, i wyjaśnił, że przeciek przy schowku może być skutkiem zatkanego odpływu, a nie uszkodzonego dachu. Znał nazwiska fachowców i podawał je bez nacisku, zapisując numery na odwrocie paragonu wyjętego z kieszeni. Nie twierdził, że zna odpowiedź na wszystko. Kiedy nie był pewien, mówił to wprost.
— Pan tak po prostu pamięta, kto w okolicy robi porządnie? — spytała, kiedy wpisywała kolejny numer do telefonu.
— Nie. Mam listę w notesie.
— Oczywiście, że pan ma.
— A pani ma listę rzeczy do zrobienia przed sobotą, listę kosztów i zapewne listę rzeczy, których nie wolno zapomnieć przy robieniu zdjęć.
Eliza zawahała się o ułamek sekundy za długo.
Filip uniósł brwi.
— Jest na niej kolejność zapalania lampek — przyznała. — Światło na zdjęciach robi różnicę.
— Nie śmieję się. Podziwiam. Ja zwykle orientuję się, że czegoś nie zapisałem, kiedy już stoję na peronie.
— To brzmi jak koszmar.
— Dla pani pewnie tak.
— A dla pana?
— Zależy, czy pociąg jeszcze stoi.
Przy herbacie usiedli na tarasie, pod kocem, który Eliza znalazła w szafie. Deszcz na chwilę odpuścił. Jezioro było szare, prawie gładkie, a nad wodą wisiała mgła, przez którą po drugiej stronie ledwo było widać linię drzew. Filip trzymał kubek w obu dłoniach. Jego kurtka suszyła się na oparciu krzesła.
Eliza odnalazła w telefonie letnie nagranie. Tym razem włączyła je bez wahania. Na ekranie pojawił się rozpalony słońcem taras, potem grzmot i jej własny głos, śmiejący się w środku burzy.
— Brzmi, jakbyś była szczęśliwa — powiedział Filip.
— Albo jakbym właśnie odkryła, że domek nie został porwany przez wiatr.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Nie znasz mnie z tamtego czasu.
— To prawda. — Spojrzał na ekran, nie na nią. — Ale słyszę, że nie próbujesz brzmieć szczęśliwie.
Kciuk Elizy znieruchomiał na obudowie telefonu. W nagraniu jej śmiech mieszał się z deszczem, a przez moment znów mogła uwierzyć, że tamta dziewczyna jest blisko. Nie wiedziała tylko, co miałaby powiedzieć, gdyby się spotkały.
Telefon zawibrował na jej kolanie. Mama. Pod spodem wyświetliła się wiadomość: Oddzwoń, proszę. Martwimy się.
Eliza zablokowała ekran.
— Nie odbierasz? — spytał Filip.
— Nie.
Nie dodał nic. Właśnie dlatego poczuła, że musi powiedzieć więcej.
— Rodzice myślą, że wszystko idzie zgodnie z planem. Mieszkanie, kredyt, praca. Nie umiem im jeszcze powiedzieć, że straciłam pracę. — Przełknęła ślinę. — Wciąż brzmi, jakbym miała za chwilę poprawić to zdanie. Że to tylko chwilowe. Że już coś załatwiłam.
Filip przesunął kciukiem po wyszczerbionym brzegu kubka.
— Nie musisz dzwonić, zanim będziesz gotowa.
— Wiem. Tylko że im dłużej czekam, tym bardziej wygląda to na coś, co sama przed sobą ukrywam.
— Czasem człowiek najpierw musi usłyszeć to na głos. Nie po to, żeby było prawdziwe. Po prostu wtedy przestaje zajmować całe pomieszczenie.
Popatrzyła na niego. Znała ten rodzaj ostrożności. Nie był obojętnością; raczej ścieżką wydeptaną przez kogoś, kto już raz potknął się w tym samym miejscu.
— Mówi pan z doświadczenia?
Filip milczał chwilę. Za płotem zaszurały o siebie gałęzie.
— Po poprzednim związku obiecałem sobie, że nie będę obiecywał osiedlenia się, jeśli wiem, że tego nie chcę. Praca z ekipą pomiarową oznacza, że co jakiś czas jestem gdzie indziej. Lubię to. Nie chcę udawać przed kimś, że za pół roku będę miał ochotę wracać codziennie do tego samego mieszkania, jeśli sam tego nie wiem.
— A tamta osoba chciała, żebyś przestał jeździć?
— Chciała wiedzieć, że kiedyś przestanę. Ja mówiłem: może. I każde z nas słyszało w tym coś innego.
Eliza odstawiła kubek. Zrobiła to ostrożnie, jakby niewielki ruch mógł rozlać coś więcej niż herbatę.
— Brzmi znajomo — powiedziała. — Tyle że ja próbuję mieć wszystko zapisane wcześniej.
— Może dlatego dobrze się uzupełniamy.
— A może dlatego będziemy się doprowadzać do szału.
— To też możliwe.
Powiedział to z uśmiechem, ale nie odwrócił wzroku. Jej ręka leżała na kocu, blisko jego dłoni. Kiedy Filip sięgnął po kubek, knykciami musnął jej palce. Żadne z nich nie cofnęło ręki od razu.
Eliza poczuła ciepło jego skóry, potem własne serce, zbyt szybkie jak na siedzenie w miejscu. Filip przesunął się bliżej, ledwie o szerokość dłoni. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach. Przez krótką chwilę nie było w niej arkusza kosztów, sobotnich oglądających ani słów, których nie umiała powiedzieć rodzicom.
Potem przyszło pytanie, zanim zdążyła je zatrzymać.
— Mógłbyś wyobrazić sobie regularne życie w Warszawie?
Filip nie odsunął się, ale coś w jego twarzy stężało. Nie ze złości. Raczej z wysiłku, by nie odpowiedzieć tak, jak miałaby ochotę usłyszeć.
— Nie teraz — powiedział. — Nie chcę ci mówić czegoś tylko po to, żeby było nam łatwiej przez dzisiejszy wieczór.
Eliza skinęła głową. Jego szczerość nie była okrutna. Właśnie to bolało najbardziej.
Wstała i zebrała kubki. Filip podniósł się, by pomóc, ale pokręciła głową.
— Zostaw. Ja to zrobię.
W środku telefon znów rozświetlił się imieniem matki. Eliza nie odebrała. Otworzyła galerię, znalazła nagranie z burzą i przytrzymała palec na miniaturze, aż ekran zapytał, czy chce przenieść plik do ukrytego folderu. Zrobiła to. Nie chciała, żeby rano wyskoczył jej przypadkiem między zdjęciami schowka i krzywych drzwi.
Kiedy wróciła do salonu, Filip stał przy drzwiach, już w kurtce.
— Jutro przyjadą obejrzeć domek — powiedział. — Mogę nie przeszkadzać.
— To chyba najlepiej.
Zatrzymał się, jakby czekał, czy doda coś jeszcze. Eliza mogła powiedzieć, że nie jest zła. Mogła powiedzieć, że chciała go pocałować. Zamiast tego spojrzała na telefon, którego ekran zgasł w jej dłoni.
— W niedzielę najlepiej zakończmy tę znajomość — powiedziała.
Filip przez moment nie poruszył się wcale.
— Jeśli tego potrzebujesz.
Nie brzmiał urażony. Nie próbował jej przekonywać. Nie obiecał, że kiedyś będzie inaczej.
Eliza skinęła głową, choć nie wiedziała, czy odpowiada na jego słowa, czy na coś, czego nie powiedział. Filip wyszedł, zamykając za sobą drzwi cicho, bez trzasku.
Została sama z kubkami, których jeszcze nie umyła, i listą fachowców zapisaną na paragonie. Za oknem wiatr poruszył osłoną skrzynki. Tym razem nic nie stuknęło.
Eliza usiadła przy stole. Sobota miała być prosta: otworzyć drzwi, pokazać domek, odpowiedzieć na pytania. Potem wrócić do Warszawy i zacząć od liczb. Tyle że teraz wiedziała już, jak brzmi cisza po czyimś wyjściu, kiedy człowiek nie odchodzi dlatego, że przestał chcieć, tylko dlatego, że nie umie zabezpieczyć tego, czego chce.
Po wyjściu Filipa Eliza długo siedziała przy stole, z dłonią opartą na telefonie. Za oknem zrobiło się ciemno, a nad jeziorem wiatr przesuwał po wodzie krótkie, poszarpane fale. Nie włączyła lampki. W półmroku łatwiej było uwierzyć, że niczego nie musi rozstrzygać przed świtem.
Sobota minęła na przygotowaniach: Eliza zadzwoniła do jednego z fachowców, zrobiła zdjęcia domku i kilka razy poprawiała ustawienie lampek. Wieczorem, kiedy położyła się spać, wciąż nie wiedziała, co powie oglądającym ani co zrobi z własną przyszłością.
W niedzielny poranek obudził ją stuk rynny. Przez kilka sekund leżała nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, co ją czeka. Potem zobaczyła na krześle sweter przygotowany dla oglądających i wróciła do niedzieli.
Telefon zadzwonił, kiedy nalewała wodę do czajnika. Mama.
Eliza patrzyła na imię na ekranie, aż połączenie niemal się skończyło. Odebrała.
— Cześć, kochanie. Nie przeszkadzam? — Głos matki był ostrożny. — Wczoraj nie mogłyśmy się dodzwonić. Wszystko w porządku?
Eliza oparła biodro o blat. Czajnik kliknął, choć jeszcze nie zdążyła go włączyć.
— Nie wszystko. Straciłam pracę w piątek. Zlikwidowali moje stanowisko.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie ta, której się bała — ciężkiej, pełnej rozczarowania — tylko zwykła cisza kogoś, kto próbuje przyjąć wiadomość.
— Och, Eliza — powiedziała w końcu mama. — Dlaczego nam nie powiedziałaś?
— Chciałam najpierw wiedzieć, co dalej. Żeby nie dzwonić z samym problemem.
— A musisz mieć już gotowe rozwiązanie, żeby do nas zadzwonić?
Eliza spojrzała na arkusz kosztów otwarty na laptopie. W piątek liczby układały się w wyrok. Dziś nadal były liczbami, ale żadna z nich nie mogła odpowiedzieć za nią.
— Chyba tak myślałam.
— Tata jest obok. Chcesz z nim porozmawiać?
Chciała powiedzieć, że później, kiedy poukłada sobie fakty i zadzwoni z bardziej optymistyczną wersją. Zamiast tego przymknęła oczy.
— Tak.
Ojciec przejął telefon. Spytał, czy ma oszczędności, czy dostała odprawę, czy może zostać w domku, jeśli będzie musiała. Nie udawał, że zna odpowiedź na wszystko. Kiedy Eliza powiedziała, że nie wie, co zrobi z domkiem, nie próbował jej od tego odwodzić ani do niczego namawiać.
— To sprawdźmy po kolei — powiedział. — Nie musisz dziś podejmować decyzji na całe życie.
Po rozmowie Eliza stała chwilę przy kuchennym blacie. Na ekranie pojawiła się wiadomość od mamy: Zadzwoń wieczorem. Już bez znaku zapytania. Eliza odpisała: Zadzwonię. Potem nastawiła wodę i zrobiła herbatę, której nie wypiła do końca.
Oglądający przyjechali punktualnie. Para po czterdziestce, z córką w puchowej kurtce i psem, który od razu zainteresował się wycieraczką. Eliza oprowadzała ich po domku, pokazując małe pokoje, szafę w korytarzu i ślad wilgoci w schowku. Nie mówiła, że to nic takiego. Wyjaśniła, co Filip podejrzewał w sprawie odpływu, i zaznaczyła, że przed decyzją sprawdzi koszt naprawy.
Na tarasie mężczyzna z pary nacisnął stopą na luźną deskę. Zakołysała się pod jego ciężarem.
— Ta też wymaga wymiany — powiedziała Eliza. — Nie chcę jej przed państwem ukrywać.
Kobieta przykucnęła, obejrzała mocowanie, potem rozejrzała się po jeziorze. Jej córka stała przy balustradzie i próbowała wypatrzyć coś na drugim brzegu.
— Wrócimy do pani jutro, dobrze? — powiedział mężczyzna. — Musimy policzyć remont. Pani też proszę policzyć swoje.
Kiedy odjechali, Eliza nie poczuła ani ulgi, ani straty. Tylko zmęczenie, które osiadło w ramionach. Zamknęła drzwi, zebrała kubki i wróciła do arkusza. Dopisała koszt sprawdzenia rynny, wymiany deski i wizyty elektryka. Przy rubryce „sprzedaż” nie wpisała nic.
Po południu zauważyła, że furtka Filipa jest otwarta. Przez chwilę stała po swojej stronie płotu, z rękami w kieszeniach kurtki. Z jego podwórka dobiegał odgłos przesuwanej skrzynki. W domu paliło się światło.
Wiedziała, że w poniedziałek wyjeżdża do pracy. Wiedziała też, że jeśli teraz nie pójdzie, może znów uznać milczenie za rozsądniejsze od ryzyka.
Zapukała.
Filip otworzył po chwili. W przedpokoju stała spakowana torba, a na ławce leżały rękawice i termos z wyblakłymi naklejkami. Spojrzał na nią uważnie, bez zaskoczenia, ale też bez pewności, po co przyszła.
— Mogę? — spytała.
— Jasne.
Nie usiedli w domu. Wyszli na taras, gdzie deski były wilgotne od mżawki. Jezioro miało kolor ołowiu, a po drugiej stronie drzewa zlewały się z niskim niebem. Eliza pomyślała o nagraniu, które schowała w telefonie. Burza z tamtego lata została w nim razem z jej śmiechem. Nie musiała go odtwarzać, żeby wiedzieć, jak brzmiał.
— Powiedziałam rodzicom o pracy — zaczęła. — Nie mam jeszcze nowej ani planu, który da się ładnie opowiedzieć. Zwyczajnie im powiedziałam.
Filip skinął głową.
— I jak?
— Lepiej, niż sobie wyobrażałam. Nadal nie wiem, co zrobię z domkiem. Dziś pokazałam go ludziom. Powiedziałam o desce i wilgoci. Nie zdecydowałam się na sprzedaż tylko dlatego, że boję się poniedziałku.
— To brzmi jak dobry początek.
— Jest nim. — Eliza wzięła oddech. — Przyszłam też powiedzieć, że nie proszę cię o zmianę pracy. Ani o obietnicę, że kiedyś będziemy mieli wspólny adres. Nie wiem, czego będę potrzebować za pół roku. Ty też nie wiesz. Chcę sprawdzić, czy umiemy być dla siebie obecni, kiedy dzieli nas odległość i nie znamy zakończenia.
Filip opuścił wzrok na swoje dłonie. Przez moment obracał w palcach klucze, aż metal cicho zadźwięczał.
— Mówiłem sobie, że jestem uczciwy — powiedział. — Że nie obiecuję czegoś, czego nie mogę dać. To prawda. Ale używałem tego też jako wyjścia. Zanim ktoś zdążył uznać, że moje życie mu nie wystarcza, sam odsuwałem się pierwszy.
Eliza nie odpowiedziała od razu. Znała ten odruch w innej postaci: zamiast powiedzieć rodzicom, że się boi, czekała, aż będzie miała gotowe rozwiązanie. Każde z nich miało własny sposób, by nie stanąć przed kimś z pustymi rękami.
— Nie chcę, żebyś obiecywał więcej, niż możesz — powiedziała. — Chcę, żebyś mówił, kiedy nie możesz. I żebyś nie zakładał za mnie, że sobie nie poradzę z odpowiedzią.
Filip popatrzył na nią. W jego twarzy coś puściło, ledwie zauważalnie.
— Mogę przyjechać w następny weekend — powiedział. — Jeśli będziesz chciała. Mam zmianę do czwartku, potem powinienem wrócić w piątek wieczorem.
— Chcę.
— A jeśli któreś z nas zacznie się złościć, zamiast mówić, czego potrzebuje?
— To spróbujemy powiedzieć wcześniej. Zanim zrobi się z tego lista zarzutów.
Uśmiechnął się krótko.
— Ty pewnie zapiszesz tę zasadę.
— Już to zrobiłam w głowie.
Tym razem oboje się roześmiali, cicho, jakby nie chcieli spłoszyć chwili. Filip zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się na tyle blisko, by zostawić jej wybór. Eliza sama podniosła rękę i dotknęła jego rękawa. Materiał był chłodny od wilgoci.
Pocałował ją ostrożnie, najpierw jak pytanie. Kiedy odpowiedziała, jego dłoń przesunęła się na jej policzek. Eliza poczuła szorstkość jego palców i słony smak powietrza. Gumowa frotka nadal trzymała jej włosy, kilka pasm wymknęło się przy skroni. Nie poprawiła ich. Nie pomyślała o tym, jak wygląda ani co powinna zrobić potem.
Kiedy się odsunęli, Filip oparł czoło o jej czoło na krótką chwilę.
— Jutro wyjeżdżam wcześnie — powiedział.
— Wiem.
— Napiszę, kiedy dojadę.
— A ja zadzwonię wieczorem do rodziców. I jutro sprawdzę koszt napraw.
— Dobrze.
Wróciła do swojego domku, nie mając jeszcze odpowiedzi dla oglądających ani planu na poniedziałek. Miała za to wiadomość od mamy, listę fachowców zapisaną na paragonie i obietnicę Filipa, która nie udawała pewności. Przy drzwiach obejrzała się na jezioro. Wiatr marszczył jego powierzchnię, a taras czekał na naprawę.
Eliza weszła do środka i zapaliła lampkę nad stołem. Potem otworzyła arkusz. Nie po to, by znaleźć w nim gotowe życie, tylko żeby sprawdzić, co może zrobić jako następny krok. Tym razem nie musiała znać wszystkich kolejnych.