Miejsce na światło
Agata zaczyna nowe życie w Warszawie, a Wincenty nie chce ryzykować serca córki. Między nimi jest chemia, krzywy stół i pytanie, czy bliskość da się zmieścić w niepewnej przyszłości.
— Nie, pani mecenas, tego się nie da już odkręcić — powiedział mecenas Rybak, jakby odkręcanie czegokolwiek należało do jej obowiązków.
Agata odłożyła słuchawkę i przez chwilę patrzyła na ekran, na którym wciąż świecił numer klienta. W kancelarii zostały tylko ona, zapach przypalonej kawy i stos akt, który rano był dwa razy wyższy. Piątek przeciągał się w nieskończoność. W poniedziałek miała zacząć nową pracę w Warszawie, a do tego czasu musiała zamknąć sprawy, podpisać dokumenty, oddać klucze i przypomnieć sobie, gdzie schowała ładowarkę do telefonu.
Na ekranie samochodowej nawigacji pulsował adres na Widzewie. Stół kreślarski. Odbiór osobisty. Sprzedający zapewniał, że „nogi się odkręcają, tylko trzeba mieć klucz”. Agata uznała to za wystarczającą dokumentację techniczną.
Deszcz dopadł ją już za Dąbrową. Wycieraczki nie nadążały, ciężkie krople rozmazywały światła aut w żółte smugi, a na bocznych ulicach woda płynęła przy krawężnikach jak pochyłym chodnikiem. Kiedy wreszcie skręciła między garaże, ulewa nagle ustała. Został po niej mokry asfalt, parujące dachy i cisza przerywana kapaniem z rynien.
Nad szeregiem blaszanych bram rozciągnęła się podwójna tęcza. Intensywna, niemal bezczelna wśród szarych garaży: czerwień, zieleń, fiolet, a nad nimi druga, bledsza obręcz. Agata wysiadła, zamknęła drzwi biodrem i uniosła twarz do nieba. Wilgotne końce miodowych włosów przykleiły jej się do karku. W lusterku wstecznym widziała rozmazaną kreskę tuszu pod okiem i ślad pudru przy skroni. Starła go kciukiem, ale tylko rozmazała bardziej.
— No pięknie — mruknęła do siebie. — Mecenas na wypasie.
Numer garażu zgadzał się z wiadomością. Drzwi były uchylone. Ze środka dobiegł suchy, rytmiczny stuk, jakby ktoś uderzał drewnem o drewno. Agata zapukała w blachę.
— Jeśli po stół, to proszę wejść. Jeśli po cud, to nie prowadzę.
Mężczyzna stojący przy roboczym stole nawet nie podniósł głowy. Miał podwinięte rękawy ciemnej koszuli i dłonie pobrudzone czarną farbą. Na blacie przed nim leżała deska z wyciętym wzorem; obok wałek, słoiczek tuszu i kilka nożyków. W garażu pachniało mokrym betonem, olejem i czymś ostrym, żywicznym. Przy ścianie stała suszarka z arkuszami papieru, które poruszały się lekko w przeciągu.
— Po stół — odparła Agata. — Cudów nie wpisywałam w budżet.
Dopiero wtedy na nią spojrzał. Miał ciemne, uważne oczy i twarz człowieka, który z góry zakłada, że zaraz będzie musiał coś komuś tłumaczyć.
— Wincenty Górecki — przedstawił się krótko. — Stół jest tam.
Wskazał kątem głowy konstrukcję stojącą pod ścianą. Agata podeszła, uważając na rozłożone arkusze. Stół był cięższy, niż wyglądał na zdjęciach, z metalowymi nogami i szerokim, poobijanym blatem. Na powierzchni biegły drobne rysy, zacieki po tuszu i jasne ślady po czymś, co musiało długo stać w jednym miejscu.
— Mówił pan, że nogi się odkręcają — przypomniała.
— Mówiłem, że powinny.
— To nie brzmi jak to samo.
Wincenty wytarł dłonie w szmatę.
— Zanim zaczniemy, uprzedzę: cena jest ostateczna.
Agata odwróciła się do niego z uśmiechem, który zwykle wyciągała na klientów przekonanych, że są pierwszymi ludźmi w historii próbującymi negocjować.
— Najpierw musiałby pan mieć stół nadający się do wniesienia do mieszkania. Blat jest większy, niż wynikało z ogłoszenia.
— W ogłoszeniu jest zdjęcie.
— Na zdjęciu nie ma miarki.
— Ma pani telefon. Można było zapytać.
— Mogłam. Pan mógł zmierzyć.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Z zewnątrz dobiegło chlupnięcie przejeżdżającego auta, a potem kapanie wody z dachu. Wincenty opuścił wzrok na stół, jakby spór nie był wart jego dalszej uwagi.
— Dobra. Zobaczmy te nogi.
Przykucnęli po przeciwnych stronach. Agata zdjęła marynarkę, przerzuciła ją przez ramię, po czym odgarnęła włosy z twarzy. Pod stołem pachniało kurzem i chłodnym metalem. Wincenty przesunął dłonią po jednej ze śrub.
— Tę da się ruszyć — powiedział. — Druga…
— Nie wygląda zachęcająco.
— Jest zardzewiała.
— A pozostałe?
— Pozostałe mogą puścić. Ta nie.
Agata wsunęła paznokieć w szczelinę przy łbie śruby. Rdza osypała się na beton drobnymi płatkami. Próbowała obrócić ją palcami, ale ani drgnęła.
— Bez narzędzi się nie uda — stwierdził Wincenty. — A nawet z nimi nie będę pani obiecywał, że niczego nie uszkodzimy.
Powinna była powiedzieć, że trudno, rezygnuje. Miała jeszcze do spakowania pół mieszkania, a nową pracę zaczynała za trzy dni. Zamiast tego wyprostowała się i obejrzała blat. W mieszkaniu, które wynajęła w Warszawie, czekał na nią pusty kąt przy oknie. Pierwszy raz od lat miała urządzić go według własnego uznania. Bez pytań, czy naprawdę potrzebuje miejsca na coś, co przynosi jej tylko bałagan.
Przesunęła opuszkami po rysach. Przy jednym z brzegów ktoś wyrył ołówkiem ledwie widoczną linię, potem drugą, równoległą. Znaki po dawnej pracy. Blat nie był ładny, ale nosił ślady po czyichś rękach i pomysłach. Agata poczuła w piersi małe, nieoczekiwane ukłucie, jak przy spotkaniu z kimś, kogo nie widziało się od dawna.
— Mogę przyjechać rano — powiedziała. — Pożyczę narzędzia od koleżanki. Spróbujemy jeszcze raz.
Wincenty spojrzał na nią, tym razem dłużej. Za jego plecami, przy drzwiach garażu, wisiała mała kurtka przeciwdeszczowa z odblaskowymi paskami. Obok przyczepiono kartkę z dziecięcym rysunkiem: dom, trzy krzywe chmury i postać o bardzo długich nogach. Wincenty zerknął na zegarek, jakby przypomniał sobie o czymś, co miało konkretną godzinę i nie mogło czekać.
— Rano o dziewiątej — powiedział. — Nie wcześniej.
— Mam być wdzięczna czy mam się obrazić?
— Jak pani woli. Tylko proszę nie przyjeżdżać z samym śrubokrętem.
— Postaram się nie urazić pańskich standardów.
Kącik jego ust drgnął, ale nie zdążyła rozstrzygnąć, czy to był uśmiech. Wyjął z kieszeni telefon i zapisał coś na ekranie.
— Numer do mnie ma pani z ogłoszenia. Proszę napisać, kiedy będzie pani ruszać.
Agata skinęła głową. Gdy wychodziła, niebo nad garażami zdążyło już stracić tęczę, ale po mokrym dachu wciąż spływały krople, każda łapiąc na moment światło latarni. W samochodzie znów spojrzała na swoje odbicie. Tusz pod okiem nadal się nie poddawał.
Po raz pierwszy tego dnia nie próbowała go poprawić. Myślała o rysach na blacie, o sobotnim poranku i o mężczyźnie, który udawał, że nic go nie obchodzi, choć przy dziecięcej kurtce zawiesił telefon na haczyku tak starannie, jakby od tego zależało, czy ktoś zdąży wrócić do domu.
O dziewiątej Agata stała przed garażem z torbą narzędzi, której ciężar obijał jej kolano, i papierowym kubkiem kawy w dłoni. Wincenty otworzył, zanim zdążyła zapukać drugi raz.
— Widzę, że potraktowała pani zakaz śrubokręta poważnie.
— Mam klucz nasadowy, kombinerki i przekonanie, że tym razem pan się myli.
— Z tym ostatnim proszę uważać. Łatwo się przyzwyczaić.
W środku było chłodniej niż na dworze. Garaż pachniał farbą drukarską, metalem i mokrym drewnem. Wincenty miał na sobie tę samą ciemną koszulę co poprzedniego dnia, tylko rękawy podwinął wyżej. Na roboczym stole czekały dwa kubki. Jeden z nich, z odpryśniętym uchem, przesunął w jej stronę.
— Czarna. Nie wiedziałem, czy słodzi pani życie.
— Życie samo się tym zajmuje. Kawa bez cukru.
Najpierw zdjęli blat z nóg. Wincenty chwycił od swojej strony, Agata od swojej; drewno było ciężkie i chłodne, a przy podnoszeniu ich dłonie spotkały się na krawędzi. Cofnęła palce odrobinę za szybko. On nic nie powiedział, tylko poprawił chwyt.
— Raz, dwa…
— Trzy — dokończyła.
— Lubi pani wyprzedzać wydarzenia?
— Lubię wiedzieć, kiedy nastąpią.
Śruby stawiały opór. Agata trzymała latarkę, podczas gdy Wincenty pracował kluczem, a potem zamienili się miejscami, bo jej ręka lepiej mieściła się pod poprzeczką. Rdza sypała się na beton. Kiedy jedna ze śrub wreszcie puściła, oboje szarpnęli się w przeciwnych kierunkach i Agata oparła się dłonią o jego ramię.
Pod materiałem koszuli poczuła ciepło i napięcie mięśnia. Przez ułamek sekundy nie umiała zdecydować, czy ma się odsunąć, czy złapać go mocniej.
— Udało się — powiedziała w końcu.
— Śrubie czy nam?
— Nie rozpędzajmy się. Mamy jeszcze trzy.
Pracowali do południa. Wyszlifowali rdzę, oczyścili metal i nałożyli preparat, który miał zatrzymać jej powrót. Wincenty pokazał Agacie, jak prowadzić papier ścierny wzdłuż słojów, nie w poprzek. Kiedy źle przyłożyła dłoń, przykrył jej palce swoimi i poprowadził ruch. Został przy niej odrobinę dłużej, niż wymagała instrukcja. Agata skupiła wzrok na jasnym pasie drewna.
— Nie musi pani wszystkiego robić sama — powiedział.
— To zdanie bywa pułapką.
— Wiem. Ale czasem jest też prawdziwe.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego wyciągnęła z torby szkicownik, który zabrała, żeby nie zapomnieć, po co w ogóle chciała mieć stół. Na kartkach widniały kamienice z Bałut i Śródmieścia: wykusze, bramy, balkony, okna, których proporcje wciąż jej uciekały.
— To pani rysuje? — Wincenty wziął szkicownik, ale nie przewrócił strony bez pytania.
— Próbuję. Na co dzień jestem bezlitosna w negocjacjach, ale perspektywa potrafi mnie złamać.
Przyjrzał się rysunkowi kamienicy z ulicy Piotrkowskiej. Jedno okno było krzywe, gzyms wyglądał, jakby zaraz miał zsunąć się na chodnik.
— Ma charakter.
— Ma zaburzenia konstrukcyjne.
— To też rodzaj charakteru.
Uśmiechnęła się. Wincenty odłożył szkicownik ostrożnie, jakby był czymś delikatniejszym niż papier. Potem opowiedział, że sam robi grafiki głównie nocami, kiedy Inez już śpi. Ma jedenaście lat i potrafi rozpoznać po dźwięku, czy ojciec kroi linoleum, czy tylko udaje, że pracuje.
— Jest u mamy do popołudnia — dodał. — Mieliśmy dziś zamienić się sobotą.
Agata skinęła głową. Nie zapytała, jak wyglądały ich ustalenia. Przy kurtce wiszącej przy drzwiach zobaczyła dziecięcy rysunek z poprzedniego dnia; długonoga postać miała teraz w jej wyobraźni imię i głos.
— Ja planuję nawet odpoczynek — powiedziała. — W kalendarzu mam czas wolny, a potem czuję się winna, że go wykorzystuję.
— Kto panią tego nauczył?
Odłożyła papier ścierny. Drobny pył osiadł jej na nadgarstku.
— Były mąż. Nie robił niczego, co dobrze wygląda w zeznaniach. Po prostu z czasem zaczęłam pytać o zgodę na rzeczy, które kiedyś robiłam bez zastanowienia. Wyjście z koleżanką, kurs, nawet kupienie czegoś do mieszkania. Po rozwodzie zostało mi to pytanie. Jakby każda przyjemność musiała mieć akceptację.
Wincenty przesunął kciukiem po krawędzi blatu.
— A teraz pani pyta samą siebie?
— Czasami. Dzisiaj na przykład zapytałam, czy mogę kupić używany stół, który prawdopodobnie nie przeżyje przeprowadzki.
— I co pani odpowiedziała?
— Że spróbujemy.
Popatrzył na nią tak, jakby właśnie tę odpowiedź chciał usłyszeć, choć nie miał do niej żadnego prawa.
Po południu przyniósł z półki deskę z wyciętym wzorem. Pokazał jej, jak nałożyć tusz wałkiem, cienko i równo. Agata wybrała jedną ze swoich kamienic, przeniosła szkic na linoleum i zaczęła wycinać. Jej pierwsze okno wyszło zbyt szerokie, drugie miało ścianę grubszą od reszty, a narożnik budynku przypominał ząb.
— To nie jest konkurs na idealną kamienicę — powiedział Wincenty, gdy przygryzła wargę.
— Szkoda. Miałam nadzieję wygrać.
Wspólnie rozprowadzili tusz, położyli papier i docisnęli go wałkiem. Kiedy podniosła arkusz, odbitka była trochę krzywa. Jedna fasada pochylała się w prawo, a dach urywał w połowie.
Agata parsknęła śmiechem. Nie tym uprzejmym, którego używała w kancelarii, tylko krótkim, jasnym śmiechem, który wyrwał jej się z brzucha. Przytrzymała kartkę za rogi, żeby nie pobrudzić tuszem rękawów.
— Proszę. Pierwszy dowód, że dom może się chwiać i nadal stać.
Wincenty patrzył na nią, nie na odbitkę. Coś w jego twarzy zmiękło, jakby jej radość z tego nieudanego okna rozbroiła go skuteczniej niż wszystkie dotychczasowe żarty.
— Ładna jest — powiedział.
— Krzywa.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Później opowiedział o osobie, która kiedyś była blisko niego i Inez. Nie podał imienia. Powiedział tylko, że zniknęła z ich życia nagle, a córka długo pytała, czy zrobiła coś, przez co tamta osoba nie wróciła. Agata widziała, jak Wincenty wygładza dłonią tę samą plamkę na blacie, raz za razem.
— Od tamtej pory nie zaczynam znajomości, które mogłyby wejść do jej życia i równie łatwo z niego wyjść — powiedział. — Nie chcę, żeby znowu myślała, że to jej wina.
Agata nie powiedziała, że ona jest inna. Nie obiecała, że nie odejdzie. Nie miała prawa żądać od niego zaufania tylko dlatego, że sama go pragnęła.
— Rozumiem, dlaczego pan tak robi — odparła. — Nie znaczy to, że nie jest samotnie.
Nie zaprzeczył.
Wieczorem garaż przycichł. Na półkach schnęły odbitki, a stół, pozbawiony nóg, leżał na kozłach. Agata umyła ręce nad niewielkim zlewem. Wincenty podał jej ręcznik; jego palce musnęły jej nadgarstek. Tym razem żadne z nich nie udawało, że to przypadek. Kiedy odwróciła się do niego, stał blisko, tak blisko, że widziała cienką smugę czarnego tuszu przy jego kciuku.
— Jutro jadę do Warszawy — powiedziała. — W poniedziałek zaczynam pracę. Przeprowadzka jest już umówiona.
Jego ręka opadła.
— Myślałem, że jedzie pani w poniedziałek.
— W niedzielę przewożę rzeczy. Dzisiaj to ostatni wieczór w Łodzi.
Przez moment słyszała tylko kapanie wody z kranu. Wincenty odsunął się o krok.
— Nie chcę budować czegoś na obietnicach weekendów, nie wiedząc, czy starczy nam na to czasu. Inez potrzebuje stabilności.
Słowo „stabilności” zabrzmiało jak argument, z którym nie da się dyskutować, bo nie dotyczy jego, tylko dziecka. Agata poczuła, jak coś w niej zamyka się znajomym ruchem. Znowu miała udowodnić, że jej pragnienia są prawdziwe, zmieniając plan. Znowu ktoś mówił o uczuciu tak, jakby wymagało od niej porzucenia własnej drogi.
— Nie prosiłam pana o obietnice — powiedziała cicho.
— Wiem.
— I nie mogę obiecać, że zostanę w Łodzi. Nie chcę zaczynać od kłamstwa.
— Nie oczekuję tego.
A jednak stał już dalej, za bezpieczną linią między nimi. Agata wzięła płaszcz. Nie pokłócili się. Nie padło nic, co można by odwołać. To było gorsze: oboje mówili rozsądnie, każde z nich chroniło coś ważnego, a miejsce na nich dwoje znikało w środku tej ostrożności.
Na progu spojrzała na krzywą odbitkę leżącą na stole. Wincenty nie próbował jej zatrzymać. Kiedy wyszła, ciepło garażu zostało za plecami, a w dłoni wciąż czuła ślad jego dotyku, którego nie miała dokąd zabrać.
W samochodzie Agata położyła płaszcz na siedzeniu pasażera i przez kilka minut nie przekręcała kluczyka. Miasto budziło się w niedzielnym pośpiechu: ktoś ciągnął po chodniku walizkę, pod blokiem otwierał się kiosk, na mokrym asfalcie stały jeszcze ciemne kałuże po nocnym deszczu.
Wczoraj Wincenty nie powiedział jej, żeby zrezygnowała z pracy. Nie zażądał, by została w Łodzi ani by obiecała, że nigdy nie wyjedzie. Powiedział o stabilności Inez i odsunął się, zanim Agata zdążyła odpowiedzieć, co sama wybiera. A ona usłyszała w tym znajome żądanie, choć go tam nie było. Może dlatego, że łatwiej było się bronić, niż przyznać, jak bardzo chciała, żeby poprosił ją o jeszcze jeden dzień.
Nie mogła też oczekiwać, że po jednym wspólnym dniu i kilku godzinach przy stole zaufa jej w sprawie córki. Nie mogła dać mu gwarancji na przyszłą siebie. Nie chciała już ich składać — nikomu, nawet z miłości.
Uruchomiła silnik. Przed przeprowadzką miała odebrać stół, który przez noc sechł w garażu. Tego przynajmniej nie musiała sobie tłumaczyć.
Wincenty otworzył drzwi po pierwszym pukaniu. Miał na sobie bluzę, a na dłoni cienką smugę tuszu, której najwyraźniej nie zauważył. Za nim, na kozłach, leżał blat. Metalowe nogi stały obok, oczyszczone i zabezpieczone; śruby zebrano w małym słoiku. Na roboczym stole suszyły się grafiki. Krzywa odbitka Agaty leżała na wierzchu, przyciśnięta od góry czystą kartką, żeby jej nie zawinęło.
— Przyjechałam po stół — powiedziała.
— Wiem. Miał być gotowy.
Nie spytał, czy zmieniła zdanie. Nie zatrzymywał jej w progu. Ta powściągliwość ukłuła ją mocniej, niż powinna, ale tym razem nie zamieniła ukłucia w oskarżenie.
— Bus będzie za godzinę. Mam czas, żeby powiedzieć coś jeszcze, zanim go zabiorę.
Wincenty skinął głową. Przesunął dłonią po krawędzi blatu, jakby sprawdzał, czy preparat wysechł. Agata patrzyła na jego palce, na drobne czarne ślady, których nie dało się całkiem domyć.
— Chcę cię poznawać — powiedziała. — Nie wiem, jak będzie wyglądał następny miesiąc. Nie wiem, czy odległość okaże się łatwa, czy głupio trudna. Wiem, że w poniedziałek zaczynam pracę w Warszawie i nie chcę z niej rezygnować. Ale nie przyjechałam po to, żebyś mnie o to prosił.
Wincenty spuścił wzrok.
— Nie prosiłbym.
— Wiem. Wczoraj tylko przez chwilę pomyślałam, że może właśnie tego ode mnie oczekujesz. I zamknęłam się, zanim zdążyłam zapytać. Nie chcę składać obietnic w imieniu przyszłej siebie. Nie chcę też domagać się miejsca w życiu Inez, zanim w ogóle wiem, czy umiem znaleźć swoje miejsce obok ciebie.
Na dworze ktoś zatrzasnął samochód. Echo odbiło się od blaszanych garaży i szybko ucichło. Wincenty oparł obie dłonie o stół.
— Ja też cię nie zapytałem — powiedział. — Uznałem, że jeśli dopuszczę do siebie to, czego chcę, zaraz skrzywdzę Inez. Przez lata mówiłem sobie, że chronię ją przed kolejnym zniknięciem. Tylko że wczoraj zdecydowałem za ciebie, zanim w ogóle mogłaś wybrać. To nie była ochrona.
Przerwał. Nie szukał ładniejszych słów.
— Pomyliłem troskę o nią z zakazem własnego szczęścia — dodał. — I chyba z przyzwyczajeniem do tego, że łatwiej niczego nie zaczynać, niż potem tłumaczyć, dlaczego coś się skończyło.
Agata poczuła, jak napięcie w jej ramionach odrobinę puszcza. Nie wszystko. Wystarczająco, by wziąć spokojniejszy oddech.
— Co proponujesz? — zapytała.
Wincenty spojrzał na nią. Przez chwilę wyglądał, jakby to pytanie było trudniejsze od całej reszty.
— Spotkajmy się we wtorek. Sami. Bez wprowadzania cię do życia Inez, bez udawania, że od razu wiemy, dokąd to prowadzi. Mogę do ciebie zadzwonić. Pogadamy, a potem zobaczymy, kiedy uda nam się spotkać, jeśli praca, moje obowiązki i cała reszta pozwolą.
Nie było w tym wielkiego gestu ani pewności, że wszystko się ułoży. Było miejsce na odmowę, na zmianę planów, na prawdziwe życie. Właśnie dlatego propozycja kosztowała go więcej niż pocałunek.
Agata przysunęła kubek z kawą, który przyniosła ze sobą, i postawiła go na brzegu stołu. Nie zamierzała pić; potrzebowała czymś zająć ręce.
— We wtorek — powiedziała. — Zadzwoń.
Wincenty przytaknął. Opuścił wzrok na jej dłoń, a potem znów na twarz.
— Dobrze.
Nie pocałowali się od razu. Najpierw stali naprzeciwko siebie, trochę niepewni, jakby wcześniejsza bliskość nie zwalniała ich z pytania, czy teraz też jej chcą. Agata wyciągnęła rękę i dotknęła jego nadgarstka. Wincenty odwrócił dłoń, splótł palce z jej palcami i dopiero wtedy pochylił się ku niej.
Pocałunek był krótki, ostrożny. Przy otwartych drzwiach garażu chłodne powietrze musnęło jej kark, a z ulicy dobiegł szum przejeżdżającego autobusu. Wincenty nie przyciągnął jej do siebie mocniej, niż sama pozwoliła. Kiedy się odsunęli, nie próbował zamienić tej chwili w obietnicę.
— Wtorek — przypomniała.
— Wtorek.
Bus przyjechał punktualnie. Kierowca pomógł im wsunąć blat do środka, Wincenty podał jej nogi i słoik ze śrubami. Agata sprawdziła dwa razy, czy grafika nie leży między metalowymi elementami. Potem zawinęła ją w czysty papier i wsunęła do szkicownika.
W Warszawie mieszkanie pachniało kartonem, kurzem i świeżo umytą podłogą. W pokoju stały jeszcze nierozpakowane pudła, a przy oknie czekało puste miejsce. Agata podniosła jedną stronę blatu, kierowca drugą. Gdy stół stanął na nogach, zakołysał się lekko, po czym osiadł równo.
Przesunęła po nim palcami. Rysy, jasne linie po dawnej pracy i krzywizny, których nie dało się całkiem usunąć, zostały na swoim miejscu. Na blacie postawiła kubek, odsunęła go od krawędzi i otworzyła szkicownik.
Krzywa kamienica wypadła z papieru trochę nierówno. Jedno okno nadal było za szerokie, dach kończył się nagle, a cała fasada pochylała się w prawo. Agata wsunęła odbitkę między kartki, nie jako dowód, że wszystko się uda, tylko że znów potrafi zacząć.
Potem rozpakowała telefon, odnalazła numer Wincentego i zapisała go pod imieniem, bez nazwiska i bez żadnych dodatkowych obietnic. Do wtorku zostały dwa dni. Miała nową pracę, puste jeszcze półki i stół, który przejechał z nią do innego miasta. Tym razem nie musiała wiedzieć, co będzie dalej, żeby pozwolić sobie czekać na telefon.