Listy z sali gimnastycznej
Po zamknięciu księgarni Inez wraca do Siedlec, gdzie anonimowe listy i dawny znajomy burzą jej starannie pilnowany dystans. Czy odważy się pokazać mu, kim jest teraz?
— Nie ciągnij tej torby po schodach, bo urwiesz ucho — powiedziała matka, kiedy Inez wychodziła z domu.
Ucho wytrzymało. Pasek wrzynał się jej w ramię, a kartonowe pudełko z papierowymi girlandami podskakiwało przy każdym kroku, obijając się o biodro. Była siódma rano, chłód wciskał się pod kołnierz płaszcza, a droga do liceum pachniała wilgotną ziemią, mchem i dymem z komina, którego nie widziała zza rzędu drzew. W Siedlcach jesień umiała zaczynać dzień bez pytania, czy człowiek jest gotów.
Inez poprawiła wysoko spięte włosy. Gumka pociągnęła skórę, odsłaniając na karku drobny tatuaż: cienką gałązkę z trzema listkami. Zrobiła go w Warszawie, w dniu, w którym podpisała umowę najmu lokalu na księgarnię. Wtedy wydawało jej się, że wszystko, co ważne, zaczyna się od decyzji, a nie od rachunków.
Telefon zawibrował w kieszeni.
„Jesteś już w drodze? Mam dla ciebie najważniejszą misję: nie pozwól mi powiesić tych lampionów krzywo. G.”
Inez uśmiechnęła się do ekranu i odpisała kciukiem: „Jadę. Krzywizna to też styl”.
Gabriela Kłos, jej najlepsza przyjaciółka, organizowała bal absolwentów z rozmachem właściwym komuś, kto potrafił zamienić zwykłą sobotę w wydarzenie sezonu. Inez przyjechała jej pomóc. To była prawda. Prawda nie obejmowała jednak tego, że warszawska księgarnia, o której Gabriela wciąż mówiła z dumą, od trzech tygodni była zamknięta. Na szybie wisiała kartka z podziękowaniem dla klientów. Klucz leżał teraz w szufladzie w dawnym pokoju Inez, między rachunkiem za prąd a opaską na oczy, której nie używała od lat.
W nocy spała właśnie tam, na wąskim łóżku pod plakatem koncertu, na który nigdy nie pojechała. Matka nie zapytała, czy wróciła na dłużej. Zapytała tylko, czy chce herbaty. Inez odpowiedziała, że rano ma robotę.
Korytarz liceum był ciepły i pachniał mokrymi kurtkami, pastą do podłóg oraz drożdżówkami z automatu. Przy wejściu ustawiono stolik z białym obrusem, a na nim koszyk kopert i kartkę napisaną grubym markerem: „LISTY W CIEMNO. TEN SAM NUMER — TA SAMA PARA. WYMIEŃCIE SIĘ MYŚLAMI PRZEZ CAŁY DZIEŃ”.
— Gabriela wymyśliła? — spytała Inez, stawiając torbę na podłodze.
Dziewczyna w przypince z napisem „ORGANIZACJA” skinęła głową.
— Żeby ludzie się trochę wymieszali. Można się podpisać albo nie. Koperta z numerem, druga osoba ma taki sam. Listy wrzuca się tutaj.
Inez sięgnęła po jedną z kopert. Numer siedemnaście. Przez moment trzymała ją między palcami, jakby mogła wyczuć, kto jeszcze wybrał tę samą. Potem wsunęła ją do kieszeni płaszcza.
W sali gimnastycznej trwał już ruch. Ktoś rozwijał przedłużacz, ktoś inny wspinał się po drabinie, a Gabriela, z ołówkiem za uchem i telefonem przyciśniętym do ramienia, wydawała polecenia, które brzmiały jak uprzejme prośby tylko dla tych, którzy jej nie znali.
— Inez! Ratujesz mi życie — zawołała, kiedy ją zobaczyła. — Dekoracje przy scenie, a potem girlandy na wejściu. Pamiętasz, gdzie jest taśma?
— W miejscu, w którym ją położyłaś, kiedy mówiłaś, że na pewno jej nie zgubisz.
Gabriela parsknęła śmiechem i przytuliła ją krótko, uważając, by nie pobrudzić jej płaszcza farbą. Z bliska miała podkrążone oczy i na policzku ślad po brokacie.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała ciszej. — Naprawdę.
Inez chciała odpowiedzieć coś równie prostego. Zamiast tego schyliła się po pudełko.
Przez następne pół godziny rozplątywała przewody, podawała spinacze i przekonywała lampiony, by nie opadały na parkiet. Wtedy usłyszała za sobą spokojny głos:
— Inez, możesz zdjąć te światła przy reflektorze?
Odwróciła się. Mężczyzna stojący na drabinie miał ciemne, lekko wilgotne włosy i rękawy podwinięte do łokci. Rozpoznała go po chwili, choć twarz wydawała się starsza, niż pamiętała.
— Leon?
— Cześć.
Młodszy brat Gabrieli. Dawniej cichy chłopak kręcący się na obrzeżach ich szkolnych spotkań, zwykle z książką albo kubkiem herbaty, kiedy reszta mówiła za głośno. Teraz nie wyglądał na kogoś, kto potrzebuje pozwolenia, by zajmować miejsce. Miał przypiętą do paska krótkofalówkę, a na dłoni ślad po czarnej taśmie.
— Pracuję przy wydarzeniach w domu kultury — wyjaśnił, zauważając jej spojrzenie. — Gabriela poprosiła, żebym ogarnął światło.
— A ja mam zdjąć dekoracje?
— Te konkretne, tak. Są za blisko reflektora. Jak się nagrzeje, papier może się zająć.
Inez spojrzała w górę. Girlanda wisiała tuż przy metalowej obudowie, niewinna i lekka.
— Przecież reflektor jeszcze nie jest włączony.
— Wiem. Dlatego mówię teraz, zanim będzie.
Nie podniósł głosu ani nie uśmiechnął się tak, żeby złagodzić własne zdanie. Po prostu czekał, opierając dłoń o szczebel drabiny. Inez poczuła znajome ukłucie — irytację na samą siebie za to, że odruchowo potraktowała ostrzeżenie jak krytykę.
— Dobrze. Pokaż, gdzie je przenieść.
Zamiast zejść, Leon wskazał wolny odcinek ściany za sceną. Inez podała mu koniec girlandy, a on odpiął ją ostrożnie, pilnując, by nie szarpnąć papieru. Pracowali bez zbędnych słów: ona trzymała taśmę, on mierzył odległość; ona cofnęła się o krok, on poprosił, żeby jeszcze trochę w lewo. Kiedy lampiony zawisły w nowym miejscu, sala wyglądała tak, jakby od początku właśnie tam miały być.
— Lepiej — powiedział Leon.
— Wiem. Możesz to powtórzyć, jeśli chcesz.
Uniósł kącik ust.
— Wolę zostawić ci satysfakcję.
Nie było w tym flirtu, a jednak coś w jego głosie sprawiło, że Inez poczuła ciepło pod kołnierzem. Odwróciła się pierwsza, tłumacząc sobie, że w sali zrobiło się duszno.
Przy stoliku z listami wyjęła kopertę numer siedemnaście. Na kartce napisała: „Nie wiem, jak wejść do sali pełnej ludzi, którzy pamiętają mnie jako dziewczynę z wielkimi planami. Nie chcę, żeby zobaczyli, że nie wszystkie się udały”.
Zawahała się, po czym złożyła papier na pół i wrzuciła go do koszyka.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewała. Kiedy wróciła po taśmę, koperta leżała już na stoliku, wsunięta pod jej płaszcz. W środku znalazła krótką wiadomość: „Co powiedziałabyś przyjaciółce, gdyby napisała ci dokładnie to samo?”.
Inez przeczytała zdanie raz, potem drugi. Nie było pocieszenia ani łatwej obietnicy, że wszystko będzie dobrze. Było pytanie, na które nie potrafiła odpowiedzieć równie szybko, jak potrafiła doradzać innym.
Złożyła list i schowała go do kieszeni. Miała właśnie wrócić do dekoracji, kiedy Leon podszedł do niej z rolką taśmy w dłoni.
— Potrzebuję jeszcze jednej pary rąk przy wejściu — powiedział. — Jeśli zostawimy tamte lampiony, Gabriela powiesi je nad grzejnikiem.
— Czyli ratujemy je przed nią?
— Od rana próbuję.
Inez spojrzała na otwarte drzwi sali, za którymi korytarz wypełniał się kolejnymi gośćmi. Wsunęła kopertę głębiej do kieszeni i sięgnęła po taśmę.
— Prowadź.
Tym razem, kiedy ruszyli razem ku wejściu, Leon zwolnił krok, żeby zrównać się z nią. A w kieszeni płaszcza papier zaszeleścił cicho, jakby ktoś już czekał na jej odpowiedź.
Korytarz zwężał się przy wejściu do sali, więc musieli iść obok siebie niemal ramię w ramię. Leon trzymał rolkę taśmy, Inez — plątaninę przewodów. Co chwilę ktoś przeciskał się między nimi, ktoś wołał Gabrielę, a z sali dobiegał zgrzyt przesuwanych krzeseł.
— Masz listę? — spytała Inez.
Leon uniósł telefon.
— Mam.
— Oczywiście, że masz.
— To bardzo przydatny wynalazek. Polecam.
— Ja mam pamięć i kawałek taśmy. Wystarczyło mi przez całe życie.
— I dlatego dekoracja prawie dotknęła reflektora.
— Nie prawie. Miała do niego artystyczny dystans.
Roześmiał się, krótko, zaskakująco swobodnie. Inez obejrzała się na niego, nim zdążyła sobie przypomnieć, że nie powinna szukać w jego twarzy czegoś więcej niż rozbawienia. W liceum Leon rzadko się odzywał. Teraz żartował, jakby przez lata ćwiczył w ciszy, a ona dopiero dziś dostała zaproszenie na pokaz.
Przy wejściu odsunęli stolik z napojami od grzejnika, potem przestawili dwa rzędy krzeseł. Leon sprawdzał odstępy, Inez podawała mu krzesła i komentowała każdy kolejny pomiar.
— To bal absolwentów, nie kontrola graniczna — powiedziała, gdy po raz trzeci poprawiał ustawienie jednego rzędu.
— Jeśli ludzie nie będą mogli przejść, uznają, że źle zorganizowaliśmy bal.
— A jeśli krzesła będą nierówne, uznają, że mają charakter.
— W twojej księgarni też tak układałaś regały?
Pytanie było rzucone lekko, bez nacisku. Mimo to dłoń Inez zacisnęła się na oparciu krzesła.
— W księgarni pozwalałam książkom stać krzywo. Miały własne zdanie.
Leon spojrzał na nią uważnie, jakby usłyszał coś, czego ona nie zamierzała powiedzieć. Nie dopytał. Zamiast tego wskazał lampki przy scenie.
— Te trzeba sprawdzić. Możesz podać mi tę skrzynkę?
Pracowali dalej. Jedna z lampek pękła, kiedy Leon wyjmował ją z oprawki. Inez odruchowo chciała sięgnąć po odłamek, ale chwycił ją lekko za nadgarstek.
— Poczekaj.
Jego palce były ciepłe. Puścił ją natychmiast, gdy tylko się zatrzymała, i zebrał szkło kawałkiem kartonu. Zepsutą lampkę odłożył do osobnego pudełka, a potem przykrył je pokrywką.
— Żeby nikt się nie skaleczył — wyjaśnił.
— Wiem.
— Właśnie widziałem, jak chciałaś ją podnieść.
— Lubię mieć wszystko pod kontrolą.
— Zauważyłem.
Powiedział to bez kpiny. Inez poczuła, że woli, kiedy się z niej droczy. Jego łagodność zostawiała mniej miejsca na zasłonę dymną.
Kopertę siedemnaście znalazła przy stoliku, kiedy wracała po nożyczki. Odpowiedź była krótka: „Przyjaciółce powiedziałabyś pewnie, że zamknięcie księgarni nie odbiera jej prawa do następnego pomysłu. Czy umiesz powiedzieć to sobie?”.
Przeczytała dwa razy. Potem napisała na odwrocie kartki: „Zamknęłam księgarnię. Nie na tydzień, nie na chwilę. Naprawdę. Najbardziej boję się, że zawiodłam Gabrielę, bo wierzyła we mnie, kiedy ja sama już nie umiałam”.
Złożyła papier i wrzuciła go do koszyka. Kiedy podniosła wzrok, Leon stał przy drabinie i sprawdzał wtyczkę.
— Coś się stało? — spytał.
— Nie. Tylko zapomniałam, że nożyczki są w kieszeni.
Wyjęła je, demonstracyjnie pokazując mu ostrza. Uśmiechnął się, ale nie zapytał, czemu na chwilę zamilkła.
Przez następne godziny wymieniali się listami i zadaniami. Inez poprawiała obrusy, Leon podłączał reflektory; ona znosiła kartony, on przesuwał stoły. Kilka razy ich dłonie spotkały się na rolce taśmy albo przy przewodach. Za każdym razem Inez wracała do pracy odrobinę za szybko.
W jednym z listów jej korespondent napisał: „Łatwo być dla kogoś bezpiecznym człowiekiem na jeden wieczór. Trudniej poprosić, żeby został następnego dnia”.
Przez chwilę trzymała kartkę nieruchomo. W sali ktoś testował mikrofon, który zapiszczał ostrym dźwiękiem. Gabriela zawołała, że za godzinę wpuszczają gości. Inez schowała list do kieszeni, ale zdanie zostało z nią dłużej niż hałas.
— Od dawna robisz techniczną stronę takich wydarzeń? — spytała później, kiedy Leon sprawdzał światła nad sceną.
— Od kilku lat. Najpierw pomagałem w domu kultury, potem zostałem na stałe. Festiwale, koncerty, czasem szkolne bale, jeśli ktoś mnie odpowiednio długo prosi.
— Czyli masz swoje życie tutaj.
— Mam. Pracę, ludzi, których lubię, mieszkanie, w którym nic nie cieknie. — Spojrzał na nią z uśmiechem. — To ostatnie brzmi mało romantycznie, ale po dwóch przeprowadzkach zaczyna się doceniać.
— Nie myślisz o wyjeździe?
— Czasem myślę o miejscach. To nie zawsze znaczy, że chcę do nich jechać.
Zazdrościła mu tej zwyczajnej pewności. Nie wielkiego sukcesu ani planu rozpisanego na lata, tylko tego, że mógł wymienić swoje życie bez przepraszania za nie. Przy nim jej powrót do Siedlec zaczynał wyglądać nie jak przerwa, lecz jak odpowiedź, której nie chciała jeszcze udzielić.
Przed rozpoczęciem balu sala wreszcie była gotowa. Lampiony wisiały z dala od reflektorów, krzesła stały równo, a na stoliku przy wejściu czekały koperty. Inez wróciła po swoją, bo obiecała sobie przeczytać odpowiedź, zanim przyjdą goście. Zastała Leona przy koszyku. Trzymał w dłoni kartkę z numerem siedemnaście.
— To ty — powiedziała.
Nie było w tym pytania. Rozpoznała jego pismo, pochylone litery, staranny odstęp między zdaniami. Leon nie próbował się wypierać.
— Tak.
— Wiedziałeś, że to ja?
— Nie. Dopiero kiedy napisałaś o Gabrieli, zacząłem się domyślać. Nie chciałem zgadywać.
Wzięła od niego kartkę. Ich palce otarły się o siebie, a ona cofnęła dłoń, jakby dotknęła czegoś gorącego.
— Napisałeś, że trudno poprosić, żeby ktoś został następnego dnia.
— Napisałem.
— Dlaczego?
Leon przez moment patrzył na nią, nie na list.
— Bo wiem, jak to jest mieć nadzieję, że ktoś wybierze zostać, i nie umieć tego powiedzieć. — Opuścił głos. — Nie musisz mi niczego wyjaśniać. Ani o księgarni, ani o tym, czemu wróciłaś.
Inez poczuła, jak pod jego spokojem otwiera się przestrzeń, do której mogłaby wejść. To właśnie ją przestraszyło. Ten człowiek znał Gabrielę, znał jej dawną wersję, tę z wielkimi planami i pewnym głosem. Mógł pamiętać ją lepiej, niż ona chciała pamiętać samą siebie.
— Porozmawiamy po balu? — spytał.
Z korytarza dobiegły pierwsze głosy gości. Ktoś śmiał się głośno, ktoś wołał Gabrielę. Inez spojrzała na list w swojej dłoni. Wydawało jej się, że w tych kilku zdaniach oddała komuś więcej, niż zamierzała.
— Nie umiem dziś znieść spojrzenia kogoś, przed kim nie mogę już ukryć żadnej wersji swojego życia.
Leon przyjął te słowa bez ruchu. Nie próbował jej zatrzymać ani naprawić zdania pocieszeniem.
— Rozumiem — powiedział w końcu. — Uszanuję to.
Inez skinęła głową, wdzięczna i zraniona jednocześnie.
— Ale nie chcę, żebyśmy wracali do udawania obcych — dodał.
Nie odpowiedziała. Minęła go i ruszyła w stronę sali, gdzie Gabriela machała do niej znad wejścia. Za plecami usłyszała, jak Leon odkłada kopertę na stolik.
Anonimowość skończyła się w jednej chwili. Inez nie wiedziała, czy to, co między nimi powstało, było odwagą, czy tylko bezpiecznym miejscem, z którego właśnie uciekła. Wiedziała jedynie, że kiedy weszła w światło sali, Leon już na nią nie patrzył.
Inez weszła w światło sali, ale nie potrafiła od razu dołączyć do gości. Muzyka była za głośna, rozmowy za blisko, a papierowa koperta z numerem siedemnaście ciążyła jej w kieszeni, choć ważyła niewiele. Gabriela zobaczyła ją znad stołu z napojami i wskazała głową korytarz.
— Chodź na chwilę. Zanim ktoś poprosi mnie o przemówienie albo o przedłużacz.
Usiadły na ławce pod tablicą ogłoszeń. Przez uchylone drzwi wpadał bas, który drżał w drewnianym siedzisku. Gabriela zdjęła z nadgarstka gumkę i zebrała włosy, a potem spojrzała na Inez tak, jak patrzyła na nią zawsze, kiedy nie zamierzała przyjąć pierwszej, najłatwiejszej odpowiedzi.
Inez zacisnęła dłonie między kolanami. Mogła jeszcze powiedzieć, że jest zmęczona. Że wróciły wspomnienia. Że jutro pogadają. Miała przygotowane całe życie takich zdań, które zamykały rozmowę, zanim ktokolwiek zdążył zadać właściwe pytanie.
— Zamknęłam księgarnię — powiedziała.
Gabriela znieruchomiała. Z sali dobiegł śmiech, potem refren piosenki, którą obie znały z czasów szkolnych. Inez patrzyła na swoje buty.
— W Warszawie? — spytała Gabriela.
— Tak. Trzy tygodnie temu. Nie dałam rady utrzymać czynszu i rachunków. Są zaległości, których nie spłaciłam. Muszę uporządkować dokumenty, dogadać się z właścicielem lokalu, znaleźć pracę. Nie wiem jeszcze, od czego zacząć.
Gabriela nie odezwała się od razu. Inez uniosła wzrok. W twarzy przyjaciółki zobaczyła ból, nie pogardę. To było gorsze przez sekundę, bo nie dawało się zbyć złością.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytała Gabriela.
— Wstydziłam się. Wszyscy byli dumni, że otworzyłam księgarnię. Ty też. Wciąż pytałaś, jak idzie, a ja odpowiadałam, że dobrze. Potem przestałam odbierać telefony, bo każde twoje pytanie brzmiało jak przypomnienie, że powinnam sobie radzić lepiej.
— Nie pytałam, żeby sprawdzać, czy jesteś wystarczająco dobra, Inez.
— Wiem. Teraz wiem. Wtedy umiałam tylko słyszeć, że cię zawodzę.
Gabriela oparła łokcie na kolanach i potarła dłonią czoło. Na skórze został jej drobny ślad brokatu.
— Jestem zraniona, że dowiaduję się o tym dopiero teraz — powiedziała. — Nie dlatego, że zamknęłaś księgarnię. Tylko dlatego, że uznałaś, że nie możesz mi powiedzieć.
Inez przełknęła ślinę.
— Nie proszę, żebyś znalazła mi pracę ani wyciągała mnie z długów. Nie chcę, żebyś naprawiała coś, czego nie zepsułaś. Chcę tylko, żebyśmy znów mogły rozmawiać uczciwie. Nawet jeśli czasem nie będę miała nic dobrego do powiedzenia.
Gabriela przyjrzała jej się uważnie, jakby ważyła nie obietnicę, lecz to, czy Inez potrafi przy niej zostać, kiedy zrobi się niewygodnie.
— Mogę być zła i nadal być twoją przyjaciółką — powiedziała w końcu. — Ale następnym razem nie czekaj, aż będziesz miała gotowe rozwiązanie. Zadzwoń, kiedy masz tylko problem.
Inez skinęła głową. Nie powiedziała, że obiecuje, że wszystko będzie dobrze. Po prostu położyła dłoń na dłoni Gabrieli. Przyjaciółka ścisnęła jej palce raz, mocno, po czym puściła, żeby wstać.
— Muszę wrócić, zanim ktoś naprawdę powiesi lampiony nad grzejnikiem.
— Leon już mu na to nie pozwoli.
W imieniu zabrzmiało coś, czego Gabriela nie skomentowała. Inez też nie. Wróciły do sali i przez jakiś czas robiły to, co umiały najlepiej: Gabriela witała gości, Inez poprawiała obrus, podnosiła przewrócone krzesło i pomagała starszej nauczycielce znaleźć szatnię. Nie szukała Leona wzrokiem. Nie udawała jednak, że nie ma go w pomieszczeniu. Kiedy ich spojrzenia spotkały się przy scenie, skinęła mu głową. On odpowiedział tym samym, bez próby zatrzymania jej.
Wieczór powoli wyczerpał się. Muzyka ucichła, goście zaczęli żegnać się przy wejściu, a po parkiecie zostały tylko porzucone serpentyny i ślady butów. Inez znalazła Leona za sceną, gdzie zwijał przewody w ciasne, równe kręgi. Obok leżała drabina, a ostatnia girlanda wciąż wisiała nad wejściem.
— Mogę pomóc? — spytała.
Leon spojrzał na nią, potem na girlandę.
— Możesz przytrzymać drabinę. Jest lekka, ale nie ufam jej tak bardzo, jak powinna ufać sobie.
Inez podeszła i chwyciła szczeble. Pracowała przy dekoracjach przez cały dzień, ale tym razem nie szukała zajęcia, za którym dałoby się schować. Palce trzymały chłodne metalowe boki drabiny, a jej uwaga była przy nim.
Gdy Leon odpiął ostatni kawałek taśmy, Inez odsunęła rękę, by przejąć papierową girlandę. Jedna z jej spinek wysunęła się z włosów. Potem druga. Ciemne pasma opadły na kark, odsłaniając drobną gałązkę z trzema listkami. Leon zszedł na podłogę i spojrzał na tatuaż, ale niczego nie powiedział. Inez zwinęła girlandę ostrożnie, tak by się nie pogniotła.
— Jutro nadal będę musiała szukać pracy — zaczęła. — I policzyć, ile dokładnie jestem winna. Nie mam gotowego planu. Nie wiem nawet, czy zostanę w Siedlcach na długo.
— Wiem.
— Nie chcę, żebyś był odpowiedzią na którykolwiek z tych problemów. Nie chcę też, żebyś poznał mnie tylko przez kopertę. Albo przez tę dziewczynę, którą pamiętasz z liceum, z planami większymi niż rozsądek.
— Nie pamiętam cię jako jednej dziewczyny — powiedział Leon. — Pamiętam, że potrafiłaś zamówić za dużo książek, bo uważałaś, że każda może komuś zmienić dzień. Pamiętam też, że kiedyś pokłóciłaś się z Gabrielą o to, czy w szkolnym przedstawieniu naprawdę trzeba było podpalać papierowy zamek. Nie wiem, jaka jesteś teraz. Chciałbym się dowiedzieć.
Inez spojrzała na niego. Był zmęczony; pod oczami miał cień, na rękawie smugę kurzu. Nie wyglądał jak ktoś, kto przyjechał po łatwą obietnicę.
— Zależy mi na tobie — dodał. — Nie na tym, jaki adres wpiszesz w formularzu. Nie oczekuję dziś decyzji o zostaniu. Chcę tylko wiedzieć, czy mogę cię poznać taką, jaka jesteś teraz.
W sali zgasła część świateł. Zostały lampki przy scenie i pojedynczy reflektor, którego Leon jeszcze nie wyłączył. Inez pomyślała o liście, który schowała do kieszeni: łatwo być bezpiecznym człowiekiem na jeden wieczór. Trudniej poprosić, żeby został następnego dnia.
— Spotkasz się ze mną rano? — spytał Leon. — Na spacer. Bez numerów i kopert. Po prostu Inez i Leon.
Inez chciała odpowiedzieć, ale słowa utknęły jej w gardle. Zamiast tego zrobiła krok w jego stronę i położyła dłoń na jego ramieniu. Pocałowała go ostrożnie, krótko, zostawiając mu miejsce na cofnięcie się. Leon nie odsunął się. Kiedy odwzajemnił pocałunek, jego dłoń spoczęła lekko przy jej policzku, jakby wciąż pytał, czy może.
Odsunęli się po chwili. Inez uśmiechnęła się niepewnie.
— Rano — powiedziała. — Ale nie obiecuję, że będę punktualna.
— W takim razie umówię się z kimś, kto ma pamięć i kawałek taśmy.
— To brzmi jak ryzykowny wybór.
— Wiem, co robię.
Zwinęli ostatni przewód, wyłączyli reflektor i zgarnęli z podłogi papierowe skrawki. Kiedy wyszli ze szkoły, chłodne powietrze uderzyło ich w twarze. Inez poprawiła włosy, ale nie znalazła wszystkich spinek. Tatuaż pozostał odsłonięty.
Szli obok siebie w stronę przystanku, a za nimi przez wysokie okna sali gasły kolejne światła. Jutro czekały ją rachunki, telefony i pytania, na które nie miała jeszcze odpowiedzi. Nic z tego nie zniknęło. Leon nie obiecał, że będzie łatwo, a ona nie musiała udawać, że już sobie poradziła.
Po raz pierwszy od powrotu do Siedlec nie próbowała iść szybciej niż własny lęk. I nie szła sama.