Romans

Miejsce na niepewność

Po dziesięciu latach Weronika znów próbuje randkować — aż awaria zamyka ją w pracowni z Miłoszem. Iskrzy między nimi, lecz bliskość wymaga czegoś, czego oboje boją się najbardziej: zaufania.

Miejsce na niepewność

— Jeśli jeszcze raz przyszyję tę kieszeń, zacznę pobierać od niej czynsz.

Weronika Marciniak odgryzła nitkę i odsunęła od siebie marynarkę. Kieszeń wisiała krzywo, choć poprawiała ją już trzy razy. Na stole piętrzyły się ścinki materiału, kubek z zimną kawą i kartka z sobotnim terminem, której nie potrafiła wyrzucić. Jutro o dziewiętnastej. Jedna herbata albo kolacja, zależnie od tego, czy oboje przeżyją pierwsze pół godziny.

Pierwsza randka od dziesięciu lat. Brzmiało to jak nazwa badania, na które należało się stawić z dowodem osobistym i skierowaniem.

Weronika wsunęła szpilki w mankiet swojej bluzki, żeby nie zgubić ich między guzikami. Ciemne włosy, koloru gorzkiej czekolady, spadały jej na twarz; odgarnęła je grzbietem dłoni i znów pochyliła się nad maszyną. W starej kamienicy przy 11 Listopada zimowe powietrze wciskało się przez nieszczelne okna, ale pracownia była ciepła od kaloryferów i żarówek. Pachniało parą, kredą krawiecką i kurzem z wełnianych płaszczy. Za szybą Bielsko-Biała tonęła w świeżym śniegu. Ulica zniknęła pod białą warstwą, a księżyc zostawił na niej blady połysk.

Telefon zawibrował obok naparstka. Wiadomość od Julii: Nie odwołuj. Masz iść. Nie musisz nikogo poślubiać.

Weronika uśmiechnęła się krótko, bardziej do ekranu niż do przyjaciółki. Odłożyła telefon ekranem do dołu. Przez dziesięć lat umiała przewidzieć, jaką kawę zamówi, o której wróci i na którym końcu kanapy usiądzie. Potem przez kilka miesięcy próbowała przewidzieć, co zrobić z pustym miejscem po tych przyzwyczajeniach. Jutro miała się dowiedzieć, czy potrafi po prostu usiąść naprzeciwko obcego człowieka.

Dzwonek nad drzwiami odezwał się o wpół do jedenastej. Weronika uniosła głowę. Znała godzinę, bo na zegarze nad manekinem sekundnik od dawna zatrzymywał się na dwunastej, a ona co chwilę spoglądała na telefon.

Mężczyzna, który wszedł, wniósł ze sobą zapach mokrego śniegu i zimna. Miał ciemny płaszcz, zaczerwienione policzki i dwie wielkie torby, z których wystawał rękaw czegoś czerwonego. Otrzepał buty, zanim postawił je na wycieraczce.

— Dzwoniłem — powiedział. — Miłosz Młynarczyk. Teatr przy Domu Kultury. Rozmawialiśmy o kostiumach.

— Pamiętam. Mieli być suche.

— Miały być. Rura pękła w garderobie. Woda zalała cały stojak.

Postawił torby na podłodze. Z jednej kapało na stare deski.

Weronika spojrzała na wilgotną plamę, potem na niego.

— Proszę powiedzieć, że to nie jest woda z kaloryfera.

— Nie wiem, co dokładnie pękło. Wiem, że woda była zimna i że przedstawienie jest w niedzielę.

Rozsunął zamek torby i wyjął płaszcz, ciężki od wilgoci. Za nim pojawił się granatowy żakiet, tunika z koronkowym kołnierzem i coś, co mogło być peleryną albo zasłoną do niewielkiego okna.

Miłosz wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę. Rozłożył ją na stole i przytrzymał rogi, jakby papier zamierzał uciec.

— Mam rozpiskę. Płaszcz: podszewka, dwa guziki, rozpruty szew przy rękawie. Żakiet: odpruty haft. Tunika: plama przy kołnierzu. Peleryna wymaga podszycia, a jeszcze jest kamizelka, której nie mogłem znaleźć.

Weronika przejechała wzrokiem po liście.

— Plamy z mokrej wełny nie wywabimy do jutra, haftu nie odtworzę bez wzoru, a peleryna nie jest peleryną. To zasłona.

Miłosz spojrzał na nią, potem na materiał.

— W teatrze gra człowieka, który nosi pelerynę.

— W takim razie ma pecha do kostiumów.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez uśmiechu. Potem on parsknął cicho, a Weronika, wbrew sobie, też się uśmiechnęła.

— Dobrze — powiedział, składając kartkę na pół. — Co da się zrobić?

— Szew, guziki, kamizelka, jeśli ją pan znajdzie. Plamę spróbujemy osuszyć, ale nie obiecuję cudów.

— Nie proszę o cuda. Proszę o plan.

— Plan już pan ma. Właśnie wykreśliłam z niego połowę.

— Jest pani bezlitosna.

— To dlatego, że pracuję z materiałem. On nie słucha argumentów.

Miłosz zdjął płaszcz i przewiesił go przez oparcie krzesła, starannie, tak by nie dotykał mokrej torby. Miał dokładne dłonie, zauważyła. Krótkie paznokcie, czyste skórki, żadnego pierścionka. Ruchy człowieka, który lubił wiedzieć, co będzie dalej. Kiedy poprosiła go o przytrzymanie rękawa, odruchowo sięgnął po miarkę, zanim zdążyła wskazać, gdzie ją odłożyła.

— Jutro też ma pani tyle zleceń? — zapytał.

— Jutro mam inne plany.

— Brzmi tajemniczo.

— Brzmi jak odpowiedź.

Zawahał się, jakby zamierzał dopytać, ale zamiast tego podał jej płaszcz. Nie naciskał. To było zaskakująco uprzejme i odrobinę irytujące, bo nie dawało jej niczego, od czego mogłaby się odbić.

Przy rozłożeniu płaszcza musieli przenieść się do przymierzalni. Była maleńka: lustro w drewnianej ramie, zasłona w kwiaty i kilka haczyków, które od lat udawały, że są wystarczające. Weronika weszła pierwsza. Miłosz stanął za nią, przytrzymując ciężki materiał, żeby nie dotknął podłogi.

— Tu pękło? — zapytała, wskazując szew pod pachą.

— Tak. Aktor mówi, że rozdarł się podczas próby.

— Aktor mówi prawdę?

— Zwykle. Chociaż czasem myli lewą stronę z prawą.

Weronika odwróciła się, by sprawdzić podszewkę. W tak ciasnym pomieszczeniu nie było miejsca na ostrożne mijanie się; jego ramię musnęło jej ramię. Odsunęła się o kilka centymetrów, na tyle, na ile pozwalała ściana. Czuła ciepło jego ciała przez warstwy ubrań i zapach mokrej wełny, który mieszał się z mydłem.

— To się da naprawić — powiedziała, skupiając wzrok na szwie. — Ale jeśli aktor znów będzie tańczył w tym płaszczu, nie ręczę za rezultat.

— Nie tańczy. Wchodzi dramatycznie.

— To brzmi gorzej.

Za ich plecami coś stuknęło, a potem rozległ się przeciągły zgrzyt. Weronika odwróciła głowę. Stojak z kostiumami przechylił się i runął na drzwi przymierzalni. Metalowa rama uderzyła o podłogę; wieszaki zakołysały się, a zasłona drgnęła od podmuchu.

Miłosz spróbował pchnąć drzwi. Ustąpiły na szerokość dłoni i zatrzymały się na zablokowanym skrzydle stojaka.

— Proszę nie szarpać — powiedziała Weronika. — Zawias i tak ledwo trzyma.

— Nie szarpię. Sprawdzam.

— Sprawdzone. Stojak stoi w poprzek.

Wyjęła telefon z kieszeni fartucha. Zasięg był pełny, kaloryfer za jej plecami cicho syczał. Zadzwoniła do dozorcy, który obiecał przyjść, gdy tylko odśnieży wejście do kamienicy. Nie wcześniej niż za czterdzieści minut. Może za godzinę.

— Jesteśmy bezpieczni — oznajmiła, chowając telefon. — Jest ciepło, wentylacja działa, a drzwi się otwierają. Tylko nie na tyle, żebyśmy wyszli.

Miłosz zerknął na wąską szczelinę, potem na nią.

— Czyli mamy czas.

— Na co?

Spojrzał na mokry płaszcz, który wciąż trzymał między nimi.

— Na rozmowę. Albo na to, żeby ustalić, jak uratować niedzielne przedstawienie.

Weronika poprawiła szpilkę w mankiecie. Po drugiej stronie ściany miasto spało pod śniegiem; jutro czekała ją randka, której nie umiała sobie wyobrazić. A teraz, po raz pierwszy od dawna, nie mogła wymknąć się z rozmowy pod pretekstem, że ma jeszcze coś do zrobienia.

— Zaczniemy od płaszcza — powiedziała. — Rozmowę proszę traktować jako skutek uboczny.

Miłosz zawiesił mokrą wełnę na przedramieniu, pilnując, żeby nie dotknęła jej bluzki.

— W porządku. Lubię skutki uboczne, jeśli można je wpisać w plan.

— A jeśli nie można?

— Wtedy przynajmniej próbuję.

Weronika wsunęła palce pod rozpruty szew. W szczelinie między drzwiami a skrzydłem stojaka widać było skrawek pracowni: przewrócone wieszaki, kawałek podłogi, jedną z jej zielonych skarpetek, która musiała wypaść z kosza z praniem. Żałowała, że nie ma nic do roboty poza czekaniem i oglądaniem tej skarpetki.

— Skąd pan wie, co będzie dalej? — zapytała. — Ma pan rozpisane nawet to, jak długo będziemy uwięzieni?

— Nie wiem, co będzie dalej. Dlatego układam plany.

Powiedział to bez uśmiechu. Obrócił w dłoniach kartkę z rozpiską, wygładzając zagięcie kciukiem.

— Kiedy byłem dzieckiem, przeprowadzaliśmy się co kilka miesięcy. Wynajmowane mieszkania, kartony, nowe klucze, które zawsze gdzieś się odkładało. Matka mówiła, że to tylko na chwilę. Potem następowała kolejna chwila. — Wzruszył ramieniem. — Zacząłem robić listy. Co spakować, co załatwić, gdzie jest najbliższy sklep. Jak wszystko było zapisane, łatwiej było udawać, że panuję nad sytuacją.

Weronika przestała skubać nitkę.

— Pomagało?

— Czasem. — Uśmiechnął się krzywo. — Nadal wpisuję przerwy na herbatę do harmonogramu. W teatrze się ze mnie śmieją.

— A pan?

— Ja też. To osłabia ich argumenty.

Tym razem roześmiała się naprawdę. Dźwięk odbił się od ścian przymierzalni i wrócił do niej cieplejszy, niż się spodziewała. Miłosz patrzył na nią chwilę, a potem spuścił wzrok na szew.

— A pani? — zapytał. — Co pani robi, kiedy nie ma planu?

— Zwykle udaję, że mam.

Kiedy podał jej płaszcz, ich palce spotkały się na materiale. Żadne nie cofnęło dłoni od razu.

— Przez dziesięć lat byłam z kimś — powiedziała, zanim zdążyła zmienić zdanie. — I jakoś po drodze oddałam mu swoje wieczory. Potem wybór filmu, wakacji, tego, czy w niedzielę odwiedzimy moją siostrę, czy jego rodziców. Nie było jednej wielkiej decyzji. Raczej mnóstwo małych, na które mówiłam tak, bo tak było prościej.

Miłosz nie próbował wypełnić ciszy. To sprawiło, że mogła mówić dalej.

— Teraz ćwiczę nie. Nawet jeśli brzmi niezręcznie. Nawet jeśli ktoś się krzywi.

— To niezręczne słowo — przyznał. — Zwłaszcza na początku.

— Widzi pan? Już pan sobie radzi.

— Nie powiedziałem, że jest mi łatwo.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, za drzwiami rozległo się stuknięcie, a potem głos dozorcy. Miłosz odsunął się, żeby nie zasłaniać jej przejścia, choć drzwi wciąż blokował stojak. Przez kolejne minuty podawali sobie instrukcje przez szczelinę. W końcu metalowa rama przesunęła się z chrzęstem, a drzwi otworzyły na tyle, by mogli wyjść pojedynczo.

Miłosz przepuścił ją pierwszą. W pracowni panował bałagan po małym kataklizmie: część kostiumów leżała na podłodze, jeden wieszak zahaczył o nogę manekina. Dozorca zaklął pod nosem i obiecał rano przynieść narzędzia. Weronika podała Miłoszowi kubek z wodą, nie kawę; jego torby nadal kapały.

— Ustalimy konkretnie — powiedziała, wyciągając czysty skrawek papieru. — Płaszcz: podszewka i dwa guziki. Żakiet: przyszyję haft, jeśli znajdziemy luźną nić. Tunika do osuszenia, bez obietnicy, że plama zniknie. Kamizelka, jeśli się znajdzie. Zasłony nie przerabiam na pelerynę.

— Przyjmuję.

— Płatność za każdą rzecz, jak zwykle. I kończę jutro o osiemnastej. Bez dopisywania kolejnych zadań.

— Zgoda. Odbiorę kostiumy później, przed próbą.

— Dobrze.

Powiedziała to z ulgą, której nie chciała przed nim pokazywać. On nie poprosił, żeby została dłużej. Nie udawał, że jej czas należy do niego tylko dlatego, że miał mokre kostiumy i przedstawienie w niedzielę.


W sobotę pracowali ramię w ramię. Za oknem śnieg osiadał na parapecie, w pracowni szumiała maszyna, a kolorowe ścinki przyklejały się do rękawów i skarpet. Miłosz układał guziki według rozmiaru, a potem, widząc minę Weroniki, przesunął jeden do niewłaściwego rządka.

— Sabotaż? — spytała.

— Eksperyment z chaosem.

— I jak wyniki?

— Niepokojące. Nie wiem, gdzie jest guzik numer siedem.

— Jest na pana kolanie.

Spojrzał w dół. Guzik leżał na jego spodniach. Roześmiał się, a ona poczuła, że ten śmiech zostaje z nią dłużej niż dowcip.

W przerwie na herbatę, zapisanej przez niego w notesie na godzinę trzynastą, odkryli, że Weronika chowa w szkicowniku niedokończone odpowiedzi na wiadomości. Pokazała mu jedną, napisaną do mężczyzny, z którym miała spotkać się wieczorem: Brzmi dobrze, do zobaczenia. Pod spodem widniały trzy przekreślone wersje.

— To wygląda na prostą odpowiedź — zauważył.

— Właśnie dlatego jej nie wysłałam. Nie wiedziałam, czy nie brzmi zbyt entuzjastycznie.

— A nie może brzmieć?

— Może. Tylko jeszcze się tego uczę.

Nie skomentował. Zamiast tego odsunął notes, żeby nie wpadł pod maszynę. Jego knykcie musnęły jej nadgarstek. Przez resztę dnia Weronika pamiętała ten dotyk w najmniej odpowiednich chwilach: kiedy nawlekała igłę, kiedy szukała nożyczek, kiedy patrzyła na zegar.

O osiemnastej odłożyła ostatnią naprawioną kamizelkę. Miłosz złożył listę i wsunął ją do kieszeni.

— Dziękuję. Za pracę i za to, że nie zrobiła pani z zasłony peleryny.

— Nie dziękujmy sobie zawczasu. Jeszcze może pan wrócić z drugą zasłoną.

Uśmiechnął się, ale gdy wyszedł z torbami, pracownia nagle wydała jej się za cicha. Weronika przebrała się, starannie wyprasowała mankiet i pojechała do kawiarni przy rynku.

Mężczyzna, którego umówiła Julia, był miły. Pytał o pracownię, słuchał odpowiedzi, nie zerkał w telefon. Rozmawiali o górach i o tym, czy w Bielsku zawsze pada śnieg w soboty. Przy herbacie nie wydarzyło się nic złego. Nie wydarzyło się też nic, co chciałaby zabrać ze sobą do domu.

Kiedy wróciła, było po dwudziestej pierwszej. Miłosz czekał w pracowni, już bez płaszcza, z torbą na ramieniu. Przyszedł odebrać kostiumy. Nie zapytał, jak poszło.

— Chciałabym zobaczyć się z panem poza pracownią — powiedziała, zanim zdążyła ułożyć to zdanie w szkicowniku. — Nie dlatego, że tamta kawa mi nie wyszła. Po prostu jestem ciekawa pana.

Na jego twarzy coś drgnęło. Odłożył torbę. Między nimi leżał złożony płaszcz, jeszcze ciepły od żelazka.

— Ja też chcę panią poznać — powiedział. — Tylko nie umiem przestać słyszeć w tym, co pani mówi, zapowiedzi, że zaraz pani odejdzie.

— To nie jest zapowiedź. To jest prawda na dziś. Nie znam pana. Nie mogę obiecać związku po jednym dniu.

— Wiem.

Ale powiedział to tak, jakby wiedza nie pomagała. Weronika podeszła bliżej. Zatrzymała się, zostawiając mu miejsce na krok w tył. Nie zrobił go. Pocałowała go lekko; jego dłoń odnalazła jej bok, ostrożna, jakby pytał, czy może zostać. Przez sekundę świat skurczył się do ciepła jego palców i szorstkości wełny pod jej dłonią.

Odsunęła się pierwsza.

— Nie chcę cię uspokajać obietnicą, której nie mam — powiedziała. — Zrobiłam tak już raz. Nie chcę wracać do tego miejsca.

Miłosz opuścił rękę. Nie wyglądał na urażonego. Wyglądał, jakby próbował znaleźć właściwą rubrykę na coś, czego nie dało się zapisać.

— A ja nie chcę prosić cię o odpowiedź, której jeszcze nie masz — powiedział. — Tylko nie wiem, jak być blisko i jednocześnie nie czekać, aż zmienisz zdanie.

Nie kłócili się. Nie padł zarzut o kawę ani o to, że przyjęła zlecenie. Miłosz schował torbę na ramię, a Weronika poprawiła złożony płaszcz, choć nie wymagał poprawiania.

— Dobranoc, Weronika.

— Dobranoc.

Drzwi zamknęły się za nim cicho. Weronika została w pracowni z ciepłem jego dłoni na boku i z pierwszą od dawna pewnością, której nie potrafiła zamienić w obietnicę. Tym razem nie powiedziała tak, żeby ktoś został. Nie wiedziała jeszcze, czy potrafi znieść cenę tego nie.


Przez chwilę słuchała, jak jego kroki oddalają się po schodach. Potem podniosła z podłogi guzik, który musiał wypaść z torby, i położyła go obok naparstka. Nie było w nim nic szczególnego. Zwykły, ciemny guzik, lekko porysowany na brzegu. Mimo to nie wyrzuciła go do pudełka.

Następnego ranka przyszła do pracowni przed dziewiątą. Za oknem Bielsko-Biała odmarzała niechętnie: śnieg na parapetach zmienił się w szarą breję, a z rynny kapała woda na blaszany daszek. Weronika włączyła żelazko, nastawiła czajnik i rozłożyła kostiumy na stole. Nie miała zamiaru pracować dłużej, niż ustalili. Nie zamierzała też udawać, że wcale nie czeka na dzwonek nad drzwiami.

Płaszcz wymagał jeszcze jednego przeszycia przy podszewce. Tunika schła na wieszaku, a plama przy kołnierzu pozostała, tylko jaśniejsza. Przy żakiecie Weronika przyszyła haft do końca, korzystając z nici, którą znaleźli w kieszeni. Nie był idealnie równy. Kiedy odsunęła się, by sprawdzić efekt, dostrzegła drobne odchylenie w jednym z motywów. Zostawiła je. Kostium był naprawiony, nie nowy.

O osiemnastej zamknęła pudełko z igłami i starła kredę ze stołu. Nie dopisała do rachunku dodatkowej pracy, ale też nie podarowała jej w nadziei, że Miłosz zostanie chwilę dłużej. Pieniądze za naprawy należały się jej. Jego obecność nie była zapłatą.

Przyszedł punktualnie, niosąc pokrowce i pustą torbę. Zatrzymał się przy drzwiach, jakby nie był pewien, czy powinien wejść bez pytania.

— Gotowe — powiedziała Weronika.

Przez moment patrzył na nią, a potem podszedł do stołu. Sprawdził podszewkę płaszcza, przesunął palcem po naprawionym szwie. Przy tunice skrzywił się lekko na widok plamy.

— Uczciwie uprzedzałaś — powiedział. — I tak wygląda lepiej niż wczoraj.

— Tkanina wyschła. Cudów nie było.

— Wiem. — Wyjął portfel. — Ile jestem winien?

Podała mu kwotę. Zapłacił bez targowania się, a ona wpisała sumę do zeszytu. Kiedy schowała pieniądze do kasetki, w pracowni zapanowała cisza, którą oboje zdawali się rozpoznawać.

— Przedstawienie zaczyna się o dziewiętnastej — powiedział. — Jeśli nie masz innych planów, możesz przyjść. Ale nie musisz.

Nie dodał, że będzie mu miło. Nie poprosił, żeby przyszła. Zostawił jej wybór, nawet jeśli sam nie wiedział, co z nim zrobić.

— Przyjdę — odpowiedziała. — Chcę zobaczyć, jak ta zasłona gra pelerynę.

Uśmiechnął się, tym razem bez próby ukrycia ulgi.

Sala Domu Kultury była prawie pełna. Na krzesłach wisiały kurtki, ktoś szeleścił papierkiem po cukierku, a w powietrzu mieszał się zapach mokrych ubrań i kurzu z kotar. Weronika usiadła z boku, blisko przejścia. Nie chciała siedzieć w pierwszym rzędzie tylko dlatego, że Miłosz mógł ją zauważyć.

Zauważył ją i tak. Przed podniesieniem kurtyny stał przy kulisie z kartką w dłoni. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, nie pomachał ani nie próbował odczytać z jej twarzy, co będzie dalej. Po prostu skinął głową.

Na scenie płaszcze wyglądały inaczej niż na stole w pracowni. W ruchu widać było każde niedoskonałe zagięcie, każdą łatę, każdy szew, który miał wytrzymać jeszcze jedno wejście. Aktor w granatowym żakiecie odwrócił się gwałtownie, a haft został na miejscu. Gdy postać w zasłonie, już bez udawania, że jest czymś innym niż zasłoną, zarzuciła ją sobie na ramiona, publiczność roześmiała się ciepło. Weronika też.

W pewnym momencie aktor grający główną rolę szarpnął za płaszcz, dokładnie tak, jak Miłosz przewidywał, że zrobi. Rozpruty kiedyś szew utrzymał. Podszewka ani drgnęła. Weronika poczuła dumę, której nie umiała oddzielić od wspomnienia ich rąk nad materiałem. To, co wyszło na scenę, nie mieściło się w jego pierwszej rozpisce ani w jej pierwszym sprzeciwie. Było efektem tego, że oboje poprawiali plan, kiedy przestawał działać.

Po spektaklu poczekała na zewnątrz. Z budynku wypłynęli widzowie, rozmawiając głośno i zaciągając się zimnym powietrzem. Miłosz wyszedł ostatni, z pokrowcami przewieszonymi przez ramię. Zobaczył ją i zatrzymał się.

— Dziękuję, że przyszłaś.

— Dobrze było zobaczyć, jak wszystko trzyma się na miejscu.

— Nie wszystko — powiedział. — Ale wystarczająco dużo.

Odprowadził ją do pracowni. Po drodze nie opowiadał o przedstawieniu; widziała, że układa w głowie zdania, a potem je porzuca. Kiedy weszli do środka, położył pokrowce na stole. Nie zdjął płaszcza.

— Nie mam przemowy — powiedział. — Miałem ją sobie przygotować, ale chyba właśnie dlatego nie chcę jej wygłaszać.

Weronika oparła dłonie o blat. Czekała.

— Chciałem wiedzieć, że to dokądś prowadzi, zanim pozwoliłem sobie mieć nadzieję. A kiedy nie wiedziałem, próbowałem wyciągnąć z ciebie odpowiedź, której sama nie miałaś. Przepraszam. Nie musiałaś mnie uspokajać. I nie powinnaś była czuć, że jeśli nie obiecasz czegoś więcej, to stracisz mnie.

W gardle Weroniki poruszyło się coś ciasnego. Nie rozwiązało się od razu. Nie zniknęła pamięć o latach, w których mówiła tak, zanim zdążyła sprawdzić, czego chce. Ale obok lęku było coś jeszcze: pragnienie, by ten człowiek nie stał się tylko krótkim spotkaniem w pracowni, wspomnieniem ciepłej dłoni na jej boku.

— Mój lęk jest prawdziwy — powiedziała. — Nie umiem jeszcze obiecać, dokąd to pójdzie. Ale kiedy wczoraj wyszedłeś, nie pomyślałam, że chcę mieć znowu święty spokój. Pomyślałam, że chcę cię zobaczyć.

Miłosz opuścił wzrok. Nie wyglądał na człowieka, który właśnie dostał gwarancję. Wyglądał na człowieka, który przyjmuje tyle, ile zostało mu podane.

— Chciałabym zaprosić cię na spacer we wtorek — dodała. — Po pracy. Nie obiecuję niczego więcej na dziś.

— Dobrze. O której kończysz?

To pytanie było proste. Nie zawierało kolejnego, ukrytego pod spodem. Weronika podała godzinę.

— Będę przy wejściu — powiedział. — Jeśli nadal będziesz chciała iść.

— Będę chciała.

Słowa nie zabrzmiały jak umowa. Nie musiały.

Wspólnie złożyli pokrowce, które Miłosz przyniósł, i odsunęli od przejścia pudełko z resztkami materiału. Weronika zgasiła lampę nad maszyną, lecz zostawiła zapaloną tę przy drzwiach. W jej świetle Miłosz sprawdził, czy nie został na stole żaden guzik. Podniosła ten porysowany, który od rana leżał obok naparstka.

— Ten chyba jest twój — powiedziała.

— Myślałem, że zaginął.

— Leżał tutaj.

Wsunął go do kieszeni. Nie było to wielkie domknięcie ani znak, który musiała zrozumieć. Tylko mały przedmiot, który wracał na właściwe miejsce.

Zamknęli pracownię razem. Weronika przekręciła klucz, Miłosz przytrzymał drzwi, żeby nie odbiły od framugi. Na chodniku powietrze pachniało śniegiem i mokrym kamieniem. Każde z nich poszło w swoją stronę, bez zapewnień, które miałyby uczynić wtorek mniej niepewnym.

Nie potrzebowała ich. Miała własne klucze, swój wieczór i spotkanie, na które sama powiedziała tak.

Druga strona kartki
Prawda pod skórą
Między podmuchami