Dno pełne klocków
W basenie z piankami Lena znajduje ciało technika, a wraz z nim ślad prowadzący do byłego trenera. Gdy kolejne tropy mnożą kłamstwa, każdy, kto zna prawdę, może być następny.
— Nie wrzucaj ich z powrotem, tylko otrzep — powiedziała Lena, zanim zdążyła się obudzić na dobre.
Chłopiec ziewnął jej prosto w twarz. Miał na sobie jedną skarpetkę i bluzę założoną na lewą stronę. Lena podała mu drugą skarpetkę, wyciągniętą spod ławki, a potem wróciła do basenu z piankami. Zajęcia zaczynały się za czterdzieści minut. Rodzice już stali pod drzwiami, przydeptując mokry śnieg na gumowej wycieraczce.
Przez nieszczelne drzwi dostawcze wciskał się wiatr znad Odry. Przesuwał po podłodze papierki po batonach i wprawiał w drżenie plastikową tabliczkę z napisem PROSIMY ZAMYKAĆ. Lena docisnęła drzwi biodrem, ale zamek znów nie zaskoczył. W hali pachniało wilgotną sklejką, kurzem i potem, który wsiąkał w piankowe klocki, choćby nie wiadomo jak często je przerzucać.
Wskoczyła do basenu. Sięgał jej powyżej pasa. Na dnie gromadziły się okruchy taśmy, włosy i czarny pył z mat. Wyciągała klocki garściami, rzucała je na brzeg i układała w rząd, żeby dzieci nie potknęły się o nie podczas rozgrzewki. Jeden był nasiąknięty tak, że ugiął się w jej dłoniach. Pod nim leżała ręka.
Przez pierwszą sekundę uznała ją za manekin. Skóra miała sinawy odcień, palce były lekko zgięte, jakby ktoś próbował złapać krawędź basenu. Lena puściła klocek. Uderzył o podłogę miękkim, głuchym dźwiękiem.
— Proszę wyjść z sali — powiedziała do rodziców.
Nikt się nie ruszył. Kobieta z kubkiem kawy podniosła telefon, ale Lena stanęła między nią a basenem.
— Teraz. Proszę.
Wyjęła własny telefon. Ręce miała mokre od pianki i drżały tak, że dwa razy pomyliła cyfry. Dyspozytorka zadała pytania: o adres, wejście, o to, czy ktoś oddycha. Lena odpowiedziała, że nie wie. Nie próbowała szukać pulsu ani odciągać klocków. Ciało przykrywała gruba warstwa pianek; nie widziała twarzy, tylko dłoń i skrawek ciemnego rękawa. Powiedziała, że niczego więcej nie dotykała. Brzmiało to jak kłamstwo, bo przed chwilą przerzucała pianki, ale w tej chwili nie umiała znaleźć dokładniejszego zdania.
Za drzwiami gromadzili się ludzie. Jeden z ojców chciał wejść po córkę. Lena zablokowała przejście ramieniem.
— Poczeka pan na zewnątrz.
— Tam jest moje dziecko.
— Właśnie dlatego.
Gdy przyjechał pierwszy radiowóz, na szybach od frontu zaczynał osiadać blady, brudny świt. Policjant kazał wszystkim trzymać się z dala od basenu. Drugi odgrodził salę taśmą. Ktoś pytał Lenę, czy zna zmarłego. Ktoś inny zapisał jej nazwisko i numer telefonu. Nie potrafiła przestać patrzeć na to, co wystawało spod pianek.
Nina Krajewska weszła od zaplecza, w rozpiętym płaszczu i z włosami związanymi gumką. Nie wyglądała na osobę, która biegła. Przyszła szybko, ale oddychała równo. Omijając mokre ślady butów, podeszła do policjanta i powiedziała, że jest kierowniczką obiektu. Miała klucze na czerwonej smyczy i drobne plasterki na dwóch palcach, jak po papierze.
— Nie opróżniajcie basenu — powiedziała.
Lena spojrzała na nią.
— Jeszcze nie powiedziałam, gdzie jest ciało.
Nina na moment zacisnęła usta. Potem skinęła głową w stronę klocków rozłożonych przy brzegu.
— Zobaczyłam, co wyciągałaś. Domyśliłam się.
To wyjaśnienie było możliwe. Lena sama rozrzuciła te klocki. Mimo to poczuła, jak zimno przechodzi jej po plecach, głębiej niż wiatr wciskający się pod drzwi.
Przez następne godziny hala przestała należeć do ludzi, którzy w niej pracowali. Technik fotografował każdy kawałek podłogi. Policjant pytał, kto miał klucze, kto zamykał, kto zostawał po treningach. Lena odpowiadała, że zwykle kończyła o dwudziestej, ale wczoraj wyszła wcześniej. Nie pamiętała dokładnie, o której. Pokazała grafik w telefonie, wiadomości od rodziców, zdjęcie zrobione po zajęciach, żeby udowodnić, że schowała maty.
Zmarłego wyciągnęli dopiero po zabezpieczeniu basenu. Był młody, może trzydziestoletni, z mokrymi włosami przyklejonymi do czoła. Lena znała go z widzenia: Oliwier Turek pracował przy sprzęcie, naprawiał zawiasy i czasem zastępował ochroniarza. Na jego bluzie zaschła ciemna plama. Kiedy policjant powiedział nazwisko, Nina odwróciła wzrok ku drzwiom dostawczym.
Później, na korytarzu, Lena usłyszała, że to trzecie zabójstwo w sześć tygodni. Dwie poprzednie ofiary również miały dostęp do zaplecza hali. Policjant nie mówił tego do niej, ale nie ściszył głosu. Nina stała kilka metrów dalej i wyjaśniała komuś, że obiekt będzie zamknięty do odwołania. Jej ton nie zmienił się ani razu.
Przy przeszukaniu kieszeni Oliwiera znaleziono złożoną kartkę. Lena zobaczyła ją tylko przez moment, kiedy policjant rozkładał papier w rękawiczkach. Napis był rozmazany, lecz dało się odczytać: Gabriel Kędziora. Były trener. Zwolnili go przed wakacjami po awanturze z rodzicami. Lena pamiętała, jak stał wtedy przy wejściu i mówił do dwóch mężczyzn, że jeszcze pożałują. Wszyscy słyszeli. Potem przestali o tym mówić.
Nina położyła Lenie na ramionach swój płaszcz, gdy ta zaczęła się trząść. Płaszcz pachniał płynem do prania i chłodem z zewnątrz.
— Jedź do domu — powiedziała. — Policja skontaktuje się, jeśli będzie potrzebować zeznań.
Lena skinęła głową. Nie zapytała, skąd Nina wiedziała, że trzęsie się z zimna, a nie ze strachu.
W mieszkaniu Lena długo stała pod prysznicem, aż woda zrobiła się letnia. Na paznokciach został czarny brud z dna basenu. Szorowała je szczoteczką do zębów, po czym wyrzuciła szczoteczkę do kosza. Telefon zawibrował, kiedy siedziała na podłodze, owinięta ręcznikiem.
Nieznany numer. Wiadomość bez powitania.
„Oliwier miał się ze mną spotkać tej nocy. Chciał ci pokazać coś z wypadku na zajęciach. Nie wiem, czy dotarł. Musimy porozmawiać. Gabriel Kędziora”.
Wiadomość od Gabriela wciąż była na ekranie, kiedy Lena znów po nią sięgnęła. Przeczytała ją trzy razy, jakby za czwartym miała się pojawić brakująca informacja: skąd Oliwier wiedział, że właśnie jej może coś pokazać.
Odpisała dopiero po godzinie. Nie spotkają się sami. Gabriel zaproponował komisariat. Policjantka, która przyjęła jej zeznania, pokręciła głową.
— Niech pani nie prowadzi własnego dochodzenia. Jeśli ma coś istotnego, powinien przekazać to nam.
Zanotowała numer i obiecała oddzwonić. Nie oddzwoniła. Lena siedziała na plastikowym krześle pod ścianą, z kubkiem automatycznej kawy między kolanami. Przez cały dzień przesłuchiwano ją w małym pokoju, gdzie grzejnik stukał, a na stole leżała podkładka z reklamą kancelarii odszkodowawczej. Pytali o godzinę wyjścia, o klucze, o to, czy Oliwier miał powód, żeby jej ufać. Nie miała dobrej odpowiedzi. Powiedziała, że rozmawiali czasem po pracy. Że był w porządku. Że raz pomógł jej podnieść uszkodzoną matę.
W przerwie sprawdziła grafik w telefonie. W dniu wypadku, o którym pisał Gabriel, Lena prowadziła zajęcia gdzie indziej, na drugim końcu miasta. Pamiętała to tylko dlatego, że spóźnił się tramwaj, a rodzic jednego z dzieci napisał do niej z pretensją. Z pytań policjanta zrozumiała, że dokumentacja hali przypisywała tamte zajęcia Gabrielowi.
W końcu zgodziła się spotkać z nim w kawiarni przy dworcu. Powiedziała o tym funkcjonariuszowi, który ją przesłuchiwał. Usłyszała, żeby zachowała ostrożność i niczego nie dotykała. Nikt nie zaproponował, że pojedzie z nią.
Gabriel siedział przy oknie, w kurtce z mokrymi ramionami. Nie wyglądał na człowieka, który spał. Na stole miał teczkę z zagiętym rogiem i nietkniętą herbatę.
— Groziłem im — powiedział, zanim zdążyła usiąść. — Tych dwoje, których zabili. Powiedziałem, że ich dopadnę. Nie będę udawał, że tego nie było.
Mówił cicho, ale przy sąsiednim stoliku ktoś przestał stukać łyżeczką o filiżankę. Gabriel obrócił teczkę w jej stronę. W środku leżała kopia wypowiedzenia, z datą sprzed kilku miesięcy, i wydruk grafiku. Jego nazwisko dopisano do zajęć, podczas których dziecko doznało ciężkiego urazu.
— Tego dnia mnie tam nie było. Zgłosiłem to, zanim mnie wyrzucili. Potem powiedzieli, że dokumenty są zgodne. — Przesunął palcem po linijce z własnym nazwiskiem. — Wiedzieli, że to nieprawda. A kiedy próbowałem ich zmusić, żeby powiedzieli, co się stało, zrobili ze mnie problem.
Lena nie wzięła papierów do ręki.
— Dlaczego Oliwier chciał rozmawiać ze mną?
— Nie wiem. Powiedział, że ma oryginał zgłoszenia. Nie kopię z akt hali. Coś, czego nie mogli poprawić.
— A poprzednie ofiary?
Gabriel spojrzał na herbatę.
— Myślałem, że kryją Ninę. Myślałem też, że jak postraszę ich wystarczająco mocno, ktoś wreszcie zacznie mówić. — Podniósł wzrok. — To było głupie. Nie zabiłem ich.
Gdy Lena wróciła do hali po swoje rzeczy, Nina czekała przy recepcji. Czerwone klucze owijała wokół dłoni. Na dwóch palcach wciąż miała małe plasterki.
— Rozmawiałaś z nim? — spytała.
Lena zatrzymała się.
— Skąd wiesz?
— Policja pytała, czy próbował się z tobą kontaktować. Nie powinnaś spotykać się z nim sama. Jest owładnięty żalem. To nie znaczy, że jest niewinny.
Ton Niny był rozsądny. Właśnie dlatego Lena nie potrafiła przestać o nim myśleć. Nina podała jej pudełko z rzeczami znalezionymi w szatni, choć Lena nie pamiętała, żeby zgłaszała, że czegoś szuka. W środku leżał jej szalik, ładowarka i gumka do włosów.
— Kto wtedy przyjmował zgłoszenie po wypadku? — zapytała Lena.
Nina przycisnęła plaster do palca, jakby sprawdzała, czy się trzyma.
— Wszystko jest w dokumentacji. Nie wracaj do tego. Dziecko wyzdrowiało.
Lena wyszła bez odpowiedzi. Następnego dnia zadzwoniła do matki chłopca, który doznał urazu. Numer znalazła w dawnym grafiku rodziców. Kobieta najpierw powiedziała, że nie ma czasu. Potem usłyszała nazwisko Oliwiera i kazała Lenie przyjść.
Miała trzydzieści kilka lat, zmęczone oczy i segregator z rachunkami na półce w kuchni. Wyjęła z niego potwierdzenie przelewu za feralne zajęcia. Data i kwota zgadzały się z zapisami hali. Przy tytule widniało nazwisko jej syna.
— Płaciłam za cały miesiąc — powiedziała. — Tego dnia przywiozłam go wcześniej, bo miał potem wizytę. Trener miał być, ale go nie było. Na sali była tylko Nina. Kazała nam czekać na korytarzu, a potem powiedziała, że syn spadł przy ćwiczeniu.
— W dokumentach wpisano Gabriela.
Kobieta przesunęła potwierdzenie po stole, ale go nie puściła.
— Po wypadku kazali mi podpisać papier. Nie chciałam robić afery. Syn miał operację, ja musiałam wrócić do pracy. Mówili, że trener złamał procedury. Nie wiedziałam, że go wtedy nie było.
— Ma pani kopię zgłoszenia?
Kobieta spojrzała na segregator, potem na Lenę.
— Nie wiem. Sprawdzę.
Tego samego popołudnia oddzwonił policjant. Zabezpieczyli telefon Oliwiera. Z zapisów routera wynikało, że urządzenie korzystało z wewnętrznej sieci hali po godzinie, o której Nina twierdziła, że zamknęła obiekt. Nie wiedzieli jeszcze, kto miał telefon ani czy połączenie oznaczało obecność w środku. Lena spytała, czy Nina może wyjaśnić rozbieżność.
— Powiedziała, że Oliwier musiał wrócić bez jej wiedzy — odparł policjant. — Ma klucze i znał kod.
To brzmiało prawdopodobnie. Oliwier naprawiał sprzęt. Bywał tam po godzinach. Lena przypomniała sobie jego mokre włosy i ciemny rękaw, po czym odsunęła tę myśl, zanim zdążyła się w nią wgryźć.
Wieczorem zobaczyła Gabriela na ekranie telefonu: dwóch policjantów prowadziło go przez parking komisariatu. W jego samochodzie znaleziono rzecz należącą do jednej z poprzednich ofiar, przedmiot, którego rodzina wcześniej szukała. Policja nie podała szczegółów. Wystarczyły nazwisko i obraz jego rąk zaciśniętych na nadgarstkach. Groźby, kłamstwo w dokumentach, przedmiot w samochodzie. Wszystko składało się w kształt, którego Lena chciała się trzymać.
Napisała matce chłopca, że Gabriel został zatrzymany. Kobieta odpowiedziała kilka minut później. W załączniku była fotografia starego formularza, zrobiona pod żółtą lampą kuchenną. Górny róg był przycięty, papier nosił ślady po zszywce. Na dole widniał podpis zgłaszającej.
Nina Krajewska.
Lena powiększyła zdjęcie. Pod nazwiskiem, przy rubryce dotyczącej osoby prowadzącej zajęcia, ktoś wpisał Gabriela. Atrament był inny niż w pozostałych linijkach. Zanim zdążyła zadzwonić, telefon zawibrował drugi raz. Wiadomość od kobiety: „To jest kopia pierwotnego zgłoszenia. W dokumentacji hali była inna”.
Za oknem przejechał tramwaj i zadrżały szyby. Lena spojrzała na nieznany numer Gabriela w historii połączeń, potem na zdjęcie. Policja miała już człowieka, samochód i rzecz jednej z ofiar. Miała też formularz z nazwiskiem Niny. Po raz pierwszy od rana poczuła ulgę. Zaraz potem zrozumiała, że właśnie stała się jedyną osobą poza policją, która wiedziała, co na nim jest.
Lena nie zadzwoniła do Niny. Wysłała zdjęcie formularza temu samemu policjantowi, który wcześniej mówił o telefonie Oliwiera, dopisała numer matki chłopca i poprosiła, żeby potwierdził, że wiadomość dotarła. Potem odłożyła telefon ekranem do dołu. Nie umiała usiedzieć. Przeszła dwa razy z kuchni do przedpokoju, za każdym razem mijając własne buty, których nie zdjęła od powrotu.
Oddzwonił po dwudziestu minutach. Kazał jej niczego nie kasować i nie kontaktować się z Krajewską. Zapytał, czy matka chłopca ma papier. Lena podała numer. Policjant zakończył rozmowę, nie obiecując niczego.
Po północy zadzwonił ponownie. Tym razem mówił krótko, jakby ktoś stał obok i czekał na telefon. Zdjęcie było czytelne. Matka odnalazła oryginał w segregatorze i zgodziła się przekazać go funkcjonariuszom. Dokument zabezpieczono. W hali rozpoczęto przeszukanie biura Niny.
— Ma pani zostać w domu — powiedział. — Niech pani tam nie jedzie.
Lena usiadła przy stole. Pod jej dłonią leżała kartka z listą zakupów, na której wcześniej zapisała mleko, chleb i proszek do prania. Przy słowie „chleb” papier był zatłuszczony. Patrzyła na niego, kiedy policjant mówił o materiałach z telefonu Oliwiera. Nie wszystkie dane udało się odzyskać, ale wystarczyły zdjęcia: pierwotne zgłoszenie, potem wersja z akt hali, z innym nazwiskiem przy rubryce prowadzącego. Były też wiadomości od jednego z poprzednich zabitych, zapisane w wątku, którego Oliwier nie skasował. Pytał o rozliczenia. Pisał, że rodzice płacili za treningi, których nie było w grafiku. Drugi wcześniej poprosił o kopię dokumentacji wypadku. Każdy z nich odkrył inną część tej samej rozbieżności.
W telefonie zachował się również zapis połączenia z Niną tuż przed północą. Później urządzenie połączyło się z siecią hali, choć Krajewska twierdziła, że obiekt był zamknięty. Nie dowodziło to jeszcze, kto trzymał telefon. Nie pasowało już jednak do opowieści, że Oliwier wrócił tam sam, bez jej wiedzy.
W dokumentach leżało potwierdzenie przelewu matki chłopca. Kwota za zajęcia zgadzała się z księgą wpłat. W grafiku nie było ich wcale. W dniu wypadku Gabriel pracował gdzie indziej, co potwierdzały jego ówczesne wiadomości i zapis wejść do drugiego obiektu. Chłopiec spadł podczas ćwiczenia, gdy na sali nie było instruktora. Nina wpisała Gabriela. Matka podpisała formularz, wierząc, że tak wygląda procedura. Dziecko zmarło w szpitalu po kilku dniach.
Policjant nie opowiadał Lenie o wszystkim od razu. Dowiadywała się w kawałkach, między pytaniami i przerwami, kiedy siedziała na komisariacie w tej samej kurtce. W końcu przesunął ku niej wydruk zdjęcia formularza.
— Powiedziała pani, że Krajewska od razu kazała nie opróżniać basenu?
Lena spojrzała na papier. Zobaczyła nie tylko swoje nazwisko w protokole, ale też twarz Niny w rozpiętym płaszczu, jej czerwone klucze i plasterki na palcach.
— Tak. Powiedziałam jej tylko, że znaleźliśmy ciało.
— Gdzie?
— Nie zdążyłam powiedzieć.
Policjant niczego nie dopowiedział. Wziął wydruk i wsunął go do teczki. Lena przypomniała sobie, jak Nina omijała mokre ślady, jak podeszła do funkcjonariusza, nie patrząc na basen. Jak położyła jej płaszcz na ramionach. Nie musiała zgadywać. Sama ukryła Oliwiera pod piankami i wiedziała, że ciało tam jest. Liczyła, że hala zostanie zamknięta, zajęcia odwołane, a basen nie będzie opróżniany. Potem pomogła Lenie wskazać Gabriela, którego wcześniej obciążyła odpowiedzialnością za śmierć dziecka.
Ninę zatrzymano nad ranem, w mieszkaniu. Nie było pościgu ani szarpaniny na klatce. Sąsiadka z parteru uchyliła drzwi, gdy policjanci prowadzili ją do samochodu. Nina miała na sobie sweter i spodnie od dresu. Nie była skuta z przodu; ręce trzymała za plecami, pod płaszczem. Jeden z funkcjonariuszy niósł jej torebkę w przezroczystym worku. Na klatce pachniało gotowaną kapustą i mokrym psem.
W biurze hali znaleźli część dokumentów, których nie było w oficjalnych aktach, oraz koperty z potwierdzeniami wpłat. Zabezpieczyli ubranie i telefon. Policja nie podała Lenie szczegółów. Nie musiała. Rzecz znaleziona w samochodzie Gabriela, należąca do jednej z ofiar, przestała być dowodem przeciwko niemu. Wcześniej Nina miała dostęp do jego auta, kiedy zostawiał je na parkingu obiektu po ostatniej rozmowie z kierownictwem. Kartkę z jego nazwiskiem znaleziono przy Oliwierze; miała wyglądać jak ostatni ślad prowadzący do człowieka, który otwarcie groził poprzednim ofiarom.
Gabriela wypuszczono tego samego dnia. Lena zobaczyła go tylko przez szybę komisariatu. Siedział na ławce przy wejściu, bez kurtki, z teczką na kolanach. Kiedy wyszła, podniósł wzrok, ale nie wstał. Nie powiedział, że miał rację. Nie powiedziała mu, że jej przykro. Między nimi było za dużo rzeczy, których nie dało się cofnąć, a policjant czekał obok na jej zeznanie.
O świcie Lena wróciła do hali po kabel do telefonu i buty, które zostawiła w szatni. Drzwi dostawcze były zamknięte, zamek zabezpieczono taśmą. W środku paliło się światło. Przez szybę widziała salę, puste materace i zaplombowane worki z piankowymi klockami. Na kilku przezroczystych ściankach skropliła się para. Worki stały w rzędzie, każdy oznaczony numerem, jak sprzęt odłożony do inwentaryzacji.
Policjant pozwolił jej wejść tylko do korytarza. Jej rzeczy spakowano do papierowej torby: szalik, ładowarkę i gumki do włosów. Nie było w niej płaszcza Niny. Lena zapytała o niego, a funkcjonariusz zapisał pytanie na marginesie protokołu.
Wyszła, kiedy na chodniku zaczęli pojawiać się pierwsi ludzie jadący do pracy. Nad Odrą wisiał niski, brudny świt. Na telefonie miała nieodebrane połączenie od matki chłopca, a pod nim krótką wiadomość: „Powiedzieli, że będą chcieli jeszcze zeznawać”. Lena odpisała, że rozumie.
Nie było już zajęć, do których trzeba było przygotować salę. Nie było też jednego nazwiska, które mogłoby zamknąć sprawę i zostawić resztę nietkniętą. Za szybą worki z piankami stały nieruchomo. W środku, pod numerami i plombami, leżał czarny pył z mat, włosy i ślady, których nikt nie mógł już otrzepać i wrzucić z powrotem.