Pod spodem podstrunnicy
Pod podstrunnicą kryje się numer, który może połączyć skrzypce z dawnym zabójstwem. Gdy handlarz ginie za ladą, Bożena zostaje w zamkniętym sklepie z instrumentem i pytaniami.
Bożena wsunęła klin pod stopkę mostka i przytrzymała skrzypce dwoma palcami, aż drewno przestało drżeć. Dopiero wtedy nacisnęła spust aparatu. Błysk odbił się od lakieru, od szyby w drzwiach serwisu i od jej własnych paznokci, krótkich, z ciemnym pyłem w szczelinach.
Na ekranie wyszedł odprysk przy krawędzi płyty, cienki jak nacięcie nożem. Zrobiła drugie zdjęcie z miarką. Trzecie, bez miarki, żeby było widać rysę biegnącą od dolnego narożnika. W formularzu wpisała: „uszkodzenie mechaniczne, ślad uderzenia, do konsultacji”. Nie wpisała, że ktoś musiał mocno trzasnąć futerałem o twardą powierzchnię. To można było dopisać rano, kiedy klient przestanie twierdzić, że instrument cały czas leżał w domu.
Wskazówki nad drzwiami serwisu pokazywały dziewiątą. Za ścianą sklep milczał. O tej porze zwykle słychać było na ulicy autobusy, śmiech ludzi wychodzących z restauracji, czasem kogoś, kto szarpie za klamkę, choć na drzwiach wisiała kartka „zamknięte”. Tego wieczoru nie było nic. Czarny lód trzymał Lublin przy mieszkaniach. Od godziny nikt nie wszedł, a ci, którzy przyszli wcześniej, wychodzili ostrożnie, patrząc pod nogi.
W pracowni pachniało klejem kostnym, starym drewnem i grzejnikiem, który stukał w ścianie, jakby ktoś od środka próbował się dobić. Bożena przetarła obiektyw rękawem fartucha i pochyliła się nad futerałem. Wnętrze było wytarte na czarno przy zawiasach. Na czerwonej podszewce leżała wizytówka.
Inez Zielińska. Instrumenty smyczkowe. Skup, sprzedaż, wyceny.
Karta wyglądała na nową: papier sztywny, narożniki ostre, czarny nadruk bez jednej rysy. Bożena położyła ją obok numeru przyjęcia i sfotografowała. Właściciel miał rano potwierdzić, do kogo należy futerał i czy wizytówka znalazła się w nim przypadkiem. Nie lubiła wyrzucać cudzych rzeczy, nawet jeśli były tylko kawałkiem papieru. Nie lubiła też zostawiać pytań bez odpowiedzi w dokumentacji.
— Jeszcze długo? — dobiegło z sali sprzedaży.
Bruno Mróz nie podnosił głosu. Nie musiał. Przez uchylone drzwi słychać go było wyraźnie.
— Kończę. Muszę tylko zapisać numer struny.
— To niech pani zapisze też to, co znalazłem.
Bożena spojrzała na zegarek, potem na skrzypce. Wsunęła kartę pamięci do czytnika i wpisała nazwę pliku: „Mróz_komis_27”. Pracowała dla sklepu od trzech lat, na rachunek, za naprawy, których etatowy serwis nie chciał brać. Bruno płacił po terminie, ale płacił. Nie pytał, dlaczego czasem przychodziła z opatrunkiem na kciuku ani dlaczego nie odbierała telefonów w trakcie pracy.
Kiedy wyszła z pracowni, niosła skrzypce pod brodą i trzymała je za gryf. Sala sprzedaży była ciemna. W witrynie odbijały się tylko dwie zielone diody alarmu i słaby prostokąt światła z zaplecza. Rząd instrumentów wisiał na ścianie jak złożone parasole. Przy ladzie paliła się mała lampka z zielonym kloszem, którą Bruno zostawiał dla siebie.
— Tutaj — powiedział.
Stał po drugiej stronie lady, pochylony nad drugim instrumentem. Zdjął marynarkę i przerzucił ją przez krzesło. Na mankiecie koszuli miał świeżą plamę z żywicy albo kleju. Bożena nie zapytała. Bruno przesunął skrzypce w jej stronę.
— Pod podstrunnicą. Sam tego nie ruszałem. Widać końcówkę napisu.
— Skąd pan wie, że to napis?
— Bo odwróciłem instrument pod światło. Litery, może cyfry. Nie chcę tam grzebać, póki pani nie obejrzy.
Oparł łokcie o ladę. Był blady, jak zwykle po całym dniu w sklepie, ale tym razem ściskał w palcach wydruk z ogłoszenia. Papier był złożony na pół i miękki od wielokrotnego rozprostowywania.
— Znalazłem podobny opis w sieci. Skrzypce skradzione, dawno temu. Sprawa po zabójstwie, niewyjaśniona. Właściciel zginął w domu, instrumentu nigdy nie odzyskali.
Bożena popatrzyła na niego, potem na kartkę. Wydrukowana fotografia była ziarnista. Widać było bok skrzypiec i ciemne pęknięcie przy ślimaku.
— To może być podobny model.
— Może. Dlatego chcę, żeby pani sprawdziła napis.
Położył instrument na filcowej podkładce. W górnej części sali coś kliknęło — pewnie rura grzewcza. Bożena odruchowo spojrzała w stronę drzwi wejściowych. Przez matową szybę nie dało się zobaczyć chodnika, tylko czarną plamę nocy. Zamek był przekręcony. Bruno zamknął sklep o ósmej, po tym jak ostatni klient wyszedł chwiejnym krokiem na oblodzony bruk.
— Ma pan latarkę z wąskim światłem? — zapytała.
— W szufladzie. I lupę. Zaraz przyniosę.
Bruno schylił się za ladą. Bożena odłożyła swoje skrzypce na stojak i ostrożnie obróciła te drugie. Podstrunnica była lekko uniesiona przy krawędzi, ledwie widocznie. Na jasnym drewnie kryło się coś ciemnego, wciśniętego w szczelinę. Nie mogła jeszcze rozpoznać liter.
— Zostawię to na chwilę — powiedziała. — Wezmę aparat z pracowni.
Bruno nie odpowiedział. Zza lady dobiegł krótki, suchy stuk, jak upuszczony metalowy przedmiot. Potem cisza.
Bożena wróciła po aparat. Zostawiła drzwi pracowni otwarte, żeby nie iść po ciemku. Kiedy znów weszła do sali, zielona lampka świeciła tak samo, a Bruno nadal nie podnosił się zza lady.
— Panie Mróz?
Jego ręka leżała na podłodze, dłonią do góry. Przy nadgarstku mankiet koszuli był ciemny i mokry. Bożena zrobiła jeszcze jeden krok. Zobaczyła twarz, przechyloną pod nienaturalnym kątem, i krew spływającą spod włosów cienką strużką na wykładzinę. Jedno oko pozostało otwarte. Drugie zasłaniał cień lady.
Aparat wysunął jej się z palców i uderzył o podłogę.
Przez kilka sekund stała bez ruchu, z rękami uniesionymi przed sobą, jakby ktoś mógł jej zaraz wręczyć instrument. Potem cofnęła się gwałtownie i uderzyła biodrem o stojak. Skrzypce zachwiały się, ale nie spadły.
Wyjęła telefon. Palce ślizgały się po ekranie. Kiedy dyspozytorka odebrała, Bożena podała adres, nazwę sklepu i powiedziała, że Bruno Mróz leży za ladą, nie oddycha i ma krew na głowie. Zapytała, czy ma sprawdzić puls. Usłyszała, żeby nie podchodziła, nie dotykała niczego i została przy wejściu. Powiedziała, że drzwi są zamknięte od środka. Dyspozytorka kazała jej odsunąć się od ciała i poczekać na patrol.
Bożena odłożyła telefon na parapet, ekranem do góry. Nie zrobiła tego, co chciały ręce: nie sięgnęła po klucze, nie podeszła do lady, nie sprawdziła, czy Bruno naprawdę nie żyje. Stanęła przy drzwiach pracowni, tak żeby widzieć salę i nie wchodzić w nią dalej. Wzięła trzy płytkie oddechy. Dopiero wtedy zauważyła krew na własnym mankiecie. Nie wiedziała, czy dotknęła czegoś, kiedy podnosiła aparat. Wytarła rękaw o fartuch, po czym przestała, jakby nagle zrozumiała, że właśnie to mogło być błędem.
Syreny ucichły na ulicy. Dwóch policjantów weszło do sklepu w rękawiczkach, za nimi ratownik z torbą. Kazali jej podać ręce, obejrzeli dłonie i zapytali, czy dotykała ciała albo skrzypiec. Powiedziała, że nie. Jeden z funkcjonariuszy obejrzał zasuwę, drugi przesunął wzrokiem po sali, zatrzymując się na aparacie leżącym na podłodze. Bożena wskazała go brodą.
— Robiłam zdjęcia instrumentu przed znalezieniem ciała. Mam też zdjęcie wizytówki z futerału.
— Proszę ich nie kasować. Później zabezpieczymy pliki.
— Są na karcie pamięci. Nie ruszałam jej.
Ratownik przykucnął przy Brunonie. Po chwili wyprostował się i skinął głową. Policjant przesunął taśmę przez przejście za ladę. Bożena obserwowała, jak robią to ostrożnie, bez pośpiechu, jakby podłoga mogła się pod nimi załamać. Na wykładzinie krew zdążyła ściemnieć.
Była dwudziesta pierwsza dwadzieścia osiem, kiedy przyjechał technik kryminalistyki. Kazał jej usiąść w pracowni i nie opuszczać pomieszczenia. Zamiast siedzieć, stała przy stole, trzymając dłonie na jego krawędzi. Policjant spisał jej dane, zapytał, kiedy ostatni raz widziała Bruna żywego i co robiła przed znalezieniem ciała. Bożena odpowiadała po kolei: skrzypce, podstrunnica, prośba o aparat, martwy człowiek. Przy „martwym człowieku” głos jej się załamał. Policjant nie skomentował.
Zdjęcia przekazała dopiero po skopiowaniu ich przez technika. Oglądał je na ekranie służbowego laptopa. Rysa na płycie, miarka, krawędź podstrunnicy. Potem futerał z czarną podszewką i wizytówka Inez Zielińskiej. Bożena patrzyła, jak policjant powiększa nadruk, po czym obraca ekran w jej stronę.
— Ta pani jest właścicielką firmy? — zapytał.
— Handluje instrumentami. Znam ją z widzenia. Bruno mówił, że znalazł pod podstrunnicą napis.
— Inez była dziś w sklepie — powiedział drugi funkcjonariusz, stojący przy drzwiach. — Dzwonił do niej przed zamknięciem. Mamy połączenie w telefonie denata.
Bożena spojrzała na zdjęcie karty. Ostre narożniki, czarny druk, żadnego zagięcia. Nie powiedziała tego na głos. Jeszcze nie.
Inez przyszła o dwudziestej pierwszej czterdzieści siedem. Nie zdjęła płaszcza. Włosy miała wilgotne od śniegu, policzki zaróżowione od mrozu. Na widok taśmy przystanęła i zacisnęła usta, zanim którykolwiek z policjantów zdążył się odezwać.
— Bruno do mnie dzwonił — powiedziała. — Powiedział, że ma skrzypce, które mogą pochodzić z transakcji sprzed lat. Chciał, żebym przyszła i potwierdziła, czy je rozpoznaję. Byłam tu wcześniej. Wyszłam przed zamknięciem.
— Jak dawno temu pośredniczyła pani w ich sprzedaży? — zapytał policjant.
— Kilka lat. Nie widziałam tego futerału od tamtej pory.
Bożena wysunęła się zza drzwi pracowni.
— W środku leżała pani wizytówka. Jest nowa. Zrobiłam jej zdjęcie.
Inez przeniosła na nią wzrok. Nie było w nim zaskoczenia, tylko zmęczenie, które mogło być prawdziwe albo dobrze użyte.
— Bruno mógł ją tam włożyć sam. Miał moje wizytówki w sklepie. Kiedyś je rozdawał.
— Ta była w futerale — powiedziała Bożena.
— Rozumiem. Ale to nie dowodzi, że go widziałam.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Jeden z policjantów zerknął na zegarek. Inez nie próbowała wejść za taśmę. Została przy ladzie, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
Właściciel lokalu odebrał telefon po kilku próbach. Zgodził się sprawdzić historię alarmu, ale nie chciał podawać kodów przez telefon. Przyjechał po dwudziestej drugiej, w cienkiej kurtce narzuconej na sweter. Na ekranie centrali przewinął zapis otwarć drzwi zaplecza. Przy godzinie 21.14 widniał indywidualny numer użytkownika Inez.
Policjant odczytał go dwa razy. Inez zerknęła na wyświetlacz, potem na właściciela lokalu.
— Oskar znał mój kod — powiedziała. — Pracował tu. Bruno nie zmieniał uprawnień po jego odejściu. To mógł być on.
Tego nazwiska Bożena nie znała, ale pozostali zareagowali. Funkcjonariusz przy drzwiach poprosił dyżurnego o sprawdzenie wcześniejszej interwencji. Oskar Kłos, były pracownik sklepu, miał pokłócić się z Brunem o zaległe wynagrodzenie. Sąsiedni lokal potwierdził, że ktoś wrócił pod sklep po zmroku. Kamera obejmowała fragment chodnika i wejście od zaplecza; obraz był czarno-biały, ziarnisty. Mężczyzna w ciemnej kurtce zniknął w bocznym przejściu o dwudziestej pierwszej czternaście.
Godzina zgadzała się co do minuty.
Bożena poczuła, jak napina jej się kark. Oskar miał powód, znał kod, wrócił po zmroku. Inez mówiła spokojnie, nie zaprzeczała zapisowi, tylko podsuwała nazwisko człowieka, którego kamera umieściła przy drzwiach. Przez moment wszystko układało się w prostą linię. Bruno i były pracownik. Pieniądze, kłótnia, powrót. Kod przypisany do kogoś, kto dawno powinien go stracić.
Policjanci dotarli do Oskara w mieszkaniu na Bronowicach. Zgłosił się dobrowolnie na komisariat i wyjaśnił, że Bruno poprosił go o zabranie z zaplecza teczki, którą rano miał zanieść na policję. Przyszedł pod sklep wcześniej, ale nie wszedł: Bruno napisał mu, że Bożena jeszcze pracuje. Oskar zadzwonił do niego z bocznego przejścia i po paru minutach odszedł. Teczka została na półce za drzwiami, w miejscu, które wskazał. Nikt nie musiał zgadywać, po co tam przyszedł.
Funkcjonariusz odłożył telefon. Inez spuściła wzrok na swoje dłonie. Bożena spojrzała na wizytówkę na ekranie laptopa: równy druk, czyste narożniki. Jeszcze przed chwilą chciała uwierzyć, że Oskar wyjaśnia zapis alarmu. Teraz nie umiała już znaleźć dla tej karty miejsca, które nie wymagałoby kolejnego kłamstwa.
Była dwudziesta druga dwadzieścia pięć. Policjant poprosił Inez, żeby została na miejscu. Taśma nadal odcinała salę sprzedaży od lady, a skrzypce leżały tam, gdzie Bruno je zostawił. Bożena patrzyła na nie z progu pracowni, nie mogąc zrobić nic poza czekaniem, aż ktoś zapyta ją o następny szczegół.
Zapytali kilka minut później. Technik odsunął jej krzesło od stołu i położył przed nią wydruk zdjęć. Na górze widniały godziny zapisane przez aparat. Bożena rozpoznała własne dłonie: najpierw przy futerale, potem przy rysie, wreszcie przy uniesionej krawędzi podstrunnicy. Na fotografii wizytówki data wykonania zgadzała się z dzisiejszym wieczorem. Nie oznaczało to jeszcze, że ktoś włożył ją do futerału właśnie wtedy. Oznaczało tylko, że Bożena ją znalazła.
— Kiedy pani zrobiła to zdjęcie? — zapytał technik.
— Przed dziewiątą. Wyszłam z pracowni, Bruno pokazał mi instrument. Wróciłam po aparat. Wtedy usłyszałam stuk. Potem wróciłam do sali i zobaczyłam go na podłodze.
Policjant przy stole wskazał zdjęcie podstrunnicy. Z jego kopii dało się powiększyć ciemny ślad pod jasnym drewnem. Litery, których Bożena nie zdążyła odczytać, okazały się fragmentem numeru. Bruno nie mógł go zobaczyć bez poluzowania podstrunnicy. Nie rozpoznał skrzypiec po samym futerale. Rozpoznał je dopiero wtedy, gdy zaczął naprawę.
Telefon Bruna leżał już w worku dowodowym. Policjant odczytał wiadomości z zabezpieczonej kopii, przewijając ekran laptopa. Najpierw rozmowa z Oskarem. Bruno pisał, że znalazł podobieństwo do opisu skradzionych skrzypiec i że ma stare dokumenty komisu. Kazał mu zabrać kopię z teczki na zapleczu i zanieść ją rano na komisariat. Oskar odpisał, że przyjdzie, kiedy sklep będzie zamknięty dla klientów. Potem krótka wiadomość Bruna: „Nie wchodź przez główne, pracuje jeszcze”.
Oskar przyszedł wcześniej, niż zapamiętał to właściciel. Nie wszedł do sklepu. Został przy bocznym przejściu, zadzwonił do Bruna i po paru minutach odszedł. Obraz z kamery nie pokazywał twarzy. Pokazywał tylko ciemną kurtkę i sylwetkę, którą Inez podsunęła policjantom jako jego. W telefonie Bruna była jeszcze jedna wiadomość, wysłana do niej o dwudziestej pięćdziesiąt osiem: „Proszę przyjść sama. Mam numer i papiery. Nie będę tego rozstrzygał przez telefon”.
Inez siedziała przy ladzie bez płaszcza, który zdjęła dopiero po przyjeździe. Wysuszone już włosy układały się w cienkie pasma przy skroniach. Nie pytała, co znaleźli. Patrzyła na drzwi wejściowe i od czasu do czasu zerkała na zegarek.
Właściciel lokalu odtworzył log alarmu z centrali. O dwudziestej pierwszej czternaście otwarto drzwi zaplecza. Użyto indywidualnego kodu Inez. Na nagraniu z sąsiedniego lokalu ktoś znikał w bocznym przejściu w tej samej minucie. Nie było już potrzeby dopasowywać kurtki do Oskara. Jego telefon i zeznania lokowały go wtedy kilka ulic dalej. Kod Bruna pozostawiony byłemu pracownikowi wyjaśniał, dlaczego Inez mogła wskazać jego nazwisko tak szybko. Nie zmieniał właściciela kodu ani godziny wejścia.
— Przyszła pani po instrument? — zapytał policjant.
Inez podniosła wzrok.
— Już mówiłam. Byłam tu wcześniej.
— Wcześniej wyszła pani głównym wejściem. O dwudziestej pierwszej czternaście otworzyła pani zaplecze.
Milczała. Po drugiej stronie taśmy technik robił zdjęcia podłogi za ladą. Bruno leżał tam, gdzie upadł. Kiedy Bożena zobaczyła krew na jego mankiecie, nie miała pojęcia, że cudzy kod może pozostawić ślad równie czytelny jak kropla na wykładzinie.
Na zapleczu, na półce wskazanej przez Oskara, policjanci znaleźli teczkę. Kopia dawnego dokumentu komisu wymieniała skrzypce po numerze i opisywała pęknięcie przy ślimaku. Właściciel instrumentu zginął podczas włamania do domu; według protokołu z tamtej sprawy sprawca zabrał między innymi instrumenty i gotówkę. Na marginesie dokumentu ktoś zanotował nazwisko pośredniczki. Inez Zielińska.
W kolejnych kartkach były rozliczenia z jej firmy, dwa różne nazwiska klienta i ten sam numer skrzypiec. W telefonie Bruna zachowała się korespondencja sprzed tygodnia: jego pytanie o pochodzenie partii instrumentów, jej odpowiedź, że nie pamięta już tamtych transakcji, a potem fotografia starego ogłoszenia o skradzionych skrzypcach. Nie była to spowiedź ani pełny dowód na dawną śmierć. Był to łańcuch papierów, w którym nazwa firmy Inez pojawiała się tam, gdzie nie powinna.
Bożena przypomniała sobie czystą wizytówkę w futerale. Ostre narożniki. Nowy nadruk. Inez mówiła, że nie widziała go od lat, a zaraz potem, że Bruno mógł sam włożyć jej kartę. Teraz wiadomość o numerze i dokumentach wyjaśniała, dlaczego wróciła. Weszła zapleczem, kiedy sądziła, że Bożena skończyła. Znalazła Bruna przy ladzie i uderzyła go przygotowanym narzędziem, zanim zdążył zadzwonić na policję. Teczki nie odnalazła. Skrzypiec nie wyniosła, bo usłyszała Bożenę w pracowni. Wymknęła się zapleczem, a później wróciła wejściem od frontu, udając, że dopiero przyjechała.
Narzędzie nie leżało na widoku. Technik znalazł je później w pojemniku na zużyte części, owinięte szmatką. Policjant nie pokazał go Bożenie. Powiedział tylko, że zabezpieczyli przedmiot z możliwymi śladami krwi i że szczegóły ustali laboratorium.
O dwudziestej drugiej pięćdziesiąt sześć Inez poprosiła o telefon i powiedziała, że musi wyjść. Jeden z funkcjonariuszy stanął między nią a drzwiami. Drugi odczytał jej prawa. Nie szarpała się. Zapięła płaszcz, gdy kazali jej wstać, a przy zakładaniu rękawa zsunęła się jej z palca cienka obrączka. Policjant podniósł ją w rękawiczce i schował do woreczka.
Zatrzymali ją przed jedenastą. Dawne włamanie i śmierć właściciela skrzypiec miały dopiero wrócić do akt. Policjant uprzedził Bożenę, że badania potrwają, a prawnik Inez będzie kwestionował każde niedopowiedzenie. Powiedział to rzeczowo, jak informację o godzinach pracy urzędu.
Kiedy taśma zniknęła z przejścia, w sklepie zostały ślady po butach, krzesło odsunięte od lady i skrzypce. Bożena nie mogła ich dotknąć. Podstrunnica miała pozostać na miejscu do oględzin. Na jej krawędzi wciąż tkwił ciemny fragment numeru, odsłonięty przez pracę Bruna.
Przed północą policjant zamknął sklep i przekręcił klucz. Na chodniku posypano piasek, ale lód nadal trzymał się przy krawężniku. Bożena stała chwilę pod witryną, z rękami schowanymi w kieszeniach fartucha. Potem ruszyła w stronę przystanku. Dwie godziny wystarczyły, żeby zamknąć sklep i znaleźć mordercę. Na starej teczce ktoś wpisał numer sprawy, która przez lata leżała bez ruchu. Rano miała dostać nowe akta.