Thriller

Nazwisko na liście zmian

W łódzkiej pralni poranny hałas skrywa śmierć. Gdy grafik wskazuje, kto został sam z ofiarą, Aleksandra odkrywa, że każda rubryka może być pułapką.

Nazwisko na liście zmian

— Nie wyłączajcie taśmy — powiedziała Aleksandra, zanim zdążyła zdjąć kurtkę.

Wózek stał w poprzek przejścia transportowego, załadowany workami z hotelową pościelą. Jedno z kół zablokowało się na łączeniu posadzki; ktoś próbował przeciągnąć go siłą i zostawił na betonie czarną smugę. Aleksandra przykucnęła, sprawdziła luz przy hamulcu, potem spojrzała na zegarek. Pięć czterdzieści siedem. Za niecałe pół godziny pierwsza zmiana miała ruszyć pełną parą, a tu już brakowało miejsca dla wózków i ludzi.

— To tylko na chwilę — odezwał się brygadzista, stojący przy wejściu z kubkiem kawy. — Alan ma zaraz zerknąć.

— A jak ktoś tu wjedzie paleciakiem, to też tylko na chwilę? — spytała.

Nie odpowiedział. Aleksandra wyprostowała się i poczuła, jak kręgosłup przypomina jej o wczorajszym dniu, który skończył się po dwudziestej. W kieszeni kurtki miała zmięty formularz zgłoszenia, złożony na pół i poplamiony czymś, co pachniało płynem do płukania. Zgłoszenie przyszło przed szóstą: zablokowane przejście, możliwa awaria wózka. W pralni takie rzeczy rzadko oznaczały tylko awarię.

Hala pracowała już na pół gwizdka. Z góry szedł równy szum wentylacji, pod nim turkot kół, trzask zamykanych klap i odległe uderzenia maszyn. Powietrze było ciepłe i wilgotne, przesiąknięte detergentem, parą oraz ostrym zapachem chemii, który osiadał w gardle. Za wysokimi oknami niebo nad Łodzią miało kolor mokrego popiołu. Nie poruszał się nawet jeden liść przy rampie. Burza wisiała nad miastem, ale jeszcze nie spadła.

Aleksandra obchodziła wózek, sprawdzając, czy nikt nie przeciął drogi na skróty między strefą brudną a czystą. Znała ten zakład na tyle, by wiedzieć, że ludzie potrafią przyzwyczaić się do zagrożenia szybciej, niż do niego przyznać. Taśma klejąca na osłonie przewodu, paleta pod gaśnicą, mokra posadzka przykryta kartonem. Każda prowizorka miała swoją historię i kogoś, kto twierdził, że zaraz ją poprawi.

Przy tablicy ogłoszeń leżał wykaz nowych pracowników przysłany przez agencję. Kartki wiatr nie poruszał, bo hala nie miała okien, a klimatyzacja dmuchała tu słabiej niż w głównej części. Aleksandra przytrzymała dokument dłonią, żeby nie zsunął się z blatu, i odnalazła nazwisko Markiewicz, Henryk. Data rozpoczęcia: poprzedni dzień. Stanowisko wpisane długopisem, nieczytelnie.

W rubryce kontaktowej podano numer komórkowy. Aleksandra rozpoznała końcówkę. Prywatny telefon Marii Włodarczyk, kierowniczki zmiany. Zmarszczyła brwi, po czym złożyła kartkę i odłożyła ją na miejsce. Agencja miała własny numer do zakładu, ale przy pilnych zastępstwach ludzie podawali, co popadło. Maria pewnie załatwiała sprawę po godzinach. Tutaj wszystko było pilne, dopóki nie trzeba było za to zapłacić.

— Alan jest na dole — powiedział brygadzista. — Przy suszarce.

Znalazła go za rzędem przemysłowych suszarek, z rękami czarnymi od smaru. Miał rozpiętą bluzę roboczą i ślad po masce na policzku. Kiedy zobaczył Aleksandrę, odłożył klucz na metalowy blat.

— Wózek blokuje przejście. Możesz go przestawić?

— Mogę.

— Coś z nim nie tak?

— Nie wiem. Wczoraj działał.

Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że Aleksandra spojrzała na niego uważniej.

— Wczoraj byłeś przy nim?

Alan przetarł ręce szmatą. Na materiał została ciemna, tłusta plama.

— Nie tylko przy nim.

Z hali dobiegł metaliczny stuk. Ktoś puścił kolejny wózek i potoczył go w stronę sortowni. Alan zerknął przez ramię, jakby liczył, że ktoś go zawoła.

— Pokłóciłeś się z Markiewiczem? — spytała Aleksandra.

Szmatka zatrzymała się w jego dłoni.

— Kto ci powiedział?

— Nikt. Pytam.

— Była sprzeczka. Nic takiego.

— O co?

— O robotę.

— Konkretnie?

— Nie pamiętam już.

Wypowiedział to szybko. Aleksandra nie docisnęła. Nie była policjantką i nie miała ochoty urządzać przesłuchania między suszarkami. Zapisała sobie w głowie jego odpowiedź, bardziej przez ton niż treść.

— Przestaw wózek — powiedziała. — I nie zostawiaj go z zaciągniętym hamulcem na środku przejścia.

Poszli razem na zaplecze. Wózek stał przy drzwiach do małego pomieszczenia, którego używano do przechowywania środków czystości i części zamiennych. Jedno z kół opierało się o próg. Drzwi były uchylone na kilka centymetrów, ale coś trzymało je od środka. Aleksandra położyła dłoń na ramie wózka.

— Kto go tu zostawił?

Alan nie odpowiedział. Złapał za boczny uchwyt i pociągnął. Koła drgnęły, po czym zatrzymały się z głuchym stuknięciem. Nie przesunął się ani o centymetr.

— Coś jest pod spodem — powiedział.

Aleksandra obeszła wózek. Między jego dolną półką a posadzką wystawał skrawek materiału, ciemny i mokry. Przez krótką chwilę uznała, że to rękaw roboczej bluzy. Potem poczuła zapach, który nie pasował do pralni. Metaliczny, ciężki, ciepły.

— Odsuń się — powiedziała.

Alan cofnął się bez słowa.

Aleksandra podniosła uchwyt wózka i szarpnęła. Drzwi ustąpiły na kilka centymetrów, blokowane od środka czymś miękkim. Wcisnęła ramię w szczelinę, uważając na palce, i pchnęła. Zawias jęknął. Wózek przesunął się nagle, koło zjechało z progu, a drzwi otworzyły się do końca.

Henryk leżał na boku za wejściem, między regałem z kanistrami a ścianą. Jedna ręka była podwinięta pod klatkę piersiową, druga spoczywała przy twarzy. Na betonie obok głowy rozlewała się ciemna plama, w której odbijał się zimny, jarzeniowy blask. Włosy miał sklejone, skroń rozciętą; twarz zastygła w grymasie, jakby próbował osłonić się przed ciosem, który przyszedł za późno.

Aleksandra cofnęła się o krok. Uderzyła łopatką o metalową szafkę. Nie poczuła bólu. Słyszała wentylację, wózki, swój oddech, zbyt głośny i płytki.

— Nie dotykaj niczego — powiedziała.

Alan stał za nią, nieruchomy. Z jego ręki zwisała szmatka.

Aleksandra wyjęła telefon. Palec raz ześlizgnął jej się z ekranu, zanim wybrała 112. Podała adres pralni, wejście od rampy, powiedziała, że znalazła mężczyznę i że nie reaguje. Dyspozytorka zadawała pytania. Aleksandra odpowiadała krótko, nie odrywając wzroku od otwartych drzwi.

Kiedy skończyła, odwróciła się do Alana.

— Zostań tutaj. Nie wchodź. Nikogo nie wpuszczaj.

— Ja go nie zabiłem.

Nie zapytała, skąd mu przyszło do głowy, że musi to powiedzieć.

Aleksandra wyszła na korytarz i stanęła w poprzek przejścia. Zatrzymała pierwszą pracownicę, która nadchodziła z pustym wózkiem, potem drugą, niosącą kubek herbaty. Kazała wszystkim zawrócić. Maszyny nie przestawały pracować; ich jednostajny hałas wypełniał halę tak samo jak przedtem. Za drzwiami leżał człowiek, a zakład nadal odmierzał czas kolejnymi partiami brudnej pościeli.

Za rampą pierwsza kropla deszczu uderzyła w blaszany parapet. Potem następna. Aleksandra zacisnęła dłoń na telefonie i pilnowała, żeby nikt nie przeszedł.


Deszcz szybko zgęstniał. Aleksandra stała w przejściu, kiedy pod halę podjechał pierwszy radiowóz, a potem nieoznakowany samochód z przyciemnionymi szybami. Policjanci kazali pracownikom odsunąć się od drzwi zaplecza. Jeden z nich rozwinął taśmę, drugi rozmawiał z dyspozytorką przez telefon, powtarzając adres i nazwę zakładu. Nikt nie wyłączał maszyn. Dopiero po kilku minutach brygadzista dostał polecenie, żeby zatrzymać linię. Turbiny ucichły nierówno, jedna po drugiej, aż w hali zostały tylko wentylatory i deszcz bębniący o blachę.

Aleksandra podała funkcjonariuszowi swoje dane, opisała, gdzie stał wózek i kto był z nią, kiedy otworzyły się drzwi. Nie weszła do pomieszczenia. Nie musiała. Technik w białym kombinezonie pracował już przy progu, a policjant pilnował, żeby nikt nie przeszedł przez taśmę. Alan siedział na niskiej palecie pod ścianą. Miał dłonie na kolanach. Szmatkę, którą wcześniej trzymał, zabrano do foliowego worka.

— Kto miał dzisiaj dostęp do zaplecza? — zapytał policjant.

Aleksandra zawahała się tylko tyle, ile potrzebowała, żeby przypomnieć sobie układ zmian.

— Dostęp nie jest przypisany do jednej osoby. Środki pobiera magazyn, mechanicy wchodzą po części, kierownicy po dokumentację. Mogę pokazać przydział stanowisk i listę wejść do warsztatu. Nie mam rejestru każdego, kto przekroczył te drzwi.

Policjant zapisał to w notesie. Nie wyglądał na rozczarowanego ani zadowolonego. Tak samo spojrzał na nią, kiedy powiedziała, że może pomóc odtworzyć przebieg zmiany. Zapytał, czy ma upoważnienie do dokumentacji. Miała. Wyjęła kartę pracowniczą, przeszła z nim do biura i zalogowała się na służbowym komputerze. Otworzyła tylko te zestawienia, o które poprosił: papierową listę obecności, elektroniczne odbicia kart i bieżący przydział stanowisk.

Na papierze Henryk Markiewicz figurował od szóstej. Podpis miał krótki, ciasny, trudny do odczytania. W systemie odbił wejście o piątej czterdzieści jeden. Przydział wydrukowany wieczorem poprzedniego dnia umieszczał go przy sortowaniu, wśród trzech innych osób. W arkuszu bieżącym jego nazwisko znalazło się przy zapleczu, gdzie miał przygotowywać zwroty i pojemniki po środkach chemicznych. Zmiana była wpisana ręcznie.

— Kto ją naniósł? — spytał policjant.

— System zachowuje nazwę użytkownika. Mogę sprawdzić historię zmian.

Nie sięgnęła po wydruk. Obróciła monitor tak, żeby policjant widział ekran, i wskazała wiersz. Zmiana została zapisana o piątej dwadzieścia osiem z konta Marii Włodarczyk, kierowniczki zmiany. Aleksandra poczuła, jak formularz zgłoszenia w kieszeni kurtki przygniata jej biodro. Wciąż miała przed oczami kartkę agencji z numerem Marii w rubryce kontaktowej. Wtedy uznała to za zwykły skrót. Teraz niczego nie powiedziała.

Maria weszła do biura razem z drugim policjantem. Miała mokre ramiona, jakby wróciła z rampy, i spięte włosy. Zatrzymała się przy drzwiach, kiedy zobaczyła Aleksandrę przy komputerze.

— Wiedziałaś, że on ma być na sortowaniu? — zapytała Aleksandra.

— Były braki. Przeniosłam go tam, gdzie był potrzebny.

— Na zaplecze, samemu?

Maria popatrzyła na policjanta, nie na nią.

— Nie zawsze da się obsadzić każde stanowisko tak, jak jest na papierze. Mówiłam już, że nie pamiętam dokładnie, kiedy Henryk zaczął. Agencja przysłała go na zastępstwo.

Aleksandra odwróciła ekran.

— Zmieniłaś mu stanowisko siedemnaście minut przed odbiciem wejścia.

— Bo przyszła wiadomość, że mamy jedną osobę mniej przy zwrotach.

— Od kogo?

Maria zacisnęła usta.

— Nie pamiętam.

To była pierwsza odpowiedź, która zabrzmiała jak coś przygotowanego. Policjant poprosił Marię, żeby usiadła, i zaczął zadawać pytania. Aleksandra cofnęła się od biurka. Nie była od prowadzenia przesłuchań. Miała wskazać rozbieżności, nie dopowiadać za nie.

Pracowników przesłuchiwano osobno w sali socjalnej. Z ich relacji wyszło, że Henryk i Alan kłócili się poprzedniego dnia przy suszarce. Jeden z operatorów słyszał, jak Henryk powiedział: „Myślałeś, że cię nie poznam?”. Inna pracownica widziała, jak Alan wyszedł wtedy na rampę, czerwony na twarzy. Alan milczał podczas pierwszej rozmowy, a kiedy policjant wrócił do niego po godzinie, przestał zaprzeczać.

— Znałem go sprzed lat — powiedział. — Zeznawałem przeciwko niemu. Była sprawa pobicia w poprzednim zakładzie. Nie powiedziałem o tym kierownictwu, bo już raz przez to straciłem robotę. Nie chciałem, żeby uznali, że robię problemy.

Policjant nie odłożył długopisu.

— A wczoraj?

— Powiedział, że pamięta. Że mi tego nie daruje. Pokłóciliśmy się. To wszystko.

Brzmiało wiarygodnie właśnie dlatego, że Alan nie próbował już brzmieć niewinnie. Miał powód, żeby kłamać o znajomości z Henrykiem, i świadków, którzy potwierdzili awanturę. Przez chwilę Aleksandra pomyślała, że sprawa ułoży się w prostą linię: dawny konflikt, groźba, martwy człowiek za drzwiami. Potem funkcjonariuszka przyniosła wydruk z rejestru wejść do warsztatu.

Karta Alana odbiła się przy warsztacie o szóstej dwanaście. Ponownie o szóstej dwadzieścia sześć, kiedy pobierał część do naprawianej suszarki. W tym czasie po drugiej stronie hali dwaj pracownicy słyszeli, jak uruchamiał urządzenie testowe. Jeden z nich widział go przez oszklone drzwi warsztatu. Nie dawało mu to alibi na całą zmianę, ale między szóstą dwunastą a dwudziestą szóstą nie mógł być na zapleczu.

— To pan mówił, że wczoraj działał — rzuciła Aleksandra, kiedy spotkała go na korytarzu.

Alan uniósł na nią wzrok.

— Nie chciałem, żebyś wiedziała, że go znam.

Nie przeprosił. Nie wyglądał też na człowieka, który oczekiwał, że mu uwierzy. Policjant zabrał go do osobnego pomieszczenia, ale nie skuł. Aleksandra patrzyła, jak zamykają się za nim drzwi, i czuła, że jej pierwsza pewność rozpada się szybciej, niż zdążyła ją nazwać.

Przed południem funkcjonariusz wrócił do przydziału. Poprosił o wcześniejszy wydruk, ten z poprzedniego wieczoru. Aleksandra wskazała, że Henryk miał pracować z innymi. Potem pokazała zmianę wprowadzoną przez Marię. Nie wskazała jej jako sprawczyni. Powiedziała tylko, że Maria twierdziła, iż nie orientowała się, kiedy Henryk zaczynał, choć sama przeniosła go na samotne stanowisko tuż przed jego przyjściem.

Maria wyszła z pokoju przesłuchań z twarzą bez wyrazu. Minęła Aleksandrę tak blisko, że poczuła od niej zapach mokrej wełny i mydła. Nie spojrzała w jej stronę.

Aleksandra przez kilka minut trzymała się myśli, że to wystarczy. Ktoś zmienił grafik, odseparował Henryka i wiedział, że będzie sam przy zapleczu. Była to decyzja konkretna, zapisana w systemie, z godziną i nazwiskiem. Policja miała od czego zacząć.

Funkcjonariusz zamknął wydruk w teczce.

— Sama korekta niczego nie rozstrzyga — powiedział. — Na zaplecze mogło wejść kilka osób. Nie ma tam kontroli dostępu, a część ludzi pracowała poza ewidencją. Ustalamy, kto i kiedy.

Wtedy Aleksandra zrozumiała, że dokument nie wskazywał zabójcy. Wskazywał tylko, kto zostawił Henryka samego — i dawał tej osobie prostą wymówkę: braki kadrowe, pilna robota, zwyczajna zmiana w zwyczajnym arkuszu.

Za taśmą technicy wynosili kolejne torby. Hala znów zaczynała pracować; ktoś uruchomił linię, a wózki ruszyły po mokrych śladach kół. Maria stała przy wyjściu z biura, rozmawiając cicho z policjantem. Aleksandra spojrzała na jej ręce. Palce były czyste, paznokcie krótko obcięte. Potem odwróciła wzrok. Miała przed sobą dokumenty, które nie potrafiły powiedzieć niczego poza tym, co ktoś wpisał.

Aleksandra patrzyła na Marię przy wyjściu z biura. Policjant mówił coś cicho, ona kiwała głową. W dłoni trzymała identyfikator, obracając go powoli między palcami. Wtedy Aleksandra znów zobaczyła wykaz agencji: nazwisko Henryka, data rozpoczęcia, a pod spodem numer, który rozpoznała, zanim zdążyła sprawdzić końcówkę.

— Muszę wam coś powiedzieć — odezwała się do funkcjonariusza, który zamykał teczkę. — Na wykazie nowych pracowników był numer Marii. Prywatny. Pomyślałam, że to zwykły kontakt do pilnej sprawy.

Policjant nie odpowiedział od razu. Spojrzał na nią, potem na kartkę z listą. Aleksandra podała nazwę agencji i wskazała rubrykę. Papier, który rano był tylko niechlujnie wypełnionym formularzem, teraz leżał między nimi jak rzecz, której nikt nie miał prawa przeoczyć.

Funkcjonariusze wyszli zadzwonić. Maria została w biurze. Przez szybę Aleksandra widziała, jak przesuwa krzesło pod ścianę i siada, nie zdejmując mokrej kurtki. Nikt z nią nie rozmawiał. W hali znów pracowała linia, ale ciszej niż przedtem; ludzie przestali wołać do siebie z drugiego końca pomieszczenia.

Z agencji odpowiedziano jeszcze przed końcem zmiany. Policjant wrócił z telefonem przy uchu, zapisał coś na odwrocie wydruku i poprosił o kontakt z osobą, która obsługiwała zlecenie. Kilka rozmów odbyło się na korytarzu, przy automacie z kawą. Nikt nie podnosił głosu. Aleksandra słyszała tylko urwane słowa: „kilka dni wcześniej”, „konkretnie nazwisko”, „zna jego doświadczenie”.

Kierowniczka agencji odnalazła kartę zlecenia i potwierdziła, że to Maria zadzwoniła z prośbą o Henryka Markiewicza. Nie pytała o wolnych pracowników. Chciała właśnie jego. Podała dane, wyjaśniła, że zna jego dotychczasową pracę i że będzie łatwo wdrożyć go na zmianie. Potem przesłała numer kontaktowy. Ten sam, który Aleksandra zobaczyła rano.

Policjant wrócił do Marii z wydrukami. Nie położył ich przed nią od razu. Najpierw zapytał, czy znała Henryka przed jego przyjęciem do pralni.

— Nie — powiedziała Maria.

— Agencja twierdzi, że to pani prosiła o niego po nazwisku.

Maria popatrzyła na kartę pracownika leżącą obok jej dłoni. Zatrzymała na niej wzrok, a potem odsunęła ją palcem.

— Miał doświadczenie.

— Skąd pani je znała?

Odpowiedzi nie było. Policjant wyjął kolejne dokumenty. Aleksandra nie widziała wszystkich szczegółów, tylko nagłówek starej sprawy, datę sprzed wielu lat i nazwisko Henryka. Na następnym arkuszu: dane ofiary, kobiety zamordowanej we własnym mieszkaniu. W aktach odnotowano, że zeznawała małoletnia córka. Jej nazwisko przy urodzeniu było takie samo jak nazwisko skazanego. Później zmieniło się po ślubie.

Maria Włodarczyk nie poruszyła się. Tylko palce, które dotąd trzymała na kolanie, zacisnęły się na materiale spodni.

Policjant nie pytał jej, czy była córką Henryka. Powiedział, co ustalili. Że po odbyciu kary został zwolniony. Że kilka dni później Maria skontaktowała się z agencją. Że następnego ranka sama przeniosła go na zaplecze, choć twierdziła, że nie pamięta, kiedy zaczął pracę. Że umieściła go tam, gdzie nie miał pracować z resztą zespołu.

— Zmieniłam grafik, bo było za mało ludzi — powiedziała Maria.

— Kiedy dowiedziała się pani o brakach na porannej zmianie? — zapytał policjant. — Zmianę wprowadziła pani o piątej dwadzieścia osiem, siedemnaście minut przed odbiciem wejścia Henryka.

— Ktoś musiał to zrobić.

— Pani to zrobiła.

W pokoju zapadła cisza. Za ścianą przewożono wózek; jedno koło stukało na łączeniu posadzki. Aleksandra spojrzała na Marię. W jej twarzy nie było ulgi ani paniki. Było zmęczenie człowieka, który od dawna pilnował, żeby nie pomylić kolejności rzeczy.

— Znała pani jego miejsce pracy — powiedział policjant. — Znała pani jego dane. Nie przyznała się pani do pokrewieństwa. Dlaczego?

Maria uniosła głowę.

— Bo nie chciałam, żeby wiedział.

To zdanie było krótkie. Nie tłumaczyło niczego, a mimo to zmieniło ciężar wszystkich poprzednich odpowiedzi.

Policjant poprosił, by opisała poranek. Maria powiedziała, że poszła na zaplecze, kiedy Henryk był sam. Mówiła o kłótni, o tym, że nazwał ją imieniem matki, choć nie było jasne, czy naprawdę to powiedział, czy ona usłyszała to w jego głosie. Powiedziała, że straciła panowanie. Że chciała, żeby przestał. Nie podała szczegółów. Kiedy policjant zapytał, po co sprowadziła go do zakładu, odparła, że chciała go zobaczyć.

— Samotnego? — zapytał.

Maria zacisnęła szczękę.

— Nie miało tak być.

Policjant przesunął w jej stronę wydruk agencji, potem historię zmian w grafiku. Maria spojrzała na oba dokumenty, jeden po drugim. Nie próbowała już ich odsuwać.

— Wiedziała pani, że będzie sam na zapleczu — powiedział.

— Tak.

— I planowała pani, że tam dojdzie do spotkania.

— Tak.

Dalej znów mówiła o kłótni. O nagłym ruchu, o tym, że wszystko trwało krótko. Nie zaprzeczała już, że wybrała człowieka, dzień ani miejsce. Kiedy funkcjonariuszka zaczęła odczytywać pouczenie, Maria zamknęła oczy. Potem wstała, wsunęła ręce w rękawy kurtki i pozwoliła zapiąć kajdanki. Metal szczęknął raz. Drugi policjant zabrał jej telefon i klucze.

Zatrzymano ją tego samego wieczoru, po zabezpieczeniu dokumentów i telefonu. Policjanci nie musieli jej wyprowadzać siłą. Przeszła korytarzem z głową opuszczoną, mijając pracowników, którzy udawali, że patrzą gdzie indziej. Kiedy drzwi za nią się zamknęły, kierownik zakładu zapytał Aleksandrę, czy linia może ruszyć rano.

— Może — odpowiedziała.

Przy taśmie nadal stał wózek, tym razem oznaczony przez techników. Na betonie zostały ślady po kołach, których nie dało się już odróżnić od starych smug. Aleksandra pomyślała o Alanie: o tym, jak długo nie chciał powiedzieć, że znał Henryka, i o tym, że jego strach miał swoje źródło. Tyle że nie on czekał na powrót tamtego człowieka. Czekała Maria, układając nazwiska w rubrykach i zmieniając im miejsca na zmianie.

Rano ktoś miał wpisać nowego pracownika do arkusza. Ktoś inny miał sprawdzić, czy przejście jest wolne. W zakładzie zostały dokumenty, taśma na drzwiach i plama na posadzce, której nie dało się doczyścić za pierwszym razem. Aleksandra zamknęła biuro i zgasiła światło. Za ścianą maszyny pracowały dalej.

Druga osoba zaginiona
Nie ten człowiek w wodzie
Dym nad pustym silosem