Thriller

Książka do oddania

W księgarni ginie szkolny psycholog, a pracownica, która znalazła ciało, wie więcej, niż mówi. Gdy znika trzynastoletnia dziewczynka, każda książka może skrywać cudzą wersję prawdy.

Książka do oddania

– Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście.

Irena Duda przesunęła karton butem, żeby odsłonić etykietę. Cyfry rozmazały się pod jej kciukiem. Papier nasiąkł wodą na rampie i teraz miękł, odklejał się płatami od pudła. Z wnętrza dobiegł szelest folii i głuche uderzenie książek o siebie.

– Tego nie wpisuj – powiedział kierowca. Stał pod daszkiem, z rękami w kieszeniach kurtki. – Przyjechało tak, jak było.

– A gdzie jest reszta?

Wzruszył ramionami. Za jego plecami mżawka wisiała nad podwórzem dostawczym jak brudna siatka. Woda ściekała rynną do kratki, niosąc ze sobą papierowe włókna i liście. Był poniedziałek, przed siódmą, a Kraków za murami księgarni już zdążył zakleić się spalinami.

Irena otarła dłonie o spodnie i jeszcze raz sprawdziła list przewozowy. Brakowało jednego kartonu z książkami szkolnymi. Na papierze figurował jako wydany z magazynu, w systemie jako przyjęty, fizycznie zaś nie było go ani na rampie, ani wśród palet. Zanim otworzą sklep, musiała znaleźć różnicę. Potem telefony, zwroty, reklamacje, ludzie z mokrymi parasolami ociekającymi na podłogę.

– Zostaw skan – powiedziała. – I niech magazyn sprawdzi.

Kierowca podpisał się na ekranie, nie patrząc na nią. Irena wciągnęła wózek do środka. Koła przejechały przez próg, rozmazując na posadzce cienką smugę błota.

Na zapleczu pachniało mokrym kartonem, kurzem i kawą, która od rana stała na podgrzewaczu. Świetlówki zapalały się jedna po drugiej, z krótkim opóźnieniem. Przy biurku ktoś zostawił komputer włączony; ekran wygasił się do czerni, ale mała lampka przy klawiaturze wciąż mrugała. Irena odłożyła list przewozowy obok terminala i zaczęła rozcinać taśmę na pierwszym pudle.

Renata Kaczmarek weszła, kiedy Irena wyciągała z kartonu mokrą od spodu paczkę podręczników. Miała włosy związane w pośpiechu, na policzku odciśnięty czerwony ślad od szalika.

– Znowu był – powiedziała.

Irena nie podniosła głowy.

– Kto?

– Robert. Pod szkołą. Potem pod moim blokiem. Chce wiedzieć, gdzie jest mała.

Nożyk zgrzytnął o tekturę. Irena przecięła taśmę do końca.

– A ty wiesz?

Renata milczała chwilę za długo. W pomieszczeniu obok ktoś uruchomił ekspres; silnik zawył i ucichł.

– Od wczoraj nie – powiedziała. – Nie odbiera. Nie mam pojęcia, gdzie jest.

– Zgłosiłaś to?

– Ona ma trzynaście lat, nie trzy. Czasem znika na parę godzin.

– Od wczoraj?

Renata zsunęła z ramienia torbę i postawiła ją przy nodze. Nie odpowiedziała. Irena zauważyła, że ma spierzchnięte usta, a paznokieć kciuka obgryziony do czerwonego półksiężyca. Znała tę twarz z porannych zmian, z liczenia utargu i z krótkich rozmów przy automacie. Nie znała jej na tyle, by wiedzieć, kiedy kłamie.

– Robert nie powinien cię nachodzić w pracy – powiedziała Irena.

– On nie słucha, kiedy się mówi, że nie.

Renata podniosła torbę i poszła w stronę sali sprzedaży. Jej kroki ucichły za drzwiami wahadłowymi.

Irena została przy kartonach. Znalazła brakującą pozycję na drugim liście, tym od zwrotów, ale nie brakujący karton. Zadzwoniła do magazynu. Nikt nie odebrał. Na zapleczu otwierały się kolejne drzwi, ktoś wnosił termosy, ktoś inny przeklinał zacięty wózek. Zwykły poranek sklejał się z drobnych usterek.

Kiedy wyszła na salę, Renata stała przy regale z literaturą dla dzieci. Miała w dłoni książkę w granatowej okładce, tę o dziewczynce, która ucieka z domu i przez kilka dni mieszka w pustym kiosku. Przyklejona do niej karteczka była zagięta na rogu. Irena przeczytała napis, zanim Renata odwróciła książkę: „Do odbioru przez Esterę”.

– To odłożone? – spytała.

Renata nie drgnęła. Zerknęła na nią, potem na pustą alejkę. Zsunęła karteczkę z okładki, złożyła ją na pół i wsunęła do kieszeni płaszcza. Książkę schowała do torby.

– Ktoś jej nie odbierze – powiedziała.

– Trzeba zdjąć rezerwację z systemu.

– Zrobię to.

Powiedziała to szybko, jakby miała już przygotowaną odpowiedź. Irena pomyślała o córce, o ojcu pod blokiem, o kłótniach, których nie słyszała, ale których ślady czasem zostawały na twarzy Renaty. Prywatna sprawa. W księgarni każdy coś ukrywał: rachunki, leki, wiadomości na telefonie. Irena odwróciła się do półki z promocjami.

Za drzwiami pomieszczenia do rozpakowywania dostaw panował chłód, którego nie było na sali. Drzwi opierały się o posadzkę, jak zawsze, choć ciężki metalowy ogranicznik leżał zwykle przy ścianie. Irena nacisnęła klamkę. Skrzydło ustąpiło o kilka centymetrów i zatrzymało się na czymś miękkim.

Najpierw zobaczyła mankiet koszuli. Jasny, zabrudzony ciemną smugą. Potem dłoń z rozchylonymi palcami, leżącą na posadzce między paczką katalogów a przewróconym koszem.

Irena puściła klamkę. Drzwi wróciły, ale nie zamknęły się całkiem. Przez szczelinę widać było fragment twarzy, policzek przyciśnięty do podłogi i włosy posklejane czymś ciemnym.

Nie krzyknęła. Cofnęła się tak gwałtownie, że uderzyła biodrem o wózek. Z półki zsunęło się pudło i rozsypały się z niego książki. Ktoś na sali zawołał jej imię.

– Dzwońcie po pogotowie – wydusiła. – I po policję.

W pomieszczeniu pachniało kurzem, mokrą tekturą i metalem. Mężczyzna leżał na boku, głowę miał nienaturalnie przechyloną ku ramieniu. Obok, kilka kroków dalej, spoczywał ciężki ogranicznik drzwi. Na jego krawędzi widać było ciemny ślad. Irena zatrzymała się w progu. Nie dotknęła niczego.

Pierwsza przyjechała karetka, potem patrol. Policjanci odsunęli pracowników na salę i kazali wszystkim zostawić telefony w kieszeniach. Jeden z nich przykleił taśmę do futryny. Drugi zapytał, kto ostatni korzystał z pomieszczenia. Irena odpowiedziała, że nie wie. Usłyszała własny głos, cienki i rzeczowy, jakby składała reklamację.

Po godzinie sklep nadal był zamknięty. Pracownicy stali w grupach między regałami, z kurtkami na ramionach. Renaty nie było. Irena zobaczyła ją raz, przy wejściu na zaplecze, zanim policjant kazał jej usiąść w pokoju socjalnym. Potem drzwi się zamknęły.

Mężczyzna w cywilnym ubraniu pokazał Irenie zdjęcie z telefonu. Twarz była blada, ale rozpoznała ją od razu. Witold Jankowski, psycholog z pobliskiej szkoły. Przychodził czasem po książki dla uczniów, zawsze sam, z torbą przewieszoną przez ramię.

– Wczoraj wieczorem umówił się tu z Renatą Kaczmarek – powiedział policjant. – Rozmowa miała odbyć się po zamknięciu.

Irena spojrzała na jego dłonie. Trzymał telefon za krawędzie, ostrożnie, jakby i on był już częścią miejsca zbrodni.

– Kiedy widziała pani Renatę po raz ostatni?

Za szybą sali sprzedaży poruszały się niebieskie światła radiowozu. Na podłodze, obok jej buta, leżała jedna z rozsypanych książek, otwarta na stronie z rysunkiem domu bez drzwi.

– Rano – powiedziała Irena.

Policjant zapisał odpowiedź. Potem zapytał, czy wie, dokąd Renata poszła.

– Nie wiem, dokąd poszła – powiedziała Irena.

Policjant nie przestał pisać. Długopis skrobał po kartce, a za jego plecami ktoś przesuwał krzesła po podłodze księgarni. Na sali wciąż stała taśma. Klienci zaglądali przez szybę, po czym odchodzili, nie zdejmując kapturów.

Pytania powtarzały się w innej kolejności. Czy Renata i Witold byli sobie bliscy. Czy się kłócili. Czy widziała krew na ubraniu Renaty. Irena odpowiadała, że nie, że nie wie, że nie pamięta. Kiedy policjant spytał o Roberta Stępnia, podała to, co usłyszała od Renaty: nachodził ją, pytał o córkę, nie słuchał, kiedy mówiła, żeby przestał.

– Mamy świadków – odparł. – Groził jej pod szkołą. Potem w sklepie spożywczym na osiedlu. Witoldowi też wysłał wiadomość. Żeby przestał się wtrącać w sprawy rodziny.

Nie brzmiało to jak plotka. Policjant pokazał jej wydruk. Krótkie zdanie, bez polskich znaków, zakończone kropką. Ktoś, kto je napisał, nie musiał podnosić głosu. Wystarczyło, że wiedział, gdzie znaleźć Witolda.

Robert przyszedł na komisariat po południu. Irena zobaczyła go przez szybę pokoju socjalnego: szerokie barki pod szarą kurtką, mokre włosy, ręce trzymane nieruchomo na udach. Nie wyglądał na człowieka, który zamierzał płakać. Kiedy wyszedł, spojrzał na nią przez korytarz. Nie podszedł. Policjant stanął mu na drodze, zanim zdążył otworzyć usta.


We wtorek rano sklep pachniał środkiem do mycia podłóg. Pomieszczenie, w którym znaleziono ciało, nadal było zamknięte. Irena dostała od kierownika regionalnego polecenie, żeby nie komentować sprawy ani z pracownikami, ani z klientami. Na sali brakowało dwóch osób. Jedna zwolniła się przez telefon, druga siedziała z policją. Dostawa wciąż czekała na rozliczenie.

Irena nagrała pliki z kamer na pendrive. Wróciła do nich trzy razy: wejście, kasa, korytarz na zaplecze. Obraz był ziarnisty, ale pokazywał, kto wszedł i kto wyszedł. Kamera przy rampie obejmowała drzwi magazynowe i fragment mokrego betonu. Miejsca, gdzie kierowcy zostawiali samochody, nie było widać.

– Od tygodnia – powiedział technik, kiedy zadzwoniła z pytaniem. – Ktoś przestawił uchwyt. Zgłoszenie jest w systemie.

– Czyli nie wiadomo, kto podjeżdżał.

– Z tego nagrania nie.

Połączenie się urwało. Irena odłożyła słuchawkę i przez chwilę patrzyła na czarny ekran. Przy rampie stały rano tylko puste palety. Nie miała nawet numeru samochodu, który przywiózł brakujący karton.

Przed południem poprosił ją o rozmowę policjant w cywilnym ubraniu. Usiadł przy stole w pokoju socjalnym, nie tknął kawy.

– Robert twierdzi, że krążył po mieście i szukał córki. Nie potrafi odtworzyć godzin. Renata dzwoniła, a on wyłączył telefon. Mówi, że nie chciał z nią rozmawiać, kiedy była zdenerwowana.

Irena ścisnęła papierowy kubek. Karton ugiął się pod palcami.

– A wiadomość do Witolda?

– Z jego konta. Nie potwierdziliśmy jeszcze, z jakiego urządzenia została wysłana. Robert mówi, że to jego adres, ale zaprzecza, żeby pisał tego wieczoru.

Na razie wszystko układało się w prostą linię. Ojciec groził, psycholog wtrącił się w rodzinny konflikt, Renata zniknęła, córka zniknęła. Tylko godziny nie chciały trzymać się jednego miejsca.

Po wyjściu policjanta Irena zalogowała się do systemu zamówień. Znała go lepiej niż większość kierowników: wiedziała, gdzie ukryto historię zmian i jak odróżnić notatkę pracownika od automatycznego wpisu. Szukała po nazwisku Witolda. Trafiła na zamówienie dla szkoły, zamknięte poprzedniego wieczoru. W szczegółach widniała dopisana przez Renatę uwaga: „odbiór po zamknięciu, zaplecze. Dyskretnie. Obawia się Roberta”.

Irena przeczytała ją jeszcze raz. To pasowało. Renata chciała bezpiecznego miejsca, bez ludzi ze szkoły i bez byłego partnera za plecami. Nie mogła rozmawiać przy kasie. Mogła się bać.

Przesłała zrzut ekranu policjantowi. Potem zgłosiła nagrania z kamer. Przez chwilę miała wrażenie, że przynajmniej jedna rzecz została zrobiona porządnie.

We wtorek po południu otworzyła wspólny komputer na zapleczu. Chciała sprawdzić, czy w historii zamówienia nie było wcześniejszej zmiany nazwiska albo adresu. Przeglądarka odtworzyła ostatnio otwarte karty. Jedna prowadziła do poczty internetowej. Druga do panelu, w którym pracownicy drukowali etykiety.

Irena zawahała się, po czym kliknęła historię.

Wpis z poniedziałkowego wieczoru: poczta, godzina 20.46. Potem zamknięcie karty. Na biurku nadal leżał wydruk wiadomości od Roberta do Witolda, który policjant zostawił do przejrzenia. Godzina na wydruku była taka sama.

Irena sprawdziła ją jeszcze raz. Potem zadzwoniła do policjanta.

– Robert był wtedy na stacji w Nowej Hucie – powiedział po chwili. W tle słyszała głosy i trzask zamykanych drzwi. – Potwierdzili płatność kartą i kamerę. O tej godzinie nie mógł siedzieć przy naszym komputerze.

– Ktoś użył jego poczty tutaj.

– Sama historia przeglądarki nie mówi, kto. Nie dotykaj już komputera. Przyjedziemy.

Renata znała hasło Roberta. Irena przypomniała sobie, jak kilka tygodni wcześniej drukowała dla niego dokumenty dotyczące córki. Był w księgarni, stał przy biurku z kartkami w ręku, a Renata wpisała hasło, nie pytając go o zgodę. Potem podała mu wydruk. Tamtego dnia Irena uznała, że pomaga mu w zwykłej sprawie.

Z korytarza dobiegł szelest kurtki. Irena odwróciła się. Renata stała przy drzwiach zaplecza z torbą na ramieniu. Miała tę samą zaciśniętą szczękę co rano, kiedy mówiła, że nie wie, gdzie jest córka.

– Policja była? – spytała.

Na ekranie wciąż widniała historia przeglądarki. Irena zamknęła okno.

– Była.

Renata spojrzała na komputer, potem na nią. Nie zapytała, co sprawdzała. Wzięła z szafki płaszcz i wyszła na salę. Drzwi wahadłowe zakołysały się za jej plecami.

Irena zadzwoniła ponownie do policjanta. Tym razem odebrał od razu.

– Dziewczynki nadal nie znaleźliśmy – powiedział. – Renata nie jest w domu. Proszę zostać na miejscu.

Przez szybę Irena zobaczyła ją przy wejściu. Renata nie założyła płaszcza. Wyszła na chodnik i skręciła w stronę przystanku, z torbą przewieszoną przez ramię. Nie obejrzała się ani razu.

Irena powiedziała policjantowi, że idzie za nią, i rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Wzięła kurtkę z krzesła. Za drzwiami księgarni tramwaj zatrzymywał się właśnie przy krawężniku. Drzwi otworzyły się z sykiem.

Drzwi tramwaju zamknęły się przed Ireną. Renata stała przy oknie, z torbą opartą o udo. Nie patrzyła na księgarnię. Tramwaj ruszył, rozbryzgując wodę spod kół.

Irena nie wbiegła za nim. Wyjęła telefon i zadzwoniła do policjanta, z którym rozmawiała wcześniej. Podała numer linii i kierunek, potem powiedziała o książce: granatowa okładka, odłożona dla Estery, zabrana z półki przez Renatę. Wspomniała o kartce, którą Renata zdjęła z okładki i schowała do kieszeni, zanim zabrała książkę. Nie wiedziała, co było na kartce. Wiedziała tylko, że Renata nie pytała, czy może ją wziąć.

– Zostań tam, gdzie jesteś – powiedział policjant. – Nie podchodź do niej.

Irena usiadła na metalowej ławce pod wiatą. Na ekranie telefonu zostało połączenie z policją, a na szybie przystanku jej odbicie rozciągało się przez smugi deszczu. Tramwaj zniknął za skrzyżowaniem. Nie miała pewności, czy podała dość, by cokolwiek zmienić. Miała pewność, że nie powinna była czekać dłużej.

Radiowóz podjechał po kilku minutach. Policjant w cywilnym ubraniu wysiadł pierwszy, drugi został przy drzwiach. Irena nie wsiadła. Powtórzyła mu o komputerze, o wiadomości wysłanej z księgarni z konta Roberta i o historii przeglądarki. Podała również informację o książce oraz rezerwacji z nazwiskiem dziewczynki. Policjant zapisał wszystko, bez pośpiechu, po czym odszedł kilka kroków, żeby zadzwonić.

Nie minęła godzina, kiedy wrócił. Renatę zatrzymali przy pętli, zanim zdążyła przesiąść się do autobusu. Nie stawiała oporu. Torbę zabezpieczono, a książkę znaleziono w środku, złożoną kartką wsuniętą między strony. Irena nie widziała jej wtedy. Dowiedziała się później, już w księgarni, od tego samego policjanta.

Kartka była pisana dziecięcym pismem. Estera prosiła Witolda, żeby porozmawiał z nią bez matki. Pod spodem podała adres Wacławy Zięby, ciotki Renaty. Nie było tam wyjaśnienia ani oskarżenia. Tylko prośba i adres, zapisany drukowanymi literami, jakby dziewczynka chciała mieć pewność, że dorosły nie pomyli ulicy.

Policjanci pojechali pod wskazany adres. Wacława otworzyła im w kapciach i swetrze narzuconym na nocną koszulę. Była przekonana, że Renata przywiozła Esterę na kilka dni, bo w domu znów zrobiło się nerwowo. Dziewczynka siedziała w kuchni przy stole, z kubkiem kakao przed sobą. Na pytanie, czy chce jechać z funkcjonariuszami, nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na ciotkę, czekając, aż ta zrozumie, że nie wiedziała wszystkiego.

Wacława usiadła naprzeciwko niej. Dziewczynka powiedziała, że opowiedziała Witoldowi o biciu i o tym, że matka zamyka ją w mieszkaniu. Powiedziała też, że chciała porozmawiać z nim w szkole, ale Renata nie pozwalała jej się z nim spotykać. To ona poprosiła, by przyszedł do księgarni. Wiedziała, że matka pracuje wtedy do późna i że po zamknięciu będzie można mówić bez świadków, których nie wybrała.

Renata przeczytała kartkę wcześniej. Zamiast jej oddać albo zabrać córkę do szkoły, umówiła Witolda na zapleczu. Przygotowała też wiadomość z konta Roberta. Hasło znała, komputer był dostępny, a historia przeglądarki została na miejscu. Wiadomość miała nadać kłótniom gotowy kierunek, zanim ktokolwiek zdąży zapytać o córkę.

Witold nie zgodził się milczeć. Powiedział Renacie, że zawiadomi właściwe instytucje i ludzi ze szkoły. Potem doszło do szarpaniny. Ogranicznik drzwi leżał przy wejściu, ciężki i blisko. Jego krawędź zostawiła na głowie mężczyzny ranę, od której zmarł. W zeznaniach Renata najpierw mówiła, że Witold upadł. Potem, że chciała go tylko odsunąć. Nie przyznała się do zaplanowanego zabójstwa. Nie musiała. Czas, wiadomość z jej konta, książka z kartką, jej obecność i ślady na miejscu tworzyły ciąg, którego nie dało się już zastąpić podejrzeniem wobec Roberta.

Robert rzeczywiście bywał agresywny wobec Renaty. Policja miała wcześniejsze zgłoszenia i świadków, którzy widzieli, jak ją zastraszał. Jego wiadomość do Witolda wyglądała na kolejne ostrzeżenie, dopóki nie sprawdzono, skąd została wysłana. To, że nie zabił psychologa, nie usuwało tego, co robił w domu i pod szkołą. Podczas rozmowy z policją pytał tylko o córkę. Kiedy usłyszał, że jest bezpieczna, zamknął oczy i oparł dłonie na kolanach. Nie poprosił o Renatę.

Estera trafiła pod tymczasową opiekę wskazaną przez sąd rodzinny. Wacława zgodziła się zostać z nią do czasu dalszych decyzji. Dziewczynka nie wróciła do matki. Nie było w tym żadnej uroczystości, żadnego pożegnania. Pracownik socjalny przyniósł dokumenty, ktoś podpisał je długopisem, a na kuchennym stole zostały dwa niedopite kubki.

Przed końcem drugiego dnia Irena wróciła na zaplecze. Księgarnia miała wznowić pracę, choć pomieszczenie, w którym znaleziono Witolda, nadal było zamknięte. Na sali wstawiono kartony w luki po zabranych półkach. Przy regale dziecięcym pozostał wąski, czysty prostokąt, gdzie wcześniej stała granatowa książka. Karteczki z rezerwacją już nie było.

Irena zatrzymała się przy pustym miejscu. Przez chwilę widziała Renatę zdejmującą karteczkę z okładki, składającą ją na pół, chowającą do kieszeni. Nie zabrała książki dla córki. Zabrała jej prośbę o pomoc, żeby nie dotarła do człowieka, który mógł ją usłyszeć.

Z zaplecza dobiegł sygnał terminala dostaw. Irena odwróciła się i poszła sprawdzić, czego tym razem brakuje.

Dno bez śladu
Ostatnie światło na bagnach
Dym nad pustym silosem