Thriller

Dno bez śladu

W zadymionym kamieniołomie znaleziono ciało konserwatora miejskiej pływalni. Pozostawione buty, niepokojąca wiadomość i skrytka pełna sekretów prowadzą komisarz Janinę ku sprawie, w której prawda może okazać się bardziej niebezpieczna niż śmierć.

Dno bez śladu

— Nie podchodź bliżej, pani komisarz. Brzeg siada.

Janina zatrzymała się tam, gdzie kończyła się taśma. Pod podeszwą chrupnął żwir, potem ziemia osunęła się w dół cienką strużką i zniknęła bez dźwięku. Woda leżała niżej, czarna i gładka. Z miejsca, w którym stała, nie było widać przeciwległego brzegu. Dym przykrył kamieniołom od świtu — gryzący, szary, przyniesiony wiatrem z pożaru składowiska za sąsiednim powiatem. Osadzał się na języku i w oczach. Janina mrugnęła kilka razy. Nie pomogło.

Miała za sobą nocny dyżur, kubek kawy wypity na komendzie i dwadzieścia minut snu w samochodzie, zanim ruszyła pod Strzelce Opolskie. Na mankiecie kurtki został jej ślad po tonerze z drukarki. Włosy spięła gumką, która wpijała się w skórę głowy. Kiedy się schyliła, żeby przejść pod taśmą, poczuła w karku sztywność od siedzenia przy biurku.

Przy brzegu pracowali strażacy. Jeden z nich, w mokrym kombinezonie, trzymał ręce na biodrach i patrzył na ratowników z noszami. Ciało było przykryte folią. Spod niej wystawała stopa, blada, naga, z ciemnym śladem na kostce. Janina odwróciła wzrok dopiero wtedy, gdy technik w białym kombinezonie poprosił ją o przejście na drugą stronę taśmy.

— Eryk Wieczorek — powiedział dyżurny, podchodząc z notesem. — Czterdzieści dwa lata. Konserwator na pływalni miejskiej. Strażacy wyciągnęli go przed szóstą. Zgłoszenie od wędkarza, choć w tym smogu to chyba tylko z przyzwyczajenia przyjechał.

Janina wsunęła ręce do kieszeni, zaraz je wyjęła. Nie chciała dotykać niczego, czego nie musiała. Wiatr przesunął pas dymu nisko nad wodą. Przez moment widziała tylko pomarańczowe kamizelki strażaków, rozmyte jak światła przez brudną szybę.

— Co mamy?

— Buty i telefon przy ścieżce. Żadnych dokumentów poza portfelem w kurtce. Telefon już zabezpieczony. — Dyżurny zerknął w notatki. — Kolega z pracy dostał od niego wczoraj wiadomość: „Nie wybaczę sobie tego, co zrobiłem”. Pokazał nam. Podobno Eryk wysłał ją po dwudziestej drugiej.

Janina patrzyła na miejsce, gdzie kończyła się ścieżka. Przy koleinach leżały dwa czarne buty robocze, ustawione nierówno, jakby ktoś zdjął je w pośpiechu. Obok telefon w przezroczystym opakowaniu. Na ekranie smuga błota przecinała pęknięte szkło. Nie pasowały do brzegu. Wyglądały jak rzeczy pozostawione przez kogoś, kto miał wrócić po nie za chwilę.

— Był sam?

— Na razie nie wiemy. Wędkarz niczego nie słyszał. Mówi, że dym już wisiał, kiedy przyjechał. Oględziny idą, ale przy tej widoczności… — Mężczyzna urwał, jakby reszta nie wymagała słów.

Janina przeszła do stołu rozstawionego przy samochodzie techników. Na niebieskiej płachcie leżały rzeczy zmarłego: kurtka, portfel, pęk kluczy w osobnym woreczku. Technik opisywał każdą z nich, dyktując do rejestratora. Janina pochyliła się nad kluczami. Jeden miał małą aluminiową zawieszkę, na której ktoś czarnym markerem napisał „14”. Tusz starł się na brzegach, ale numer wciąż dało się odczytać.

— Był w kieszeni kurtki? — spytała.

— Tak. Wewnętrznej. Znalazłem go przy sprawdzaniu odzieży. Wszystko jest opisane.

Nie dotknęła woreczka. Zapamiętała numer i wyprostowała się. Za plecami usłyszała skrzypienie żwiru. Przyjechała kobieta w ciemnym płaszczu, który nie pasował do porannego chłodu ani do miejsca. Miała podkrążone oczy i trzymała torebkę obiema rękami, jakby bała się, że ktoś jej ją odbierze.

— Bogna Kubiak — przedstawił ją dyżurny. — Kierowniczka pływalni. Została wezwana do rozpoznania rzeczy.

Kubiak skinęła głową, nie patrząc na Janinę. Na widok kurtki zacisnęła usta. Nie zapłakała. Przesunęła wzrokiem po portfelu, kluczach i butach, zatrzymując się na każdym przedmiocie odrobinę za długo.

— To jego — powiedziała. — Kurtka. Buty też.

— Kiedy ostatnio widziała pani Eryka? — spytała Janina.

— Wczoraj. Na pływalni. Skończył zmianę przed wieczorem, ale został jeszcze przy instalacji. Mieliśmy problem z pompą obiegową.

— Zachowywał się normalnie?

Kubiak spuściła wzrok na dłonie. Paznokcie miała krótkie, bez lakieru. Na palcu odcisnął się czerwony ślad po uchwycie torebki.

— Był zdenerwowany. Pokłócił się z Pawłem Nowakowskim, ochroniarzem. O klucze do skrytki numer czternaście. Paweł mówił, że Eryk nie miał prawa ich brać. Eryk twierdził, że musi coś sprawdzić.

Janina spojrzała na nią. Numer czternaście leżał jej jeszcze przed chwilą w pamięci razem z aluminiową zawieszką w woreczku. Nie powiedziała Bognie o kluczu. Nie zdążyła nawet zadać pytania o skrytkę.

— Skąd pani wie, że chodziło o tę skrytkę?

— Bo to właśnie o nią się kłócili. — Kubiak poprawiła pasek torebki. — Tam są rzeczy, do których pracownicy nie powinni mieć dostępu. Zapasowe klucze, dokumentacja. Nie wiem, co Eryk chciał znaleźć.

Jej głos był równy. Zbyt równy, pomyślała Janina, ale po chwili uznała, że na brzegu kamieniołomu każdy ma prawo mówić tak, jak potrafi. Dym napierał od strony drogi. Technik kichnął w maskę i odsunął się od stołu, żeby zmienić rękawiczki.

— Czy Eryk miał kłopoty? — spytała Janina. — Długi, problemy w pracy?

— Nie wiem. Był zamknięty w sobie. — Bogna zerknęła na ciało pod folią. — Może zrobił coś, czego nie mógł naprawić.

To zdanie zabrzmiało jak echo wiadomości z telefonu. Janina poczuła, że znów zaciska zęby. Zmęczenie nie pomagało odróżniać intuicji od zwykłej niechęci do odpowiedzi.

— Chcę porozmawiać z Pawłem.

— Jest w drodze. Zadzwoniłam do niego, kiedy policja przyjechała na pływalnię. — Kubiak mówiła, patrząc na nosze. — Powinien już być.

Silnik zatrzymał się za taśmą. Mężczyzna w roboczej kurtce wysiadł z dostawczaka i przez chwilę stał przy drzwiach, z ręką na klamce. Był szeroki w ramionach, z twarzą zaróżowioną od zimna. Podszedł szybkim krokiem, ale zwolnił przy ciele.

— Paweł Nowakowski? — Janina wyjęła notes.

— Tak. To prawda? — Spojrzał na folię. Nikt mu nie odpowiedział. Przełknął ślinę i potarł dłonią kark. — Wczoraj się pokłóciliśmy. O tę skrytkę. Ale ja go nie…

— Na razie pytam, o co poszło.

Paweł utkwił wzrok w jej notesie. Widać było, jak waży słowa. Potem przeniósł spojrzenie na Kubiak. Ona stała bez ruchu, z twarzą zwróconą ku wodzie.

— Eryk trzymał tam nośnik — powiedział w końcu. — Z nagraniami kobiet, które przebierały się na pływalni. Ukrytymi nagraniami.

Paweł powiedział to cicho. Wiatr szarpał taśmą nad ich głowami, a gdzieś za plecami strażak zamknął z trzaskiem drzwi samochodu. Bogna Kubiak przestała patrzeć na wodę. Jej twarz nie zmieniła się, ale palce zacisnęły się na pasku torebki.

Janina nie spytała, skąd Paweł wie o nagraniach. Najpierw chciała zobaczyć, co z tym zrobi.

— Znalazł pan nośnik?

— Nie. Eryk mi powiedział. Wczoraj. Kiedy zabrałem mu klucz. — Paweł przetarł usta wierzchem dłoni. — Powiedział, że mam się odczepić, bo to nie moja sprawa. Potem przyznał, że coś jest na rzeczy. Że urządzenia były w przebieralni.

— Kto je zamontował?

— Myślałem, że on. Jest konserwatorem. Zna instalację, ma dostęp do pomieszczeń. Dlatego mu groziłem. Powiedziałem, że zgłoszę to na policję.

— A zgłosił pan?

Paweł pokręcił głową. Spojrzał na Kubiak, ale ona nie odwzajemniła spojrzenia.

— Bogna prosiła, żeby nie robić awantury, dopóki nie będziemy wiedzieć, co się stało. Teraz już chyba wiemy.

Janina zanotowała to zdanie, nie jego sens. Przy ciele nie było niczego, co pozwalałoby powiedzieć, czy Eryk wszedł do wody sam. Wstępne oględziny nie przesądzały sprawy. Rzeczy przy ścieżce i wiadomość do kolegi pasowały do samobójstwa, ale wyglądały też na zbyt wygodnie pozostawione. Nie ogłaszała zabójstwa. Kazała zabezpieczyć ubranie, sprawdzić ślady na brzegu i ustalić ostatnie połączenia. Dopiero potem pozwoliła zabrać ciało.


Na pływalni pachniało chlorem, mokrym tynkiem i kawą z automatu. Zajęcia dla dzieci odwołano, lecz przy wejściu wciąż stał ojciec w kurtce roboczej, z ręcznikiem przerzuconym przez ramię dziecka. Recepcjonistka tłumaczyła mu, że basen jest zamknięty do odwołania. Ojciec nie podnosił głosu. Powtarzał tylko, że zapłacił za cały miesiąc.

Bogna zaprowadziła Janinę do małego biura. Na blacie położyła teczkę z kopiami skarg. Zgłoszenia były krótkie, część napisana odręcznie. Kobiety dostawały anonimowe wiadomości z żądaniem pieniędzy. W zamian ktoś obiecywał usunąć nagrania. Niektóre skargi wpłynęły na pływalnię, inne do miejskiego ośrodka sportu. Kilka osób wycofało się, zanim podało nazwisko.

— Nie chciały, żeby ktoś z pracy albo rodziny się dowiedział — powiedziała Bogna. — Mówiłam im, że mogą przyjść bez umawiania. Nie wszystkie się odważyły.

Janina przeglądała kopie, a Bogna spokojnie dopisywała numery telefonów i miejsca zatrudnienia. Nie naciskała na pokrzywdzone. Nie próbowała podsuwać odpowiedzi. Kiedy Janina pomyliła daty dwóch skarg, poprawiła ją bez zniecierpliwienia.

Ta cierpliwość działała lepiej niż płacz. Janina zaczęła traktować ją jak osobę, która naprawdę chce pomóc.

Jedna z kobiet zgodziła się rozmawiać jeszcze tego samego dnia. Mieszkała na osiedlu z blokami z wielkiej płyty, w mieszkaniu, gdzie na suszarce w kuchni wisiały dziecięce spodnie, a pod drzwiami stały dwa worki z butelkami do zwrotu. Miała na imię Marta. Nie chciała, żeby Janina wpisywała adres do protokołu przeznaczonego dla pływalni.

Pokazała jej telefon. Wiadomość od Eryka przyszła trzy tygodnie wcześniej:

„Przepraszam. Przy naprawie nie zauważyłem tego urządzenia. Proszę zachować wszystkie wiadomości od tej osoby. Nie kasować niczego, nawet jeśli będzie pani chciała”.

Marta przesunęła ekran kciukiem. Niżej były wiadomości z żądaniem przelewu i zdjęciem, na którym rozpoznała własną torbę w szatni.

— Eryk powiedział, że zgłosi sprawę — odezwała się. — Potem już się nie odezwał. Myślałam, że się wycofał.

Janina sfotografowała ekran, opisała urządzenie i kazała Marcie nie odpowiadać szantażyście. Gdy wychodziła, kobieta stała w przedpokoju, trzymając telefon oburącz. Janina nie obiecała, że wszystko się ułoży. Powiedziała tylko, że teraz wiadomości są dowodem.

Oględziny pływalni trwały do wieczora. Technik sprawdzał przebieralnię, a Janina z policjantem z dochodzeniówki przeszła korytarz, pomieszczenie z pompami i zamknięty magazynek sprzętu. Nie znaleźli kamer. Zostały po nich małe otwory przy kratkach instalacyjnych, widoczne dopiero po odkręceniu osłon. Urządzenia wsunięto od strony magazynku, przez kanał. Nikt nie musiał wchodzić do przebieralni.

Klucz do magazynku miała Bogna. Paweł sprawdzał korytarz przy szatniach i pilnował wejścia, ale nie miał klucza do środka. Powiedział to bez wahania. Janina zapisała. Zobaczyła, jak Paweł odwraca wzrok od otworów w ścianie.

— Eryk mógł mieć dostęp — powiedziała Bogna. — Naprawiał tam instalację.

To także zapisała. Na razie nie miała powodu odrzucać żadnej z tych możliwości.

Pod koniec doby, gdy w komendzie gaszono już światła w części biur, Janina wróciła do rzeczy zabezpieczonych z szafki Eryka. W służbowym terminarzu znalazła zapis na następny ranek: „M. — 8.30, wejście techniczne”. Litery były ciasne, jakby wpisano je w pośpiechu.

Marta potwierdziła przez telefon, że mieli się spotkać. Eryk chciał przekazać jej coś, czego nie chciał omawiać przez wiadomości. Nie przyszedł.

Janina oparła terminarz o biurko. Mężczyzna, który zamierzał popełnić samobójstwo, nie umawiałby pokrzywdzonej na spotkanie, żeby przekazać dowody. Eryk postanowił wyjść z tego procederu. Paweł wiedział o nagraniach, groził mu policją, kłócił się z nim o klucz i miał powód bać się, że zostanie wskazany. Mógł prowadzić szantaż razem z Erykiem. Mógł też zabić go, kiedy tamten chciał się wycofać.

Janina zamknęła terminarz. Rano miała wystąpić o przeszukanie mieszkania Pawła i zabezpieczenie jego telefonu. Po raz pierwszy od świtu poczuła, że śledztwo ma kierunek. Zadzwoniła do dyżurnego i poprosiła, żeby Nowakowskiego nie wypuszczano poza powiat.

Kiedy odkładała słuchawkę, na biurku zawibrował jej telefon. Wiadomość od Bogny: „Przypomniałam sobie. Eryk pytał mnie ostatnio, czy klucz do czternastki nadal jest w skrytce. Wtedy uznałam, że chodzi o dokumentację”.

Janina przeczytała ją dwa razy. Potem odwróciła terminarz stroną do dołu i zaczęła pisać wniosek o zatrzymanie Pawła.


Wniosek leżał otwarty na biurku, kiedy Janina przestała pisać. W rubryce dotyczącej uzasadnienia miała już: konflikt z pokrzywdzonym, wiedza o nagraniach, możliwość usunięcia dowodów. Przeczytała te słowa raz jeszcze. Każde było prawdziwe. Żadne nie mówiło, że Paweł zabił Eryka.

Zadzwoniła do dyżurnego i kazała wstrzymać zatrzymanie. Potem poprosiła o zestawienie służb Pawła, rejestr wejść na pływalnię i nazwiska osób, które widziały go tej nocy. Zrobiła to, zanim kawa z automatu zdążyła ostygnąć.

Paweł był na pływalni od dwudziestej pierwszej do szóstej rano. Elektroniczny rejestr pokazywał każde otwarcie drzwi służbową kartą: wejście, wyjście na zaplecze, powrót. Dwie pracownice potwierdziły, że widziały go na miejscu podczas nocnego obchodu. Jedna pamiętała, bo poprosił ją o papierosa; druga, bo o czwartej zaciął się zamek przy wejściu i Paweł pomagał go odblokować. Nie było miejsca na drogę do kamieniołomu i z powrotem. Nie było też powodu, by uznać, że wszyscy kłamią, zanim ktokolwiek sprawdzi coś więcej.

Janina zamknęła wniosek. Przypomniała sobie aluminiową zawieszkę z numerem czternaście, woreczek na stole techników i Bognę mówiącą o skrytce, zanim Janina zdążyła jej o kluczu wspomnieć. Wczoraj umiała tę rzecz odsunąć na bok. Teraz nie mogła już nazwać jej przypadkiem.

Przed południem przyszły pierwsze wyniki zabezpieczonych telefonów. Z urządzenia Eryka odzyskano korespondencję, której nie było w zwykłym podglądzie. Wiadomość wysłana do kolegi brzmiała tak samo jak na początku: „Nie wybaczę sobie tego, co zrobiłem”. Dalej, w rozmowie z Martą, Eryk pisał o tym, że przez miesiące widział ślady przy kratkach, słyszał skargi, tłumaczył sobie, że to awarie. „Mogłem sprawdzić wcześniej. Zostawiłem was z tym same”. Nie było pożegnania. Było przyznanie się do zaniechania.

W rozmowie z Bogną pojawiły się dwa krótkie zdania. Eryk żądał zwrotu nośnika i pisał, że następnego dnia przekaże go policji. Bogna odpowiadała, że ma urządzenie i odda mu je osobiście. Wysłała adres kamieniołomu i godzinę. Odpowiedź Eryka nie zawierała niczego, co brzmiałoby jak plan na ostatnią noc. Pytał tylko, czy przyjedzie sama.

Janina położyła wydruk obok terminarza. Wpis „M. — 8.30, wejście techniczne” nie wyglądał już jak spotkanie człowieka, który postanowił zniknąć. Wyglądał jak obietnica, której nie zdążył spełnić.

Przeszukanie samochodu Bogny zarządził prokurator. Kiedy policjanci wrócili, na tylnym siedzeniu leżały dwie skrzynki z papierami i torba z ubraniem. W bagażniku znaleźli metalowy uchwyt, ciężki, z obtartą rączką. Bogna powiedziała, że wozi go do prac przy instalacji. Technik zauważył ciemny osad w szczelinie przy mocowaniu. Zeskrobał go do probówki, zanim ktokolwiek pozwolił Bognie podejść bliżej.

Tego samego popołudnia Janina dostała wstępne wyniki sekcji. Eryk utonął, ale miał obrażenie głowy zadane jeszcze za życia. Lekarz nie mówił o pewności co do narzędzia. Mówił o kształcie rany, o krwi w drogach oddechowych i o tym, że po uderzeniu musiał być oszołomiony. Na brzegu znaleziono jego rzeczy ułożone tak, by wyglądały na pozostawione przez niego samego. Buty stały nierówno. Telefon leżał obok ścieżki. Wiadomość do kolegi miała dać temu układowi sens.

Kiedy Janina weszła do biura pływalni, Bogna siedziała przy biurku i sortowała dokumenty. Na korytarzu ktoś przesuwał metalowy wózek. Kółko uderzało co kilka sekund o próg.

— Paweł był tej nocy na pływalni — powiedziała Janina.

Bogna odłożyła zszywacz.

— Mówiłam, że nie wiem, co zrobił Eryk.

— Nie pytałam, co pani mówiła. Sprawdziłam, gdzie był Paweł.

Bogna spojrzała na nią uważniej. Na blacie leżał telefon Janiny, ekranem do dołu. Nie było potrzeby pokazywać jej jeszcze wydruków. Janina wymieniła numer skrytki. Powiedziała, że Bogna podała go nad kamieniołomem, zanim policja ujawniła, że przy Eryku znaleziono klucz. Potem powiedziała o dostępie do magazynku, o otworach przy kratkach i o tym, że urządzenia można było zamontować bez wejścia do przebieralni.

Bogna przestała przesuwać papiery.

— Eryk miał klucz — powiedziała. — Mógł tam wejść.

— Miał. I chciał oddać nośnik policji. Pani obiecała mu go zwrócić.

Przez chwilę słychać było tylko wózek na korytarzu. Potem Bogna wstała. Krzesło zahaczyło o szafkę.

— Nie wie pani, co tam było — powiedziała. — Nie wie pani, ile osób chciało zapłacić, żeby nikt się nie dowiedział.

Janina nie odpowiedziała. Nie musiała. Za drzwiami czekali funkcjonariusze.

Badanie uchwytu przyniosło wynik następnego dnia. W szczelinie, pod zaschniętym osadem, była krew Eryka. Bogna została zatrzymana pod zarzutem zabójstwa i szantażu. Przy wyprowadzaniu z pływalni nie stawiała oporu. Zapytała tylko, czy może zamknąć biuro. Policjant nie pozwolił jej wrócić po klucze.

Sprawa urządzeń i nagrań trafiła do odrębnego śledztwa. Zabezpieczono korespondencję, listy wpłat i dane kobiet, których nazwiska przewijały się w wiadomościach. Nie wszystkie zgodziły się zeznawać od razu. Kilka poprosiło, żeby policja kontaktowała się z nimi wyłącznie na telefon służbowy. Janina zapisała każdą prośbę.

Wieczorem pojechała do Marty. W kuchni nadal wisiały dziecięce spodnie na suszarce, a pod drzwiami stały worki z butelkami. Marta otworzyła, trzymając telefon w dłoni.

Janina powiedziała jej, że Eryk nie przyszedł na spotkanie, bo został zabity. Że znalazła się osoba, która obiecała mu oddać nośnik i nie dotrzymała słowa. Powiedziała też, że jego wiadomość nie była pożegnaniem z nią ani z życiem. Był w niej wstyd, że za długo nie reagował.

Marta niczego nie spytała. Ekran jej telefonu zgasł. Przez chwilę patrzyła na własne odbicie w czarnej szybie, potem odblokowała urządzenie i przesunęła kciukiem po liście wiadomości. Nie usunęła ich.

Na komendzie Janina zdjęła kurtkę. Ślad po tonerze na mankiecie nadal tam był. W systemie sprawa Eryka miała już właściwą kwalifikację, a nazwisko podejrzanej trafiło do protokołu. Na brzegu kamieniołomu nie zostało nic, co przypominałoby miejsce ostatniej decyzji. Została woda, ścieżka rozjeżdżona przez samochody i pusty fragment ziemi, z którego wiatr zabrał popiół.

Ostatni kurs na pętlę
Gdy zamyka się labirynt
Drzwi od podwórza