Thriller

Gdy zamyka się labirynt

W opuszczonym ogrodzie botanicznym znika zarządczyni, a upał zamienia labirynt w pułapkę. Zuzanna dostrzega ślady, których inni nie chcą zauważyć.

Gdy zamyka się labirynt

Zuzanna Kowalczyk wsunęła stalową miarkę między słupek a siatkę i docisnęła ją kciukiem, aż metal zapiszczał. Szczelina miała prawie cztery centymetry. Wystarczająco, żeby przecisnął się mały pies, nie dość, by urzędnik wpisał do protokołu „pilne zagrożenie”. Zapisała wymiar na odwrocie mapy, przytrzymując papier kolanem. Pot spływał jej po plecach pod lnianą koszulą, a słońce odbijało się od białych kamieni ścieżki tak ostro, że mrużyła oczy.

— Ten odcinek też do wymiany — powiedziała do pustego powietrza.

Dawny ogród botaniczny leżał na skraju miejscowości pod Wałbrzychem, za pasem nieużytków i zarośniętym parkingiem. Na starych tablicach wciąż widniały łacińskie nazwy roślin, ale większość liter spękała od mrozu. Zza żywopłotów dochodziło cykanie owadów i jednostajny szum drogi. Powietrze pachniało rozgrzaną żywicą, kurzem oraz wodą stojącą w betonowym kanale.

Zuzanna miała czterdzieści dziewięć lat i od dawna nie wierzyła w ogrodzenia oglądane z samochodu. Wydział zieleni płacił jej za to, żeby sprawdzała, co odpadło, co zardzewiało i przez którą dziurę ktoś wejdzie, zanim znajdzie się powód, by napisać o tym w gazecie. Zamknęła notes, starła pot z brwi i spojrzała na zegarek. Była dziesiąta osiemnaście. Z Lidią Wróblewską miała ustalić zakres zabezpieczeń przed ponownym otwarciem obiektu. Zarządczyni spóźniała się dwadzieścia minut.

Telefon w kieszeni zawibrował, ale był to tylko alert o upale. Zuzanna rozejrzała się po pustym dziedzińcu. Przy wejściu stała budka ochrony z otwartym oknem. W środku siedział mężczyzna w ciemnej koszuli, z przedramionami opartymi na blacie. Przedstawił się wcześniej jako Aleksander Król. Ochroniarz. Miał krótko ostrzyżone włosy i twarz człowieka, który nie lubił powtarzać odpowiedzi.

— Widział pan panią Wróblewską? — zawołała.

Podniósł głowę.

— Rano weszła na teren.

— I?

— I nie wróciła.

W jego głosie nie było niepokoju, raczej zniecierpliwienie, jakby oboje spóźniali się przez tę samą usterkę.

Zuzanna podeszła do budki.

— Od kiedy?

— Nie wiem. Widziałem, jak szła w stronę labiryntu. Potem byłem przy bramie.

— Sama?

— Sama.

Z budynku administracyjnego wyszedł młody pracownik w zielonej koszulce. Niósł pod pachą damską torbę, a w dłoni trzymał telefon w pękniętym etui.

— Leżały na ławce — powiedział. — W środku labiryntu. Pani Lidii nie ma.

Zuzanna odebrała od niego telefon. Ekran rozświetlił się, gdy dotknęła przycisku. Dwa nieodebrane połączenia od „Marek”, jedno od numeru bez nazwy. Bateria wskazywała sześć procent. Torba była zamknięta; z jej wnętrza wystawał róg teczki i paczka chusteczek. Nie wyglądała, jakby ktoś ją przeszukiwał.

— Dzwoniliście do niej?

— Od razu — odparł pracownik. — Nie odbiera.

— Od jak dawna jej nie widzieliście?

Mężczyzna spojrzał na Króla. Ochroniarz uniósł ramiona.

— Zgłoście to policji — powiedziała Zuzanna. — I niech nikt niczego nie rusza.

Król wyszedł z budki. Na koszuli pod pachami miał ciemne plamy potu.

— Może zasłabła. W taki dzień to nic dziwnego. Labirynt jest gęsty, z zewnątrz nic nie widać.

— Jest jakieś wyjście?

— Nie ma. Jedna brama, ta główna. Boczną zamknęliśmy po awarii zamka. Od miesięcy zaplombowana.

Powiedział to tak szybko, że Zuzanna spojrzała na niego uważniej, ale zaraz odwrócił się w stronę bramy.

Policjanci przyjechali po dwudziestu minutach radiowozem z komendy powiatowej. Jeden był młody i miał czerwone uszy, drugi nosił okulary przeciwsłoneczne i zadawał krótkie pytania, nie podnosząc głosu. Przyjęli zgłoszenie zaginięcia, zapisali dane Lidii i zebrali relacje pracowników. Telefon oraz torba trafiły do foliowej koperty, choć policjant zaznaczył, że na razie chodzi o zabezpieczenie rzeczy, nie o podejrzenie przestępstwa.

— Dorosła osoba może wyjść z terenu i nie informować zarządcy — powiedział. — Ale sprawdzimy ogród. Przy takim upale trzeba brać pod uwagę zasłabnięcie.

Rozdzielili się. Dwóch pracowników miało przejść ścieżki przy szklarniach, policjanci zajęli się labiryntem. Zuzanna ruszyła z Królem wzdłuż ogrodzenia, bo nie umiała przestać patrzeć na zamki i łączenia siatki. Słońce grzało w kark. Z głębi żywopłotu dobiegało nawoływanie, potem cisza, potem znowu nawoływanie. Liście były suche na wierzchu, lecz pod nimi ziemia trzymała wilgoć i zapach gnijących gałązek.

— Jeśli wyszła, mogła pójść do drogi — powiedział Król. — Sama. Może miała coś do załatwienia.

— Telefon zostawiła na ławce.

— Mogła nie zauważyć.

Przy bocznej bramie Zuzanna zwolniła. Łańcuch wisiał na miejscu, ale ołowiana plomba była przecięta. Jeden koniec drutu odgięto na zewnątrz. Krawędź metalu błyszczała świeżo, bez rdzy.

— To miało być zaplombowane — powiedziała.

Król podszedł bliżej. Obejrzał drut z odległości, nie dotykając go.

— Gałęzie. Wczoraj mocno wiało.

Zuzanna uniosła wzrok na bezruch liści. Nawet cienkie końcówki żywopłotu wisiały nieruchomo w rozgrzanym powietrzu.

— Od miesięcy nie było wiatru, który przecina plombę.

— Nie wiem, co pani chce przez to powiedzieć. Brama jest zamknięta.

Policjant w okularach zawołał ich z końca ścieżki. W labiryncie znaleźli tylko ławkę i wydeptaną ziemię wokół niej. Nie było śladów szarpaniny. Żadnej krwi. Żadnego ubrania. Korytarze z żywopłotu skręcały ciasno, tłumiąc dźwięk; można było stać kilka metrów od drugiej osoby i jej nie widzieć.

Zuzanna wróciła do swoich pomiarów, ale nie potrafiła już patrzeć na ogrodzenie jak na wykaz napraw. Przy każdym przejściu sprawdzała ziemię, gałęzie i zamki. Król chodził za policjantami, podpowiadał, gdzie ścieżka rozwidla się przy starym oczku, gdzie trzeba uważać na zapadnięte płyty. Kiedy padło pytanie o nocnego stróża, odpowiedział, że Feliks Sawicki jest chory i od kilku dni nie przychodzi.

— Ma pan do niego numer? — spytał młody policjant.

— W grafiku. Przekażę.

Około południa znaleźli się przy nieużywanym magazynie na końcu ogrodu. Drzwi z blachy były uchylone. Zuzanna zatrzymała się, bo wewnątrz coś uderzyło o ścianę, cicho i pojedynczo. Król zawołał z oddali, że tam nie ma czego szukać, że magazyn jest pusty.

Nie odpowiedziała. Odsunęła drzwi ramieniem. W środku pachniało mokrym kartonem i smarem. Na gwoździu przy wejściu wisiała robocza kurtka, ciemnozielona, z odblaskowym paskiem na rękawie. Zuzanna rozpoznała naszywkę z nazwiskiem Sawickiego. Na mankiecie, tuż przy szwie, rozlewała się brunatna plama. Dotknęła materiału czubkiem palca. Był wilgotny.

Za jej plecami ucichły rozmowy. Policjant w okularach podszedł szybkim krokiem.

— Proszę tego nie ruszać — powiedział.

Zuzanna cofnęła rękę. Na palcu został czerwony ślad.

— To krew? — spytała.

— Tego teraz nie ustalimy — odpowiedział policjant. — Proszę powiedzieć dokładnie, co pani zrobiła.

Powiedziała. Gdzie stała, której części kurtki dotknęła, jak wilgotny był materiał. Młody funkcjonariusz zapisał wszystko w notesie, potem zamknął magazyn i poprosił, żeby nikt tam nie wchodził. Kurtkę zdjęli z gwoździa razem z wieszakiem, ostrożnie, bez szarpania. Zuzanna patrzyła, jak wkładają ją do worka. Dopiero kiedy zamek zatrzasnął się na czerwonej taśmie, zauważyła, że drżą jej palce.

Była trzynasta, kiedy odsunęli ją na bok, żeby technik mógł sfotografować wejście. Policjant w okularach rozłożył na masce radiowozu mapę ogrodu. Zuzanna wskazała magazyn, szklarnie, starą kotłownię i budynek administracyjny. Podała, które zamki były sprawne, a które od dawna otwierano tym samym wygiętym kluczem. Nie zgadywała. Przy każdym miejscu mówiła, skąd zna informację.

Aleksander Król przyniósł pęk kluczy i położył go na masce. Znał kolejność pomieszczeń, wiedział, gdzie pod dachem przecieka i które drzwi trzeba docisnąć biodrem. Wszedł z policjantami do kotłowni, potem do szklarni. Kiedy funkcjonariusze rozdzielili się przy gęstych krzewach, ruszył z jednym z nich w stronę labiryntu. Nie protestował, gdy kazano mu pokazać szafkę z zapasowymi kluczami. Przyniósł też butelkowaną wodę dla pracowników, ale sam nie pił.

W labiryncie nie znaleźli niczego, co zmieniłoby obraz sprawy. Torba leżała na ławce, telefon rozładował się już podczas zabezpieczania. Ścieżka była wydeptana przy wejściu, ale przez cały sezon chodziło tamtędy pół miejscowości. Upadek, osłabienie, dezorientacja wśród żywopłotów — policjant wymieniał te możliwości bez przekonania, lecz też bez powodu, by je odrzucić. W takim upale człowiek mógł przejść kilka metrów i przestać wiedzieć, gdzie jest.

O czternastej przyjechał Konrad Górny, wykonawca remontu szklarni. Zuzanna widziała go wcześniej raz, z daleka: szerokie plecy, robocze spodnie z zaschniętą zaprawą na kolanach. Teraz stał przy radiowozie i zaciskał w dłoni zwinięty wydruk.

— Pokłóciliście się z panią Wróblewską? — spytał policjant.

— O pieniądze. Nie będę robił z tego tajemnicy. Trzy faktury wiszą od marca.

— Groził jej pan?

Konrad spojrzał na niego, potem na Zuzannę.

— Powiedziałem, że jak nie zapłaci, zabieram ludzi i narzędzia. Tak się rozmawia z człowiekiem, który nie płaci. Nie mówiłem, że ją skrzywdzę.

Miał klucze do dwóch budynków, które remontował. Znał teren, wiedział o bocznej bramie i przyznał, że tamtego dnia był w ogrodzie rano. Nie umiał jednak powiedzieć, o której dokładnie wyjechał. Raz mówił, że przed jedenastą, potem poprawił się, że może bliżej południa. Zuzanna zobaczyła, jak młody policjant zapisuje to zbyt starannie.

Konrad wyciągnął wydruk z hurtowni budowlanej. Była na nim godzina zakupu, 11.46, oraz numer jego karty firmowej. Nie wystarczało to na alibi. Mógł zapłacić wcześniej, mógł poprosić kogoś o zakup. Policjant zabrał dokument do sprawdzenia. Konrad nie odjechał, dopóki nie podali mu numeru sprawy. Zostawił po sobie zapach potu i cementu, a na stole pod budką ochrony kubek z niedopitą kawą.

— Był tu przed południem — powiedział Król, kiedy policjanci sprawdzali jego klucze. — Widziałem go przy szklarni. Potem pojechał. Nie wiem, o której.

Brzmiało to jak potwierdzenie, nie oskarżenie. Mimo to Zuzanna wróciła myślą do sporu o faktury. Pani Lidia miała przy sobie teczkę. Może chciała się z nim spotkać. Może przeszła do labiryntu, żeby uniknąć rozmowy, a potem zasłabła. Każda wersja układała się na chwilę gładko, dopóki nie trafiała na pustą przestrzeń, której nikt nie potrafił wypełnić.

Przed wieczorem policjant poprosił ją o pomoc w odtworzeniu dostępu do budynków. Nie szukała sama. Stała przy stole administracyjnym, kiedy funkcjonariusz uruchomił elektroniczną książkę obchodów na komputerze ochrony. Król podał hasło, a potem odsunął się, żeby zrobić im miejsce. Na ekranie przesuwały się wpisy z bieżącego dnia: obchód przy szklarni, kontrola bramy głównej, zgłoszenie usterki czujnika.

Zuzanna pochyliła się nad godzinami. Znała rozkład prac, bo ustalała go z Lidią. Ekipa od ogrodzenia miała przyjechać dopiero po trzynastej. W elektronicznym rejestrze boczna brama figurowała jako otwarta o 11.52. W papierowej kopii, którą Król przyniósł z szafki, ten sam wpis miał godzinę 13.20. Cyfra dwa była dopisana niebieskim długopisem, mocniej niż reszta. Obok widniały inicjały ochroniarza.

— Kiedy ją otwierali? — spytała Zuzanna.

Król przesunął palcem po papierze.

— Ekipa sprawdzała ogrodzenie. Elektronika czasem łapie otwarcie z opóźnieniem.

— Wpis elektroniczny jest wcześniejszy.

— To dlatego poprawiłem kopię. Brygadzista podał mi godzinę, kiedy skończyli. Nie będę pamiętał każdej minuty.

Nie podniósł głosu. Zabrał kartkę, ale policjant poprosił, żeby zostawił ją na stole. Król puścił papier i podniósł ręce, jakby to była drobna formalność. Zuzanna patrzyła na ślad długopisu. Nie miała dowodu, że ktoś kłamał. Miała godzinę, dwie wersje i przeciętą plombę.

Policjanci sprawdzili zapis kamer ulicznych. Obraz był ziarnisty, słońce wypalało jasne fragmenty jezdni. O 11.58 ciemny samochód wyjechał boczną bramą. Wrócił po kilkunastu minutach. Pierwszy patrol pojawił się pod ogrodem później. Funkcjonariusze nie powiedzieli od razu, do kogo należał samochód. Król stał przy budce, kiedy poprosili go o dokumenty. Podał je bez pytania.

Wieczorem potwierdzili, że auto było jego. Konrad przesłał potwierdzenie z hurtowni i nagranie z kasy, na którym widać go przy ladzie. Godzina zgadzała się z transakcją. Wydruk przestał być podejrzanym świstkiem; policjant odłożył go do akt. Konrad mógł wyjechać wcześniej, ale nie było już powodu, by go zatrzymywać.

Zuzanna została na terenie do zmroku. Nie pozwolono jej wejść do zabezpieczonego magazynu ani dotknąć rzeczy Sawickiego, które znaleziono w jego szafce. Czekała na wiadomość o Lidii, a telefon w jej dłoni pozostawał ciemny. Kiedy wreszcie pojechała do domu, policjanci wciąż byli w ogrodzie. Król pomagał im zamykać pomieszczenia.


Następnego ranka zadzwonili o szóstej trzydzieści. Patrol miał jechać do domu Aleksandra Króla na obrzeżach Świebodzic. Zuzanna pojechała za nimi własnym samochodem, trzymając odstęp. Przyjechali pod niski dom z nieotynkowaną dobudówką. Brama była zamknięta, na podjeździe nie stał żaden samochód. Nikt nie odpowiedział na dzwonek.

Policjanci weszli do środka po uzyskaniu zgody właściciela posesji. Wrócili po kilkunastu minutach. W domu nie było Aleksandra. Nie było też Lidii. Na stole stała niedopita herbata, w zlewie leżał talerz, a w przedpokoju wisiała pusta kurtka na wieszaku. Funkcjonariusze rozmawiali przez telefon, już ciszej niż poprzedniego dnia.

Zuzanna patrzyła na prognozę wyświetloną na ekranie komórki. Następny dzień miał być jeszcze gorętszy. Wsiadła do auta, ale nie przekręciła kluczyka. Jeśli Lidia była zamknięta gdzieś bez wody, każda godzina znaczyła więcej niż wszystkie wpisy w rejestrze. Policjanci odjechali, żeby szukać Aleksandra. Za nimi została otwarta brama domu i poranny skwar, który już zbierał się nad ulicą.

Na ekranie telefonu wciąż świeciła prognoza, ale zamiast niej Zuzanna widziała samochód Aleksandra stojący pod magazynem. Poprzedniego dnia Król ustawił przy nim zgrzewki wody. Nalegał, żeby pracownicy podchodzili właśnie tam, i dwa razy odradził przestawienie auta bliżej bramy. Wtedy uznała to za upór człowieka, który chciał mieć wszystko pod kontrolą. Teraz przypomniała sobie zamknięte drzwi, przyciemnione szyby i to, że Król sam ani razu nie napił się wody, którą rozdawał.

Wybrała numer policjanta w okularach. Odebrał po trzecim sygnale. Zuzanna mówiła szybko, ale nie podnosiła głosu: o aucie przy magazynie, o tym, jak Król pilnował, by zostało na miejscu, o przeciętej plombie i wpisie, który przesunął godzinę otwarcia bocznej bramy. Nie powiedziała, że wie, gdzie jest Lidia. Powiedziała, że tam trzeba sprawdzić.

— Niech pani zostanie przy samochodzie — odparł. — Nie podchodzić. Nie dotykać niczego.

Radiowóz zawrócił, zanim Zuzanna zdążyła wyłączyć silnik, którego nawet nie uruchomiła. Pojechała za nim. Na terenie ogrodu panowała ta sama nieruchoma cisza co poprzedniego dnia. Przy bocznej bramie policjant w okularach wysiadł pierwszy, drugi został przy radiowozie z telefonem przy uchu. Zuzanna zatrzymała się przy budce ochrony. Była pusta. Na blacie leżał kubek po kawie, a obok niego rejestr obchodów.

Samochód Króla stał za magazynem, pod cieniem, którego prawie nie było. Biały dostawczak z zewnątrz wyglądał jak służbowy wóz do przewożenia narzędzi i zgrzewek. Jedne tylne drzwi były zasłonięte paletą z pustymi butelkami. Policjant podszedł od strony kabiny, sprawdził szybę i zajrzał do środka. Potem obszedł auto, nie dotykając klamek.

Na drodze za żywopłotem zaszeleściły gałęzie. Aleksander wszedł przez boczną bramę, tę z przeciętą plombą. Miał na sobie ciemną koszulę, tę samą, którą nosił podczas poszukiwań. Szedł szybko, z kluczykami w dłoni. Zobaczył radiowóz i stanął. Przez krótką chwilę patrzył na policjanta przy aucie, potem skręcił w stronę magazynu.

— Proszę się zatrzymać! — zawołał funkcjonariusz.

Król nie ruszył dalej, ale nie odwrócił się od razu. Kluczyki zacisnął w pięści. Policjant przy radiowozie podszedł z drugiej strony i chwycił go za ramię. Król szarpnął się raz, bez słowa. Przycisnęli go do maski. Metal zadudnił głucho. Z jego kieszeni wypadł pęk kluczy i potoczył się pod koło.

Policjant w okularach sprawdził tylne drzwi dostawczaka. Zamek był zamknięty. Jeden z kluczy znalezionych na ziemi pasował. Drzwi ustąpiły z oporem. Najpierw uderzył ich zapach ciepłego plastiku, potem potu i moczu. Za zgrzewkami wody, w wydzielonym przedziale bez okna, leżała Lidia. Miała związane ręce, usta spękane do krwi i włosy przyklejone do skroni. Kiedy funkcjonariusz pochylił się nad nią, otworzyła oczy, ale nie zdołała odpowiedzieć.

— Woda — wyszeptała.

Nie podali jej od razu. Ratownik, którego wezwano przez radio, zwilżył jej usta, sprawdził tętno i założył wenflon. Lidia oddychała płytko. Kiedy wyciągali ją z auta, zacisnęła palce na rękawie policjanta i nie puściła, dopóki nie wsunęli jej na nos tlenowej kaniuli. Król stał przy magazynie z rękami skutymi za plecami. Nie patrzył na nią. Patrzył na Zuzannę.

— To pani — powiedział.

Nie było w tym pytania. Zuzanna nic nie odpowiedziała. Policjant odsunął ją za taśmę, zanim karetkę zamknięto. Lidia pojechała do szpitala w Świebodzicach. Jej stan określono jako ciężki z powodu odwodnienia, ale jeszcze przed wyjazdem, przytomna, zdążyła podać imię i nazwisko. To wystarczyło, żeby nikt nie mógł nazwać jej zaginięcia dobrowolnym.

W magazynie znaleźli Feliksa Sawickiego za przewróconym regałem, przykrytego plandeką. Ciało leżało w miejscu, którego nie dało się zobaczyć z progu. Na podłodze pozostały zaschnięte smugi, a na jednej z belek ślad uderzenia. Kurtka z naszywką Sawickiego, ta z brunatną plamą na mankiecie, leżała już w zabezpieczonym worku. Technik pobrał próbki z materiału, podłogi, zamka i klamki. W szafce stróża znaleźli brakujące wyposażenie: mosiężne zawory, przewody i miedziane elementy zdemontowane ze starej szklarni. Na narzędziach były świeże ślady użycia.

Lidia zeznawała dopiero następnego dnia, w sali, w której klimatyzacja buczała tak głośno, że policjant musiał prosić ją o powtarzanie odpowiedzi. Rano weszła do labiryntu, bo chciała sprawdzić zamek przy furtce serwisowej. Znalazła tam torbę Feliksa, a w niej ubranie z krwią. Znała jego nazwisko z grafiku i wiedziała, że nie powinien tego dnia być w pracy. Zabrała torbę kilka metrów dalej, po czym zostawiła ją przy ławce, kiedy usłyszała ludzi wołających jej imię. Chciała wyjść boczną bramą, dojść do własnego samochodu i zadzwonić po policję. Telefon zostawiła w swojej torbie na ławce. Wybiegła przez furtę, kiedy pracownicy i ochroniarz skupili się po drugiej stronie ogrodu.

Król dogonił ją przy parkingu. Powiedział, że znalazł jej telefon i że policja już przyjechała. Kazał jej wrócić, obiecując, że wyjaśnią wszystko na miejscu. Kiedy odmówiła, uderzył ją i wciągnął do dostawczaka. Potem wrócił do ludzi, którzy zaczynali poszukiwania. Wskazywał ścieżki, pomagał przeszukiwać labirynt, przynosił wodę. Przez większość czasu Lidia znajdowała się kilka metrów od nich, za cienką blachą, w aucie, które wszyscy widzieli.

Sekcja zwłok wykazała, że Feliks zginął poprzedniej nocy. Miał obrażenia głowy i złamane żebra; na dłoniach ślady wskazujące na szarpaninę. W magazynie znaleziono jego odciski na własnej latarce i narzędziach, a na metalowej krawędzi regału włókna zgodne z kurtką Króla. W kabinie dostawczaka zabezpieczono ślady krwi Lidii, a na jej ubraniu — włókna z tapicerki i ślady środka użytego do czyszczenia. Rejestr elektroniczny, zapis z kamer przy drodze i przecięta plomba układały się w osobną, sprawdzalną kolejność zdarzeń. Nie trzeba było wierzyć Królowi, żeby odtworzyć, co zrobił.

Podczas oględzin przyznał tylko, że zabrał wyposażenie. O śmierci Feliksa nie mówił. O porwaniu Lidii również. Po dwóch dniach prokurator przedstawił mu zarzuty związane ze śmiercią stróża i uprowadzeniem zarządczyni. Zuzanna podpisała protokół zeznań, poprawiła godzinę, którą omyłkowo wpisano o kilka minut za późno, i wróciła do domu.


Tydzień później w ogrodzie zdjęto taśmę z magazynu. Wymianę ogrodzenia odłożono do końca postępowania, a przy bocznej bramie wisiała nowa plomba. Zuzanna sprawdziła jej zacisk, zapisała numer i wsunęła miarkę do kieszeni. Za siatką słońce rozgrzewało jasny żwir. Z budynku administracyjnego wyniesiono biurko Lidii; na blacie został prostokąt bez kurzu, a pod nim jasny ślad po kubku.

Zuzanna zmierzyła szczelinę między słupkiem a siatką. Była mniejsza niż poprzednio, ale nadal wystarczająca, żeby ktoś spróbował przejść.

Klucz do starej granicy
Ostatnie światło na bagnach
Nocny numer alarmowy