Ścieżka przez młodnik
O świcie Anna znajduje ciało w młodniku, obok kartkę ze starym numerem oddziału. Trop prowadzi do serii śmierci, dawnych sekretów i człowieka, który zna las lepiej niż policja.
Latarka ześlizgnęła się z mokrej kory i na moment oślepiła Annę odbitym światłem. Zatrzymała się, cofnęła rękę. W młodniku każdy ruch zostawiał po sobie ślad: na miękkiej ziemi, na gałęziach, na spodniach. Świerki rosły tak gęsto, że niebo było tylko ciemną plamą między czubkami. Wschód musiał już być blisko, ale tutaj wciąż panowała noc.
Przykucnęła przy jednej z sadzonek. Igły na dolnych gałęziach zbrązowiały, ziemia pod nimi pękała w drobne, suche szczeliny. Wpisała numer powierzchni do tabeli w telefonie, potem strzepnęła z ekranu krople rosy. Od dwóch tygodni robiła obchody po suszy i nadal nosiła w kieszeni wydrukowaną mapę, choć starsi leśniczowie mówili, że wystarczy GPS. Telefon w tym miejscu gubił zasięg, a kompas w aplikacji potrafił wskazać kierunek z uporem pijanego człowieka.
Powietrze było ciężkie i ciepłe jak w zamkniętym aucie. Nadciągała burza. Anna czuła ją w skórze, pod kołnierzem kurtki, i słyszała w lesie: nie w grzmotach, jeszcze nie, tylko w nagłym milczeniu ptaków. Zostało jej kilka rzędów młodnika do sprawdzenia. Potem miała wrócić do samochodu i zdążyć na ósmą do biura.
Światło latarki przesunęło się po pniu, po zwisającej gałęzi, po czymś jasnym między świerkami.
Najpierw pomyślała o porzuconej kurtce. Potem zobaczyła dłoń.
Nie podeszła od razu. Zatrzymała się z jedną nogą uniesioną nad ziemią i powoli opuściła ją we własny ślad. W gardle poczuła metaliczny smak. Oświetliła przestrzeń przed sobą, nie ruszając się z miejsca. Mężczyzna leżał na boku, twarzą do ziemi, w ciemnej kurtce, która niemal zlewała się z mokrą ściółką. Jedna ręka była wyciągnięta przed nim, palce rozchylone. Na karku miał zaschniętą krew.
Anna cofnęła się o krok. Wdech, wydech. Znała procedurę. Nie dotykać. Nie poprawiać. Nie sprawdzać pulsu, jeśli oczywiste oznaki śmierci nie pozostawiają miejsca na pomyłkę. Nie podchodzić bliżej tylko po to, żeby się upewnić.
Wyjęła telefon. Zasięg pojawił się na jedną kreskę, zniknął, wrócił. Wybrała 112 i powiedziała, gdzie jest, powoli, powtarzając nazwę leśnej drogi i numer oddziału. Dyspozytorka kazała jej zostać na miejscu. Anna odpowiedziała, że nie dotykała ciała, i rozłączyła się dopiero, gdy usłyszała potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia.
Włączyła nagrywanie. Podała godzinę, kierunek, odległość od drogi. Potem udokumentowała swoją trasę dojścia: nie patykami ani taśmą, tylko zdjęciami robionymi z miejsca, w którym stawiała stopy, i krótkim nagraniem, na którym pokazywała drogę od skraju młodnika. Ostatni odcinek obeszła szerokim łukiem, nie zbliżając się do leżącego. Ręce drżały jej tak, że musiała oprzeć telefon o własne kolano.
Dopiero wtedy zauważyła kartkę. Leżała przy łokciu mężczyzny, przyciśnięta do ziemi małym kamieniem. Na papierze ktoś napisał: „Oddz. 214. Sidła przy rowie”. Atrament rozmazała wilgoć, ale numer dało się odczytać.
Anna znała ten fragment. Oddziału 214 nie było tu od lat; po zmianie podziału lasu teren dostał nowe oznaczenia. Na aktualnej mapie widniał numer 187. Stare numery zostały jeszcze na paru leśnych tablicach, ale żadna nie stała w pobliżu. Uznała, że kartkę zostawił ktoś spoza nadleśnictwa — kłusownik albo człowiek, który po prostu nie umiał czytać mapy. To się zdarzało. Przynajmniej tak sobie powiedziała.
Pierwszy radiowóz wjechał w leśną drogę po trzydziestu minutach. Potem pojawiły się kolejne auta, technik w białym kombinezonie i ambulans, którego sygnał ucichł, zanim dotarł do młodnika. Policjanci rozciągnęli taśmę. Jeden z nich zapytał Annę o trasę, a ona pokazała mu zdjęcia i wyjaśniła, gdzie stawiała stopy. Młody funkcjonariusz kiwał głową, nie odrywając wzroku od ekranu. Deszcz jeszcze nie padał, ale z zachodu przetaczał się niski, niewidoczny grzmot.
Nazwisko zmarłego usłyszała od kobiety, która wysiadła z nieoznakowanej skody i przez chwilę stała przy taśmie, patrząc na techników. Miała krótkie włosy przyklejone do skroni i twarz kogoś, kto nie spał od dawna.
— Tobiasz Stefański — powiedziała. Nie pytała. — Znałam go z widzenia.
Przedstawiła się jako Wiktoria Kłos. Zapytała, czy Anna znalazła przy nim coś poza kartką. Anna odpowiedziała, że niczego nie ruszała. Wiktoria skinęła głową, jakby to było ważne, choć na nią nie spojrzała.
— To już trzeci — powiedziała po chwili.
Policjant, który stał obok, spojrzał na nią ostrzegawczo.
— Pani Kłos.
— Dwóch było w ostatnich tygodniach. Teraz on. Wszyscy kręcili się przy lesie.
Jej głos nie załamał się ani razu. Jedynie palce zaciśnięte na pasku torebki pobielały przy stawach. Anna pomyślała, że Wiktoria zna kogoś z tamtych dwóch. Może rodzinę, może ofiarę. Nie zapytała. W tym miejscu każde pytanie brzmiało jak próba dotknięcia czegoś, czego nie powinno się dotykać.
Zaczęło padać. Najpierw pojedyncze krople uderzyły w liście, potem w kilka sekund deszcz wypełnił młodnik szumem. Policjanci przykryli sprzęt, ktoś zaklął, a technik pochylił się nad ciałem. Anna stała pod taśmą, z mokrymi rękawami i własnymi śladami zapisanymi w telefonie. Nie mogła przestać patrzeć na kartkę przy łokciu Tobiasza.
Młody funkcjonariusz podszedł do niej z foliowym woreczkiem. W środku był telefon, czarny, pęknięty w rogu. Ekran rozświetlił się, kiedy policjant nacisnął przycisk.
— Pani go znalazła, więc chcę, żeby pani zobaczyła, co nam wyskoczyło — powiedział. — Wiadomość przyszła w nocy. Spotkanie tutaj, w młodniku. Ktoś obiecał mu dowód przeciwko człowiekowi, którego uważał za wspólnika.
Przesunął ekran w jej stronę. Anna odczytała krótką wiadomość, potem spojrzała na ciało za taśmą. Deszcz spływał jej po karku pod kurtkę. W lesie nie było już widać drogi, którą przyszła.
Ekran telefonu Tobiasza zgasł, zanim Anna zdążyła odczytać wiadomość drugi raz. Policjant schował woreczek do torby i powiedział, że na razie nie może jej pokazać więcej. Zapytał jeszcze, czy zna Klaudiusza Rutkowskiego. Anna znała nazwisko z protokołów szkód łowieckich i kilku rozmów w nadleśnictwie. Myśliwy. Miał dzierżawę w sąsiednim kole. Znał las lepiej niż większość ludzi, którzy za niego odpowiadali.
Prowadząca sprawę podkomisarz Ewa Borkowska stała przy otwartych drzwiach skody, osłaniając papierosa przed deszczem dłonią. Nie zapaliła go. Kazała Annie opisać drogę od leśnej drogi, a potem pokazać zdjęcia. Przeglądała je powoli, zatrzymując się na każdym, na którym widać było ziemię albo skraj ścieżki.
— Niczego nie wyznaczała pani taśmą?
— Nie. Tylko zdjęcia i nagranie. Z miejsca, gdzie stawiałam stopy.
— Dobrze. To proszę mi jeszcze pomóc, ale tylko z mapami. Niech pani nie chodzi po tym terenie, dopóki technicy nie skończą.
W jej głosie nie było nieufności. Był pośpiech i zmęczenie. Anna wróciła do samochodu nadleśnictwa po laptop i papierową mapę. Deszcz bębnił o dach tak mocno, że przez chwilę nie słyszała własnych myśli. W biurze terenowym podłączyła telefon do ładowarki, otworzyła aktualną mapę oddziałów i zaznaczyła miejsce znalezienia ciała. Numer 187. Potem wyjęła z szafy stary arkusz, ten z podziałem sprzed kilku lat. Złożenie wzdłuż czarnych linii popękało, papier pachniał kurzem i wilgocią.
Oddział 214 leżał na tym samym terenie, tylko jego granice biegły inaczej. Dawna droga dojazdowa kończyła się przy rowie melioracyjnym, teraz zarośniętym olchą. Anna porównała warstwice, rowy i ślad po składowisku drewna. Nie było tam żadnych aktualnych prac ani oznaczeń, które mogłyby naprowadzić przypadkowego człowieka na starą numerację. Wysłała Borkowskiej zdjęcie mapy z naniesionym punktem i krótką notatkę. Dodała, że dojazd od południa prowadzi przez oddział sąsiedni, ale po nocnej burzy może być nieprzejezdny.
Borkowska oddzwoniła po kwadransie. Dwaj poprzedni zabici też dostali wiadomości dotyczące sideł. Jeden miał znaleźć je przy rowie, drugi miał przekazać komuś informację o kłusowniku. Obaj znali Rutkowskiego. Byli z nim skłóceni po sporze o granice polowania; jeden złożył nawet skargę na nielegalne nęcisko. W samochodzie drugiego znaleziono zwinięty odcinek stalowej linki, choć policja nie ustaliła, skąd pochodził.
— Na razie to tylko wspólny mianownik — powiedziała Borkowska. — Ale musimy od niego zacząć.
Anna słuchała, patrząc na mokrą mapę. Linka stalowa, stare drogi, wiadomość o sidłach. Wszystko pasowało do Rutkowskiego aż za dobrze. Pomyślała o człowieku, który znał każdy rów i każdy przejazd, i poczuła, że łatwiej byłoby uwierzyć właśnie w niego niż w to, że ktoś urządza spotkania, żeby zabijać po kolei.
Wiktoria Kłos przyszła do biura przed południem. Miała suche włosy, ale mankiety płaszcza były ciemne od deszczu. Położyła na stole złożoną mapę, starszą niż ta z szafy Anny. Na odwrocie, przyklejona żółtą taśmą, widniała lista numerów oddziałów zapisana długopisem.
— Pamiętam, gdzie szukaliśmy — powiedziała. — Każdy miał swoją część. Ludzie z policji, strażacy, leśnicy. Wtedy jeszcze używali tych numerów.
Anna spojrzała na 214. Ten sam numer, który znalazła na kartce przy Tobiaszu.
— Skąd pani wie, że to właśnie ten numer?
— Bo tam go znaleźliśmy. Nie syna. Jego rower. Przy rowie.
Wiktoria przesunęła palcem po mapie, aż zatrzymała się na miejscu, które teraz należało do oddziału 187. Nie patrzyła na Annę. Z jej paznokcia odchodził lakier, cienkimi płatkami.
Potem wyjęła telefon i pokazała wiadomość. Anonimowy numer, brak zdjęcia, jedno zdanie: „Rutkowski będzie następny. Nie pozwól mu wrócić do lasu”. Wiadomość przyszła rano. Anna odczytała godzinę: 5.12. Na ekranie telefonu Tobiasza zaproszenie do młodnika wysłano o 5.46.
— Skąd ktoś mógł wiedzieć? — spytała Anna.
Wiktoria schowała telefon.
— Może morderca chciał, żebym wiedziała. Może Rutkowski sam to rozpuścił. Nie wiem.
— A pani zgłosiła to policji?
— Przyszłam tutaj.
Odpowiedź była prosta, niemal rzeczowa. Anna poczuła, że powinna powiedzieć Borkowskiej o godzinach. Zrobiła to kilka minut później, przez telefon. Policjantka umilkła na moment.
— Niech pani jej nie wypuszcza samej — powiedziała w końcu. — I nie kontaktuje się z Rutkowskim. Wyślemy patrol.
Ale Wiktoria już wyszła. Na stole została mapa, rozłożona na stronie z dawnymi numerami. Anna wybiegła na korytarz, potem na parking. Nie było jej tam. Przy furtce w błocie widniał świeży ślad opony, szeroki, z głębokim nacięciem pośrodku. Samochód Wiktorii zniknął.
Zadzwoniła do Borkowskiej. Połączenie urwało się po dwóch sygnałach. Spróbowała ponownie i usłyszała tylko komunikat o niedostępności abonenta. Burza zerwała linię telefoniczną przy drodze do oddziału 187, a patrol od strony południowej utknął za powalonym świerkiem. Krótszy dojazd do sąsiedniego oddziału był zamknięty. Anna znała dłuższą trasę, ale nie wiedziała, czy przejezdną.
Wzięła kluczyki do służbowej terenówki. Wmawiała sobie, że jedzie sprawdzić drogę i przekazać policji informacje o starym oznaczeniu. Nie miała prawa prowadzić własnego śledztwa. Wiedziała to. Wiedziała też, że jeśli Wiktoria naprawdę zamierza ostrzec Rutkowskiego, każda minuta może mieć znaczenie.
Dłuższy objazd prowadził przez wieś, obok zamkniętego sklepu i przystanku, na którym woda spływała po rozkładzie jazdy. Na skraju lasu leżał świerk, wyrwany z korzeniami. Zablokował leśną drogę tak dokładnie, że nie dało się go ominąć bez wjechania w rów. Anna cofnęła, zawróciła przez plac po zrywce i ruszyła drogą wskazaną na starej mapie.
Telefon stracił zasięg. Wycieraczki nie nadążały zbierać wody. Gdy dojechała do leśniczówki Rutkowskiego, w oknie paliło się światło. Jego terenowy samochód stał pod wiatą, maską w stronę wyjazdu. Anna zatrzymała się kilka metrów dalej i zatrąbiła raz, krótko.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Rutkowski wyszedł na ganek. Był w spodniach od munduru myśliwskiego i podkoszulku, z rozciętą skórą na policzku. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej kluczyki.
— Pani Kłos mówiła, że pani przyjedzie — powiedział.
Anna nie zdążyła zapytać, kiedy to było. Za jego plecami, w głębi domu, coś uderzyło o podłogę. Rutkowski odwrócił głowę. W tej samej chwili światło w leśniczówce zgasło.
Światło zgasło. Rutkowski cofnął się do progu, a Anna usłyszała, jak kluczyki stukają o drewnianą podłogę. Przez kilka sekund nie było nic poza deszczem i pracą wycieraczek w jej samochodzie.
— Nie wchodzić — powiedział Rutkowski z ciemności.
Anna nie ruszyła się z miejsca. W środku coś przesunęło się po podłodze, potem rozległ się krótki trzask. Rutkowski wymacał latarkę na ganku i zapalił ją. Snop światła przejechał po pustym korytarzu, zatrzymał się na przewróconym krześle. Żadnego człowieka. Tylko otwarte drzwi od zaplecza, poruszane przeciągiem.
— Kłos dzwoniła — powiedział. — Mówiła, że pani może tu przyjechać. Chciała, żebym nie wyjeżdżał.
— Dzwoniła do pana?
— Po południu. Powiedziała, że ma coś dla policji. Nie mówiła, żebym się z nią spotkał. Nie dostałem żadnej wiadomości.
Na jego policzku krew spływała cienką kreską do kołnierza. Rutkowski otarł ją rękawem i skrzywił się, jakby dopiero wtedy poczuł ból. Twierdził, że rozciął skórę przy wiacie, kiedy wciągał tam przewróconą gałąź. Kluczyki wciąż leżały w domu. Nie próbował po nie sięgnąć.
Zza zakrętu dobiegł silnik. Potem drugi. Radiowozy zatrzymały się przy leśniczówce, koła mieliły wodę i błoto. Borkowska wysiadła bez płaszcza, z mokrymi włosami przyklejonymi do skroni. Najpierw kazała Rutkowskiemu odsunąć się od drzwi i pokazać ręce, potem sprawdziła jego twarz, kieszenie i dom. Nie znalazła broni ani śladów walki. W kuchni stała niedopita herbata. Na stole leżały kluczyki do samochodu i telefon z pustym ekranem.
— Nie dostał pan zaproszenia? — spytała.
— Nie.
— Groźby?
— Też nie. Kłos powiedziała, żebym został w domu.
Borkowska spojrzała na Annę. Telefon w jej dłoni nie miał zasięgu. Połączenie z policjantką, przerwane wcześniej po dwóch sygnałach, nadal widniało na ekranie jako nieodebrane. Anna rozłożyła na masce radiowozu starą mapę Wiktorii i wskazała palcem wąski pas młodnika między zalanym dojazdem a rowem melioracyjnym.
— Tędy da się przejść na dawną drogę do składu. Samochody osobowe nie przejadą, ale patrol z wysokim podwoziem powinien. Dalej jest suchszy grzbiet. Jeśli Wiktoria pojechała za starym oznaczeniem, będzie chciała dostać się do dwieście czternastki.
Nie dodała, że sama mogłaby tam dotrzeć szybciej. Oddała mapę Borkowskiej i została przy leśniczówce, kiedy policjanci ruszyli wskazaną drogą. Jej ręce nadal drżały, ale nie próbowała ich ukryć. Rutkowski siedział na schodku pod wiatą, z opatrunkiem przyciśniętym do policzka. Gdy padło jego nazwisko w radiu, nie spojrzał na Annę.
Wiktorię znaleźli przed świtem przy starym przepuście, na skraju dawnego oddziału 214. Jej samochód stał kilkadziesiąt metrów dalej, z maską skierowaną ku wyjazdowi. Nie zdążyła do umówionego miejsca spotkania. Kiedy ją zatrzymali, miała na sobie rękawiczki i w kieszeni złożoną kartkę z numerem oddziału. Nie szarpała się. Zapytała tylko, czy mężczyzna już przyjechał.
Nie przyjechał. Policja zatrzymała go na drodze do lasu, zanim dotarł do przepustu. W telefonie Wiktorii znaleźli rozmowę z nim: krótkie ustalenia, miejsce, godzina, prośba o przyniesienie oryginalnych dokumentów. Był czwartym człowiekiem z dawnej sprawy. Niedawno napisał do niej, że pozostali nie działali sami. Wiktoria nie poszła z tą wiadomością na policję. Umówiła się z nim w lesie.
Gdy Borkowska pokazała Annie zabezpieczone wiadomości, zniknęła część niejasności, ale nie pojawił się żaden jeden dokument, który tłumaczyłby wszystko. Były za to godziny, wersje i drobiazgi, które nie pasowały do siebie. Zaproszenia wysłane do trzech zabitych. Każde z innym pretekstem, każde z obietnicą informacji o sidłach lub dowodu przeciwko Klaudiuszowi Rutkowskiemu. Kartka przy Tobiaszu, z numerem, którego nie używała aktualna ewidencja leśna. Wiadomość Wiktorii o rzekomym zagrożeniu dla Rutkowskiego, wysłana przed zaproszeniem Tobiasza. Ostrzeżenie nie miało nadawcy, bo Wiktoria stworzyła je sama, używając numeru na kartę.
Stara numeracja nie była pomyłką ani wskazówką zostawioną przez kłusownika. Wiktoria trzymała mapę przez lata, od czasu poszukiwań syna. Policja i strażacy szukali wtedy w oddziałach oznaczonych właśnie takimi numerami. Chłopca nie znaleziono. Został jego rower przy rowie i później kilka sprzecznych zeznań dorosłych, którzy twierdzili, że niczego nie widzieli.
Czterej mężczyźni porwali dziecko. Nie dla okupu, jak początkowo podejrzewano, lecz żeby zastraszyć jego ojca, który miał zeznawać przeciwko jednemu z nich. Chłopiec zginął podczas przetrzymywania. Wspólnicy obciążyli nieżyjącego już człowieka, piątego uczestnika, i przez lata podtrzymywali tę wersję. Jeden z nich, Tobiasz, przesłał niedawno Wiktorii informację, która pozwoliła jej ustalić udział pozostałych. W telefonie miał zapisany fragment rozmowy i nazwisko człowieka, który odezwał się do niej jako pierwszy. Miał też własne wiadomości z zaproszeniami. Przyjechał do lasu po dowód. Znalazł śmierć.
Pozostali dwaj dostali podobne obietnice. Po ich zabójstwach Wiktoria skierowała uwagę policji na Rutkowskiego, wykorzystując jego spory z ofiarami i znajomość lasu. Rutkowski rzeczywiście kłusował. Miał linki i nielegalne nęcisko. Nie zabił jednak żadnego z nich. Fałszywe ostrzeżenie miało dać jej czas: zanim śledczy zorientują się, że nie ma żadnego planowanego ataku na myśliwego, chciała spotkać się z czwartym mężczyzną, zdobyć od niego dokumenty albo zmusić go do przyznania, co zrobił. Czy zamierzała go zabić, czy tylko wyciągnąć z niego prawdę, nie dało się już oddzielić od tego, co sama zrobiła.
Borkowska nie pozwoliła jej opowiadać od razu. Najpierw technicy sfotografowali dłonie, ubranie, samochód i ziemię wokół przepustu. Potem przewieziono ją na komendę. Jej pierwsze wyjaśnienia były krótkie. Powiedziała, że chciała usłyszeć prawdę. Nie zaprzeczyła, że wywabiała mężczyzn osobno. Nie zapytała o syna; jego nazwisko widniało już w starych aktach, w rubryce dotyczącej osoby zaginionej.
Rutkowski wyszedł ze szpitala z trzema szwami na policzku i zarzutami za kłusownictwo. Nie usłyszał zarzutów zabójstwa. Czwarty mężczyzna trafił na przesłuchanie, a potem do aresztu. Przyznał, że uczestniczył w porwaniu, ale utrzymywał, że dziecko zmarło przypadkiem. Dokumenty, które miał przynieść Wiktorii, zawierały nazwiska i fragmenty dawnych zeznań. Nie zawierały odpowiedzi, dlaczego przez tyle lat milczał.
Kiedy Anna wróciła do młodnika, taśma policyjna wisiała nisko, ciężka od wody. Technicy zabrali już ciało Tobiasza. W ziemi zostały koleiny, odciski butów i płytkie zagłębienie po noszach. Anna stanęła na skraju miejsca, z którego zaczęła obchód, i sprawdziła w telefonie zapis trasy. Jej ślady kończyły się tam, gdzie je sfotografowała. Dalej były cudze.
W aktach śmierć chłopca nadal miała dawny numer sprawy i starą nazwę oddziału. Trzy nowe zabójstwa dostały osobne sygnatury. Prawda o jednym nie unieważniła drugich. Wiktoria straciła syna, zanim zaczęła zabijać. Potem sama wybrała kolejność, miejsca i ludzi. Kiedy zamknięto za nią drzwi policyjnego samochodu, deszcz przestał padać. Z rowu przy drodze wypłynęła woda, niosąc kawałek papieru, który zatrzymał się na trawie.