Thriller

Druga osoba zaginiona

W ruinach dawnej synagogi Maja trafia na zakładniczkę i mężczyznę z nożem. Zanim śledztwo wskaże winnego, zaginiona dziewczyna może zniknąć na zawsze.

Druga osoba zaginiona

Miernik zapiszczał, zanim Maja zdążyła docisnąć go do cegły.

Na wyświetlaczu pojawiło się siedemdziesiąt osiem procent. Za dużo nawet jak na piwnicę, pomyślała. Wytarła sondę o rękawicę i przyłożyła ją kawałek dalej, do miejsca, gdzie z muru odpadł tynk. O szesnastej za oknem robiło się już szaro. W środku światło latarki wycinało z ciemności wąski, żółty korytarz.

— Tego nie przykrywać — powiedziała do siebie i dopisała uwagę na planie.

Papier miękł od wilgoci, choć trzymała go w teczce. Maja przycisnęła go do ściany. Na arkuszu pomieszczenie miało prostokątny kształt i trzy wejścia. W rzeczywistości jedno zamurowano, drugie zarosło pleśnią, a do trzeciego prowadziły kamienne schody z poręczą tak zimną, że materiał rękawicy nie chronił palców.

Właściciel nieruchomości czekał na górze, w dawnej sali modlitw. Zlecił jej ocenę zawilgocenia przed zabezpieczeniem obiektu, mówił o ekipie, folii, rusztowaniach. Nie wspomniał, że pod zrujnowaną synagogą zachowała się mykwa. Ani że ktoś zostawił na schodach świeże ślady błota.

Na dole pachniało mokrym wapnem, rdzą i czymś słodkawym, co mogło być stojącą wodą. Maja przystanęła. Z głębi dobiegł krótki trzask, potem szuranie. Nie odgłos pracującego budynku; znała je dobrze. To było coś cięższego, nieregularnego. Jak przesuwane krzesło.

Sprawdziła godzinę. 16.03.

— Halo? — zawołała.

Odpowiedziała cisza. Potem stłumiony jęk.

Maja nie ruszyła od razu. Światło latarki przesunęło się po posadzce, po odłamkach cegły i śladzie podeszwy prowadzącym za niskie drzwi na końcu korytarza. Z wnętrza dobiegł męski głos, cichy, lecz tak bliski, jakby ktoś mówił tuż przy jej uchu.

— Jeszcze raz. Gdzie ona jest?

Drugi głos należał do kobiety. Próbowała coś powiedzieć, ale słowa urwały się w kaszlu.

Maja cofnęła się o krok. W głowie miała nagle nie przepisy ani pomiary, tylko schody za plecami, telefon w kieszeni kurtki i to, że na górze nikogo nie było. Wyjęła komórkę. Jedna kreska zasięgu.

— Nie wiem — powiedziała kobieta.

— Wiesz.

Maja wcisnęła 112 i przyłożyła telefon do ucha. Dyspozytorka odebrała po drugim sygnale. Maja podała adres, potem powtórzyła go wolniej, kiedy zapytała o nazwę ulicy. Powiedziała, że w ruinach synagogi jest mężczyzna i związana kobieta. Sama zaskoczyła się tym ostatnim słowem. Jeszcze ich nie widziała.

— Proszę się oddalić od sprawcy i nie podejmować interwencji — powiedziała dyspozytorka.

Maja nie zdążyła odpowiedzieć. Drzwi otworzyły się z uderzeniem o ścianę.

Mężczyzna miał szerokie ramiona, przemokniętą kurtkę roboczą i krew na knykciach. Trzymał kobietę przed sobą, jedną ręką zaciśniętą na jej ramieniu. Jej nadgarstki spinał plastikowy zacisk, biały na tle zaczerwienionej skóry. Maja zobaczyła jej twarz, potem nóż w dłoni mężczyzny. Ostrze było krótkie, kuchenne.

— Odłóż telefon — powiedział.

Maja poczuła, jak ekran wibruje jej przy uchu. Dyspozytorka wciąż mówiła, niewyraźna i daleka.

— Policja już jedzie.

Mężczyzna spojrzał na nią, jakby nie rozumiał. Potem z korytarza dobiegł kolejny dźwięk: pojedynczy pisk telefonu, który musiał należeć do niego. Jego wzrok drgnął ku kieszeni. Kobieta wykorzystała tę chwilę. Opuściła ciężar ciała i szarpnęła się w bok. Nóż przejechał po jej rękawie.

— Adres! — wrzasnął.

Maja cofnęła się, uderzając łopatkami o mur. Mężczyzna puścił kobietę i rzucił się w stronę bocznych drzwi. Przebiegł obok Mai tak blisko, że poczuła na twarzy zimny zapach jego kurtki: dym, pot, mokra tkanina. Zanim zdążyła się odwrócić, zniknął za zakrętem.

Z góry dobiegły głosy. Ktoś krzyknął: „Policja, stać!”. Potem trzask drzwi i szybkie kroki. Maja usłyszała, jak funkcjonariusze wybiegają na zewnątrz, a po chwili z podwórza dotarły do niej przekleństwa. Przez wąskie okno przy schodach widziała, jak radiowóz stoi na ulicy, a policjanci brną przez podwórze zasłane topniejącą breją. Jeden poślizgnął się przy stercie gruzu. Drugi próbował iść za śladami, które po kilku metrach rozmywały się w szarej wodzie.

Maja odłożyła telefon dopiero, gdy dyspozytorka powiedziała, że patrol jest na miejscu. Kobieta siedziała pod ścianą, obejmując się ramionami. Maja uklękła przy niej i wyjęła z kieszeni mały nóż do cięcia taśm, używany zwykle do otwierania worków z próbkami. Plastik pękł po dwóch próbach.

— Sonia Olszewska — powiedziała kobieta, gdy odzyskała czucie w dłoniach. — On oszalał.

Policjant wszedł do mykwy, trzymając broń nisko. Za nim pojawiła się funkcjonariuszka i przykucnęła przy Soni. Maja odsunęła się, nadal ściskając nóż do taśm.

— Zna go pani? — zapytała funkcjonariuszka.

Sonia skinęła głową. Zerknęła w stronę drzwi, którymi uciekł mężczyzna.

— Bogdan Lis. Pracował przy instalacjach przeciwpożarowych. Po tym pożarze… — Przełknęła ślinę. — Budynek, który obsługiwała moja firma. Dwie osoby zginęły. On był tam na miejscu i od tamtej pory zachowuje się, jakby wszyscy byli przeciwko niemu.

Jej głos był chropawy, ale nie załamywał się. Maja spojrzała na otarte nadgarstki. Na rękawie kobiety widniała smuga szarego błota i cienki, czarny ślad, jak po zetknięciu z czymś gumowym. Funkcjonariuszka pytała już o nazwisko Lisa, o nóż, o to, czy groził jej wcześniej.

Maja przypomniała sobie, co widziała, kiedy Bogdan przebiegał obok: na ławie przy drzwiach leżał telefon, a on zgarnął go jednym ruchem, nie zwalniając.

— Zabrał… — zaczęła.

— Zdążył zabrać swój telefon? — zapytała Sonia.

Pytanie wyszło z niej zbyt szybko. Oczy utknęły na twarzy Mai, nie na policjantce. Przez chwilę w pomieszczeniu słychać było tylko szmer wody pod podłogą i trzaski krótkofalówki na schodach.

Maja nie odpowiedziała. Funkcjonariuszka spojrzała na Sonię, potem na nią.

Telefon leżący w kieszeni Mai zaczął dzwonić. Nieznany numer. Policjantka odebrała, włączyła głośnik i podała aparat dyżurnemu, który właśnie wszedł do pomieszczenia.

— Numer alarmowy, słucham.

Przez krótką chwilę słychać było tylko wiatr i oddech. Potem odezwał się mężczyzna, którego Maja przed chwilą widziała w drzwiach.

— Nazywam się Bogdan Lis. Chcę zgłosić porwanie. Moja córka ma czternaście lat. Ktoś ją zabrał.

Sonia przestała pocierać nadgarstek. Maja zobaczyła, jak jej palce zaciskają się na własnym rękawie.

Bogdan mówił dalej, szybko, urywanymi zdaniami. Że dlatego szukał adresu. Że nie wypuścił Soni, dopóki nie powiedziała mu, gdzie jest dziewczynka. Że teraz już wie, iż policja nie pomoże, jeśli nie usłyszy wszystkiego.

Dyżurny zapytał, gdzie znajduje się dziecko.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Sonia patrzyła na telefon. Nie na policjanta, który czekał na odpowiedź. Na telefon.

— Nie wiem, gdzie jest — powiedziała w końcu.

Dyżurny wyłączył głośnik. Przez chwilę nikt się nie odezwał. Funkcjonariuszka przy Soni poprawiła koc termiczny, który ktoś przyniósł z radiowozu. Folia zaszeleściła głośniej, niż powinna.

Maja stała przy ścianie i czuła, jak wilgoć przechodzi przez kolana spodni. Z góry dobiegł czyjś głos, potem odgłos kroków na kamiennych schodach.

— Proszę iść z nami — powiedział policjant do Soni. — Ratownicy sprawdzą ręce. Potem złoży pani zeznania.

— A jego? — zapytała Sonia. — Znaleźli go?

Policjant nie odpowiedział. Maja zauważyła, że Sonia znów patrzy na telefon leżący w dłoni dyżurnego.


O szesnastej dwadzieścia Maja siedziała w radiowozie, z teczką z planami na kolanach. Drzwi nie były zamknięte na klucz, ale funkcjonariusz przy nich wyjaśnił, że ma zostać na miejscu do przesłuchania. Na szybie osiadał mokry śnieg. Ulica za nią rozmazywała się w świetle latarni, które zapalono przed czasem.

Przyszli po plan budynku. Maja rozłożyła arkusz na masce radiowozu, przytrzymując narożniki dłonią. Pokazała wejście do mykwy, zamurowany korytarz, schody i boczne drzwi. Zaznaczyła, gdzie usłyszała głosy i w którą stronę uciekł Bogdan.

— Czy widziała pani, dokąd pobiegł? — zapytał młody policjant.

— Tylko do wyjścia na podwórze. Potem straciłam go z oczu.

— Miał broń?

— Nóż kuchenny.

— Użył go wobec pani?

— Nie.

Policjant zaznaczył coś w notatniku. Nie podniósł wzroku. Maja wskazała jeszcze okno przy schodach i miejsce, gdzie radiowóz ugrzązł w brei. Funkcjonariusze przeszukiwali podwórze, ale ślady urywały się przy ulicy, pośród kolein i błota. Ktoś z patrolu powiedział przez radio, że pobliskie kamery obejmują tylko skrzyżowanie. Ktoś inny poprosił o sprawdzenie przystanków.

Sonię przewieziono do komendy. Bogdana szukali w okolicy, równocześnie przyjmując zgłoszenie o zaginionej czternastolatce. Nie wyglądało to jak wybór jednej wersji. Policjanci pytali Maję o wygląd mężczyzny, ubranie, nóż, sposób mówienia. Potem pytali, czy Sonia mogła sama wyjść z piwnicy, czy widziała u niej obrażenia, czy plastikowy zacisk przecięła jej nożem. Maja odpowiedziała, że nie wie. Policjant zapisał także to.

Kilka minut później dyżurny wrócił z telefonem w ręku. Bogdan znów zadzwonił. Tym razem mówił spokojniej. Powiedział, że ma zdjęcie córki i że nie chce, by ktokolwiek zbliżał się do niej. Zażądał, żeby Sonia przed spotkaniem z prawnikiem o osiemnastej odwołała zeznania obciążające jej firmę w sprawie pożaru. Potem przesłał fotografię na numer, z którego do niego oddzwoniono.

— Niech pan mi pokaże — powiedziała Maja.

Policjant zawahał się, ale obrócił ekran.

Dziewczyna siedziała na podłodze, plecami do szarej ściany. Miała na sobie ciemną bluzę i rozpiętą kurtkę. Kolana przyciągnęła do piersi. Nie płakała. Patrzyła w obiektyw, jakby ktoś kazał jej siedzieć nieruchomo. Zdjęcie było zrobione z góry, przy ostrym świetle lampy. Za jej ramieniem, częściowo zasłonięta, wystawała wąska krawędź tabliczki.

Maja pochyliła się nad ekranem.

— Proszę powiększyć ten fragment.

— Co pani widzi?

— Niebieski pasek. I chyba numer pod spodem.

Obraz rozpadł się na piksele. Maja znała to oznaczenie. Nie sam numer, tylko sposób, w jaki tabliczka była mocowana: niebieski pasek przy lewym brzegu, czarne cyfry na białym tworzywie, śruby z łbami w kształcie gwiazdek. Kilka miesięcy wcześniej oglądała w ten sposób pomieszczenia warsztatu firmy Soni. Kontrola po zgłoszeniu przecieku. Woda sączyła się wtedy przy odpływie, a magazynier w gumowych rękawicach tłumaczył, że tabliczki są stare i nie wszystkie zgadzają się z planem.

— To może być warsztat Olszewskiej — powiedziała. — Byłam tam przy kontroli. Tak oznaczali pomieszczenia.

Policjant spojrzał na ekran, potem na nią.

— Jest pani pewna?

— Nie co do adresu. Co do oznaczeń tak.

Nie powiedziała, że pamiętała też rząd białych drzwi zaplecza i zapach mokrej tektury. To nie miało znaczenia, dopóki nie sprawdzili.

Policja sprawdziła. Sonia siedziała w komendzie, a jej nazwisko figurowało w dokumentach spółki, adres warsztatu w rejestrze, numer telefonu w zgłoszeniu o przecieku. Funkcjonariusze pytali ją, czy ma klucze do zaplecza.

— Mam klucze do biura — odpowiedziała. — Warsztat prowadzi kierownik.

— Kto jeszcze ma dostęp?

— Pracownicy. Dostawcy. Bogdan znał teren, pracował przy instalacjach.

Brzmiało rozsądnie. Bogdan mógł znać budynek, mógł mieć tam dawny klucz. Mógł też zrobić zdjęcie córki i upozorować porwanie, żeby zmusić Sonię do wycofania zeznań. Zginęły dwie osoby. Firma miała procesy, ubezpieczyciela i ludzi, którzy chcieli, żeby sprawa zamknęła się na winie jednego montera. Maja wiedziała, że taki układ mógł wystarczyć komuś, by przestać odróżniać zemstę od sprawiedliwości.

Sonia utrzymywała, że Bogdan sam uwięził dziewczynę. Powiedziała, że w mykwie zamknął ją, bo wierzył, iż zna miejsce jej pobytu. Kiedy zapytano o rozcięte nadgarstki, pokazała je bez oporu. Na skórze zostały czerwone, równe ślady po zacisku.

— Zdjęcie mógł zrobić ktoś inny — powiedziała. — Bogdan nie był jedynym, który pracował w warsztacie.

Maja patrzyła na nią przez szybę dzielącą korytarz od pokoju przesłuchań. Sonia nie odwracała wzroku. Miała już czyste ręce, ale pod paznokciami został ciemny osad.

O siedemnastej osiem znaleźli Bogdana na bocznej ulicy przy przystanku. Jeden patrol zauważył go idącego wzdłuż torów, z telefonem przy uchu. Nie dobiegł daleko. Kiedy policjanci kazali mu położyć ręce na masce, przez moment patrzył za siebie, w stronę warsztatów. Potem wykonał polecenie. Przy zatrzymaniu miał nóż, telefon i mokre rękawice robocze. Nie znaleziono przy nim kluczy do żadnego pomieszczenia.

Wiadomość z żądaniem wciąż była na ekranie telefonu. Do osiemnastej brakowało mniej niż czterdziestu minut.

Maja została w radiowozie przed warsztatem Soni, gdy pierwszy patrol wszedł na teren. Na placu stały dwa dostawcze samochody, oba zamknięte. Za ogrodzeniem leżały palety przykryte czarną folią. Policjant zadzwonił domofonem. Potem zapukał do drzwi zaplecza i krzyknął, że jest policja.

Nikt nie odpowiedział.

Funkcjonariusze sprawdzili klamkę. Drzwi były zamknięte. Sonia, siedząca obok Mai, wyjęła z kieszeni mały pęk kluczy i położyła go na dłoni. Metal zadźwięczał o obrączkę.

— Ten jest od biura — powiedziała. — Do zaplecza nie mam.

Policjant wziął pęk i ruszył z powrotem do drzwi. W środku nie poruszyło się światło. Nikt nie zawołał. Na zegarku Mai była siedemnasta dwadzieścia trzy.


Policjant wrócił od drzwi z pękiem kluczy Soni. Żaden nie pasował. Zadzwonił do dyżurnego i powiedział, że mają uzasadnione podejrzenie, iż w środku może przebywać dziecko. Potem odsunął się od zamka.

— Proszę stanąć za samochodem — polecił Mai.

Sonia siedziała obok niej, z dłońmi splecionymi na kolanach. Nie zapytała, co zrobią. Patrzyła na drzwi zaplecza. Maja zauważyła, że jej buty są suche. Od mykwy do radiowozu przeprowadzili ją po mokrym podwórzu; ktoś musiał dać jej na zmianę obuwie albo przynajmniej osłonić stopy. Tego wcześniej nie sprawdzała.

Policjant uderzył w zamek stalowym łomem. Za pierwszym razem drzwi tylko drgnęły. Za drugim puściła ościeżnica, a zapach stęchłej tkaniny i zimnego powietrza wydostał się na plac. Funkcjonariusze weszli z latarkami, nawołując. Maja została przy samochodzie. Słyszała ich kroki, przesuwane przedmioty i własny oddech, zbyt głośny w ciasnym wnętrzu radiowozu.

— Jest! — krzyknął ktoś z głębi.

Dziewczynę znaleźli w małym pomieszczeniu za warsztatem, za regałem z kartonami. Siedziała na podłodze, w kurtce, której nie zapięła. Pod nią leżał cienki koc, obok plastikowa butelka z wodą. Była blada i trzęsła się tak mocno, że ratownik musiał przytrzymać jej dłoń, zanim założył pulsoksymetr. Odpowiadała na pytania. Kiedy wynosili ją na noszach, nie odrywała wzroku od wejścia.

Bogdan nie był przy niej. Policjant powiedział, że dziewczyna jest przytomna, wychłodzona, ale jej stan nie wygląda na bezpośrednie zagrożenie życia. Ratownicy przykryli ją dodatkowym kocem i wnieśli do karetki. Dopiero wtedy Maja zauważyła na jej nadgarstku cienki, siny ślad.

Sonia wstała.

— To moja córka — powiedziała.

Nikt jej nie odpowiedział. Funkcjonariuszka stanęła przed drzwiami radiowozu, zanim Sonia zdążyła zrobić krok.

Dziewczyna usłyszała ją z noszy. Przekręciła głowę. Przez sekundę patrzyła na Sonię bez wyrazu, jakby próbowała dopasować twarz do czegoś, co wydarzyło się w innym miejscu. Potem zacisnęła palce na brzegu koca.

— To ona — powiedziała. — Powiedziała, że tata przysłał wiadomość. Że mam wsiąść, bo czeka.

Ratownik zapytał, czy jest pewna. Dziewczyna skinęła głową. Sonia nie odezwała się. Jej spojrzenie przesunęło się z córki na Maję, potem na policjantkę.

Maja przypomniała sobie pytanie w mykwie. „Zdążył zabrać swój telefon?”. Sonia nie pytała z troski o ślad połączenia ani z obawy przed policją. Chciała wiedzieć, czy Bogdan nadal ma urządzenie, na które wysłała zdjęcie dziewczyny i żądanie. Czy po zatrzymaniu zostanie przy nim dowód, który połączy porwanie z nią. Liczyła, że policjanci zobaczą kobietę ze śladami po zacisku, mężczyznę z nożem i jego rozpaczliwe zgłoszenie, a resztę uznają za kłamstwo, którym próbował wymusić posłuszeństwo.

— Dlatego patrzyła pani na telefon — powiedziała Maja. — Nie sprawdzała pani, czy ma go policja. Chciała pani wiedzieć, czy Bogdan wciąż ma zdjęcie.

Sonia milczała. Na placu zamknęły się drzwi karetki.

— Sam ją tam zamknął — powiedziała w końcu. — Nie wiecie, co zrobił.

— Wiemy, co zrobił pani — odparła funkcjonariuszka. — I wiemy, co zrobiła pani.

Dziewczynę przewieziono do szpitala. Policjanci zaczęli zabezpieczać pomieszczenie, nie ruszając rzeczy poza tym, co było konieczne, by udzielić jej pomocy. Przy regale leżał zwinięty koc, puste opakowanie po kanapce i ładowarka. Na ścianie, za jej głową, Maja zobaczyła tabliczkę: biały plastik, czarne cyfry, niebieski pasek przy brzegu. Mocowanie na wkręty z łbem w kształcie gwiazdki.

Nie musiała podchodzić bliżej. Rozpoznała oznaczenie z kontroli. Rozpoznała też fragment ściany ze zdjęcia, które policjant pokazał jej w radiowozie.

Ktoś przyniósł wiadomość z patroli: nagranie z kamery stacji paliw przy wyjeździe z miasta. Na ekranie telefonu policjanta widać było samochód Soni jadący w stronę warsztatu. Godzina zgadzała się z szacowanym czasem uwięzienia dziewczyny, a przejazd nastąpił przed spotkaniem Soni z Bogdanem w mykwie. Obraz był ziarnisty, ale numer rejestracyjny dało się odczytać.

Sonia spojrzała na ekran. Jej twarz nie zmieniła się. Tylko mięsień przy szczęce poruszył się raz.

Policjantka kazała jej odwrócić się i wyciągnąć ręce. Kajdanki zamknęły się na nadgarstkach, tuż przy zaczerwienionych śladach po plastikowym zacisku. Sonia nie stawiała oporu. Zanim wsadzili ją do samochodu, zapytała, czy dziewczynka pojedzie z nią.

— Nie — powiedziała funkcjonariuszka.

Przed osiemnastą ratownicy potwierdzili, że córka Bogdana jest w szpitalu i pozostaje pod ich opieką. Nie pozwolono mu z nią rozmawiać. Siedział w komisariacie, z rękami na stole, pilnowany przez policjanta. Kiedy zapytano go o Sonię, nie zaprzeczył, że sprowadził ją do mykwy i przytrzymywał. Powiedział, że nie wierzył, iż zdąży odzyskać córkę, jeśli odda sprawę w ręce policji. Nie usprawiedliwiał noża. Nie twierdził, że mógł ją zatrzymać.

— Nie wiedziałem, gdzie ją trzyma — powiedział. — Wiedziałem tylko, że Sonia wie.

Prokurator miał zdecydować o zarzutach. Bogdan odpowiadał za bezprawne pozbawienie Soni wolności i groźby; to, że podejrzewał ją słusznie, nie zmieniało tego, co zrobił w piwnicy. Sonia miała usłyszeć zarzut porwania i przetrzymywania dziecka. Jej firma wróciła do sprawy pożaru.

Tuż przed osiemnastą na komendę dotarł prawnik Bogdana. Wziął od niego kopie protokołów, przechowywane dotąd w zamkniętej teczce w samochodzie służbowym, który policja zabezpieczyła po zatrzymaniu. Były tam podpisane odbiory robót, karty przeglądów i zgłoszenia usterek instalacji przeciwpożarowej. Przy dwóch pozycjach widniało potwierdzenie, że naprawy wykonano. Na późniejszych zdjęciach te same elementy nadal były niesprawne: przy jednym przewodzie izolacja kończyła się przed połączeniem, przy drugim zawór pozostawał zablokowany. Daty zgadzały się z dokumentacją pożaru, w którym zginęły dwie osoby.

Bogdan podpisał przekazanie kopii. Ręka drżała mu tylko przy nazwisku.

Maja czekała na korytarzu, aż skończą z nią protokół. Na jej spodniach zaschła ciemna smuga z piwnicy. Kiedy wychodziła, z pokoju obok dobiegł dźwięk drukarki. Papier wysuwał się powoli, kartka po kartce.

Za drzwiami komendy topniał śnieg. Woda spływała z chodnika do kratek, niosąc drobiny piasku i popiołu. Maja wsiadła do samochodu i odłożyła plan mykwy na siedzenie obok. Na mapie trzy wejścia nadal wyglądały na jednakowe. W rzeczywistości każde prowadziło gdzie indziej.

Pusta chłodnia
Drzwi od podwórza
Kto zgłosił zaginięcie