Romans

Druga strona kartki

Po odejściu z biura Justyna stawia wszystko na własny zin — i trafia do księgarza, który troskę myli z dobrymi radami. Czy znajdą wspólny język, zanim każde z nich zamknie się między własnymi stronami?

Druga strona kartki

— Siedem złotych i czterdzieści groszy — powiedziała Justyna do pustego chodnika, zanim zdążyła zorientować się, że znów liczy w myślach cudze pieniądze.

Deszcz przestał padać ledwie kwadrans wcześniej, ale Starowiejska wciąż lśniła, a rozgrzany asfalt pachniał tak mocno, jakby ktoś rozlał na nim czarną herbatę i skórkę pomarańczy. Justyna poprawiła pasek torby na ramieniu. W środku obijały się o siebie egzemplarze jej pierwszego zina, owinięte w papier i związane sznurkiem. Tusz drukarski zdążył odcisnąć się na jej palcach; na kciuku miała czarną smugę, której nie zauważyła, kiedy rano podpisywała ostatnie dokumenty w biurze rachunkowym.

Drzwi księgarni ustąpiły z cichym dzwonkiem. Chłód uderzył ją w twarz. Nie klimatyzacja — tylko grube mury i cień, w którym książki musiały stać od lat. Justyna weszła do środka przede wszystkim po wodę i kilka minut bez rozgrzanego chodnika. Dopiero wtedy usłyszała szelest kartek, odległy stuk tramwaju i morze, którego nie było widać, ale które po chwili przysłało przez otwarte drzwi chłodną, słonawą bryzę.

— Jeśli szuka pani czegoś konkretnego, mogę pomóc — odezwał się mężczyzna zza niskiego kontuaru.

Miał podwinięte rękawy koszuli i ołówek zatknięty za uchem. Nie wyglądał na kogoś, kto lubi przerywać czytanie; zakładka wystawała z książki leżącej obok kasy.

— Wody, jeśli wolno — odparła Justyna. — I może pracy. Ale z tą drugą sprawą mogę poczekać.

Kącik jego ust drgnął, choć nie nazwałaby tego uśmiechem. Sięgnął pod kontuar po szklankę i butelkę. Justyna wypiła kilka łyków, czując, jak zimna woda zdejmuje z języka smak upału. Dopiero potem wyjęła z torby jeden egzemplarz zina.

— Nazywam się Justyna. Zrobiłam to. Chciałam zapytać, czy przyjąłby pan kilka sztuk w komis.

Mężczyzna wziął cienką broszurę ostrożnie, jakby papier mógł się rozpaść. Przejrzał okładkę, potem otworzył ją na środku. Kartki miały różne odcienie, brzegi nie spotykały się równo, a zszywka siedziała lekko ukośnie.

— Cena obejmuje poprawianie ich nożyczkami? — zapytał.

Justyna poczuła, jak policzki robią jej się cieplejsze. Przez moment miała ochotę schować zin i wyjść. Zamiast tego wskazała na stos książek przy oknie, spiętrzonych tak, że jedna z nich opierała się o doniczkę.

— Każda jest inna. Podobnie jak pański stos oznaczony karteczką „nie ruszać”.

Gustaw spojrzał na stos. Karteczka, napisana starannym drukiem, odklejała się w jednym rogu.

— Tego stosu nie rusza nikt — powiedział. — To nie to samo.

— Rozumiem. Moje kartki mają za to mniejszą szansę kogoś przygnieść.

Tym razem uśmiechnął się naprawdę, krótko i niechętnie, jakby zrobił to bez konsultacji z resztą siebie. Justyna poczuła nieprzyjemną satysfakcję. I coś jeszcze, czego nie miała ochoty analizować.

— Gustaw — przedstawił się, odkładając zina na kontuar. — Właściciel. A właściwie ten, który pilnuje, żeby półki nie zaczęły żyć własnym życiem.

— Justyna Kosińska. Była księgowa. Od dziś.

Powiedziała to lekko, prawie żartem. W torbie, za egzemplarzami, leżała teczka z dokumentami i notes z wyliczeniami: czynsz, jedzenie, rachunki, składki. Pół roku. Jeśli nic się nie zepsuje i nie wydarzy nic kosztownego. W biurze pożegnali ją ciastem z cukierni i życzeniami, żeby odpoczęła. Odchodząc, zabrała z biurka kubek z pękniętym uchem. Nie umiała powiedzieć, czy czuła ulgę, czy tylko brak znajomego stukotu klawiatury.

Gustaw zerknął na jej pobrudzone tuszem palce.

— Sama pani drukowała?

— Składałam. Drukarnia robiła, co mogła, ja robiłam, co umiałam. To o zwykłych sprawach. Kobietach, które wracają z pracy i nie pamiętają, po co weszły do kuchni. O matkach, które dzwonią, żeby zapytać, czy na pewno zjadłyśmy. O rachunkach, praniu i tym, że czasem człowiek nie ma ochoty być wdzięczny za kolejny dzień.

— Brzmi mało zwyczajnie.

— Właśnie dlatego chciałam to zapisać.

Nie odpowiedział od razu. Przesunął kciukiem po grzbiecie broszury, nie dotykając krzywo przyciętego rogu.

— Mogę wziąć trzy. Zobaczymy, czy ktoś po nie sięgnie.

Trzy egzemplarze. Niewiele, ale wystarczyło, żeby coś w niej rozluźniło się pod żebrami. Skinęła głową, starając się nie pokazać, jak ważne było to „zobaczymy”.

Telefon Gustawa zawibrował na kontuarze. Spojrzał na ekran i odszedł o krok, lecz księgarnia była za mała, żeby rozmowa mogła stać się prywatna.

— Tak, odebrał. Nie, nie musi pan nic robić. Zostawiłem obiad w lodówce… Dobrze, zadzwonię wieczorem.

Rozłączył się i odwrócił telefon ekranem do dołu. Jego twarz przez chwilę pozostała skupiona, jakby wciąż nasłuchiwał, czy po drugiej stronie wszystko jest w porządku. Potem wrócił do kasy.

— Ma pani może doświadczenie w prowadzeniu warsztatów? — zapytał.

Justyna uniosła brwi.

— Zależy, czy liczy się tłumaczenie koleżankom, jak złożyć papier, żeby się nie rozpadł.

— Mieliśmy dziś wieczorem kameralne spotkanie. Robienie zinów. Prowadząca zachorowała, właśnie napisała, że nie przyjedzie. Osiem osób jest zapisanych.

— I zamierza pan im powiedzieć, że spotkanie odwołane?

— Zamierzam im nie kłamać.

— Mogę spróbować je poprowadzić.

Słowa wyszły z niej szybciej, niż zdążyła sprawdzić je w myślach. Gustaw spojrzał na nią uważniej. Nie na tusz na palcach ani krzywy grzbiet zina. Na nią.

— Pani dopiero co powiedziała, że składała go sama.

— Bo to prawda.

— Nie pytałem, czy pani umie składać papier.

— A ja nie obiecywałam, że nauczę ich zawodowego introligatorstwa. Mogę pokazać, jak zacząć. Nie musi z tego wynikać stała współpraca. Nie mogę panu tego obiecać, a pan nie może obiecać, że za tydzień będę tu miała etat.

Na moment między nimi zapanowała cisza. Z ulicy dobiegł sygnał tramwaju, potem śmiech kogoś biegnącego przez kałużę. Gustaw przyjrzał się jej z wyrazem twarzy człowieka, który wolałby mieć przed sobą plan, harmonogram i potwierdzenie przelewu.

— Sala jest mała — powiedział w końcu. — Będę obok.

— To brzmi jak nadzór.

— To brzmi jak właściciel księgarni, który nie chce, żeby ktoś pociął sobie palec.

— W takim razie proszę przygotować nożyczki dla wszystkich.


Kiedy wieczorem pierwsza uczestniczka stanęła w drzwiach z mokrym parasolem, Justyna układała na stole kolorowe skrawki papieru. W kącie czekał stos „nie ruszać”, odsunięty od reszty tak, by nikt nie mógł go pomylić z materiałami. Gustaw podał jej kubek herbaty. Ich palce zetknęły się na uchu naczynia — na tyle krótko, żeby można było udawać, że nic się nie stało, i na tyle długo, by Justyna przez chwilę nie pamiętała, co miała powiedzieć.

Za drzwiami rozległ się kolejny dzwonek. Osiem osób miało przyjść po instrukcję składania papieru. Justyna spojrzała na Gustawa, a on bez słowa przysunął jej krzesło do końca stołu. Nie było już odwrotu, przynajmniej nie bez wyjaśnienia.

Dzwonek nad drzwiami odezwał się jeszcze siedem razy.

Gustaw uwolnił duży stół spod książek z miną człowieka, który wie, że każda z nich zaraz zażąda odszkodowania. Przenosił stosy na parapet, potem na podłogę, potem z powrotem na parapet, bo doniczka zajmowała więcej miejsca, niż przewidywał. W końcu stanął nad pustym blatem i policzył krzesła.

— Osiem osób — powiedział. — Dziewięć, jeśli pani też usiądzie.

— Prowadząca raczej nie powinna siedzieć plecami do wszystkich.

— Prowadzący, który stoi przez dwie godziny, zaczyna podejmować złe decyzje.

— A właściciel księgarni, który tak liczy krzesła, sprawia wrażenie, jakby zaraz miał rozdać numery kolejkowe.

— To nie jest zły pomysł.

Nie uśmiechnął się, ale w jego głosie pojawiło się coś cieplejszego. Justyna rozłożyła skrawki papieru na środku stołu, obok kilku własnych zinów. Jeden z nich miał róg, który nie chciał leżeć płasko. Przycisnęła go kubkiem herbaty.

— Nie będziemy udawać, że wszystko wyszło idealnie — powiedziała, kiedy uczestnicy już usiedli. — Chodzi o to, żeby zrobić coś własnego. Papier może być krzywy. My też czasem jesteśmy.

Gustaw oparł się o regał, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie wtrącał się, choć Justyna widziała, jak śledzi nożyczki, kubki i każdy skrawek, który mógłby spaść na podłogę.

Na końcu stołu siedziała dziewczyna w zielonym swetrze, może dwudziestoletnia. Trzymała przed sobą czystą kartkę i od dłuższej chwili obracała długopis w palcach.

— Nie wiem, co napisać — powiedziała, kiedy inni zaczęli już szkicować.

— To może pani napisać o tym, że nie wie pani, co napisać.

Dziewczyna spojrzała na nią nieufnie.

— To się liczy?

— W moim zinie liczą się rzeczy, które naprawdę się wydarzyły. Nawet jeśli wydarzyły się tylko w głowie.

Justyna przysunęła jej nożyczki, nie zaglądając do kartki. Po chwili dziewczyna zapisała kilka słów. Potem jeszcze kilka. Kiedy pokazała pierwszą stronę, miała zaczerwienione uszy, ale nie cofnęła ręki.

— Jest dobra — powiedziała Justyna.

— Nie musi pani mówić, że jest dobra.

— Nie muszę. Ale chcę.

Przy drugim końcu stołu starsza kobieta poprawiała się na krześle i co chwilę zerkała w stronę drzwi. Gustaw zauważył to, zanim Justyna zdążyła przerwać instrukcję. Podszedł do zaplecza, wrócił z dodatkowym krzesłem z oparciem i ustawił je obok niej, jakby po prostu robił miejsce na torbę.

— Dziękuję, panie Gustawie — powiedziała kobieta.

— To krzesło od dawna czekało na swoje wielkie wejście.

Kiedy wrócił pod regał, jego telefon rozświetlił się na kontuarze. Zerknął na ekran, odwrócił aparat do dołu, po minucie znów go podniósł. Justyna znała ten ruch z własnego domu: sprawdzanie, czy zdarzyło się coś złego, zanim zdąży się wydarzyć.

Przerwa przyszła wraz z deszczem. Uczestnicy wyszli na chwilę pod zadaszenie, a Justyna poszła po wodę. Gustaw stał przy kontuarze, czytając wiadomość.

— Wszystko w porządku? — spytała.

— Ojciec. Opiekunka kończy o siódmej, siostra będzie u niego do dziewiątej. Ja zaglądam wieczorem.

Powiedział to rzeczowo. Kciukiem przesunął po krawędzi telefonu.

— Codziennie?

— Prawie. Po udarze długo nie mogliśmy go zostawiać samego. Teraz opieka jest podzielona, mamy grafik, leki rozpisane na lodówce. — Zamilkł, jakby słyszał własną odpowiedź. — A ja i tak sprawdzam telefon, jakbym mógł coś naprawić z drugiego końca miasta.

Justyna oparła biodro o kontuar. Między nimi pachniało papierem, herbatą i mokrymi płaszczami.

— Po latach gotowości trudno chyba uwierzyć, że przez godzinę nic się nie stanie.

Gustaw spojrzał na nią. Przez moment nie miał przygotowanej odpowiedzi.

— Właśnie.

Jego ręka spoczywała na blacie tuż obok jej dłoni. Nie dotykali się, ale Justyna czuła ciepło jego skóry. Pomyślała, że chciałaby usłyszeć więcej o tych latach, choć nie miała prawa pytać. Potem wrócili uczestnicy i rozmowa znów stała się zadaniem do wykonania.

Pod koniec warsztatu położyła na stole trzy egzemplarze zina. Dwa zniknęły. Jeden kupiła dziewczyna w zielonym swetrze, drugi starsza kobieta, która przed wyjściem starannie wsunęła go do torby.

— Dwa to nie jest źle — powiedział Gustaw, gdy drzwi zamknęły się za ostatnim uczestnikiem.

Justyna zbierała skrawki. Nie odpowiedziała. Na telefonie czekała wiadomość od dawnej przełożonej: propozycja powrotu na część etatu, od września, z możliwością rozmowy o szczegółach. Przyszła jeszcze przed warsztatem. Od tamtej pory nie otworzyła jej ponownie.

— Mogę pokazać ci coś? — zapytała.

Wyjęła z torby zeszyt w kratkę. Na każdej stronie miała rzędy liczb: czynsz, jedzenie, rachunki, druk. Przy kilku pozycjach dopisała ołówkiem pytajniki.

— Pół roku, jeśli nic się nie zepsuje — powiedziała. — I jeśli nie wydarzy się nic kosztownego.

Gustaw nie sięgnął po zeszyt. Patrzył na liczby, jakby układały się w problem, który można rozwiązać po kolei.

— Ta oferta z biura… powinnaś ją przyjąć. Przynajmniej na część etatu. Miałabyś zabezpieczenie, a ziny mogłabyś robić dalej.

— Rozważę ją.

— To rozsądne.

— Nie potrzebuję, żebyś podejmował tę decyzję za mnie.

Jego brwi ściągnęły się lekko. Na stole, między nimi, leżał krzywo przycięty egzemplarz, który rano oglądał z taką ostrożnością.

— Nie próbuję decydować.

— Właśnie powiedziałeś, co powinnam zrobić.

— Bo nie umiałbym spokojnie patrzeć, jak ryzykujesz.

Słowa wypowiedział cicho. Może nawet nie chciał, żeby zabrzmiały tak ciężko. Justyna jednak poczuła, jak coś w niej zamyka się z cichym kliknięciem. Znała już ten ton, choć nie od niego: troska, która przynosi ze sobą warunki; miłość, która chce najpierw sprawdzić, czy wszystko jest bezpieczne.

— Nie prosiłam cię, żebyś patrzył — powiedziała.

Gustaw odsunął się od kontuaru.

— Justyna…

— Mam świadomość, ile ryzykuję. To są moje pieniądze, moje ziny i moja decyzja. Nie chcę za każdym razem udowadniać, że dobrze policzyłam.

Przez chwilę słychać było tylko szum ruchu ulicznego. Gustaw spojrzał na telefon. Na ekranie pojawiła się godzina.

— Muszę iść do ojca. Umówiliśmy się, że przywiozę mu leki.

— Jasne.

Nie zapytał, czy dokończą rozmowę. Nie powiedziała, żeby został. Złożyła zeszyt na pół i wsunęła go do torby. Gustaw wziął klucze, ale przez sekundę trzymał je w dłoni, patrząc na nią tak, jakby chciał znaleźć zdanie, które nie będzie kolejnym poleceniem.

Nie znalazł.

— Zamkniesz za sobą? — zapytał.

— Tak.

Wyszedł. Dzwonek nad drzwiami odezwał się krótko, niemal zwyczajnie. Justyna została przy stole, pośród papierowych ścinków i dwóch sprzedanych zinów. Na kubku, którym przyciskała krzywy róg, został czarny ślad tuszu od jej kciuka. Pocierała go paznokciem, aż plama rozmazała się jeszcze bardziej.

Kiedy dzwonek nad drzwiami ucichł, Justyna jeszcze przez chwilę stała przy stole, ściskając w dłoni zeszyt. Potem odłożyła go obok krzywo przyciętego zina i zaczęła sprzątać. Skrawki papieru trafiały do pudełka, nożyczki do słoika, kubki do zlewu na zapleczu. Robiła to powoli, nie dlatego, że nie chciała wrócić do domu, lecz dlatego, że nie chciała podejmować żadnej decyzji w gniewie.

Na ostatniej stronie zeszytu miała zapisane koszty druku. Przeliczyła je jeszcze raz. Papier, zszywki, opłata dla drukarni, dojazd. Dodała kwotę, którą mogła odłożyć, nie ruszając pieniędzy na czynsz. Potem skreśliła jedną liczbę i wpisała drugą. Nie wyszła z tego obietnica, że wszystko się uda. Wyszło tyle, że mogła spróbować jeszcze raz, pod warunkiem że nie będzie udawała, iż ryzyka nie ma.

Otworzyła wiadomość od dawnej przełożonej i ułożyła odpowiedź, zanim zdążyła wymyślić sobie powód, żeby jej nie wysyłać. Mogła wrócić na dwa dni w tygodniu przez trzy miesiące. Nie brała dyżurów po godzinach i nie chciała być dostępna wieczorami. Pozostałe dni zamierzała przeznaczyć na rysowanie i pracę nad następnym zinem. Przeczytała wiadomość dwa razy. Nie brzmiała ani jak kapitulacja, ani jak deklaracja, że od jutra wszystko będzie łatwe. Brzmiała jak jej decyzja.

Wysłała ją. Odpowiedź przyszła po chwili: „Porozmawiajmy jutro o szczegółach. Dwa dni są do ustalenia”. Justyna wypuściła powietrze i zamknęła zeszyt.

Przez moment patrzyła na telefon, zastanawiając się, czy napisać do Gustawa. Mogła poczekać do rana. Mogła też uznać, że skoro on wyszedł, rozmowa się skończyła. Żadna z tych możliwości nie dawała jej ulgi; obie pozwalały jedynie udawać, że nie zależy jej na odpowiedzi.

Napisała: „Jeśli masz ochotę porozmawiać, przyjdę pod księgarnię, kiedy wrócisz”.

Nie dodała uśmiechniętej buźki ani wyjaśnienia. Schowała telefon do kieszeni i zgasiła światło.


Na Starowiejskiej wieczór zgęstniał w wilgotnym powietrzu. W witrynach odbijały się lampy, a z jezdni wciąż unosił się zapach mokrego asfaltu. Justyna przyszła pod księgarnię kilka minut przed umówioną porą. Zamknięte drzwi odbijały jej sylwetkę; za szybą można było dostrzec poukładane półki i pusty stół, z którego zniknęły papierowe ścinki. Oparła dłoń o pasek torby. Tusz na kciuku nie zszedł do końca.

Gustaw pojawił się od strony przystanku. Szedł szybko, ale zwolnił, kiedy ją zobaczył. W jednej ręce trzymał klucze, w drugiej coś małego, złożonego z białej kartki.

— Dzięki, że przyszłaś — powiedział.

— Sama zaproponowałam.

— Wiem. I dzięki, że napisałaś.

Zatrzymali się pod markizą. Z ulicy dobiegł stuk tramwaju, potem znów tylko szum opon na mokrym bruku. Gustaw odwrócił w palcach papierowy przedmiot.

— Zrobiłem to w domu. Z jednej kartki. Według twojej instrukcji — powiedział. — Nie jest równo.

— Nie miało być.

— Wiem. Próbowałem nie poprawiać.

Rozłożył miniaturową książeczkę. Na pierwszej stronie, jego starannym, trochę ciasnym pismem, widniało: „Boję się o ludzi, których lubię”. Na drugiej: „Nie muszę za nich wybierać”.

Justyna przeczytała oba zdania. Papier lekko drżał w jego dłoni, może od wiatru, może nie. Nie wyglądał na człowieka, który przyniósł jej rozwiązanie. Raczej na kogoś, kto po raz pierwszy nie próbował schować nieporadności za rozsądną radą.

— Przepraszam — powiedział. — Za to, co powiedziałem o pracy. Nie pytałaś mnie o radę, a ja i tak zacząłem mówić, co powinnaś zrobić. Zrobiłem z twojego wyboru problem, który miałem rozwiązać.

Justyna przesunęła kciukiem po brzegu kartki. Był nierówny, jak róg jej zina.

— Rozumiem, że się martwisz — powiedziała. — Ale kiedy ktoś mówi mi, co powinnam zrobić, słyszę, że nie umiem sama policzyć konsekwencji.

— Nie chciałem, żebyś tak to odebrała.

— Wiem. Tylko to nie zmienia tego, jak zabrzmiało.

Gustaw skinął głową. Nie próbował się tłumaczyć. Właśnie to sprawiło, że mogła zostać przy nim, zamiast od razu szukać kolejnego zdania, którym odgrodziłaby się od rozmowy.

— Nie obiecam, że od jutra będę umiał wszystko robić inaczej — powiedział. — Ale chciałbym się nauczyć pytać, zamiast wydawać zalecenia. I słuchać odpowiedzi, nawet jeśli będę się bał.

Przez chwilę patrzyła na ulicę. Po drugiej stronie ktoś zamykał rowerową kłódkę, przeklinając pod nosem. Zwyczajny dźwięk, zwyczajna noc. Nie musiała wierzyć w nagłą przemianę. Wystarczyło, że zobaczyła, co Gustaw zrobił z tym, co mu powiedziała: nie odsunął się od jej granicy, tylko spróbował ją zrozumieć.

— Odpisałam byłej przełożonej — powiedziała. — Mogę wrócić na dwa dni w tygodniu przez trzy miesiące, jeśli zgodzi się na moje warunki. Bez dyspozycyjności po godzinach. Resztę czasu chcę przeznaczyć na rysowanie i ziny.

— To brzmi jak plan.

— To brzmi jak próba. Nie wiem, czy się uda.

— Jasne.

— I to jest moja decyzja. Nie dlatego, że mi powiedziałeś, żebym wróciła do biura. Nie na złość tobie. Sama uznałam, że taki układ daje mi trochę oparcia, ale nie zabiera całego tygodnia.

— Dobrze, że mi mówisz — odparł. — Nie po to, żebym zatwierdził.

Uśmiechnęła się, ledwie zauważalnie.

— Właśnie. A jeszcze jedno. Naprawdę mi się podobasz, Gustawie. Nawet kiedy potrafisz zamienić troskę w instrukcję obsługi.

Tym razem uśmiechnął się szerzej, choć w oczach nadal miał napięcie.

— Ty mnie też. Bardziej, niż umiałem sobie rozsądnie wytłumaczyć.

Nie sięgnął po nią od razu. Zostawił między nimi tyle miejsca, ile Justyna mogła wypełnić albo nie.

— Mogę cię pocałować? — zapytał.

W gardle poczuła ciepło, a w dłoniach chłód wieczoru. Skinęła głową.

— Możesz.

Gustaw pochylił się ostrożnie. Pocałunek był krótki, miękki, bez pośpiechu; jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu, a ona sama przysunęła się bliżej. Poczuła zapach deszczu na jego koszuli i słabą woń papieru, która zdawała się już na stałe należeć do księgarni. Kiedy się odsunęli, nie próbował zamienić tej chwili w odpowiedź na wszystkie pytania.

— W niedzielę? — zapytał. — Kawa gdzieś niedaleko. Bez układania twojej przyszłości.

— Możemy spróbować. Ale chcę wiedzieć, co robisz, kiedy nie pilnujesz księgarni ani telefonu.

— Ja też chciałbym to wiedzieć.

— To dobry temat na kawę.

Gustaw schował miniaturową książeczkę do kieszeni. Justyna przyjrzała się zamkniętej witrynie. W środku czekały jej trzy zinowe egzemplarze, jeszcze kilka krzywych rogów i stół, przy którym osiem osób zrobiło coś własnego. Nie musiała wiedzieć, co będzie za pół roku. Wystarczyło, że potrafiła nazwać najbliższy krok — i że tym razem nikt nie próbował stawiać go za nią.

Poszli w stronę przystanku, obok siebie, nie trzymając się jeszcze za ręce. Kiedy na rogu Justyna zahaczyła torbą o słupek, Gustaw odruchowo wyciągnął dłoń, ale zatrzymał ją w połowie.

— Pomóc? — zapytał.

— Tak — odparła, odplątując pasek. — Przytrzymaj mi to.

Podała mu torbę. Wziął ją bez komentarza, a ona uwolniła pasek. Potem ruszyli dalej, a papierowe książeczki w jej torbie zaszeleściły cicho przy każdym kroku.

Kiedy cichnie śnieg
To, co zostaje w ciszy
Między dźwiękami