Między dźwiękami
Pola wraca do Łodzi na jeden weekend i spotyka Gabriela — mężczyznę, którego nigdy nie przestała kochać. Czy między żałobą a dawnym uczuciem znajdzie się miejsce na coś nowego?
Pola przytrzymała nuty łokciem, zanim przeciąg z otwartego okna zsunął je z pulpitu. Drugą ręką nacisnęła klawisze. Akord zabrzmiał tak, jakby każdy dźwięk zamierzał rozpocząć osobny utwór.
— No dobrze — mruknęła. — To może od początku, ale bez własnych ambicji.
Wygłuszona sala odpowiedziała głuchą ciszą. Za drzwiami ktoś przeciągnął smyczkiem po strunie, niepewnie, potem jeszcze raz, już odrobinę pewniej. Pola zdjęła okulary przeciwsłoneczne i położyła je na pianinie. Przez wysokie okna wpadało ostre, sobotnie światło; rozgrzany chodnik przed akademią odbijał je prosto w oczy, a na korytarzu pachniało kurzem, pastą do podłóg i kawą z automatu, która zdążyła wystygnąć, zanim ktokolwiek ją dopił.
Po dwóch latach pracy w Warszawie wróciła do tego budynku z torbą pełną nut, butelką wody i przekonaniem, że weekend minie szybko. Miała poprowadzić próby przed niedzielnym pokazem dla rodzin młodych wiolonczelistów. Dwie grupy, kilka godzin grania, potem pociąg powrotny. Dało się to rozpisać na kartce i zamknąć w terminarzu. Pola lubiła rzeczy, które dawały się rozpisać.
Podwinęła rękawy lnianej koszuli, jak zawsze, kiedy miała pracować. Miodowa grzywka opadła jej na oczy. Odsunęła ją nadgarstkiem i spróbowała jeszcze raz. Tym razem lewa ręka trafiła czysto, prawa — z opóźnieniem, jak obrażony spóźnialski.
— Pianino ma własną interpretację utworu — odezwał się ktoś od drzwi. — Dość śmiałą. Nie jestem pewien, czy komisja ją zaakceptuje.
Pola zastygła z palcami nad klawiaturą.
Gabriel stał w progu z futerałem na wiolonczelę przewieszonym przez ramię. Był szczuplejszy, niż zapamiętała, i miał krótsze włosy, ale jego głos zachował ten sam spokojny ton, który potrafił sprawić, że nawet najgorsza uwaga brzmiała jak zaproszenie do dalszej rozmowy. Na nadgarstku nosił zegarek z porysowanym szkiełkiem. Pola pamiętała, że kupił go jeszcze na studiach i twierdził, że spóźnia się tylko wtedy, kiedy ma ku temu dobry powód.
— Komisja jest przyzwyczajona do trudnych przypadków — odparła. — Gorzej z publicznością. Dzieci mają jutro rodziny.
Kącik jego ust drgnął. Nie był to jeszcze uśmiech, ale Pola poczuła, jak coś w niej odpuszcza, odrobinę i wbrew rozsądkowi.
— Nie wiedziałem, że to ty przyjeżdżasz.
— Ja też nie wiedziałam, że będę walczyć z pianinem. Wygląda na to, że oboje mamy dziś niespodzianki.
Przez sekundę patrzyli na siebie tak, jakby między nimi nie minęło kilka lat, kilka nieodebranych telefonów i zbyt wiele rozmów urwanych na „odezwę się później”. Potem Gabriel poprawił pasek futerału, a Pola odwróciła się do klawiatury. Nie chciała, żeby zobaczył, że pamiętała dokładnie, jak zmieniała mu się twarz, kiedy się śmiał.
— Przyszedłeś przygotować uczniów? — spytała.
— Pierwsza grupa miała być o dziesiątej — odparł, zerkając na zegarek. — Są za wcześnie.
Jakby na potwierdzenie jego słów na korytarzu rozległy się szybkie kroki i stłumione dziecięce głosy. Gabriel odstawił futerał pod ścianę. Zrobił to ostrożnie, niemal z namaszczeniem, choć wyglądał na kogoś, kto nauczył się nie okazywać, ile wysiłku kosztują go drobne czynności.
Pola pamiętała, jak kiedyś potrafił grać godzinami. Po śmierci żony przestał pojawiać się na koncertach, potem przestał odbierać zaproszenia, wreszcie niemal przestał siadać do instrumentu. Wiedziała o tym od wspólnych znajomych, z krótkich wiadomości, na które odpowiadał po kilku dniach. Nigdy nie zapytała go wprost, czy chce, żeby go ratowała. Zamiast tego przez długi czas udawała, że wystarczy być blisko, ale nie za blisko.
— Stroiciel przyjdzie wieczorem — powiedział Gabriel, jakby czytał jej myśli albo tylko patrzył na rozstrojone pianino. — A fortepian w dużej sali jest zajęty. Sprawdziłem.
— Czyli mamy to.
— Mamy co?
— Pianino z własną interpretacją, za małą salę i dzieci, które zaraz będą tu z wiolonczelami. Brzmi jak plan.
— Brzmi jak coś, co powinienem był lepiej zorganizować.
— Nie zabieraj mi całej odpowiedzialności. Przyjechałam akompaniować, nie oceniać twoich rezerwacji.
Powiedziała to lekko, lecz Gabriel spojrzał na nią uważniej. Jakby usłyszał pod żartem coś, czego nie wypowiedziała. Pola zajęła się ustawianiem krzeseł, żeby nie musieć podtrzymywać tego spojrzenia.
Pierwsza weszła dziewczynka w zielonej sukience, z wiolonczelą prawie tak wysoką jak ona. Za nią pojawili się rodzice i dwóch chłopców, którzy od razu zaczęli spierać się o to, kto będzie siedział bliżej okna. Gabriel kucnął przy dziewczynce, poprawił jej podnóżek i zapytał, czy woli zacząć od trudnego fragmentu, czy od takiego, który już trochę lubi. Nie ponaglał jej. Czekał, aż sama zdecyduje.
Pola obserwowała go przez chwilę, trzymając w dłoni ołówek. Był w tym cierpliwy i obecny; nie próbował wygrać z jej tremą, tylko robił jej miejsce. To nie był wyłącznie człowiek, którego przez lata chciała oszczędzać. Był nauczycielem, który umiał zostać przy cudzym zawahaniu, nie zasypując go własnymi słowami.
Dziewczynka usiadła. Gabriel ustawił jej wiolonczelę, a Pola otworzyła nuty. Pierwsze takty zabrzmiały nierówno. Instrument smyczkowy unosił się nad jej akordami, łapał melodię i gubił ją na zakrętach. Pola zwolniła, Gabriel skinął głową, a dziecko spróbowało ponownie.
Wtedy klawisz pod jej małym palcem zaciął się z suchym stuknięciem. Dziewczynka urwała dźwięk. W korytarzu odezwały się następne głosy; kolejne dzieci czekały już pod drzwiami, a ich rodzice zaglądali do środka.
Pola spojrzała na Gabriela. On spojrzał na nią. Przez tę krótką chwilę wróciła między nimi dawna łatwość — niebezpieczna, nie całkiem niewinna, ale znajoma.
— Zagramy wolniej — powiedziała. — A jeśli pianino znowu zacznie komponować, udamy, że to aranżacja.
— Dobrze. Ja poprowadzę grupy. Ty będziesz ratować melodię.
— Jak zwykle bierzesz dla siebie najłatwiejszą część.
— Nie wiedziałem, że wróciłaś taka bezlitosna.
— Nie wróciłam. Tylko przyjechałam na weekend.
Gabriel przyjął to skinieniem głowy, jakby nie zamierzał pytać, co stanie się po niedzieli. Potem odsunął krzesło dla następnego ucznia, a Pola położyła dłonie na klawiaturze. Za drzwiami czekała już cała sobota. Oboje mieli ją przeprowadzić razem.
Następne dziecko weszło do sali z miną kogoś, kto już wie, że zaraz się pomyli. Chłopiec miał może dziesięć lat, za duże okulary i wiolonczelę opartą o biodro tak ostrożnie, jakby instrument był rannym zwierzęciem.
— Zagramy wolniej — powtórzyła Pola, odwracając nuty we właściwą stronę. — A jak pianino zaprotestuje, uznamy, że to jego część.
Chłopiec uśmiechnął się krótko, ale kiedy smyczek dotknął struny, pierwsza fraza rozsypała mu się po kilku taktach. Zamarł, zacisnął palce na gryfie.
Pola nie zaczęła od nowa. Zamiast tego stuknęła rytm palcami w drewnianą obudowę pianina: raz, dwa, trzy, cztery. Gabriel usiadł obok chłopca na niskim krześle.
— Nie musisz wracać do początku — powiedział. — Złap tylko ten jeden dźwięk, od którego uciekłeś. Reszta poczeka.
Pola podtrzymała rytm. Gabriel nie dotykał ucznia, tylko wskazał mu miejsce w nutach. Chłopiec wziął oddech, uniósł smyczek i wszedł w melodię niepewnie, lecz tym razem nie przerwał. Kiedy skończył, popatrzył na nich, jakby nie był pewien, czy wolno mu być z siebie zadowolonym.
— Widzisz? — powiedział Gabriel. — Nie musiałaś być odważna przez cały utwór.
Pola zdjęła palce z obudowy. Zdanie było skierowane do chłopca, oczywiście. Mimo to poczuła je gdzieś pod żebrami.
Przez kolejne godziny sala wypełniała się wiolonczelami, szuraniem krzeseł i rodzicielskim szeptem z korytarza. Pianino stukało, jakby miało własne zdanie na temat każdego utworu. Pola przestała walczyć z jego humorem. Wystukiwała rytm na obudowie, czasem grała tylko bas, czasem podpowiadała dzieciom melodię jednym czystym dźwiękiem. Gabriel prowadził próby bez pośpiechu. Gdy któreś z dzieci gubiło się w takcie, nie mówił: jeszcze raz. Pytał, gdzie chciałoby wrócić.
W przerwie wyszli po drożdżówki do piekarni za rogiem. Łódzki chodnik falował od ciepła, a w witrynie piekarni stały tacki z jagodziankami i drożdżówkami z serem. Gabriel kupił dwie, Pola trzy, bo nie umiała zdecydować, której nie wziąć.
— To jest bardzo rozsądne — zauważył, kiedy usiedli na niskim murku przy akademii. — Zabezpieczasz się przed żalem.
— Po dwóch latach w Warszawie nauczyłam się, że większość problemów można rozwiązać jedzeniem albo zakupem biletu na pociąg.
— A jeśli problem zostaje po jedzeniu?
— Wtedy mam bilet.
Gabriel rozerwał papierową torebkę. Cukier puder przykleił mu się do kciuka. Przez chwilę patrzył na swoje dłonie, jakby odpowiedź Poli przypomniała mu coś, czego nie zamierzał dziś dotykać.
— Nadal podwijasz rękawy przed występem — powiedział.
Pola spojrzała na lnianą koszulę. Rękawy rzeczywiście miała równo podwinięte do łokci.
— Robię to nerwowo przed każdym występem. Nawet jeśli występuję tylko przed trojgiem rodziców i dzieckiem, które uważa, że smyczek jest mieczem.
— Pamiętam, jak robiłaś to przed przesłuchaniami.
— Pamiętasz za dużo.
— Nie wszystko.
Nie zabrzmiało to jak żart. Pola odłamała kawałek drożdżówki. Między nimi została cisza, w której dało się usłyszeć dostawcę wózka na kółkach, przejeżdżającego po nierównym chodniku.
— Łatwiej mi uczyć innych — powiedział Gabriel. — Mogę im powiedzieć, żeby oddychali, żeby nie karali się za pomyłkę, żeby grali tak, jakby nikt nie oceniał. Samemu nie potrafię usiąść i zagrać kilku taktów dla siebie.
Nie szukał jej wzroku. Pola poczuła odruch, by dotknąć jego ręki, ale zamiast tego otrzepała okruchy z kolan.
— Może dlatego, że nikt nie powinien być jednocześnie uczniem i własnym nauczycielem.
— A może dlatego, że przy instrumencie nie mam się za czym schować.
Wrócili do sali, zanim musiała odpowiedzieć. Dzieci czekały już pod drzwiami.
Wieczorem, gdy ostatni rodzice zabrali futerały, a korytarz ucichł, stroiciel zamknął pokrywę pianina i spakował narzędzia. Zostawił instrument z krótkim, surowym ostrzeżeniem, żeby przez noc nie próbować go już poprawiać. Pola podziękowała mu, a potem spojrzała na Gabriela.
— Skoro zakaz dotyczy poprawiania, nie grania — powiedziała — możemy sprawdzić, czy pamiętasz nasz duet.
Przez moment nie odpowiedział. Potem wyjął wiolonczelę z futerału.
Zagrali początek utworu, którego nauczyli się na studiach. Pola znała jego wejście na pamięć. Gabriel spóźnił się o ułamek sekundy, jak dawniej, kiedy chciał sprawdzić, czy zauważy. Zauważyła. Uśmiechnęła się nad klawiaturą, a on odpowiedział jej tym samym spokojnym uśmiechem, który kiedyś potrafił zatrzymać ją na korytarzu na całą godzinę.
Dźwięki układały się lepiej, niż miały prawo. Wiolonczela przyciągała melodię do siebie, pianino dawało jej oparcie. Kiedy skończyli, ostatnia nuta długo wisiała w sali.
Gabriel opuścił smyczek. Stał blisko; Pola widziała jasny ślad po podbródku na jego skórze i drobne włókno przyklejone do mankietu koszuli. Jej rękaw znów zsunął się na nadgarstek. Podwinęła go odruchowo.
— Chcę cię pocałować — powiedział.
Nie było w tym nagłego gestu ani teatralnej odwagi. Tylko prawda, wypowiedziana tak cicho, że Pola przez sekundę nie ufała własnemu słuchowi.
Zrobił pół kroku w jej stronę. Jej palce spoczywały na brzegu pianina. Wystarczyłoby, żeby uniosła rękę.
Gabriel jednak się zatrzymał.
— Po jej śmierci zdarzały mi się chwile ulgi — powiedział. — Że nie muszę już czekać na telefon. Że nie muszę udawać, że wiem, jak będzie wyglądał następny dzień. Czasem po prostu budziłem się rano i przez kilka sekund nie pamiętałem. Potem pamiętałem. A kiedy czułem ulgę, miałem wrażenie, że to znaczy coś złego o mnie. Jakbym chciał, żeby jej nie było.
Pola nie znalazła słów, które nie brzmiałyby jak pocieszenie przygotowane zawczasu. Żałoba Gabriela nie była czymś, co mogła odsunąć, jeśli tylko podejdzie wystarczająco blisko. Zobaczyła to w napięciu jego szczęki, w dłoni zaciśniętej na smyczku.
— To nie znaczy, że jej nie kochałeś — powiedziała w końcu.
— Wiem. Czasem wiem. — Spojrzał na nią. — A potem myślę, że jeśli będę szczęśliwy z kimś innym, tamta ulga okaże się czymś w rodzaju potwierdzenia. Że miałem dość. Że zostawiam ją za sobą.
Pola poczuła, jak ciepło wieczornej sali osiada jej na skórze. Chciała go pocałować. Chciała, żeby sam nie odsuwał się po wypowiedzeniu prawdy. Nie zrobiła kroku naprzód.
— Nie proszę cię, żebyś cokolwiek rozstrzygał dziś wieczorem — powiedziała.
— Wiem. — Odłożył smyczek. — Po weekendzie moglibyśmy spróbować wrócić do tego, co było. Do przyjaźni. Bez komplikowania wszystkiego.
Wypowiedział to łagodnie, prawie ostrożnie. Jakby podawał jej coś, co miało ją ochronić. Pola poczuła, jak zdanie trafia dokładnie w miejsce, które przez lata trzymała pod osłoną dowcipów i rozsądnych planów.
— Dokończę z tobą warsztaty — powiedziała. — Jutro zagram z dziećmi. Ale nie potrafię wrócić do przyjaźni, w której udaję, że nic się między nami nie zmieniło.
Gabriel spuścił wzrok. Nie zaprzeczył. Nie poprosił, żeby została. W tej ciszy nie było złości, tylko zmęczenie i coś, co mogło być żalem albo ulgą, a może jednym i drugim.
Pola zamknęła nuty. Ruch wyszedł jej zbyt starannie.
— Dobranoc, Gabriel.
— Dobranoc, Pola.
Na korytarzu pachniało pastą do podłóg i chłodnym powietrzem wpuszczonym przez uchylone okno. Pola szła do wyjścia bez oglądania się. Wiedziała, że jutro znów usiądzie przy pianinie obok niego. Wiedziała też, że nie będzie już mogła schować tego, czego chciała, pod równym mankietem koszuli.
W niedzielę Pola wróciła do akademii przed dziewiątą. Na korytarzu ktoś stawiał składane krzesła, a z automatu dobiegał jednostajny szum, jakby próbował obudzić się razem z budynkiem. W torbie miała nuty, butelkę wody i kanapkę zawiniętą w papier. Nie miała biletu na pociąg powrotny kupionego z góry.
To nie znaczyło, że zamierzała zostać. Po prostu tym razem nie chciała podejmować decyzji, zanim dzień zdąży się wydarzyć.
W sali pianino czekało już nastrojone. Stroiciel musiał przyjść wcześnie albo pracować do późna; klawisze odpowiadały równo, bez suchego stuknięcia i bez własnych ambicji. Pola położyła nuty na pulpicie, podwinęła rękawy i zagrała kilka taktów. Dźwięk wypełnił salę czysto. Nie odwróciła głowy, kiedy usłyszała, że Gabriel wszedł.
— Dzień dobry — powiedział.
— Dzień dobry.
W jej głosie nie było chłodu. Nie było też zaproszenia, którego nie zamierzała udawać. Gabriel przyjął to bez próby poprawienia sytuacji jednym żartem. Odstawił futerał pod ścianę i zaczął ustawiać krzesła.
Pokaz rozpoczął się kilka minut po dziesiątej. Rodzice zajęli miejsca, ktoś uciszał malucha, który uparcie szeleścił papierkiem po cukierku. Dzieci wychodziły po kolei, z twarzami poważnymi od koncentracji i smyczkami trzymanymi tak mocno, jakby mogły im uciec. Pola grała pewnie. Kiedy któryś uczeń zgubił wejście, nie rzucała mu ratunkowego spojrzenia. Trzymała rytm, dawała mu czas i pozwalała wrócić wtedy, kiedy był gotów.
Dziewczynka w zielonej sukience pomyliła dwa dźwięki, ale nie przerwała. Chłopiec w za dużych okularach, ten sam, który wczoraj zatrzymał się po pierwszej frazie, zagrał utwór do końca. Przy ostatnim takcie jego smyczek zadrżał, lecz wybrzmiał. Pola zdjęła ręce z klawiatury dopiero wtedy, kiedy on opuścił swój.
Oklaski były krótkie i serdeczne. Matka dziewczynki wyciągnęła telefon, ktoś podał dziecku bukiet złożony z trzech gerber i papierowej wstążki. Pola uśmiechnęła się do uczniów, pomogła przenieść krzesło, podała komuś zgubioną gumkę do włosów. Ani razu nie spojrzała na Gabriela, żeby sprawdzić, co myśli.
On zauważył.
Zauważył też, że przez cały pokaz nie szukała jego potwierdzenia, choć kiedyś potrafiła wyłapać jego spojrzenie nawet zza pulpitu i od razu wiedzieć, czy coś poszło dobrze. Wczoraj powiedział jej, czego się boi, a potem zaproponował powrót do przyjaźni — bez komplikowania, bez ryzyka dla niego. Jakby jej cierpliwość była czymś, co można przyjąć bez pytania o cenę. Jakby mogła znów ustawić swoje życie na korytarzu, w gotowości, aż on zdecyduje, czy wolno mu wejść.
Po pokazie rodzice zabrali dzieci i instrumenty. Korytarz napełnił się jeszcze przez chwilę szelestem futerałów i pożegnalnymi głosami, po czym ucichł. Pola została w sali, by zebrać nuty. Odłożyła je na równy stos, poprawiła krzywo postawione krzesło i zamknęła pokrywę butelki. Miała już wyjść, kiedy Gabriel stanął w drzwiach.
— Możemy porozmawiać? — zapytał.
Pola popatrzyła na niego. Nie zrobiła kroku w jego stronę.
— Możemy.
Gabriel wszedł, lecz nie podszedł bliżej, niż wymagała rozmowa. Przez uchylone okno wpadał zapach nagrzanego chodnika. Na parapecie leżał kurz, w którym ktoś narysował palcem krzywą linię.
— Wczoraj poprosiłem cię, żebyś została mi przyjaciółką — powiedział. — Tak, żebym nie musiał ryzykować, a ty ponosiłaś za to cały koszt. Dopiero dziś zobaczyłem, jak to zabrzmiało. Nie chcę od ciebie kolejnej przysługi pod nazwą cierpliwości.
Pola oparła dłoń o krawędź pulpitu. Przez chwilę czekała, aż doda coś jeszcze; coś, co zdejmie z niej konieczność wierzenia na słowo. Gabriel nie próbował wypełnić ciszy.
— Kochałem moją żonę — powiedział w końcu. — I nadal są dni, kiedy wspomnienie o niej przychodzi ze mną wszędzie. Czasem razem z nim wraca wstyd. Nie za to, że żyję, tylko za te chwile ulgi, o których mówiłem. Wiem, że nie są dowodem, że jej nie kochałem. Ale wiedza nie zawsze pomaga.
Pola opuściła wzrok na swoje podwinięte rękawy. Jeden z nich zaczął się zsuwać. Nie poprawiła go.
— Nie chcę ci obiecywać, że już nigdy nie będę się bał — ciągnął. — Ani że przeszłość zniknie, jeśli zaczniemy coś nowego. Nie zniknie. Ale nie chcę dłużej nazywać tego, co czuję do ciebie, zdradą. To nie odbiera niczego temu, co było. I nie chcę już udawać, że mogę cię mieć blisko tylko wtedy, kiedy niczego ode mnie nie oczekujesz.
W sali była cisza, ale nie ta, która kazała im ostrożnie omijać każdy temat. Ta po nim wymagała odpowiedzi.
— Kochałam cię od lat — powiedziała Pola. — Także wtedy, kiedy byłeś szczęśliwym mężem. Wtedy jedyną uczciwą rzeczą było milczeć i naprawdę cieszyć się twoim szczęściem, nie czekać, aż coś się zmieni. Nie mówię ci tego, żebyś był mi coś winien. Nie chcę, żebyś wybrał mnie z wdzięczności za to, że byłam obok.
Gabriel skinął głową. W jego twarzy coś drgnęło, ale nie próbował zasłonić tego uśmiechem.
— Czego potrzebujesz? — zapytał.
Pola nie odpowiedziała od razu. Nie dlatego, że nie znała odpowiedzi. Po raz pierwszy od dawna nie musiała układać jej tak, by była dla niego najłatwiejsza.
— Wzajemności — powiedziała. — Nie gotowych obietnic. Nie gwarancji, że nigdy nie będzie trudno. Chcę, żebyś też robił krok w moją stronę. Żebyśmy oboje mogli powiedzieć, czego chcemy, i oboje mogli zmienić zdanie, jeśli okaże się, że nie potrafimy.
— Chcę spróbować — powiedział Gabriel. Po krótkiej pauzie dodał: — Nie w akademii. Nie po występie. Nie dlatego, że musimy coś udowodnić. Pójdziesz ze mną na zwyczajną randkę w przyszłym tygodniu? Na kolację albo kawę. Gdzieś, gdzie nie będzie pianina ani wiolonczeli, które pozwolą nam udawać, że przyszliśmy tylko porozmawiać o pracy.
Pola poczuła, że napinające się od rana mięśnie jej karku powoli puszczają. Nie zniknęła niepewność. Po prostu przestała być czymś, co musiała dźwigać sama.
— W środę mam wolny wieczór — powiedziała. — Możemy pójść na kolację. I nie wybieraj miejsca, w którym trzeba krzyczeć przez muzykę.
— Znam takie, gdzie słychać własne myśli.
— To może być problem.
Tym razem uśmiechnęli się oboje. Nie jak dawniej, kiedy śmiech potrafił zamknąć temat, zanim zdążył zaboleć. Teraz nie musieli niczego nim przykrywać.
Gabriel spojrzał na pianino.
— Mogę? — zapytał.
Pola odsunęła się od niego, lecz nie od instrumentu. Gabriel zdjął marynarkę, usiadł na ławce i położył dłonie na klawiszach. Pierwszy dźwięk wyszedł zbyt ostrożnie. Drugi zawahał się przed wejściem, trzeci rozminął z tym, czego szukał. Nie zaczął od początku. Spróbował jeszcze raz, ciszej.
Pola stała obok, nie podpowiadając mu melodii i nie poprawiając rytmu. Kiedy przesunął się na ławce, zostawiając wolne miejsce, dopiero wtedy usiadła obok. Jej ramię nie dotknęło jego ramienia, choć dzieliło je niewiele. Po kilku taktach dołożyła akord, prosty i ciepły.
Gabriel nie poprosił jej, żeby prowadziła. Pola nie wyrwała mu melodii z rąk. Grali powoli, czasem niepewnie, zostawiając sobie nawzajem miejsce na następny dźwięk.
Za oknem Łódź huczała niedzielnym ruchem. W sali pachniało drewnem, kurzem i papierem nutowym. Kiedy Gabriel pomylił takt, nie przestał grać. Pola podtrzymała akord, a on znalazł drogę z powrotem.
Nie wiedzieli jeszcze, jak zabrzmi środa ani żaden dzień po niej. Tym razem nie musieli tego wiedzieć, żeby zacząć.