Romans

To, co zostaje w ciszy

Emilia rezygnuje z bezpiecznej pracy, by nagrać dźwięki wrocławskiego schronu. Marek pilnuje ciszy i własnych granic — aż między nimi rodzi się coś, czego żadne nie potrafi zaplanować.

To, co zostaje w ciszy

— Jeśli zostawi pani mikrofon włączony, nagra też lodówkę — powiedział mężczyzna, zanim Emilia zdążyła zdjąć plecak.

Stał w drzwiach prowadzących w głąb schronu, z listą w ręku i butelką wody pod pachą. Miał podwinięte rękawy jasnej koszuli, a na przedramieniu smugę kurzu, jakby przed chwilą przesuwał coś ciężkiego. Nie uśmiechał się, ale w jego głosie nie było niechęci. Raczej informacja, którą uznał za ważną dla porządku świata.

Emilia spojrzała na rejestrator. Czerwona lampka świeciła. Zgasiła ją.

— Dobrze wiedzieć. Myślałam, że lodówka ma dziś wolne.

— Nie ma. Stowarzyszenie trzyma tam mleko do kawy dla wolontariuszy.

Wziął butelkę spod pachy i podał jej ją bez ceremonii. Na zewnątrz powietrze stało nad ulicą jak przezroczysta ściana. Tramwajowe szyny drżały w południowym żarze, a kiedy Emilia przechodziła przez jezdnię, podeszwy sandałów kleiły się do rozgrzanego asfaltu. W środku schronu było chłodniej, lecz wilgoć i zapach starego betonu przylegały do skóry. Woda była ciepła. I tak wypiła kilka łyków.

— Marek Ostrowski — przedstawił się. — Opiekuję się obiektem. Zgodę na nagranie wnętrza mamy, ale do poszczególnych pomieszczeń wchodzimy razem. Nie dotykamy instalacji, nie przesuwamy eksponatów, a przy wyjściu proszę sprawdzić, czy drzwi przeciwpożarowe się domknęły.

Podał jej kartkę. Zasady były wypunktowane, czytelne, zapisane drobnym pismem.

Emilia odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych włosów. Gumka, którą związała je rano, trzymała się już tylko z przyzwyczajenia. Nad wyrazistymi brwiami pojawiła się wilgotna, lepka od upału grzywka.

— Jest też instrukcja, jak oddychać między punktami?

— Jeśli pani potrzebuje, mogę dopisać.

Dopiero wtedy kącik jego ust drgnął. Nie dość, żeby nazwać to uśmiechem, ale wystarczająco, by Emilia poczuła się trochę głupio z przygotowaną ripostą.

Rano położyła wypowiedzenie na biurku kierownika. Podpis, data, dwa zdania podziękowania. Potem przez trzy przystanki wpatrywała się w telefon, jakby ktoś miał zadzwonić i powiedzieć, że zaszła pomyłka, może jednak powinna wrócić do arkuszy szkód i spokojnego wynagrodzenia. Zamiast tego otworzyła formularz naboru na warsztaty reportażu dźwiękowego. Termin mijał o północy. Próbkę miała przygotować przed końcem dnia, zanim odwaga zdąży się rozmyślić.

— Mam zgodę na odgłosy wnętrza — powiedziała, wkładając kartkę do kieszeni plecaka. — Chciałabym nagrać korytarz, schody i jedną z sal. Bez wywiadów.

Marek zerknął na rejestrator, nie na nią.

— Bez ludzi?

— Bez ludzi.

— Dobrze. Nie każdy ma ochotę zostać częścią czyjejś opowieści.

Powiedział to zwyczajnie, jakby przypominał o zamykaniu drzwi. Emilia poprawiła pasek plecaka i włączyła urządzenie. Przez chwilę słuchała w słuchawkach: szmer własnego rękawa, odległe stuknięcie za ścianą, drżenie wentylatora. Schron nie był cichy. Tylko dźwięki, które na ulicy ginęły pod ruchem i rozmowami, tutaj nabierały ciężaru.

Przeszli korytarzem. Marek zatrzymywał się przy kolejnych drzwiach i objaśniał, co może nagrać, a czego lepiej nie ruszać. Mówił konkretnie, bez popisywania się wiedzą. Emilia nagrywała jego kroki, potem własne, próbując uchwycić różnicę: jego pewne, równe; jej odrobinę szybsze, jakby nadal goniła autobus.

— Może pani zwolnić — zauważył.

Zdjęła słuchawki.

— To tylko kroki.

— Właśnie dlatego słychać, że się pani spieszy.

Nie odpowiedziała od razu. Przesunęła kciukiem po boku rejestratora, po wytartym miejscu, które powstało od lat używania go głównie do nagrywania prób i cudzych zadań. W pracy też zawsze się spieszyła. Oddzwaniać, domykać, nie zostawiać niczego na jutro. Teraz miała całe popołudnie przed sobą, a mimo to czuła, jakby ktoś odmierzał jej czas.

Marek zostawił ją przy wejściu do sali i poszedł na zewnątrz po ostatnie panele zabezpieczające wystawę. Miał je przenieść z samochodu zaparkowanego przy bocznym wejściu. Emilia została w chłodnym korytarzu, nagrywając odgłos kapania wody gdzieś za ścianą. Po chwili usłyszała szuranie, potem ciężki łoskot panelu o podłogę.

— Wszystko w porządku? — zawołała.

— Tak — dobiegło z zewnątrz, ale odpowiedź była krótsza niż poprzednie.

Następny panel uderzył o beton. Potem zapadła cisza, którą przerwał metaliczny brzęk kluczy.

Emilia odłożyła słuchawki i ruszyła do wyjścia. Marek stał w progu, jedną ręką oparty o framugę, drugą zaciskając na pasku panelu. Twarz miał bledszą niż przedtem, a na skroni lśniła mu cienka strużka potu. Kiedy podniósł wzrok, spróbował się wyprostować.

— Proszę tego nie robić — powiedziała.

— Nie robię.

— Właśnie pan robi.

Pasek wysunął mu się z dłoni. Emilia złapała go, zanim panel osunął się na stopę Marka. Przez sekundę stali tak blisko, że poczuła na jego koszuli zapach rozgrzanego materiału i kurzu. Potem jego kolana ugięły się nieznacznie.

— Chodźmy do środka.

— Sam dam radę.

— Nie wątpię. Chodźmy i tak.

Nie czekała na zgodę. Podała mu ramię, a on przyjął je po krótkim wahaniu, jakby bardziej irytował go ten gest niż własne osłabienie. Zaprowadziła go do chłodniejszej części schronu, posadziła na ławce i podała wodę. Usiadł z łokciami opartymi na kolanach, oddychając powoli. Emilia przykucnęła przed nim, tak by widzieć jego twarz.

— Jeśli za chwilę nie poczuje się pan lepiej, dzwonię po pomoc.

— Pani zawsze wydaje polecenia ludziom, których zna od dwudziestu minut?

— Tylko tym, którzy próbują udowodnić, że omdlenie to sprawa do załatwienia w wolnej chwili.

Parsknął cicho, ale zaraz przymknął oczy. Emilia nie włączała rejestratora. Leżał obok jej stopy, czerwone światełko zgaszone. Po raz pierwszy tego dnia nie sprawdzała, czy urządzenie coś zarejestrowało.

Po kilku minutach Marek odzyskał kolor. Powiedział, że to pewnie upał i za mało wody; Emilia nie skomentowała, tylko odsunęła panel od przejścia. Zadzwoniła do osoby ze stowarzyszenia, która miała przyjechać przed wieczornym otwarciem. Marek zgodził się zostać na ławce, ale kiedy spróbował wstać, Emilia położyła dłoń na jego ramieniu.

— Przez najbliższe godziny żadnego dźwigania.

Spojrzał na jej rękę. Nie odsunął się od razu.

— A pani? Miała nagrywać.

— Mogę nagrywać i pilnować, żeby pan nie wrócił do paneli.

— To brzmi jak dodatkowy punkt na liście.

— Proszę dopisać.

Tym razem uśmiechnął się wyraźniej, choć zmęczenie nie zniknęło z jego twarzy. Za ścianą coś cicho stuknęło, a schron odpowiedział głębokim, pustym echem. Emilia podniosła rejestrator, lecz zanim nacisnęła przycisk, spojrzała na Marka.

— Mogę?

Przez moment patrzył na urządzenie, potem na nią.

— Korytarz może pani nagrywać. Mnie nie.

— Jasne.

Powiedziała to bez żartu. Marek skinął głową, jakby właśnie tę odpowiedź chciał usłyszeć. Wieczorne otwarcie było coraz bliżej, panele czekały przy wejściu, a ona nie miała już powodu, by wracać do domu. Została więc w chłodnym schronie, z mikrofonem w dłoni i jego listą zasad w kieszeni, podczas gdy na powierzchni Wrocław parował od upału.

Wieczorne otwarcie zaczęło się od przesuwania skrzynek.

Marek poderwał się z fotela przy pierwszym szuraniu, ale Emilia była szybsza. Stanęła między nim a przejściem, z dłonią uniesioną jak policjantka kierująca ruchem.

— Nie.

— Nawet nie wiesz, co chciałem zrobić.

— Wstać.

— Chciałem tylko sprawdzić, czy nie blokują drzwi.

— Mogę sprawdzić.

— Pani nie zna zasad.

— Mam je w kieszeni. Drobny druk, punkt czwarty: „Marek nie wstaje, kiedy coś szura”.

Popatrzył na nią z fotela. Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał odpowiedź, która nie naruszy regulaminu. W końcu oparł się z powrotem i wskazał brodą skrzynkę.

— Przesuń ją o pół metra. Nie zastawiaj przejścia, to jedyna droga do wyjścia z sali.

— Tak jest.

— I nie mów do mnie „tak jest”.

— W takim razie proszę wymyślić sobie lepszy regulamin.

Zabrała skrzynkę za uchwyty. Była lżejsza, niż wyglądała, ale po kilku minutach i tak poczuła pot pod łopatkami. Marek obserwował ją z fotela, udzielając wskazówek o tyle szczegółowych, że Emilia zaczęła podejrzewać, iż jego odpoczynek polega na zdalnym zarządzaniu cudzymi mięśniami.

Wspólnie rozstawili lekkie oznaczenia przy sali i korytarzu. Emilia opisywała na telefonie nagrane dźwięki, żeby później nie pomylić kapania wody z pojedynczym stuknięciem rury. Marek podpowiadał, gdzie po mocniejszym deszczu zbiera się wilgoć i pod którą ścianą lepiej nie zostawiać sprzętu. Kiedy próbowała postawić mały statyw w wąskim przejściu, natychmiast uniósł palec.

— Nie.

— To chyba zaczyna być pana ulubione słowo.

— W tym miejscu ludzie muszą przejść.

— Ludzie przechodzą różnymi miejscami.

— Nie, jeśli pozostałe są zamknięte.

Przesunęła statyw, tym razem bez komentarza. Kiedy się wyprostowała, Marek patrzył na nią z czymś łagodniejszym niż zwykła czujność.

— Umie pani słuchać.

— Proszę nie rozpowszechniać. Mam opinię do utrzymania.

— Jaką?

— Że jestem trudna.

— Nie zauważyłem.

— To dlatego, że pana jeszcze nie zmęczyłam.

— Dajmy sobie czas.

Powiedział to lekko, ale Emilia poczuła, jak słowa zostają między nimi na dłużej, niż powinny. Odwróciła się do telefonu i udawała, że poprawia notatki.

Przy sali Marek wrócił do tematu listy. Przesunął kciukiem po jej zagiętym brzegu.

— To nie jest tak, że ja zawsze muszę mieć wszystko rozpisane — powiedział. — Po prostu łatwiej mi pracować, kiedy wiem, co może pójść źle.

— A co może pójść źle?

— Zwykle wszystko, czego nikt nie sprawdził.

— Brzmi jak bardzo męczący sposób na życie.

— Bywa. Ale to wybór, nie cała osobowość.

Oparł łokcie na podłokietnikach. W półmroku jego twarz wydawała się mniej surowa, a zmęczenie, zamiast go postarzać, odsłaniało coś bezbronnego.

Emilia pomyślała o swoim wypowiedzeniu, złożonym rano na biurku, i o kwocie, którą sprawdziła poprzedniego wieczoru trzy razy.

— Ja też nie odeszłam dlatego, że miałam plan — powiedziała. — Odkładałam to od miesięcy. Miałam oszczędności na kilka miesięcy, jeśli nic się nie zepsuje, nie zachoruję i nie okaże się, że jednak nie umiem robić nic poza obsługą szkód.

— A jeśli się okaże?

— To będę miała bardzo niepraktyczne hobby.

— Brzmi jak początek wielu dobrych rzeczy.

Uśmiechnęła się, lecz zaraz spuściła wzrok. Nie przywykła do tego, że ktoś nie próbował jej pocieszać ani podsuwać planu naprawczego. Marek tylko przyjął jej słowa, jakby nie musiała ich od razu usprawiedliwiać.

Sprawdzali akustykę pustej sali. Emilia ustawiła rejestrator na ławce i cofnęła się pod ścianę. Marek został przy drzwiach, z rękami w kieszeniach. Poprosiła go, żeby przeszedł kilka kroków, potem klasnął. Echo wróciło miękkie, nieco opóźnione.

— Jeszcze raz — powiedziała.

— To zaczyna przypominać przesłuchanie.

— Nie ma stołu ani lampy. Jest całkiem przyjemnie.

— I żadnych pytań o to, gdzie byłem wczoraj wieczorem?

— Zależy, czy odpowiedź ma dobry pogłos.

Marek parsknął śmiechem. Potem, jakby w odpowiedzi na echo albo na coś, co obudziło się w nim bez pytania, wydał z siebie niski dźwięk. Nie był to początek piosenki. Raczej sprawdzenie, czy sala przyjmie głos. Przyjęła.

Za drugim razem melodia była już śmielsza. Szorstka, nierówna, żywa. Marek improwizował bez słów, a jego głos odbijał się od betonu, niosąc coś, czego Emilia nie umiała nazwać — radość bez świadków, swobodę, której nie dało się pomylić z występem. Widział przed sobą pustą salę. Nie wiedział, że czerwone światełko rejestratora wciąż się pali.

Emilia zapomniała oddychać.

Kiedy skończył, cisza trwała jeszcze przez chwilę. Potem Marek spojrzał na urządzenie.

— Myślałem, że jest wyłączone.

— Przepraszam. Powinnam była powiedzieć.

— Nagrało?

Nie skłamała. Nie umiała.

— Tak.

Jego twarz zamknęła się powoli, bez gniewu, co było gorsze. Emilia wyłączyła rejestrator i podniosła go z ławki.

— Nie użyję tego bez twojej zgody.

— Nie używaj go wcale.

— Dobrze.

Marek przesunął dłonią po karku. Wydawał się nagle zmęczony nie upałem, tylko tym, że musi znaleźć właściwe słowa.

— Kiedyś nagrałem coś podobnego dla kogoś bliskiego. Tylko dla niej. Potem wrzuciła to do sieci, bo uznała, że ludzie powinni usłyszeć. Przez długi czas nie potrafiłem śpiewać przy nikim. Tutaj… — Urwał i spojrzał na pustą salę. — Tutaj nikt niczego ode mnie nie chciał. To wystarczało.

— Rozumiem — powiedziała Emilia.

I rozumiała. To właśnie utrudniało sprawę. W kieszeni plecaka jej telefon czekał na plik, który mógł odmienić zgłoszenie. Jedyny moment tego dnia, który brzmiał nie jak ćwiczenie, a jak coś prawdziwego.

— Usuń go, proszę — powiedział Marek.

— Usunę.

Zatrzymał na niej wzrok, jakby sprawdzał, czy nie doda zaraz „ale”. Ona też czekała na własne „ale”. Nie przyszło.

— Bez tego nie zdążę przygotować zgłoszenia — wyrwało jej się po chwili. — Termin mija dziś.

Marek cofnął się o pół kroku. Ten niewielki ruch zabolał bardziej, niż powinien.

— Czyli jednak chodzi o nagranie.

— Nie tylko.

— Ale to ono miało ci pomóc.

— Tak. Chciałam, żeby pomogło.

— A ja chciałem, żeby to zostało tutaj.

Nie podniósł głosu. Nie musiał. Emilia poczuła, że jej twarz robi się gorąca, choć w sali było chłodno.

— Masz rację — powiedziała. — Skasuję plik.

Wyjęła telefon, otworzyła folder i usunęła nagranie. Potwierdziła jeszcze w koszu. Potem odłożyła urządzenie na ławkę, ekranem do dołu.

Marek już odwracał się do wyjścia.

— Powinieneś jeszcze odpoczywać.

— Skrzynki czekają.

— Marek.

— Dziękuję za pomoc, Emilia.

Wrócił do obowiązków, zostawiając jej pustą salę i pogłos, którego nie mogła zatrzymać. Przez moment stała nieruchomo, z dłonią zaciśniętą na pasku rejestratora. Potem spakowała sprzęt. Nie zapytała, czy jeszcze się zobaczą. On nie zaproponował, żeby została.

Wyszła do biura stowarzyszenia z telefonem w dłoni. Na ekranie wciąż miała otwarty formularz naboru, puste pole na próbkę i godzinę, która uciekała szybciej, niż potrafiła ją nagrać. Za plecami zamknęły się ciężkie drzwi schronu.

Emilia szła przez rozgrzany Wrocław, przekonana, że może nie nadaje się ani do tej pracy, ani do bliskości, której tak niechcący zapragnęła. Najgorsze było to, że pierwszy raz od dawna naprawdę chciała zostać — i właśnie dlatego tak łatwo było uwierzyć, że wszystko zepsuła.


Na ekranie telefonu wciąż było otwarte pole na próbkę. Emilia stała na chodniku przed schronem, z plecakiem obciążającym jedno ramię, i patrzyła, jak kursor miga w pustym okienku. Za ciężkimi drzwiami ktoś przesunął skrzynkę. Dźwięk dobiegł stłumiony, prawie bezbarwny.

Przez chwilę miała ochotę wrócić do środka. Powiedzieć Markowi jeszcze raz, że jej przykro, znaleźć zdanie, które cofnie jego odwrócenie się ku wyjściu. Ale nie chciała robić z przeprosin kolejnego sposobu, żeby dostać coś w zamian. Wzięła więc głębszy oddech i ruszyła w stronę przystanku.

W mieszkaniu było gorąco jak w zamkniętym tramwaju. Otworzyła okno, lecz z ulicy napłynął tylko rozgrzany zapach asfaltu i czyjś głośny śmiech. Usiadła przy stole, wyjęła rejestrator i włożyła słuchawki. W materiałach nie było głosu Marka. Zostały brzęk kluczy, kiedy odkładał je na ławkę, jej własne nierówne kroki, kapanie wody za ścianą. I chwila ciszy po zamknięciu ciężkich drzwi.

Odsłuchała ją dwa razy. Za drugim razem cisza nie brzmiała pusto. Była krótka, napięta; w niej mieściło się wszystko, czego nie umiała powiedzieć, kiedy miała jeszcze czas.

Przesunęła plik z nagraniem Marka do kosza i opróżniła go. Potem sprawdziła kartę pamięci w rejestratorze. Nie dlatego, że mu nie wierzyła. Dlatego, że wiedziała, ile znaczy dla niego, by mieć pewność.

Otworzyła formularz. W rubryce z opisem próbki wpisała jedno zdanie, skasowała je, napisała drugie. W końcu nacisnęła nagrywanie i powiedziała:

Chciałam znaleźć w schronie niezwykły głos. Usłyszałam przede wszystkim, jak trudno zaufać własnemu.

Zatrzymała nagranie. W słuchawkach jej głos zabrzmiał cicho, trochę zbyt blisko mikrofonu. Była w nim przerwa, którą mogła wyciąć. Nie wycięła jej. Dodała kilka dźwięków z korytarza, zostawiając między nimi miejsce na oddech. Próbka nie była efektowna. Nie miała początku, który przykuwałby uwagę, ani zakończenia, po którym ktoś chciałby natychmiast usłyszeć więcej. Była za to jej.

O 23.41 kliknęła „Wyślij”. Formularz zniknął, a na ekranie pojawił się komunikat z podziękowaniem za zgłoszenie. Emilia odłożyła telefon obok rejestratora. Przez moment siedziała nieruchomo, czekając na ulgę albo strach. Przyszły oba, splątane ze sobą tak ciasno, że nie umiała ich rozdzielić.


Następnego wieczoru schron zamknięto później niż zwykle. Emilia pomogła wynieść lekkie oznaczenia i złożyć statyw, nie wchodząc Markowi w drogę. Nie rozmawiali o nagraniu. On był uprzejmy, ona ostrożna; między nimi wciąż pozostawało miejsce po czymś, co nie miało prawa się tam znaleźć.

Gdy ostatni wolontariusz wyszedł, Emilia zauważyła światło w biurze przylegającym do schronu. Zapukała w otwarte drzwi.

Marek siedział przy biurku nad listą, z długopisem w dłoni. Okna stały otwarte na oścież. Pierwszy chłodniejszy podmuch dnia poruszał kartkami i przynosił zapach mokrych kamienic, chociaż deszcz jeszcze nie spadł. Na ulicy ktoś przejechał rowerem po nierównej kostce.

— Mogę? — zapytała.

— Możesz.

Nie wstał. Emilia była mu za to wdzięczna. Nie chciała, żeby musiał udawać, że wszystko jest w porządku, ani żeby ona mogła udawać, że przyszła tylko po listę zasad.

Stanęła przy oknie. W powietrzu czuć było kurz i ciepły beton, ale pod spodem pojawiła się już świeższa, wieczorna wilgoć.

— Wysłałam próbkę — powiedziała. — Bez twojego głosu. Skasowałam plik także z kosza.

Marek odłożył długopis. Nie zapytał, jak brzmi nagranie.

— Nie przyszłam po to, żebyś uznał, że zasłużyłam na randkę — dodała. — Usunęłam je, bo nie chciałam zaczynać nowego życia od naruszenia czyjegoś zaufania. Nawet jeśli to oznaczało, że próbka będzie słabsza. A może po prostu bardziej moja.

Marek przesunął dłonią po brzegu listy. Papier zaszeleścił pod jego palcami.

— Dziękuję, że mi powiedziałaś.

— Bałam się, że jeśli nic wyjątkowego z tego nie wyjdzie, wypowiedzenie okaże się głupim pomysłem. Wciąż się boję. Nie mogę obiecać, że od jutra będę odważna. Pewnie pojutrze też sprawdzę konto trzy razy i pomyślę, że powinnam wrócić do arkuszy szkód.

— Brzmi rozsądnie — powiedział. — Nie każdy strach jest dobrym doradcą, ale czasem przynajmniej pilnuje, żebyśmy nie skakali z dachu.

— A ty? Czego się boisz?

Przez chwilę patrzył na nią bez odpowiedzi. Potem odwrócił wzrok ku otwartemu oknu.

— Że jeśli pokażę komuś coś ważnego, ta osoba uzna, że ma do tego prawo. Albo że powinna zrobić z tym coś pożytecznego. — Zawahał się. — Nie chcę być twoim wielkim odkryciem, Emilia. Nie chcę też być przeszkodą na drodze, którą dopiero zaczynasz. Chciałbym po prostu cię poznać. Bez mikrofonu i bez planu na to, co z tego ma wyniknąć.

Nie było w tym obietnicy, że wszystko będzie łatwe. Właśnie dlatego Emilia mu uwierzyła.

Marek odsunął krzesło i wstał powoli. Nie wyglądał już na osłabionego, ale przez moment oparł dłoń o biurko, zanim całkiem się wyprostował. Potem spojrzał w stronę korytarza, jakby sprawdzał, czy ktoś jeszcze został. Nie było nikogo.

Zaśpiewał kilka taktów. Cicho, niepewnie, bez melodii, którą Emilia mogłaby rozpoznać. Głos na początku zadrżał, a Marek urwał w połowie frazy.

— Wypadło gorzej, niż pamiętałem — powiedział i roześmiał się krótko, zakłopotany.

Emilia nie sięgnęła do kieszeni. Jej telefon leżał na stole, ekranem do dołu.

— Mnie się podobało — odparła. — Zwłaszcza ten fragment, w którym prawie się poddałeś.

— To był fragment techniczny.

— Oczywiście.

Uśmiechnął się, a napięcie w jego ramionach odrobinę zelżało. Emilia podeszła do okna. Chłodniejsze powietrze przesunęło jej włosy po policzku.

— Jeśli po dzisiejszym odpoczynku nadal będziesz miał ochotę, pójdziemy jutro nad Odrę? — zapytała. — Bez nagrywania. Możemy po prostu iść, aż któreś z nas zacznie narzekać na upał.

— Mogę narzekać już teraz. Ale jutro pójdę.

— O której?

— Po południu? Nie za wcześnie. Chcę się upewnić, że umiem odpoczywać również w praktyce.

— Rozsądny plan.

— Mam nawet listę kroków.

— Tylko nie każ mi jej podpisywać.

Zamknął teczkę i sięgnął po klucze. Brzęknęły znajomo, tylko tym razem Emilia nie podniosła rejestratora. Wyszli razem. Na zewnątrz noc była ciepła, ale po całym dniu dusznego powietrza pierwszy podmuch chłodu wydał się prawie namacalny. Nad dachami Wrocławia zbierały się chmury, a światła tramwaju przesunęły się po mokrym od zraszaczy chodniku.

Nie wiedzieli, czy Emilia dostanie się na warsztaty. Nie wiedzieli nawet, jak będzie wyglądał ich następny tydzień. Wiedzieli tylko, gdzie spotkają się jutro i że żadne z nich nie zamierza udawać, że ta obietnica jest czymś mniejszym, niż była.

Do soboty włącznie
Druga strona kartki
Między dźwiękami