Romans

Do soboty włącznie

Diana ma tydzień, by znaleźć kogoś na urodzinową kolację. Wit nie chce być częścią zakładu, a między nimi rodzi się coś, czego żadne nie umie opisać bez zastrzeżeń.

Do soboty włącznie

— Urokliwy, jasny salon — przeczytała Diana pod nosem, po czym skasowała słowo „urokliwy”. — Jeśli w salonie mieści się kanapa i człowiek musi przejść bokiem, to nie jest urokliwy. To jest ciasny.

Telefon nagrzał jej dłoń. Słońce prażyło warszawski asfalt tak, że powietrze nad alejką bazaru na Kole drżało, a między stoiskami unosił się zapach kurzu, starego papieru i smażonej cebuli z budki przy wejściu. Diana przesunęła rudą, gęstą grzywę na jedno ramię i schowała telefon do torby. W ogłoszeniach nieruchomości cudze życie zawsze mieściło się w kilku przymiotnikach: przytulne, rodzinne, gotowe do zamieszkania. Zaczynała podejrzewać, że jej własne nie zmieściłoby się nawet w rubryce „inne”.

Przy stoisku z książkami ktoś rozłożył karton z napisem „romanse w dobrym stanie”. Diana przykucnęła. Na wierzchu leżały dwa tomy z pozaginanymi rogami, trzeci miał na okładce brunatny krąg po herbacie, jakby ktoś odłożył kubek w samym środku pocałunku.

— To jest dobry stan? — zapytała.

Mężczyzna po drugiej stronie stołu podniósł wzrok znad książki. Miał ciemne włosy, koszulę z podwiniętymi rękawami i minę kogoś, kto nie zamierzał bronić się przed zarzutem, zanim usłyszy jego treść.

— Zależy, czy ocenia pani książkę, czy jej życie.

— Przy opisie powinna być informacja, że przeżyła coś trudnego.

Kącik jego ust drgnął.

— Właśnie dlatego jest wiarygodna.

Diana spojrzała na niego, potem znów na tom z plamą. Szmaragdowozielone oczy mrużyły jej się od słońca, ale nie tylko od niego.

— Wiarygodna miłość z herbatą na okładce. Brzmi lepiej niż „stan dobry”.

— Pracuje pani w reklamie?

— Gorzej. Redaguję ogłoszenia nieruchomości. Cały dzień poprawiam ludziom życie na papierze. „Przestronne” zmieniam na „ustawne”, „kameralne” na „małe”, a „idealne dla rodziny” zostawiam, jeśli w łazience jest wanna.

— Czyli jednak są granice.

— Są. Tylko czasem właściciele próbują je negocjować.

Mężczyzna odłożył książkę i wyciągnął do niej rękę.

— Wit Kania. Właściciel kartonu z romansami, które przeżyły.

— Diana Jaworska. Klientka, która nie lubi niedokładnych opisów.

Uścisnęli sobie dłonie. Jego palce były chłodne, jakby przed chwilą trzymał je w cieniu, a jej rozgrzana skóra zareagowała na ten kontrast z nieproporcjonalną uwagą. Puściła go pierwsza i zajęła się przeglądaniem książek.

Wit nie próbował jej zagadywać. Przekładał tomy z jednej skrzynki do drugiej, od czasu do czasu podając tytuł, gdy zauważył, że szuka czegoś konkretnego. Ta cisza nie była niezręczna. Miała w sobie więcej miejsca niż większość rozmów, na które chodziła ostatnio z nadzieją, że wydarzy się coś wartego opowiedzenia przy winie.

Na ekranie telefonu, schowanym w torbie, czekała wiadomość od Magdy: „Siedem dni, Jaworska. Nie wycofuj się teraz”. Diana nie musiała jej otwierać, żeby pamiętać zakład. Do końca miesiąca miała kogoś znaleźć. Nie miłość życia, nie narzeczonego, nawet nie kogoś, kto znałby jej zamówienie w kawiarni. Po prostu kogoś, z kim mogłaby przyjść na urodziny Magdy i nie słuchać, że „na pewno w końcu spotka właściwego”.

— Szuka pani czegoś konkretnego? — zapytał Wit.

— Chwilowo? Chłodniejszego podmuchu. Ale jeśli pan ma coś o kobietach, które podejmują nierozsądne decyzje pod presją przyjaciółek, to też może być.

Tym razem uśmiechnął się wyraźniej.

— Mam poradnik o asertywności. Nikt go nie kupuje.

— Może tytuł jest źle opisany.

— Możliwe. A co do presji przyjaciółek?

Diana zawahała się tylko na tyle, by wiedzieć, że mogłaby skłamać. Potem wzruszyła ramionami.

— Założyłam się z nimi, że do końca miesiąca kogoś znajdę. Został tydzień.

Wit położył dłonie na blacie. Nie wyglądał na urażonego ani rozbawionego. Raczej sprawdzał, czy dobrze usłyszał.

— I to pani mówi pierwszemu facetowi, którego spotyka?

— Właśnie dlatego, że nie chcę, żeby później wyszło, że robiłam z niego tajny element strategii.

— Rozumiem. — Spojrzał na nią uważnie. — Nie chcę być stawką w zakładzie.

— Słusznie.

— Ale chętnie zobaczę panią jeszcze raz, jeśli to będzie tylko nasza sprawa. Bez raportów dla komisji i bez przedstawiania mnie jako dowodu, że pani wygrała.

W zdaniu nie było pretensji. Była granica, wypowiedziana spokojnie, jak linia narysowana ołówkiem na kartonie. Diana poczuła, że odruchowo chce się wytłumaczyć, choć nie miała powodu.

— Mogę spróbować nie robić z ludzi argumentów.

— Brzmi ambitnie.

— Pracuję przy ogłoszeniach. Umiem poprawiać opisy.

Wit odsunął na bok skrzynkę z książkami. Na jej dnie leżały kartki zapisane drobnym pismem: tytuły, ceny, kilka krótkich notatek. „Do czytelni — sobota”.

— W sobotę oddaję część książek do sąsiedzkiej czytelni — powiedział. — Chciałem wcześniej uporządkować te pudła. Może napisać do nich krótkie opisy, żeby ludzie wiedzieli, co biorą. Bez „idealne dla każdego” i „zachwyca od pierwszej strony”.

— Czyli mam tydzień na ratowanie literatury przed przymiotnikami?

— Jeśli ma pani ochotę. Spotykalibyśmy się przy stoisku. Czasem jest tu chłodniej niż w mieszkaniu na poddaszu.

Diana spojrzała na jego kartki, na niedopitą wodę w plastikowej butelce i na rząd książek, które musiał wcześniej ustawiać w słońcu. Nie wyglądał jak ktoś, kto potrzebował ratunku. Raczej jak ktoś, kto niechętnie wpuszczał innych do swoich spraw, ale umiał zostawić uchylone drzwi.

— Pomogę. Ale pod jednym warunkiem.

— Słucham.

— Po sobocie oboje możemy odejść bez pretensji. Bez „ale przecież obiecałaś” i bez podsumowania, czy tydzień był sukcesem.

Wit popatrzył na nią przez krótką chwilę, po czym skinął głową.

— Zgoda. Po sobocie każde z nas może pójść w swoją stronę.

— A do soboty?

— Do soboty mamy pudła.

Za ich plecami wiatr, dotąd ledwie wyczuwalny, poderwał papierową kartkę z ceną i przewrócił pustą skrzynkę. W tej samej chwili nad bazarem pociemniało; z ciężkich, nagle zebranych chmur spadły pierwsze krople. Wit odruchowo sięgnął po stojący na skraju stołu karton. Diana złapała go z drugiej strony. Dno, osłabione wilgocią i ciężarem książek, rozeszło się z suchym trzaskiem.

Tomy rozsypały się po stole i na ziemię. Jedna z książek zsunęła się pod nogi przechodniów. Diana dopadła jej przed ulewą, a Wit przytrzymał nad nią ramię, osłaniając okładkę własną koszulą.

Przez sekundę stali blisko, oboje pochylni nad książką, słuchając, jak deszcz bębni o plandekę. Jego ręka spoczywała tuż przy jej dłoni.

— No dobrze — powiedział Wit, kiedy podniosła wzrok. — Pierwsze zadanie na jutro: znaleźć pudełko, które nie rozpadnie się od samego opisu.

Diana podała mu książkę. Na jej mokrej okładce widniał tytuł o kobiecie, która wybrała własną drogę.

— Jutro — zgodziła się. I zauważyła, że tym razem nie pomyślała o zakładzie.


W poniedziałek po pracy Diana znalazła Wita na zapleczu stoiska, wciśniętym między regał a stos kartonów. Pomieszczenie miało jedno małe okno, przez które wpadał zapach mokrego asfaltu i smażonej cebuli. Na podłodze leżała plandeka, a na niej książki, które w niedzielę udało im się uratować przed deszczem.

— Przyniosłam pudełko — oznajmiła, unosząc karton po zakupach.

Wit obejrzał go z uznaniem.

— Wzmocnione dno?

— I żadnych obietnic, których nie może spełnić.

— Idealne dla naszych czytelników.

Pracowali do zmroku, sortując książki na te do czytelni, na bazar i na stos, którego przeznaczenia żadne z nich nie chciało na razie rozstrzygać. Diana pisała krótkie opisy na samoprzylepnych karteczkach, Wit poprawiał jej przecinki, a ona jego zbyt oszczędne przymiotniki. Kiedy po dziewiątej otworzyli papierowe pojemniki z makaronem, jedli na skrzynkach, z kolanami niemal stykającymi się pod blatem.

— Nie możesz napisać, że bohaterka na końcu wychodzi za sąsiada — zaprotestowała Diana, zerkając na jego karteczkę. — To jest zakończenie.

— Ale czytelnik powinien wiedzieć, czy warto inwestować w sąsiada.

— Warto inwestować w dobrą historię. Sąsiad może się okazać dentystą.

— Dentysta też człowiek.

— Tego nie zdradzajmy na okładce.

Wit roześmiał się cicho, pochylając głowę nad pojemnikiem. Diana polubiła ten dźwięk. Nie pojawiał się na zawołanie, ale kiedy już się wydobywał, rozluźniał mu twarz, jakby na chwilę nie musiał pilnować, ile miejsca zajmuje w świecie.

We wtorek ktoś zatrzymał się przy stoisku i zaczął głośno opowiadać, jak to „kiedyś się czytało, a nie te wszystkie nowoczesne rzeczy”. Wit znieruchomiał z książką w ręku. Diana zauważyła, że odpowiadał uprzejmie, lecz po odejściu mężczyzny przez kilka minut nie odezwał się ani słowem.

— Tłum cię męczy? — zapytała, kiedy zostali sami.

Wzruszył ramionami.

— Tłum nie. To, że każdy chce ode mnie kawałek uwagi, a ja nie umiem jej rozdzielać bez poczucia, że kogoś oszukuję.

Nie próbowała pocieszać go gotową formułką. Podała mu taśmę klejącą, której szukał, choć leżała tuż obok jego dłoni. Ich palce spotkały się na sekundę. Wit spojrzał na nią, a potem przykleił taśmę do kartonu, jakby ta mała czynność wymagała całej jego koncentracji.

— A ty? — zapytał po chwili. — Zawsze tak szybko żartujesz?

Diana przykleiła etykietę krzywo i poprawiła ją paznokciem.

— Tylko kiedy jeszcze nie wiem, czy wolno mi powiedzieć, czego chcę.

— A czego chcesz teraz?

Spojrzała na niego. Odpowiedź przyszła zbyt szybko, więc ugryzła się w język.

— Żebyś przestał udawać, że nie widzisz tej etykiety.

Wit zerknął na krzywy napis. Uśmiechnął się, ale nie naciskał. Diana była mu za to wdzięczna bardziej, niż chciała przyznać.

W środę skończyli późno. Wyszli z bazaru, kiedy większość stoisk była już zamknięta, a ulice po upalnym dniu wreszcie ostygły. Szli w stronę przystanku, choć żadne z nich się nie spieszyło. Wit opowiadał o byłej partnerce. Nie mówił o niej źle; dobierał słowa ostrożnie, jak książki, których nie chciał zniszczyć.

— Kiedy potrzebowałem pobyć sam, słyszała, że jej nie chcę — powiedział. — Więc zacząłem obiecywać, że będę częściej, dłużej, bardziej. A potem nie umiałem dotrzymać tych obietnic. W końcu każde moje wyjście z pokoju wyglądało jak dowód w sprawie.

— I teraz wolisz nie obiecywać niczego?

— Wolę nie obiecywać czegoś, czego nie potrafię dać.

Diana patrzyła pod nogi. Chodnik był nierówny, między płytami rosły kępki trawy.

— Ja po kilku nieudanych relacjach zaczęłam udawać, że wcale mi nie zależy. Zakład miał mi pomóc uwierzyć, że ktoś może wybrać właśnie mnie. — Przełknęła ślinę. — Brzmi gorzej, kiedy się to mówi na głos.

— Nie brzmi głupio.

— To dobrze. Bo bałam się, że zaraz powiesz, że mam sobie kupić kota.

— Kot też nie jest gwarancją, że ktoś cię wybierze. Może po prostu lubić twoje mieszkanie.

Parsknęła śmiechem. Potem zapadła cisza, już nie ta ostrożna, tylko pełna ich obojga. Przed przejściem dla pieszych Wit dotknął jej łokcia, żeby zatrzymać ją przed rowerzystą. Nie cofnął ręki od razu. Diana odwróciła się do niego, a on pochylił głowę, dając jej czas, by się odsunęła.

Nie zrobiła tego.

Pocałunek był krótki i nieporadny od chłodu, który wciąż trzymał się jej ust po wieczornym powietrzu. Wit musnął kciukiem jej policzek. Diana poczuła, jak coś w niej puszcza — nie wielka tama, raczej zaciśnięta od dawna dłoń.

Kiedy się odsunęli, żadne nie powiedziało, że to pomyłka.

— Jutro pracujemy nad opisami — powiedział Wit.

— Wiem.

— To dobrze.

W czwartek Magda zadzwoniła, kiedy Diana wracała do domu. Sobotnia kolacja miała zakończyć zakład; przyjaciółki chciały poznać „tajemniczego mężczyznę z bazaru”. Diana przez chwilę słuchała ich śmiechu w słuchawce, po czym wieczorem powiedziała o wszystkim Witowi.

— Przyjdź ze mną — poprosiła. — Tylko na godzinę. Żebym nie musiała się tłumaczyć.

Wit odłożył długopis.

— Przecież wiesz, że nie chcę być częścią zakładu.

— To nie o zakład chodzi. Nie teraz.

— Diana, proszę. Nie chcę poznawać twoich przyjaciół jako rozwiązanie sytuacji, która jest dla ciebie niewygodna.

— Jedna godzina — powtórzyła. — Nie proszę cię o deklarację.

— Wiem. Ale prosisz, żebym przekroczył granicę, którą jasno postawiłem, bo tobie będzie łatwiej.

Zamilkła. Mogła powiedzieć, że nie o to jej chodziło. Mogła też zapytać, czy pocałunek w środę nic dla niego nie znaczył. Żadne z tych zdań nie brzmiało jak prawda, którą chciała usłyszeć.

W piątek Wit podał jej plik gotowych opisów. Równe kartki, uporządkowane tytuły, jego drobne pismo na marginesach.

— Wszystko gotowe — powiedział. — Jutro przekazuję książki do czytelni.

— Będziesz tam sam?

Przez moment nie odpowiedział.

— Proszę, nie przychodź jutro.

Diana patrzyła na kartki, ale litery zaczęły się rozmazywać. Nie płakała. Jeszcze nie. Zobaczyła za to własne odbicie w ciemnym oknie zaplecza: rudą grzywę, uniesiony podbródek, twarz gotową do żartu, zanim ktokolwiek zdąży zapytać, czy zabolało.

— Rozumiem — powiedziała.

Wit nie odsunął się, ale też nie wyciągnął ręki. To, że nie próbował naprawić jej miny, bolało bardziej niż gdyby skłamał.

Diana zabrała opisy. Przez cały tydzień próbowała uwierzyć, że ktoś może wybrać właśnie ją. Dopiero teraz zobaczyła, że sama próbowała zamienić jego wolny wybór w odpowiedź na własny lęk. A kiedy wyszła z zaplecza, nie wiedziała, czy bardziej chciałaby, żeby ją zatrzymał, czy żeby dotrzymał słowa.


Diana wyszła z zaplecza i dopiero na ulicy zauważyła, że nadal ściska plik opisów. Kartki zmiękły od ciepła jej dłoni, choć wieczór był chłodny. Schowała je do torby, jakby można było w ten sposób schować także wszystko, czego nie powiedziała Witowi.

W sobotę rano spotkała się z Magdą i dwiema pozostałymi przyjaciółkami w kawiarni przy Wolskiej. Przez szybę widziała ludzi przemykających z siatkami, autobus, który zatrzymał się przy przystanku, i rowerzystę walczącego z rozpiętym łańcuchem. Zwyczajne rzeczy, które trwały niezależnie od tego, czy jej serce właśnie robiło z siebie widowisko.

— To gdzie on jest? — zapytała Magda, gdy kelnerka postawiła na stole kawy.

Diana odsunęła łyżeczkę od brzegu filiżanki. Przez moment widziała oczami wyobraźni Wita przy kartonach, z drobnym pismem na etykietach i ramionami napiętymi od ciężaru, który sam sobie wybrał.

— Nie przyjdzie. I dobrze — powiedziała. — Nie powinien być częścią tego zakładu.

Magda otworzyła usta, ale Diana uniosła dłoń.

— Chcę to powiedzieć, zanim zaczniecie mnie pocieszać. Ten zakład był głupi. Wymyśliłam go, bo samotność zaczęła mi się wydawać czymś, co trzeba szybko naprawić. Jakby wystarczyło przyprowadzić kogoś na kolację, żeby udowodnić, że wszystko ze mną w porządku. Nie chcę już tego ciągnąć. Nie ogłaszam wyniku.

Przyjaciółki nie spojrzały po sobie z pobłażaniem. Magda zacisnęła palce na kubku, jakby powstrzymywała gotową odpowiedź.

— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Nie powinnam była robić z tego konkursu.

— Ja się zgodziłam.

— A ja naciskałam.

Diana skinęła głową. Nie potrzebowała, żeby Magda wzięła na siebie wszystko. Nie potrzebowała też zapewnień, że na pewno kogoś znajdzie. To zdanie zawsze brzmiało tak, jakby życie było poczekalnią, a ona miała jeszcze tylko cierpliwie czekać na właściwy numer.

Wypiły kawę. Rozmawiały o pracy, o remoncie u siostry Magdy i o cenach pomidorów. Diana śmiała się raz czy dwa, nie dlatego, że chciała pokazać, że nic jej nie jest. Wychodząc, przytuliła Magdę krótko, mocno, bez obietnicy, że od teraz wszystko będzie prostsze.

Na chodniku wyjęła telefon. Napisała: „Przepraszam, że naciskałam, chociaż wiedziałam, gdzie postawiłeś granicę. Nie oczekuję odpowiedzi ani zaproszenia. Mam nadzieję, że przekazanie książek pójdzie dobrze”. Przeczytała wiadomość dwa razy. Nie dopisała, że tęskni. Nie dlatego, że to nie była prawda, tylko dlatego, że nie chciała zamieniać przeprosin w kolejną prośbę. Wysłała.

Tego dnia nie poszła na bazar ani do czytelni. Zrobiła pranie, przestawiła doniczkę na parapecie, zjadła kanapkę nad zlewem, bo nie miała ochoty nakrywać do stołu dla jednej osoby. Telefon milczał. Wieczorem wyszła po zakupy: mleko, chleb, jabłka i proszek do prania, którego skończyło się więcej, niż sądziła. Siatka wpijała jej się w palce, kiedy skręciła w bramę kamienicy.

Wit stał pod jej klatką. Bez bukietu, bez nerwowego krążenia. Trzymał książkę przyciśniętą do boku, a kciukiem gładził zagięty róg okładki. Diana rozpoznała ją po jasnej plamie na grzbiecie — pożyczyła mu ją w środę, kiedy sprzeczali się o to, czy zakończenie zdradza się w opisie. Powiedziała wtedy, że chce wiedzieć, co o nim myśli. Prawie o tym zapomniała.

Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Z okna nad bramą dobiegał odgłos telewizora, ktoś trzaskał drzwiami na klatce. Wit przesunął ciężar z nogi na nogę.

— Mogę ci pomóc z zakupami? — zapytał.

— Mogę sama. — Uniosła siatkę, która natychmiast zsunęła się jej z palców. Wit podtrzymał ją za uchwyt. — Ale możesz wziąć chleb.

Wziął chleb, jakby otrzymał zadanie wymagające uwagi. Weszli do sieni i postawili zakupy na niskim parapecie przy skrzynkach pocztowych. Diana nie zaprosiła go od razu na górę. On też nie próbował przekonać jej, że powinien wejść.

— Dostałem twoją wiadomość — powiedział. — Dziękuję. I za przeprosiny. Nie chciałem, żebyś myślała, że sobota miała być karą.

Diana spuściła wzrok na papierową torbę.

— Tak to zabrzmiało.

— Wiem. — Wit ścisnął książkę w dłoniach. — Bałem się nie tylko tego, że chcesz mnie przedstawić znajomym. Bałem się, jak bardzo chciałem tam zostać. Przy tobie. To było łatwiejsze do zignorowania, kiedy mogłem powiedzieć sobie, że wszystko skończy się w sobotę.

Nie próbował tego zdania osłodzić. Diana poczuła, jak napina jej się gardło, ale tym razem nie szukała żartu, który mógłby odciągnąć ich od sedna.

— Mogłeś mi powiedzieć, że potrzebujesz czasu — odparła. — Że nie chcesz iść. Nie musiałeś od razu wyznaczać końca.

— Wiem. Kiedy czuję, że ktoś czegoś ode mnie chce, zaczynam myśleć, że zaraz nie będę miał gdzie odetchnąć. Nawet jeśli ten ktoś jest ważny. Zwłaszcza wtedy, chyba.

Diana wsunęła dłonie do kieszeni płaszcza.

— Ja z kolei, kiedy boję się, że ktoś się wycofa, próbuję przyspieszyć sprawy. Wcisnąć je w ramy, w których łatwiej dostać odpowiedź. Nie mogę ci obiecać, że już nigdy nie poczuję się odrzucona.

— Nie oczekuję tego.

— Mogę za to spróbować powiedzieć ci, że się boję, zamiast robić z ciebie występ przed innymi ludźmi.

Wit patrzył na nią uważnie. Nie wyciągnął ręki, nie poprosił o wybaczenie, które miałoby zamknąć rozmowę szybciej, niż oboje byli gotowi. To właśnie sprawiło, że Diana znów poczuła przy nim miejsce na własny oddech.

— We wtorek? — zapytał. — Jeśli masz ochotę. Możemy się spotkać po pracy. Bez ustalania, kiedy to się kończy. I bez deklaracji składanych na pokaz.

— We wtorek — powiedziała.

Wit opuścił ramiona. Nie uśmiechnął się szeroko, ale coś w jego twarzy odpuściło.

Diana podniosła siatkę.

— A teraz możesz ze mną przejść kawałek. Tylko spacer. Nie randka, którą będę potem opisywać Magdzie.

— Dobrze. Dokąd?

— Nie wiem. W tamtą stronę jest park. Możemy zawrócić, jeśli będzie nudno.

— To uczciwy opis.

Ruszyli ulicą, niosąc zakupy na zmianę. Chodnik był nierówny, co kilka kroków mijali kogoś z psem albo torbą z warzywniaka. Wit szedł obok niej, nie za blisko, ale też nie tak, jakby już szukał drogi ucieczki. Przy przejściu dla pieszych poczekał, aż zapali się zielone światło. Diana podała mu cięższą siatkę, a on przyjął ją bez komentarza.

Nie wiedziała, co będzie we wtorek. Nie wiedziała nawet, czy zdołają za tydzień równie spokojnie rozmawiać o tym, czego się boją. Po raz pierwszy od dawna nie próbowała zamienić niewiedzy w test ani wynik do ogłoszenia. Wystarczało, że szli obok siebie, a żadne z nich nie musiało udowadniać, że zasługuje na to miejsce.

Ostatni świecący tor
Niepogoda na tarasie
Prawda pod skórą