Ostatni świecący tor
W dusznej kręgielni w Szopienicach Judyta spotyka Kornela, mężczyznę, który zawsze wybiera pracę. Między nimi iskrzy, lecz stawką nie jest zwycięstwo, a odwaga, by komuś zaufać.
— Nie szarp tego, bo odpadnie razem z panelem — powiedziała Judyta, zanim chłopak w koszulce z herbem GKS zdążył wcisnąć przycisk drugi raz.
Spod plastikowej obudowy wysunęła się karta do gry, zmięta i wilgotna od potu. Judyta wyprostowała ją na ladzie, a potem stuknęła palcem w napis WYŁĄCZONE, który przyklejono nad panelem taśmą malarską. W podziemiach domu kultury w Szopienicach taśma trzymała się lepiej niż połowa urządzeń.
Z kilku torów działał już tylko jeden. Świecił na niebiesko, jakby miał własną pogodę, i buczał tak głośno, że radio za barem mogło równie dobrze nadawać do ściany. W powietrzu mieszały się zapach starej wykładziny, frytury z baru na parterze i środka do mycia podłóg. Poniedziałkowy upał docierał tu nawet przez grube drzwi: wilgotny, ciężki, przyklejający bluzkę do pleców.
Judyta zdjęła okulary i przetarła je rogiem koszulki. Okrągłe szkła bez oprawek znów zsunęły jej się z nosa, choć poprawiała je co kilka minut. Na jasnej skórze przy skroniach lśniły drobne krople potu; czarne włosy upięła wysoko, ale kilka pasm i tak przykleiło się do karku.
— Dobra, już — mruknął chłopak i odsunął się od panelu.
— Dobranoc. I nie próbujcie wynosić kul. Są cięższe, niż wyglądają.
— Nie planowaliśmy.
— Wszyscy tak mówią.
Wyszedł z kolegami, a Judyta zamknęła drzwi na klucz. Do końca zmiany zostało jej jeszcze sprzątnięcie kubków, przetarcie lady i wpisanie stanu kasy. Potem autobus na Burowiec, kilka przystanków przez rozgrzane miasto i do domu, w którym jej dwunastoletni syn pewnie będzie udawał, że odrabia matematykę, jednocześnie oglądając coś na telefonie.
Wiedziała, co zrobi po wejściu: otworzy wszystkie okna, choćby przeciąg miał poruszyć tylko firanką. Ustawi krzesło przy tym wychodzącym na podwórko i poczeka na chłodniejszy podmuch, który czasem spływał między kamienicami dopiero po zmroku. Życie miała poukładane. Nie piękne, nie łatwe, ale własne. Czynsz opłacony, lodówka zaopatrzona, syn wiedział, gdzie leżą czyste skarpetki. Na tym kończyła się lista rzeczy, którym ufała bez zastrzeżeń.
Zegar nad zapleczem pokazał dwadzieścia minut po dziewiątej, kiedy ktoś nacisnął dzwonek przy wejściu.
Judyta zerknęła na drzwi. Zamknięte.
Dzwonek rozległ się drugi raz.
— Już zamykamy! — zawołała.
Po drugiej stronie szyby stał mężczyzna w jasnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Nie wyglądał na kogoś, kto pomylił dni tygodnia ani wejścia do budynku. Kiedy Judyta odsunęła zasuwę, wszedł, a za nim wdarł się na chwilę gorący zapach asfaltu.
— Wiem. Widziałem kartkę — powiedział. — Pomyślałem, że może da się jeszcze zagrać jedną partię.
Miał spokojny głos i twarz, którą łatwo byłoby uznać za znajomą, gdyby nie sposób, w jaki rozglądał się po kręgielni: nie jak klient szukający toalety, tylko ktoś, kto wrócił w miejsce, którego nie odwiedzał od lat.
— Jeśli pan nie ma nic przeciwko temu, że będzie pan grał sam. Tor czasem zatrzymuje kule w połowie.
— To akurat pamiętam. Chodziłem tu w liceum. Wtedy działało wszystko.
— Wtedy pewnie i radio grało ciszej.
Kącik ust mu drgnął. Wybrał buty, zmienił je bez pośpiechu i stanął na rozbiegu. Pierwszy rzut poszedł prosto w rynnę. Przy drugim kula odbiła się od deski, pomknęła pod kątem i przewróciła jeden kręgiel, który przez chwilę kołysał się samotnie, zanim runął.
Mężczyzna spojrzał na Judytę, jakby oczekiwał raportu z awarii.
— Może pan spróbować celować w kręgle, zamiast negocjować z torem — powiedziała.
— Negocjacje zwykle idą mi lepiej.
— Z kręglami raczej nie podpisze pan umowy.
Tym razem uśmiechnął się naprawdę, krótko i bez pozy, a ona zauważyła, że ma zmęczone oczy. Nie takie po jednej nieprzespanej nocy. Raczej takie, które od dawna nie dostały polecenia, żeby przestać patrzeć na ekran.
Po kolejnych dwóch rzutach jego telefon zawibrował na stoliku. Mężczyzna zerknął na wyświetlacz. Kciuk zawisł nad odpowiedzią, potem odwrócił aparat ekranem do blatu.
— Nie musi pan udawać, że nie czeka pan na ważną wiadomość — powiedziała Judyta.
— Nie czekam. To tylko praca.
— Aha.
Mógłby na tym skończyć. Zamiast tego oparł dłonie o biodra i przez moment patrzył na niebieskie światło nad torem.
— Kilka dni temu odeszła ode mnie partnerka — powiedział. Bez westchnienia, bez uśmiechu, jakby podawał godzinę zamknięcia. — Powiedziała, że zawsze przegrywa z moją pracą. Trudno się kłócić z wynikiem.
Judyta odstawiła ścierkę. Znała ten rodzaj zdania, po którym ludzie oczekują, że podsunie się im coś pocieszającego. Że nie jest tak źle. Że jeszcze się ułoży. Miała w domu chłopca, który czasem pytał o ojca, i nie zamierzała rozdawać obietnic, których nikt nie potrafi dotrzymać.
— Nie będę udawała terapeutki — powiedziała.
— Nie prosiłem.
— Dobrze.
Wyciągnął kartę płatniczą.
— Poproszę wejście na resztę tygodnia. Na wszystkie wieczory.
— Sześć wejść?
— Sześć.
— To się nie zwraca, jeśli będzie pan tak grał.
— Nie kupuję tego dla wyniku.
Judyta wprowadziła kwotę do terminala. Kiedy podawała mu paragon, ich palce zetknęły się na ułamek sekundy. Jego dłoń była chłodna od klimatyzacji, jej rozgrzana od pracy. Oboje cofnęli ręce niemal jednocześnie.
— Do zobaczenia jutro — powiedział.
— Jeśli tor przetrwa.
Wyszedł, a dzwonek zadźwięczał za nim cicho. Judyta schowała paragon do szuflady, gdzie trzymała rachunki, zapasowe baterie i rzeczy, których nie chciała zgubić. Potem wyłączyła niebieskie światło. Buczenie ucichło tak nagle, że przez kilka sekund słyszała tylko własny oddech.
Następnego wieczoru Kornel Malinowski przyszedł siedem minut przed otwarciem toru. Bez jasnej koszuli, w ciemnym T-shircie, z telefonem w dłoni. Tym razem nie patrzył na kręgielnię tak, jakby wracał do wspomnienia. Wyglądał, jakby sprawdzał, czy wczoraj naprawdę tu był.
Judyta podała mu buty.
— Tor nadal buczy — uprzedziła.
— A pani nadal nie jest terapeutką?
— To zależy, czy zamierza pan opowiadać o swojej byłej.
— Nie. — Odłożył telefon ekranem do dołu. — Chciałem zapytać, czy mogę po prostu pograć w pani towarzystwie.
Judyta spojrzała na jego dłoń leżącą obok telefonu. Na ekranie, który rozbłysnął na moment, pojawił się rząd nieodczytanych powiadomień.
— Jedną partię — powiedziała. — I bez negocjowania z torem.
— Spróbuję.
Podała mu kulę. Ich palce znów się spotkały; tym razem żadne nie cofnęło ręki od razu.
Kula była ciężka, chłodna i gładka. Kornel ułożył palce w otworach, a Judyta poprawiła mu nadgarstek. Nie musiała go dotykać tak długo. Wiedziała o tym, kiedy już puściła jego dłoń.
— Teraz nie negocjuj — powiedziała. — Po prostu rzuć.
Posłuchał. Kula potoczyła się prosto, tym razem bez zbędnych rozmów z rynną. Strąciła cztery kręgle.
— Postęp — oceniła.
— W pani ustach brzmi prawie jak komplement.
— Nie przyzwyczajaj się.
Od wtorku do soboty ostatnia godzina kręgielni zaczęła należeć do nich. W środę Judyta nauczyła go rozpoznawać po dźwięku, że maszyna zaraz się zatnie. Trzeba było słuchać nie buczenia, tylko krótkiego metalicznego stuknięcia, które pojawiało się tuż przed nim.
— Jak w człowieku — powiedział Kornel, stojąc obok niej przy panelu. — Najpierw mały sygnał, potem wszystko siada.
— Człowiek przynajmniej nie wymaga smarowania.
— Nie wiem. Zależy, kogo zapytać.
Spojrzała na niego znad okularów. Uśmiech miał lekki, ale oczy znów zmęczone. Po chwili wspólnie odkręcali osłonę, a on trzymał latarkę w telefonie, kiedy Judyta wsunęła rękę między przewody. Jego przedramię musnęło jej ramię. Nie odsunęła się. Nie powiedziała też nic, kiedy światło zadrżało wraz z jego oddechem.
W czwartek przyszedł z papierową torbą z piekarni. W środku były dwie drożdżówki z serem, jeszcze ciepłe.
— Nie kupuję wdzięczności — uprzedził. — Po prostu nie zdążyłem zjeść kolacji.
— A ja mam wyglądać, jakbym nie jadła?
— Wygląda pani, jakby od trzech dni jadła na stojąco.
To było na tyle blisko prawdy, że przez moment nie odpowiedziała. Potem wzięła jedną drożdżówkę.
— Zmiany, zakupy, zebranie w szkole — powiedziała, odrywając kawałek ciasta. — Kacper zapomniał, że jutro ma przynieść brystol. Dowiedziałam się o dwudziestej, kiedy sklepy już zamknięte. Oczywiście potrzebował go w konkretnym kolorze.
— Udało się?
— Znalazłam w szufladzie coś, co kiedyś miało być dekoracją na święta. Jeśli nauczycielka zapyta, to jest burgundowy.
Kornel parsknął śmiechem. Nie takim grzecznym, jaki słyszała w pierwszych dniach, tylko prawdziwym, który zmienił mu twarz. Judyta ugryzła drożdżówkę i odwróciła wzrok, jakby to jej wcale nie zrobiło różnicy.
— Ja po każdym osiągniętym celu od razu wyznaczałem następny — powiedział później. Stali przy oknie na zapleczu, gdzie nocny wiatr poruszał luźnym rogiem firanki. — Firma miała działać na Śląsku, potem w całej Polsce. Potem chciałem kolejnego biura, większego kontraktu. Jak już coś miałem, przestawałem to zauważać.
— A co się działo, kiedy niczego nie zdobywałeś?
Popatrzył na ciemne szyby.
— Czułem się niepotrzebny.
Judyta nie podała mu żadnej gotowej odpowiedzi. Po prostu została obok, aż radio na dole zmieniło piosenkę, a wiatr przestał poruszać firanką.
Przed zamknięciem zapisała coś na odwrocie paragonu. Kornel zauważył, kiedy wsunęła go do szuflady.
— Co tam zapisujesz?
— Jedną dobrą rzecz z dnia.
— Nawet jeśli dzień był kiepski?
— Zwłaszcza wtedy. Dziś chłodny wiatr z okna.
— I drożdżówka?
— Nie przesadzaj.
W piątek paragon czekał na ladzie, obok jej kluczy. Kornel przeczytał zapis, nie dotykając kartki: „Ktoś pamiętał, że nie jadłam”. Judyta zabrała ją szybciej, niż musiała.
— Miała rację — powiedział Kornel.
— W czym?
— Moja była. Nie odszedłem od niej dlatego, że jej nie kochałem. Zawodziłem ją w zwyczajnych chwilach. Kolacje, które obiecałem. Telefony, na które nie oddzwaniałem. Tak często przepraszałem, że przestała wierzyć, że za przeprosinami cokolwiek się zmieni.
Judyta położyła paragon na ladzie. Jego wyznanie nie brzmiało jak prośba o pocieszenie. Może dlatego trudniej było udawać, że nic jej nie obchodzi.
Kiedy zamknęła kręgielnię, stali przez chwilę przy drzwiach. Kornel odsunął jej pasmo włosów, które przykleiło się do policzka. Zrobił to powoli, zostawiając jej czas, żeby mogła się odsunąć. Nie zrobiła tego.
Pocałunek był krótki, ostrożny i ciepły. Kiedy się odsunęli, Judyta nadal czuła jego palce przy swojej skroni.
— Ustalmy coś — powiedziała.
— Dobrze.
— Dla ciebie to może być pocieszenie po rozstaniu. Dla mnie kilka wieczorów, które należą tylko do mnie. Nie obiecujemy sobie niczego. I nie poznajesz Kacpra.
Kornel skinął głową, bez urazy.
— Rozumiem.
— Nie chcę, żeby pomyślał, że ktoś zostanie, jeśli sam tego nie wie.
— Nie będę go w to wciągał.
Ta uczciwość miała być granicą. Przez chwilę rzeczywiście nią była. Potem Kornel zaczął przychodzić wcześniej, a Judyta łapała się na tym, że wypatruje go, zanim zadzwoni dzwonek. Granica nie zniknęła. Po prostu zrobiło się po jej stronie coraz ciaśniej.
W sobotę po raz pierwszy poprosiła sąsiadkę, żeby została z Kacprem. Syn zmierzył ją spojrzeniem znad telefonu.
— Wychodzisz?
— Na chwilę.
— Z kim?
Judyta poprawiła mu grzywkę, choć od miesięcy nie pozwalał jej tego robić.
— Z dorosłym, który nie potrzebuje brystolu.
Roześmiał się i wrócił do ekranu. Ona włożyła granatową sukienkę, tę, którą zwykle uznawała za zbyt elegancką na zwykły wieczór. Kornel miał zabrać ją do małej restauracji przy rynku. Mieli spotkać się o ósmej.
O siódmej czterdzieści zadzwonił.
— Klient ma problem z dostawą — powiedział. W tle słychać było szum ulicy. — Mój zastępca może to przejąć. Powinienem mu to oddać.
Judyta ścisnęła telefon.
— A oddasz?
Zapadła krótka cisza.
— Nie. Bałem się, że coś przeoczy. Chciałem sam dopilnować.
Nie powiedział, że nie miał wyboru. Nie próbował zrobić z tego katastrofy. To, co powiedział, wystarczyło.
— W takim razie nie przychodź — odparła.
— Judyta, przepraszam.
— Wiem. Nie potrzebuję kolejnych szczerych przeprosin od człowieka, który mimo dobrych intencji nie przychodzi.
Rozłączyła się. Przez chwilę stała w przedpokoju, w sukience, z kluczami w dłoni. Z kuchni dobiegał głos sąsiadki rozmawiającej z Kacprem o jakimś filmie. Nikt nie wiedział, że właśnie odwołała wieczór, na który czekała.
Potem zdjęła sukienkę, powiesiła ją starannie w szafie i zapisała na odwrocie paragonu: „Kacper śmiał się przy kolacji”. Długopis zatrzymał się nad papierem. Dodała jeszcze: „Wyszłam z domu, zanim zdążyłam uwierzyć, że ktoś naprawdę przyjdzie”.
Złożyła paragon na pół i wsunęła go do szuflady.
W niedzielę rano Kornel zadzwonił do wspólnika, zanim zdążył otworzyć pocztę. Nie po to, żeby opowiedzieć mu o Judycie. Nie umiałby tego zrobić bez zamieniania jej w argument, a nie chciał używać jej rozczarowania do usprawiedliwiania czegokolwiek.
— Od przyszłego tygodnia przejmujesz wtorkowe i czwartkowe dyżury — powiedział. — Naprawdę. Klienci dostaną twój numer. Ustawię przekierowanie tylko w sprawach, które nie mogą czekać do rana.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Mówisz to od miesięcy.
Kornel spojrzał na telefon leżący obok laptopa. Ekran rozbłysnął powiadomieniem, ale tym razem nie sięgnął po niego odruchowo.
— Wiem. Dlatego nie proszę, żebyś mi uwierzył. Wysyłam ci za chwilę grafik i listę spraw, które możesz przejąć. Jeśli coś zawalę, poprawisz mnie. Ale nie będę już dzwonił do ciebie tylko po to, żebyś mnie wyręczył, kiedy sam nie umiem odpuścić.
Rozmowa nie skończyła się uściskiem dłoni ani gratulacjami. Wspólnik zadał kilka konkretnych pytań, Kornel zapisał odpowiedzi i otworzył kalendarz. Kiedy zamknął laptop, w mieszkaniu panowała cisza, której nie trzeba było natychmiast wypełniać.
Wieczorem pojechał do Szopienic. W kręgielni było duszno, jakby upał przez cały dzień siedział w podziemiach i czekał na otwarcie drzwi. Judyta stała za ladą z paragonem w dłoni. Nie musiała pytać, po co przyszedł. Na jego karcie zostało jedno wejście.
— Ostatnia gra? — zapytała.
— Jeśli nadal mogę.
Nie uśmiechnęła się, ale podała mu buty. Zrobiła to rzeczowo, tak samo jak każdemu klientowi. Kornel usiadł, zawiązał sznurówki i przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom. Judyta wróciła do przecierania lady. Ścierka sunęła po tym samym miejscu, choć blat już dawno był suchy.
— Nie przyszedłem po kolejną szansę — powiedział w końcu.
Judyta odłożyła ścierkę.
— To dobrze. Bo nie wiem, czy mam ją dla ciebie.
— Wiem.
Powiedział to bez pośpiechu. Nie próbował skracać ciszy, która zapadła potem.
— Wczoraj zawiodłem cię dokładnie tak, jak zawodziłem ją — dodał. — Zobaczyłem problem w pracy i uznałem, że tylko ja mogę go rozwiązać. Wiedziałem, że czekasz. Wiedziałem też, że mogę oddać sprawę komuś innemu. I mimo to wybrałem to, co zawsze. Nie dlatego, że praca była ważniejsza od ciebie. Dlatego, że łatwiej mi być potrzebnym tam, gdzie wszystko da się odhaczyć.
Judyta skrzyżowała ręce na piersi. W jej twarzy nie było już złości, która pomagała zachować dystans. Zostało coś mniej wygodnego: zmęczenie i uważność.
— Nie zmienię się w tydzień — powiedział. — Dzisiejsza rozmowa ze wspólnikiem tego nie naprawia. Nie mówię ci tego jako dowodu, za który należy mi się nagroda. Po prostu muszę zacząć robić to, co powinienem był robić wcześniej.
— A jeśli za miesiąc znowu będziesz stał nad klientem, przekonany, że bez ciebie wszystko się zawali?
— Pewnie będę miał na to ochotę. — Opuścił wzrok na własne dłonie. — Wtedy będę musiał zdecydować jeszcze raz. Nie mogę ci obiecać, że nie popełnię błędu. Mogę przestać udawać, że błąd znika, kiedy przeproszę.
Niebieskie światło nad torem mrugało, odbijając się w jego źrenicach. Z automatu dobiegło krótkie metaliczne stuknięcie. Judyta odruchowo spojrzała w stronę maszynerii.
— Zanim zacznie buczeć — powiedziała.
Kornel skinął głową, jakby zrozumiał, że mówi nie tylko o torze.
— Chciałbym kiedyś zaprosić cię na spotkanie i przyjść. Tyle. Nie proszę, żebyś mi uwierzyła dzisiaj. Możesz ocenić mnie po tym, czy dotrzymam słowa.
Judyta oparła dłonie o ladę. Przez sekundę patrzyła na swoje palce, na cienką białą kreskę po detergentach przy paznokciu.
— Najbardziej nie przestraszyło mnie to, że odwołałeś kolację — powiedziała. — Tylko to, jak bardzo na nią czekałam. Włożyłam sukienkę, która od miesięcy wisiała w szafie, i przez chwilę naprawdę pomyślałam, że mogę po prostu wyjść z domu, bo ktoś na mnie czeka. Potem zadzwoniłeś i poczułam się głupio, że zdążyłam w to uwierzyć.
— Nie byłaś głupia.
— Wiem. Ale łatwiej mi było tak pomyśleć, niż przyznać, że mi zależy.
Nie sięgnął po jej dłoń. To, że nie próbował zamienić jej wyznania w zgodę, poruszyło ją bardziej, niż chciała pokazać.
Judyta odsunęła się od lady i ruszyła na zaplecze. Kornel został przy stoliku, niepewny, czy ma iść za nią. Kiedy otworzyła okno, do środka wpadł pierwszy chłodniejszy podmuch. Poruszył rogiem firanki, uniósł kilka pasm jej włosów i przyniósł zapach mokrego betonu z podwórza. Po całym tygodniu skwaru powietrze wydawało się niemal ostre.
— Możesz zaprosić mnie na kawę w środę — powiedziała, nadal stojąc przy oknie. — Po mojej pracy. Nie w restauracji, w której kelner czeka, aż wyjmiemy płaszcze. Zwykła kawiarnia. Godzina, którą ustalimy, i potem każde wraca do swoich spraw.
Kornel podszedł tylko o krok.
— Dobrze. O której kończysz?
— O piątej. Ale nie przyjeżdżaj pod kręgielnię pół godziny wcześniej, żeby udowodnić, że umiesz czekać.
— Przyjadę na piątą.
— I Kacpra na razie nie poznajesz. Nie dopóki twoja obecność w moim życiu nie będzie czymś więcej niż obietnicą.
— Rozumiem — powiedział. Nie dodał, że kiedyś. Nie zapytał, ile czasu musi minąć. Przyjął granicę tak, jak się przyjmuje informację o czyimś domu: bez próby szukania drugiego wejścia.
Zagrali jedną partię. Kornel nie wygrał. Ostatnia kula odbiła się od deski i strąciła dwa kręgle; trzeci zakołysał się, ale został na miejscu. Judyta parsknęła cicho, a on spojrzał na nią z udawaną urazą.
— To było blisko — powiedział.
— Blisko nie liczy się w punktach.
— W innych sprawach czasem się liczy.
Nie odpowiedziała od razu. Potem skinęła głową, jakby dopuściła taką możliwość, ale jeszcze jej nie rozstrzygała.
Kiedy zamknęli kręgielnię, Judyta sprawdziła panel, wyłączyła światło nad jedynym działającym torem i przekręciła klucz w drzwiach. Wyszli razem na ulicę. Nocne powietrze było chłodniejsze; na chodniku połyskiwały plamy po krótkim deszczu. Nie wzięli się za ręce. Kornel szedł obok niej, nie przed nią, a ich kroki zlały się na moment na nierównym chodniku.
W środę była kawa. Na razie tylko tyle. Judyta nie musiała obiecywać mu niczego więcej, a Kornel nie musiał udawać, że już wie, kim będzie za pół roku. Mieli przed sobą zwyczajną godzinę, do której trzeba było dotrzeć na czas.
Po raz pierwszy od dawna ta skromna obietnica nie brzmiała jak za mało.