Kiedy cichnie śnieg
Zasypany śniegiem Olsztyn zamyka Patrycję i Tobiasza w magazynie, gdzie wspólna praca szybko przestaje być jedynym powodem, by zostać. Czy zaufają sobie, zanim obietnice znów ich rozdzielą?
— Jeśli jeszcze raz policzę te same puszki, zacznę je śnić po nocach — mruknęła Patrycja i skreśliła ostatnią pozycję na wydruku.
Na ekranie kolektora migała godzina 5.17. Za bramą magazynu ciężarówka, która przywiozła dostawę, zniknęła już dawno, zostawiając po sobie zapach spalin, mokrego kartonu i rybnej karmy. Patrycja stała między paletami z długopisem w zębach, a włosy w kolorze miodowego blondu wysuwały się spod gumki i opadały jej na plecy. W odbiciu czarnego ekranu telefonu zobaczyła rozmazaną kreskę pod okiem. Starła ją kciukiem, rozmazując jeszcze bardziej.
Wczoraj zamknęła sklep, została po godzinach, bo system pomylił numery partii, a potem wróciła do domu z reklamówką pieczywa, którego nie miała już siły zjeść. Dziś miała tylko dokończyć dostawę, wrócić do mieszkania i położyć się na dokładnie cztery godziny. O 11.30 wstać. Prysznic. Zupa z zamrażarki. Nie odbierać telefonu, jeśli nie będzie pożaru.
Za szklanymi drzwiami wejściowymi poranek zniknął pod śniegiem. Płatki przesuwały się ukośnie w świetle lamp parkingowych, bez podmuchów i huku, jakby ktoś zasypywał park handlowy po cichu, z niepokojącą cierpliwością. Patrycja przystanęła z kolektorem w dłoni. Na drogę dojazdową nie wjeżdżał żaden samochód.
Telefon zawibrował na skrzynce po karmie.
— Otwieramy? — zapytała, odbierając.
Kierownik westchnął tak, jakby to pytanie zadał mu już cały Olsztyn.
— Nie ma szans. Dojazd zasypany, ochrona zamyka parking. Pług podobno będzie za kilka godzin. Nikogo nie wpuszczamy, nikogo nie wypuszczamy, dopóki nie powiedzą, że jest bezpiecznie. Zostańcie na zapleczu.
— My?
— Ty i Tobiasz. On już jest?
Patrycja spojrzała na listę dostawy. Tobiasz pracował na sali sprzedaży, a jego zmiana zaczynała się po otwarciu.
— Nie wiem.
— To zaraz się dowiesz. I nie próbujcie odśnieżać parkingu łopatą, bo znam wasze pomysły.
Rozłączył się, zanim zdążyła zapytać, czy jej plan drzemki zostanie uznany za pomysł.
Znalazła Tobiasza na końcu zaplecza, przy stanowisku do kompletowania zamówień. Miał na sobie granatową bluzę z logo sklepu, a na ramieniu wisiała mu kamizelka odblaskowa. Telefon trzymał przy uchu, drugą ręką przesuwał paczkę karmy po stole. Z głośnika dobiegały urywki głosów.
— Nie, Radek, nie możesz zbudować sanek z koszyków sklepowych. Po pierwsze, nie mamy ich tyle, po drugie, w regulaminie nie ma punktu o ewakuacji personelu zaprzęgiem — powiedział Tobiasz. — Chociaż przy obecnej pogodzie rozważę zgłoszenie tego jako innowacji.
Ktoś roześmiał się po drugiej stronie. Tobiasz też. Patrycja odłożyła kolektor trochę głośniej, niż zamierzała.
Odwrócił głowę.
— Dzień dobry. Czy może raczej: noc dobry?
— Jeśli skończyłeś występ, potrzebuję dostępu do wagi.
— Oczywiście. Gwiazda wieczoru usuwa się w cień.
— Jest piąta rano.
— To tłumaczy, dlaczego publiczność taka wymagająca.
Patrycja wyciągnęła rękę po klucz do magazynku. Tobiasz podał go bez dyskusji i wrócił do rozmowy. Złość ugrzęzła jej gdzieś między gardłem a ziewnięciem. Nie miała energii na człowieka, który umiał z każdej przerwy zrobić scenę.
Wtedy zobaczyła kartkę przypiętą do paczki. Duże, starannie napisane nazwisko: pani Wolska. Pod spodem: karma dla kota, odbiór rano. Tobiasz wyciszył telefon.
— Dzwoniła wczoraj wieczorem — powiedział, sprawdzając etykietę. — Ma osiemdziesiąt parę lat i nie da rady dźwigać worka. Zostawiłem jej lżejsze opakowania. Wystarczą na kilka dni, ale zadzwonię, żeby nie ruszała się z domu. W tej zamieci nie chcę, żeby próbowała tu dotrzeć.
Patrycja spojrzała na ułożone obok siebie paczki. Nie było w tym nic efektownego. Tylko dwa worki mniej, za to mniejsze, i numer telefonu zapisany na kartce.
— Mogłeś to powiedzieć, zamiast opowiadać o saniach — rzuciła.
— Wtedy nikt by się nie roześmiał.
— Pani Wolska?
— Mam nadzieję, że ona też nie. Zaraz do niej zadzwonię.
Połączenie odebrała po kilku sygnałach. Tobiasz mówił spokojniej niż przed chwilą. Wyjaśnił, że sklep będzie zamknięty, że zamówienie jest przygotowane i że ktoś się z nią skontaktuje, kiedy dojazd zostanie odśnieżony. Nie obiecał, że przywiezie karmę. Nie zaproponował, że przejdzie przez zaspy. Kiedy pani Wolska zapytała, czy jej kotowi wystarczy zapas, przesunął wzrokiem po etykietach.
— Tak. Sprawdziłem. Na pewno wystarczy do poniedziałku.
Patrycja odwróciła się do palet, choć nie było już nic do liczenia.
Czekanie przeciągało się. Śnieg przyklejał się do szyb i zasłaniał parking, a ogrzewanie na zapleczu stukało, jakby w rurach uwięziona była garść drobnych kamieni. Włączyli telefon na głośnomówiący, żeby ustalić, które zamówienia można bezpiecznie wydać po wznowieniu pracy. Patrycja wypisywała na kartkach nazwiska, Tobiasz dzielił odbiory na pilne i takie, które mogły poczekać.
— Nie możemy obiecać ludziom godziny, jeśli nie wiemy, kiedy pług dojedzie — powiedziała.
— Możemy powiedzieć, że zadzwonimy.
— I potem dzwonić do trzydziestu osób?
— Wolałabyś wysłać im gołębia?
— Gołąb przynajmniej nie udaje, że panuje nad sytuacją.
Tobiasz uśmiechnął się krzywo.
— To dlatego gołębie mają lepszą reputację.
Powinna była wrócić do tabeli. Zamiast tego zapytała, skąd zna panią Wolską. Okazało się, że od miesięcy wybiera jej karmę, bo kot ma wrażliwy żołądek. Tobiasz pamiętał też, że starszy pan z Nagórek bierze zawsze dwie puszki dla psa sąsiadki, a pani z Jarot nie odbiera telefonu przed dziesiątą, bo opiekuje się wnukiem.
— Zapamiętujesz wszystkich? — spytała.
— Nie. Tylko tych, którzy mają zwierzęta z bardziej uporządkowanym życiem niż ja.
— Brzmi jak niska poprzeczka.
— I dlatego regularnie ją przeskakuję.
Przez chwilę pracowali w ciszy. Nie była niezręczna. Patrycja słyszała szelest papieru i cichy stuk jego palca o blat, gdy układał listę odbiorów. Zauważyła, że nie przerywa jej, kiedy sprawdza numery. Gdy znalazł rozbieżność w jednym zamówieniu, nie zażartował, tylko podał jej kartkę.
O dziewiątej zadzwonił kierownik. Pług wciąż nie dotarł, ale sklep miał zostać zamknięty przynajmniej do południa. Zapytał o listę starszych klientów i zamilkł, kiedy usłyszał, jak wiele nazwisk już na niej jest.
— Może zrobimy z tego próbę — powiedział. — Miesiąc regularnych dostaw dla starszych klientów. Na początek Olsztyn i okolice. Patrycja, ty ogarniesz zapasy i terminy. Tobiasz zna tych ludzi, więc weźmie kontakt i odbiory. Oboje jesteście na równych stanowiskach. Ustalcie plan, a ja go zatwierdzę.
Patrycja spojrzała na kartki, które jeszcze przed chwilą miały być tylko planem na kilka godzin. Tobiasz przestał obracać długopis.
— Jeśli się uda, odciąży to sklep — dodał kierownik. — Jeśli nie, po miesiącu kończymy.
— Jasne — powiedział Tobiasz od razu. — Damy radę.
Patrycja podniosła na niego wzrok. Nie zapytał, ile pracy będzie wymagało „damy radę”. Nie sprawdził, czy mają na to ludzi ani samochód. Powiedział to z taką swobodą, jakby obietnice nic nie ważyły.
— Najpierw policzymy, co faktycznie możemy dowieźć — odparła.
— Dlatego właśnie jesteś od zapasów.
— A ty od obiecywania?
— Tylko kiedy ktoś pyta.
Kierownik przysłał im pusty arkusz do wypełnienia. Tobiasz podsunął go Patrycji przez stół. Ich palce zetknęły się na ułamek sekundy; jego dłoń była ciepła, jej skóra chłodna od magazynowej wilgoci. Żadne nie cofnęło się od razu.
Potem telefon Tobiasza znów zawibrował. Na ekranie wyświetliło się nazwisko pani Wolskiej. Odebrał, słuchał chwilę, a uśmiech zniknął mu z twarzy.
— Nie, proszę pani, nie musi pani wychodzić. Zostanie pani w domu, dobrze? Ustalimy dostawę, kiedy droga będzie przejezdna.
Odłożył telefon i spojrzał na Patrycję.
— Jej zapas wystarczy do poniedziałku. Ale są inni.
Za szybą śnieg dalej zasłaniał parking. Patrycja spojrzała na pusty arkusz, na jego rękę opartą obok jej dłoni i na listę nazwisk, która nagle przestała być tylko listą.
— To zacznijmy od policzenia, ilu — powiedziała.
Tobiasz przysunął krzesło. Tym razem nie zażartował.
Zaczęli od listy. Potem przyszły telefony do klientów, tabela z adresami i rozmowa z kierownikiem, który zgodził się na miesięczny pilotaż pod warunkiem, że dostawy będą płatne, a ich liczba ograniczona do dwóch dni w tygodniu. Patrycja wpisała limity do arkusza, wydrukowała je i przypięła nad biurkiem. Tobiasz przeczytał kartkę, po czym dopisał pod spodem: „Nie obiecujemy teleportacji”.
— To nie jest śmieszne — powiedziała.
— Wiem. Dlatego napisałem małymi literami.
W następnych tygodniach Olsztyn składał się dla niej z nazwisk, numerów mieszkań i osiedlowych ulic, których zimą nie dało się odróżnić od siebie pod warstwą szarego śniegu. Jeździli sklepowym busem, kiedy kierownik mógł im go udostępnić, albo dzielili trasę tak, by Patrycja kompletowała zamówienia, a Tobiasz zanosił je pod drzwi. Poznawali ludzi, którzy otwierali im mieszkania w kapciach, i zwierzęta, które z powagą obwąchiwały torby. Pani Wolska zawsze pytała, czy kot ma już dość tej samej karmy. Starszy pan z Nagórek za każdym razem usiłował wcisnąć Tobiaszowi drobne „na herbatę”, choć dostawę opłacał w sklepie.
— Panie Sawicki, przecież pan dźwiga — nalegał.
— To prawda. Ale mam też dwie ręce, żeby odmówić.
Mówił to z uśmiechem, a potem w drodze do samochodu sprawdzał, czy starszy pan ma czym posypać schody.
Patrycja nauczyła go zapisywać dodatkowe prośby, zanim zdążył na nie odpowiedzieć. On nauczył ją, że po pracy można przez dziesięć minut nie sprawdzać telefonu. Któregoś popołudnia, gdy przystanek na Jarotach tonął w mokrym śniegu, zamiast ruszyć najkrótszą drogą, skręcił w boczną ulicę.
— Dokąd idziemy?
— Nie wiem. To eksperyment.
— Nie lubię eksperymentów bez celu.
— Jest cel. Kawa.
Zatrzymał się przy małej kawiarni, gdzie szyby zaparowały od mokrych kurtek i gorącego powietrza. Patrycja zamówiła herbatę, nie kawę. Tobiasz nie zaproponował jej niczego słodkiego, choć zwykle próbował. Przyniósł kubek i postawił przed nią.
— Bez hibiskusa — powiedział. — Pamiętam.
— Mówiłam ci to raz.
— Raz wystarczy, jeśli człowiek słucha.
Miała odpowiedzieć czymś lekkim. Zamiast tego ogrzała dłonie na kubku i patrzyła na krople spływające po szybie.
— Nie chce mi się wracać do pustego mieszkania — powiedziała w końcu.
Tobiasz nie spojrzał na nią od razu. Przesunął łyżeczkę po spodku, aż przestała brzęczeć.
— Możemy tu posiedzieć.
Nie zapytał, dlaczego mieszkanie jest puste. Nie próbował naprawić zdania. Patrycja poczuła, jak coś w niej rozluźnia się o milimetr.
Innego dnia to ona zauważyła, że jego dowcipy przychodzą szybciej, kiedy jest zmęczony. Mówił wtedy więcej, śmiał się głośniej i przerzucał ciężar rozmowy na innych, jakby nie chciał, by ktokolwiek zdążył zapytać, czy wszystko w porządku. Kiedy po kolejnej trasie siedzieli w szatni, z butami do połowy rozwiązanymi, nie dała mu uciec w opowieść o kliencie, który pomylił karmę dla królika z karmą dla chomika.
— Tobiasz.
Zamilkł. Przez chwilę obracał w palcach kluczyk od busa.
— Odkąd pamiętam, byłem tym, który poprawiał wszystkim humor — powiedział. — W domu, w szkole, potem w pracy. Jak ktoś się śmieje, to przynajmniej wiadomo, że nie chce wyjść.
— A kto pyta, co u ciebie?
Wzruszył ramieniem. Ten gest wyglądał na wyćwiczony.
— Rzadko kto. Nie mam pretensji. Sam ich tego nauczyłem.
Patrycja nie znalazła odpowiedzi, która nie brzmiałaby jak gotowa pociecha. Dotknęła więc jego rękawa, tuż nad nadgarstkiem. Tobiasz obrócił dłoń, a jej palce na sekundę spoczęły na jego ciepłej skórze.
— U mnie w domu obietnice miały krótką datę ważności — powiedziała. — Ktoś mówił, że będzie o siedemnastej, a przychodził następnego dnia albo wcale. Więc zaczęłam robić listy. Jeśli wszystko było zapisane, przynajmniej wiedziałam, co się nie wydarzy.
— To dlatego tak pilnujesz godzin?
— Między innymi.
Nie powiedziała mu, ile razy jako dziecko czekała przy oknie. Nie musiała. Jego kciuk przesunął się po jej palcach, lekko, jak pytanie. Została jeszcze chwilę, zanim zabrała rękę.
Przy szatni zaczęli zwlekać z pożegnaniem. Tobiasz zapinał kurtkę, choć już ją zapiął. Patrycja sprawdzała zawartość torby, choć znała ją na pamięć. Żadne nie proponowało, żeby poszli razem, a jednak często wychodzili w tym samym momencie.
W arkuszu pojawiły się czerwone uwagi. Trzy dodatkowe prośby, dopisane przez Tobiasza poza ustalonym limitem. Potem dwie kolejne. Gdy Patrycja zapytała, wyjaśnił, że pani z Dajtek nie ma nikogo, kto wniósłby jej worek do mieszkania, a pewien starszy klient został bez karmy wcześniej, niż zakładał.
— Mamy zastępstwo w piątek — powiedziała. — Mogę przesunąć jedną trasę. Ale nie obiecuj niczego, zanim sprawdzimy, czy się da.
— Wiem.
— Nie, Tobiasz. Właśnie nie wiesz. Mówisz „załatwię”, a potem ktoś musi ustalić, jak.
Na moment spoważniał. Potem uśmiechnął się tym swoim szybkim, jasnym uśmiechem.
— Przyjmuję uwagę. Zapiszę ją w arkuszu.
Patrycja chciała wierzyć, że wystarczyło. W końcu przez większość miesiąca dotrzymywali terminów. Zwierzęta dostawały karmę, kierownik widział sens w projekcie, a ona zaczęła rozpoznawać kroki Tobiasza na korytarzu, zanim jeszcze wszedł do magazynu. Kiedy przynosił jej herbatę, nie pytał już, jaką. Kiedy ona widziała, że ma dość, nie prosiła go o kolejny żart.
Pod koniec miesiąca wszystko spiętrzyło się w jeden poranek: opóźniona dostawa, chory kierowca i telefon od Tobiasza, że nie zdąży na trzy dodatkowe adresy. Patrycja stała przy biurku kierownika, słuchawkę przyciskała do ucha, drugą ręką zaznaczała klientów, do których trzeba było zadzwonić. Kierownik szukał zastępstwa, ona proponowała nowe godziny. Zwierzęta nie zostały bez karmy. Ale ludzie czekali przy drzwiach albo wyglądali przez okna na ulicę, która nie przyniosła obiecanego samochodu.
Kiedy Tobiasz wrócił, śnieg topniał mu na ramionach. Patrycja czekała w pustym pokoju socjalnym. Na stole leżał wydruk z dopisanymi przez niego adresami.
— Powiedziałeś im, że będziesz — odezwała się.
— Myślałem, że zdążę.
— A kiedy zrozumiałeś, że nie zdążysz, nie zadzwoniłeś.
— Chciałem najpierw spróbować.
— Oni czekali. Ja dzwoniłam za ciebie.
Tobiasz opuścił wzrok na kartkę. Nie próbował żartować. To zabolało ją bardziej, niż gdyby znowu zasłonił się uśmiechem.
— Nie chcę być osobą, która pilnuje twoich obietnic — powiedziała. — Ani w pracy, ani poza nią. A chcę być blisko ciebie. Właśnie dlatego muszę to powiedzieć.
Jego twarz drgnęła, jakby odruchowo szukał słów, które zwykle ratowały go w podobnej chwili. Nie znalazł ich.
— Rozumiem — powiedział w końcu.
Patrycja czekała na „ale”. Nie padło.
Wyszli osobno. Przez następne dni rozmawiali tylko o trasach i zamówieniach. Przy szatni Tobiasz nie zwlekał z pożegnaniem, a ona nie patrzyła, czy odwróci się w drzwiach. W arkuszu nadal widniały ich nazwiska obok siebie. Tymczasem między nimi zrobiło się tyle miejsca, że Patrycja nie wiedziała już, jak przejść na drugą stronę.
Przez pierwsze dwa dni Patrycja nie sprawdzała, czy Tobiasz wpisał do arkusza nowe adresy. Otwierała plik tylko po to, by uzupełnić stany magazynowe, i za każdym razem zatrzymywała wzrok na jego nazwisku. Potem zamykała komputer, zanim zdążyła sprawdzić cokolwiek więcej.
Nie pytała kierownika, jak poszły dostawy. Nie zaglądała na salę sprzedaży pod pretekstem, że musi coś zweryfikować. Kiedy słyszała jego głos za drzwiami magazynu, poprawiała etykiety albo odbierała telefon. Zajmowała ręce, bo z nimi łatwiej było jej nie robić tego, co chciała: podejść i zapytać, czy jadł, czy jest zmęczony, czy wciąż nosi w kieszeni kluczyk od busa.
Granica była słuszna. Wiedziała o tym. Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, jak szybko zamieniła ją w mur. W domu, przy zlewie pełnym naczyń i niedojedzonej zupie, jej telefon leżał ekranem do dołu. Nie czekała na wiadomość, powtarzała sobie. Tylko co jakiś czas podnosiła go, żeby sprawdzić godzinę.
Tobiasz nie próbował jej zatrzymać ani naprawiać tego, co powiedziała. Przez kilka dni rozmawiali wyłącznie o pracy. Jego „dzień dobry” brzmiało zwyczajnie, tak samo jak pytania o numery partii i godziny odbiorów. Nie żartował, kiedy mijali się przy szatni. Patrycja była wdzięczna za ten szacunek, a jednocześnie każdy taki spokojny, krótki kontakt wbijał jej pod żebrami małą drzazgę.
W czwartek kierownik poprosił ją o podsumowanie pilotażu. Zanim zdążyła otworzyć arkusz, na biurku pojawiła się kartka zapisana ręką Tobiasza. Rzeczywista liczba kursów, które mógł obsłużyć bez przeciążania pozostałych obowiązków. Obok: propozycja przyjmowania zamówień do określonej godziny, zamykania listy po osiągnięciu limitu i informowania klientów od razu, jeśli termin nie jest pewny. Żadnych dodatkowych adresów dopisywanych w biegu.
— To on przygotował? — zapytał kierownik.
Patrycja skinęła głową.
— I sam zadzwonił do tych, którym wcześniej obiecał za dużo — dodał. — Nie zwalał tego na nikogo. Powiedział, co może zrobić, a czego nie. To dobry początek.
Patrycja przesunęła palcem po brzegu kartki. Ucieszyła ją ta wiadomość. Zabolało ją, że nie mogła mu tego powiedzieć od razu.
W ostatni poranek miesięcznej próby przyszła na zaplecze przed otwarciem. Ogrzewanie stukało w rurach, na stole leżał świeży wydruk z zamówieniami, a przez szklane drzwi wejściowe widać było parking poszarzały po zimie. Przy stanowisku do kompletowania paczek stał Tobiasz. Bez kamizelki, z kubkiem herbaty w dłoni. Na jej widok odstawił go na blat.
— Dzień dobry — powiedziała.
— Dzień dobry.
Została przy drzwiach, choć przecież przyszła sprawdzić dostawę. Przez chwilę słyszała tylko pracującą lodówkę w pokoju socjalnym i odległy szum ulicy.
— Kierownik pokazał mi twoją propozycję — odezwała się. — Jest konkretna. Powinna zadziałać.
— Nie chciałem już oddawać ci czegoś, co sam powinienem ogarnąć.
Nie powiedział tego z wyrzutem. Właśnie dlatego trudno było jej odwrócić wzrok.
Tobiasz splótł dłonie na brzegu stołu. Nie uśmiechał się, nie szukał w powietrzu żartu, którym mógłby osłonić następne zdanie.
— Nie potrzebuję cię do prowadzenia mojego życia, Patrycja. Wiem, że brzmi to trochę jak przemowa z zebrania, ale nie umiałem znaleźć lepszego początku. Chciałem powiedzieć, że chciałbym móc przy tobie czasem nie być zabawny. Nie mieć gotowej odpowiedzi. Nie rozładowywać wszystkiego, zanim ktoś zdąży zauważyć, że coś jest nie tak.
Patrycja opuściła wzrok na kartki. Jedna z nich miała lekko zagięty róg. Przypomniała sobie, jak podczas zamieci podał jej pusty arkusz i jak przez chwilę ich dłonie leżały obok siebie, zanim jeszcze wiedzieli, co z tym zrobić.
— Ja też nie chcę być twoją kontrolą jakości — powiedziała. — Ani osobą, która pilnuje, żebyś dotrzymywał słowa. Ale przez te kilka dni łapałam się na tym, że chcę wiedzieć, jak ci idzie. Nie dlatego, że czegoś od ciebie potrzebowałam. Po prostu… myślałam o tobie. Tęskniłam.
Tobiasz wciągnął powietrze, jakby miał coś powiedzieć, ale tym razem nie przerwał jej ani nie wypełnił ciszy za nią.
— I chcę spróbować — dodała. — Z tobą. Tylko nie umiem obiecać, że będę spokojna, kiedy coś się zmieni. Nie potrafię rozpisać związku na bezbłędny miesiąc i sprawdzić, czy wszyscy wykonali swoje zadania.
— Dobrze — powiedział cicho. — Bo ja nie umiem obiecać, że nigdy nie zrobię czegoś głupiego.
— Tego akurat się domyślam.
Kącik jego ust drgnął, lecz nie zamienił się w uśmiech na pokaz. Patrycja podeszła bliżej. Nie rzuciła mu się w ramiona ani nie powiedziała, że wszystko już jest dobrze. Położyła dłoń na stole, obok jego. Zostawiła między nimi tyle miejsca, ile sama potrzebowała.
Tobiasz odwrócił swoją i dotknął jej palców.
— Po pracy — powiedziała — pójdziemy na spacer.
— Dokąd?
— Nie wiem. Bez trasy.
Tym razem się uśmiechnął, nie szeroko, tylko tak, jakby usłyszał zaproszenie, a nie próbę. Skinął głową.
Przez dzień pracy nie wszystko szło gładko. Jedno zamówienie miało błędny numer telefonu, a dostawa przyjechała później, niż zapowiadano. Tobiasz nie dopisywał kolejnych adresów. Dzwonił, wyjaśniał, proponował realne godziny. Patrycja pilnowała stanów i nie przejmowała jego telefonu z rąk, choć raz już miała taki odruch. Kiedy klient nie odebrał, Tobiasz zostawił wiadomość i wpisał próbę kontaktu do arkusza. Nie musiała po nim poprawiać.
Po zmianie wyszli razem z zaplecza. Na parkingu śnieg skurczył się do brudnych, nierównych pasów przy krawężnikach. Woda spływała rynsztokiem i zbierała się w płytkich kałużach. Powietrze pachniało mokrą ziemią, solą i spalinami.
Ruszyli w stronę przystanku, potem skręcili w ulicę, którą Tobiasz kiedyś wybrał, żeby pójść na kawę. Nie ustalili, dokąd pójdą. Minęli sklep z pieczywem, przystanek pełen ludzi w rozpiętych kurtkach i blok, na którego balkonach ktoś strzepywał z parapetów resztki śniegu.
— Jutro mam wolne — powiedział Tobiasz po chwili. — Chciałbym spędzić z tobą trochę czasu. Nie w ramach projektu.
Patrycja poczuła, że palce same zaciskają jej się na pasku torby. Nie dlatego, że chciała uciec. Raczej z przyzwyczajenia do tego, że każdą propozycję trzeba najpierw sprawdzić pod kątem ryzyka.
— Jutro po południu mogę — odpowiedziała. — Zadzwoń rano. Jeśli nie zdążysz, napisz, że się spóźnisz. Nie obiecuj, że będziesz o czasie, jeśli nie wiesz.
— Umowa.
— I nie musisz przynosić mi herbaty.
— A jeśli będę miał ochotę?
— To możesz przynieść.
Tobiasz wsunął dłoń w jej dłoń. Zrobił to bez pośpiechu, zostawiając jej czas na decyzję. Patrycja splotła z nim palce. Na rogu ulicy zapaliło się zielone światło. Przeszli przez jezdnię razem, nie szybciej niż ludzie wokół nich.
Nie wiedziała, jak będzie wyglądał kolejny miesiąc. Wiedziała tylko, że jutro ma przyjść telefon, a potem dzień, którego nie da się zawczasu rozpisać. Tym razem ta myśl nie kazała jej sięgać po listę. Wystarczyło, że Tobiasz szedł obok, a ona nie musiała ani wyznaczać mu drogi, ani iść za nim. Mogli po prostu wybierać następny krok.