Między podmuchami
Otylia szuka słów, które nie brzmią jak gotowy brief. Kosma boi się pokazać niedokończoną pracę. Na wietrznym dachu Rzeszowa ich współpraca może poruszyć więcej niż metalowe płatki.
Kartka numer trzy uciekła jej z teczki, zanim Otylia zdążyła dopisać na niej ostatnie zdanie.
Pofrunęła przez płaski dach, podrywając się na wietrze jak biały ptak, który nie miał pojęcia, że za ogrodzeniem zaczyna się krawędź. Otylia ruszyła za nią, przyciskając łokciem resztę papierów do piersi. Perłowa spinka wysunęła się z upięcia i złociste loki opadły jej na policzek.
— Nie teraz — mruknęła, łapiąc ją wolną ręką.
Za plecami buczały wentylatory. Metalowe osłony drżały po nocnej burzy, a na ich krawędziach wciąż lśniły krople deszczu. Rześkie powietrze pachniało mokrym betonem, kurzem i czymś słodkawym, co chyba wydobywało się z kanałów wentylacyjnych centrum. W dole Rzeszów budził się bez pośpiechu: po ulicach przesuwały się pojedyncze samochody, a w oddali nad blokami wisiała mleczna smuga chmur.
Otylia dopadła kartki przy niskiej barierce, zanim wiatr zdążył wepchnąć ją pod tymczasowe ogrodzenie. Przygnietła róg butem i odgarnęła włosy z ust. Na papierze, czarnym tuszem, widniało polecenie: Znajdź miejsce, z którego najlepiej widać całość.
Brzmiało jak coś, co napisał ktoś, kto nigdy nie musiał oddać tekstu przed terminem.
Otylia wsunęła kartkę do teczki i przycisnęła klips. Do niedzielnego poranka miała przygotować krótką trasę opowieści dla pracowników centrum handlowego. Kameralne wydarzenie na dachu, wyznaczona i zabezpieczona część, kilkanaście przystanków, żadnych fajerwerków. W sam raz, żeby udowodnić, że wciąż potrafi napisać coś, co zostaje w człowieku dłużej niż do końca spotkania.
Od miesięcy jej teksty były poprawne. Przejrzyste, sprawne, zgodne z briefem. Klienci odsyłali je z komentarzem: „Super, dzięki”, po czym prosili o fakturę. Otylia płaciła z nich za czynsz, prąd i zakupy, niekiedy w kolejności zależnej od tego, która płatność zaczynała wyglądać groźniej. Tyle że ostatnio każde zdanie układało się w niej w bezpieczny, gładki kształt. Tak łatwy do zaakceptowania, że równie dobrze mogłoby go nie być.
Wyjęła telefon. W wiadomości od koordynatorki, Marty, ostatnia linijka wciąż była widoczna: Materiały do akceptacji do niedzieli, godz. 9.00. Potrzebujemy też pewności, że instalacja jest gotowa.
Otylia schowała telefon, zanim zdążyła policzyć, ile rachunków czekało na pieniądze z tego zlecenia. Zamiast tego spojrzała na notatki. Miała plan: przejście od bramy technicznej do stanowiska z widokiem na miasto, potem przystanek przy zbiorniku na deszczówkę, na końcu — przy instalacji. Krótko, zgrabnie, bez ryzyka. Trasa, którą można było przeprowadzić nawet wtedy, gdy nikt nie chciał słuchać.
— Pani Otylio? — zawołała Marta od strony wyjścia na dach.
Koordynatorka stała przy otwartym włazie w kamizelce odblaskowej, z tabletem pod pachą i kubkiem kawy, z którego unosiła się cienka smużka pary. Obok niej dwóch pracowników kończyło sprawdzać mocowania barierek. To oni mieli pilnować, żeby zaproszeni nie zbliżali się do strefy serwisowej. Otylia już raz potknęła się o zwinięty kabel; wolała nie wyobrażać sobie, jak wyglądałby raport po spotkaniu, podczas którego autorka scenariusza wpadła na własną trasę.
— Jeszcze raz przejdę całość — powiedziała.
— Jasne. Tylko proszę nie wchodzić za taśmę. Montażysta będzie się tam kręcił.
— Montażysta?
Marta wskazała brodą środek dachu. W oddali, między paletami i skrzyniami transportowymi, stała konstrukcja z aluminiowych ram, przewodów i połyskujących, okrągłych elementów. Wyglądała jak coś, co zaczęło się od precyzyjnego rysunku, a potem zostało porzucone w połowie myśli.
— Instalacja centralna. Kosma Gołębiowski. Przyjechał rano, ale mówi, że jeszcze nie jest gotowa.
— Do wydarzenia zostało… — Otylia zerknęła na telefon. — Dwadzieścia sześć godzin.
— Wiem. — Marta upiła łyk kawy. Jej mina mówiła, że wiedziała to od szóstej rano. — Dlatego chciałabym, żebyście uzgodnili trasę z instalacją. Nie może być tak, że grupa stoi w jednym miejscu, a dzieło w innym. Albo na odwrót.
„Uzgodnili” zabrzmiało jak czynność, którą da się załatwić jednym mailem. Otylia skinęła głową, bo nie miała nic lepszego do zaoferowania.
Przeszła wzdłuż wyznaczonego szlaku, czytając po cichu swoje polecenia. Zatrzymaj się przy pierwszym znaku miasta. Odszukaj ślad wody. Spójrz na całość. Wszystko poprawne. Wszystko gotowe do przyjęcia bez sprzeciwu.
Przy trzeciej kartce wiatr zawrócił zza osłony wentylatorów i wyrwał ją z teczki. Tym razem poleciała prosto w stronę konstrukcji.
Mężczyzna, który klęczał przy jednym z metalowych ramion, podniósł głowę. Złapał kartkę jedną ręką, zanim uderzyła w jego ramię, a drugą przytrzymał cienki pręt kołyszący się na zawiasie. Przez moment obie rzeczy poruszały się razem: papier trzepotał, metal odpowiadał mu lekkim drżeniem.
Otylia zatrzymała się kilka kroków od taśmy.
— Dziękuję. Proszę jej nie czytać, to tylko instrukcja dla uczestników.
Mężczyzna spojrzał na kartkę, potem na nią. Był olśniewająco przystojny w sposób, który irytował ją już samą swoją skutecznością: ciemne włosy, lekko wilgotne na skroniach, mocne dłonie pobrudzone smarem i twarz, która nie wyglądała, jakby znała pojęcie niekorzystnego światła. Na mankiecie miał ciemną plamę, a przy ustach ledwie dostrzegalny ślad uśmiechu.
— Nie muszę czytać — powiedział. — Widzę, że kazała pani ludziom szukać miejsca, z którego najlepiej widać całość.
Otylia uniosła brew.
— To dość standardowe polecenie.
— Właśnie. A gdzie jest miejsce, w którym wolno się zatrzymać?
Pytanie było tak proste, że przez sekundę nie znalazła na nie odpowiedzi. Nie dlatego, że nie miała w trasie przystanków. Miała. Trzy. Wszystkie wymierzone co do metra, z krótką instrukcją, co zobaczyć i dokąd pójść dalej.
— Ludzie przychodzą na wydarzenie, nie na medytację — odparła. — Nie każdy musi spędzić pięć minut, kontemplując wentylator.
— Szkoda. Ten akurat ma ciekawy rytm.
— Artyści zawsze mają więcej czasu na kontemplowanie niż ludzie, którzy muszą oddać tekst przed niedzielą.
Uśmiech zniknął mu z ust, ale nie wyglądał na urażonego. Raczej jakby zapamiętał to zdanie i odłożył je gdzieś na później.
— Kosma — przedstawiła go Marta, która podeszła bliżej. — Otylia pisze trasę. Otylia, to właśnie Kosma. Instalacja jest częścią programu.
Otylia spojrzała na konstrukcję. Z bliska widać było, że niczego w niej nie porzucono. Metalowe koła łączyły cienkie cięgna, a przy każdym ramieniu wisiał mały, ciężki element przypominający wypolerowany kamień. Układ był precyzyjny, choć jeszcze niekompletny. Jeden z prętów drżał pod naporem wiatru, po czym wracał na miejsce z cichym kliknięciem.
— W takim razie dobrze byłoby, gdyby instalacja stała przed wydarzeniem — powiedziała.
Kosma przesunął kciukiem po zabrudzonej dłoni, jakby dopiero teraz zauważył smar.
— Będzie, jeśli będzie gotowa.
— To nie jest odpowiedź, która pomaga w planowaniu.
— A pani plan pomaga zobaczyć to, co jest, czy tylko przeprowadza ludzi przez kolejne punkty?
Marta odchrząknęła. Wiatr szarpnął brzegiem teczki Otylii, ale tym razem trzymała ją mocno.
— Do niedzieli rano macie uzgodnić trasę i dzieło — powiedziała koordynatorka. — Jeżeli nie będzie wspólnej wersji, oba elementy wypadną z programu. Nie mogę wpuścić grupy na dach, jeśli nie wiemy, gdzie ma iść i co tam zastanie.
Otylia spojrzała na Kosmę. On spojrzał na jej teczkę, pełną kartek, które niemal odleciały, i na instalację, która poruszyła się lekko, choć nikt jej nie dotknął.
— Czyli mamy jeden dzień — powiedział.
— Mamy mniej — odparła Otylia. — I ja nie zamierzam oddać pustej strony.
— Ja też nie.
W tej samej chwili konstrukcja wydała cichy, nierówny dźwięk. Kosma odwrócił się do niej natychmiast, jakby usłyszał w nim coś, czego nie słyszał nikt inny. Otylia zauważyła jego napiętą szczękę i rękę wyciągniętą w stronę drgającego ramienia. Przez krótką chwilę żadne z nich nie ruszyło się z miejsca.
Potem wiatr znów porwał kartkę z jej teczki — i tym razem Kosma nawet nie spojrzał za nią.
— To była ta, z której widać całość — powiedział.
Otylia przytrzymała pozostałe notatki przy piersi.
— W takim razie proszę ją znaleźć. Może pan wreszcie będzie miał okazję coś kontemplować.
Jego spojrzenie wróciło do niej. W kąciku ust pojawił się cień uśmiechu, którego nie zdążyła uznać za przyjazny ani za wyzwanie.
Za ich plecami wentylatory buczały równo. Przed nimi niedokończona instalacja poruszyła się po raz kolejny, jakby dach, wiatr i wszystkie brakujące zdania czekały na ich decyzję.
Kartka z poleceniem Znajdź miejsce, z którego najlepiej widać całość leżała później na parapecie sali zaplecza, przyciśnięta kubkiem po kawie.
Kosma przyniósł ją z dachu złożoną na pół. Nie skomentował, że zdążyła już trochę nasiąknąć wodą. Otylia też nie zapytała, czy znalazł miejsce. O dziewiątej rano nie miała jeszcze dość sił, żeby prowadzić spór o zdania, które sama napisała.
Sala była wąska, bez okien, z blatem roboczym i dwoma składanymi krzesłami. Za ścianą pracownicy centrum przesuwali wózki, a gdzieś piętro niżej ktoś uruchomił odkurzacz. Marta zostawiła im klucz i przypomniała, że na dach mogą wejść tylko z panem Leszkiem z działu technicznego. Kiedy Leszek pojawiał się w drzwiach, w pomarańczowej kamizelce i z pękiem kluczy przy pasku, Otylia czuła się jak uczennica dopuszczona do pracowni pod nadzorem.
Kosma rozkładał na stole cienkie, lekkie elementy instalacji: małe aluminiowe płatki, łączniki i cięgna. Wszystko, co miało być montowane na dachu, zostało wcześniej sprawdzone i dopuszczone przez technicznych. Nic ciężkiego, nic, co mogłoby przy silniejszym podmuchu zamienić się w pocisk.
— To ma reagować na wiatr, nie walczyć z nim — powiedział, sprawdzając palcem ruch jednego z zawiasów.
— A moja trasa ma reagować na ludzi, nie kazać im chodzić według strzałek — odparła Otylia.
— Brzmi, jakbyśmy oboje mieli dziś pracować nad sobą.
Powiedział to lekko, ale spojrzał na nią uważnie. Otylia pochyliła się nad notatkami, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Przez pierwszą godzinę próbowali pracować równolegle. Kosma montował, ona skreślała. Z jej tekstu znikały „niezwykły widok” i „wyjątkowa przestrzeń”, bo brzmiały jak nagłówki z ulotki centrum. Zostawały krótkie polecenia, pozornie konkretne, a jednak puste. Zatrzymaj się. Spójrz. Odszukaj.
— Zostaw konspekt — powiedział w końcu Kosma.
Otylia podniosła wzrok znad kartki.
— Na jak długo?
— Godzinę. Zapisuj to, co naprawdę widzisz.
— Widzę, że montaż idzie wolniej, niż powinien.
— To też. Ale spróbuj jeszcze raz.
W jego głosie nie było kpiny. Tylko cierpliwość, której nie prosiła i której nie umiała od razu odrzucić. Odłożyła długopis.
Zapisała mokre ślady butów ochroniarza, który przed chwilą przeszedł korytarzem. Szare bloki za mleczną szybą przy drzwiach technicznych, a pomiędzy nimi pojedynczą plamę słońca. Potem ciszę, która zapadała między kolejnymi uruchomieniami wentylatorów — krótką, ale na tyle wyraźną, że można było usłyszeć własny oddech.
— To ostatnie jest dobre — powiedział Kosma, pochylając się nad kartką.
— Nie wiem, czy uczestnicy będą chcieli słuchać o ciszy w galerii handlowej.
— Nie muszą chcieć. Mogą ją zauważyć.
Był blisko. Otylia poczuła ciepło jego ramienia, zanim odsunął się po następny element. Zapach smaru mieszał się z kawą i kurzem. Zmieniła pozycję na krześle, trochę za szybko.
Na dach wrócili z Leszkiem. Wiatr był mocniejszy niż rano, szarpał taśmą odgradzającą strefę serwisową i podnosił rogi papierów. Kosma składał lekkie części przy przygotowanym mocowaniu, a Otylia stała obok z teczką przyciśniętą do piersi. Kiedy podmuch wyrwał jej kilka kartek, Kosma przytrzymał je dłonią, nie odrywając drugiej od konstrukcji. Jego palce na moment przykryły jej palce.
— Trzymam — powiedział.
— Widzę.
Nie cofnęła dłoni od razu. On także nie.
Po chwili Leszek chrząknął, udając, że zainteresowały go mocowania przy barierce. Otylia odsunęła się pierwsza.
Kosma rozmontował niemal gotowy fragment po raz trzeci. Zatrzymał się z elementem w dłoniach i patrzył na niego tak, jakby właśnie przyłapał go na kłamstwie.
— Co nie działa? — zapytała.
— Wszystko działa. To jest problem.
— Możesz mi wyjaśnić, jak to możliwe?
— Nie wygląda tak, jak powinno.
Otylia spojrzała na cienkie ramiona, które przy najmniejszym ruchu powietrza odpowiadały miękkim drżeniem.
— To znaczy, że nie wygląda tak, jak zaplanowałeś, czy tak, jak chciałbyś, żeby wyglądało?
Kosma nie odpowiedział. Złożył element na stole roboczym, ostrożnie, jakby mógł go obrazić.
— Podzielmy to — powiedziała. — Co musi być gotowe przed jutrem, co możesz poprawić, a czego już dziś nie ruszasz.
— Zawsze tak robisz?
— Kiedy mam termin i nie mogę zniknąć w lesie.
— Ja nie znikam w lesie.
— Nie. Rozmontowujesz rzeczy w centrum handlowym.
Kącik jego ust drgnął. Zdecydowali, że dziś poprawiają tylko naprężenie cięgien i ustawienie dwóch płatków. Reszta zostaje. Kosma zapisał to na odwrocie kartki, a Otylia zauważyła, że jego pismo jest drobne i równe, zupełnie inne niż pobrudzone dłonie.
Na przerwę zeszli na dół. Kupili drożdżówki w piekarni obok wejścia do marketu i usiedli przy stoliku, z którego widać było ruchome schody. Kosma jadł powoli, odrywając małe kawałki ciasta. Otylia strzepnęła cukier puder z rękawa.
— Miałem wystawę w Krakowie — powiedział po chwili. — Dwa lata temu. Jedna z prac przestała działać w dniu otwarcia. Nie spektakularnie. Po prostu stanęła. Ludzie patrzyli, jakbym kazał im oglądać zepsuty zegar.
Otylia nie wtrąciła, że pewnie nie było aż tak źle. Znała ten odruch: pośpiesznie przykryć czyjś wstyd pocieszeniem, zanim zdąży wybrzmieć.
— Od tamtej pory kończę rzeczy, których nie muszę nikomu pokazywać — dodał. — W domu, w pracowni. Mogę wtedy uznać, że są gotowe.
— A jeśli ktoś chce je zobaczyć?
— Wtedy przestają być gotowe.
Powiedział to bez uśmiechu. Otylia obróciła papierową serwetkę między palcami.
— Ja piszę już głównie pod cudze uwagi. Zanim zacznę, wiem, które zdanie klient uzna za za długie, gdzie poprosi o więcej energii, a gdzie o mniej emocji. Czasem dostaję brief i mam wrażenie, że tekst już istnieje. Ja tylko przepuszczam go przez siebie.
Kosma patrzył na nią, nie na drożdżówkę.
— A ta trasa?
— Jeszcze nie wiem.
— To uczciwa odpowiedź.
Chciała zapytać, czy to wystarczy. Zamiast tego wstała i wyrzuciła serwetkę. Kiedy wrócili do sali, jego milczenie trwało dłużej, niż umiałaby znieść rano. Teraz nie wypełniała go żartem ani kolejnym pytaniem. Usiadła obok, poprawiała swoje zdania i pozwoliła mu pracować.
Wieczorem na dachu zrobiło się chłodniej. Leszek sprawdził mocowania, a Kosma przesunął jeden z płatków o kilka milimetrów. Instalacja poruszała się lekko, z cichym stuknięciem, kiedy wiatr zmieniał kierunek. Otylia pomyślała, że może właśnie to powinna napisać: nie o całości, tylko o drobnej zmianie, której nie da się przewidzieć.
Kosma odłożył narzędzie.
— Rano jej nie oddam.
Przez moment słyszała tylko wentylatory.
— Co masz na myśli?
— Nie pokażę jej. Jest za słaba. Nie chcę drugi raz stać przy czymś, co powinno działać, i udawać, że to wystarczy.
Otylia poczuła, jak ciało samo szuka odpowiedzi. Mogła powiedzieć, że praca nie jest słaba. Mogła przypomnieć mu, że ludzie przyjdą dla całego wydarzenia, że nikt nie będzie oceniał każdego zawiasu. Że ona napisze tekst, który zrobi z tego coś ważnego.
Wszystkie te zdania miała już gotowe. Były gładkie i użyteczne. Takie, które mogły ocalić zlecenie, a potem zostawić ją z poczuciem, że znów oddała własny głos, żeby ktoś inny nie musiał się bać.
— Uszanuję twoją decyzję — powiedziała. — Ale nie podpiszę się pod usterką techniczną, jeśli jej nie ma. Przebuduję trasę i powiem Marcie, co się zmieniło.
Kosma odwrócił głowę. W jego twarzy coś się zamknęło.
— Czyli uważasz, że powinienem ją pokazać.
— Nie. Uważam, że to twoja praca i twoja decyzja. Ale nie chcę wymyślać za ciebie powodu, który będzie łatwiejszy do przyjęcia.
— Jasne. Pani nie będzie kłamać.
— Kosma…
— Nie musisz mi tłumaczyć. Wiem, że masz termin. I pieniądze do odzyskania. Nie będę ci tego utrudniał.
To zabrzmiało rozsądnie. Właśnie dlatego zabolało bardziej niż gniew.
Otylia zacisnęła palce na teczce. Przez cały dzień pilnowała, by nie zrobić z jego lęku kolejnego zadania do wykonania. Teraz widziała, jak blisko była, by jednak to zrobić — przekonać go, osłonić, wygładzić jego odmowę tak, żeby nikomu nie przeszkadzała.
— Nie chodzi o to, żebyś mi niczego nie utrudniał — powiedziała.
Kosma spojrzał na nią, ale nie odpowiedział. Leszek czekał przy wyjściu na dach, z kluczami w dłoni. Otylia ruszyła w jego stronę. Nie zatrzymała się, kiedy Kosma został przy instalacji.
Na dole otworzyła laptop i napisała do Marty, że rano przekaże jej nową wersję trasy. Przez chwilę patrzyła na puste okno wiadomości, czekając na kolejne zdanie. Żadne nie przyszło.
Za szybą centrum handlowe rozświetlało mokry parking. Otylia nie wiedziała, czy nazajutrz spotka Kosmę jako współautora, którego nie udało jej się przekonać, czy jako obcego człowieka, z którym przez jeden dzień pozwoliła sobie mówić bez przygotowanej wersji.
W niedzielę rano Otylia wróciła na dach z nową trasą i bez pewności, czy Kosma tam będzie.
Teczka ciążyła jej pod pachą. Na ostatniej stronie, zamiast efektownego finału, napisała: Znajdź miejsce, w którym zwykle nie czekasz. Zostań tam przez chwilę. Dalej nie było obietnicy, że na końcu coś się wydarzy. Był tylko widok na mokre jeszcze dachy Rzeszowa, szum wentylatorów i miejsca, które służyły ludziom do przechodzenia: zwężenie przy drzwiach technicznych, kawałek wolnej przestrzeni obok zbiornika na deszczówkę, fragment barierki, przy którym można było oprzeć dłonie i popatrzeć na miasto.
Nie poprawiała zdań po raz piąty. Nie dopisywała, że uczestnicy mają poczuć spokój ani że widok jest niezwykły. Wysłała trasę Marcie o ósmej trzydzieści, a potem przez kwadrans sprawdzała telefon, chociaż wiedziała, że odpowiedź nie zmieni już tego, co napisała.
Marta czekała przy wyjściu na dach, tym razem bez kawy. Przeczytała ostatnią stronę, poruszyła ustami, jakby sprawdzała rytm zdania.
— To jest mniej… wydarzeniowe — powiedziała.
Otylia poczuła, że odruchowo prostuje plecy.
— Wiem.
Marta spojrzała na nią znad tabletu. Za jej ramieniem pracownik techniczny sprawdzał oznaczenia na barierkach.
— I bardziej pasuje do tego dachu. Pokażemy trasę grupie. Tylko musimy wiedzieć, co z instalacją.
Otylia nie zdążyła odpowiedzieć. Od strony włazu dobiegł ją głos Kosmy.
— Z instalacją też już wiadomo.
Przyszedł sam, z rulonem planów pod pachą. Miał na sobie tę samą ciemną bluzę co wczoraj, ale ręce umył; pod paznokciami został mu tylko cienki ślad smaru. Nie spojrzał na Otylię, zanim zwrócił się do Marty.
— Chcę zamontować tę część, którą skończyłem. Sprawdziliśmy ją z Leszkiem. Nie ma luźnych elementów, nic nie wystaje poza wyznaczoną strefę. Reszta zostaje w skrzyniach. I nie będę mówił, że to gotowa praca. To praca w toku.
Marta zerknęła na Leszka, który stał przy taśmie z pękiem kluczy. Ten skinął głową i wskazał oznaczone mocowanie.
— Technicznie jest w porządku — potwierdził. — Pod warunkiem, że niczego już nie dokładamy i nie ruszamy mocowań bez sprawdzenia.
— Zgoda — powiedział Kosma.
Nie brzmiał jak człowiek, który wygrał spór. Brzmiał jak ktoś, kto właśnie przestał udawać, że sporu nie ma.
Dopiero kiedy Marta odeszła, żeby ustawić obsługę przy wejściu, spojrzał na Otylię. Między nimi leżało kilka metrów dachu, ta sama taśma i puste miejsce, w którym poprzedniego wieczoru stała jej teczka.
— Nie przyszedłem prosić, żebyś uratowała pokaz — powiedział.
— Widzę.
— Wczoraj wolałem stracić całe wydarzenie, niż dopuścić myśl, że ktoś zobaczy wysiłek i nie będzie zachwycony. Łatwiej było nazwać to niedokończonym, niż stać obok i czekać na cudzą reakcję.
Otylia ścisnęła uchwyt teczki. Mogła mu powiedzieć, że rozumie. Rozumiała. Tyle że rozumienie nie usuwało tego, jak samotna poczuła się wczoraj, kiedy wyszła z dachu z konsekwencjami, których nie podjęli razem.
— Nie potrzebuję od ciebie odwagi na pokaz — powiedziała. — Ani obietnicy, że już nigdy się nie wycofasz. Nie wierzę w takie obietnice. Potrzebuję wiedzieć, że następnym razem nie zostawisz mnie samej z konsekwencjami wspólnej decyzji.
Kosma opuścił wzrok na swoje dłonie. Przez chwilę przesuwał kciukiem po jasnym śladzie na palcu, jakby próbował zetrzeć coś, czego nie było widać.
— Masz rację. Nie powinienem był mówić, że ci nie utrudnię. To nie było fair. Zostawiłem cię z pracą, którą mieliśmy zrobić razem, i udawałem, że to uprzejmość.
— Dziękuję, że to mówisz.
Nie objęli się. Nie było żadnego nagłego zniknięcia dystansu. Kosma skinął głową, a potem ruszył pomóc Leszkowi ustawić skrzynie. Otylia patrzyła, jak sprawdzają każdy punkt mocowania, jak Marta przydziela obsłudze miejsca i jak jedna z pracownic przykleja na posadzce dodatkową taśmę. Zwyczajna, konkretna praca. Właśnie tego brakowało jej wczoraj: nie zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, tylko czyjejś obecności przy tym, co trzeba zrobić.
Przed południem na dach weszło kilkanaście osób. Pracownicy centrum, kilka zaproszonych osób z lokalnych instytucji i dwoje dzieci, które od początku chciały wiedzieć, czy instalacja się kręci. Kosma stanął obok swojej pracy, skromniejszej niż planowana: kilka aluminiowych płatków na lekkich ramionach, połączonych cięgnami. Wiatr poruszał nimi nierówno. Jeden element drgał od razu, drugi dopiero po chwili, a trzeci pozostawał nieruchomy, dopóki powietrze nie zmieniało kierunku.
— To fragment większej pracy — powiedział Kosma, kiedy Marta przedstawiła go grupie. — Nie jest skończona. Pokazuję to, co na dziś działa i co możemy bezpiecznie pokazać. Nie wiem jeszcze, jaki będzie jej ostateczny kształt.
Nie dodał usprawiedliwienia. Nie obiecał, że wkrótce wszystko nabierze sensu. Po prostu stał obok, kiedy ludzie patrzyli.
Jedna z kobiet zapytała, czy elementy poruszają się według określonego wzoru. Kosma przyznał, że czasem tak, a czasem nie. Chłopiec w czerwonej czapce przykucnął, żeby zobaczyć cień przesuwający się po dachu. Kosma odsunął się o krok, zostawiając mu miejsce.
Kiedy przyszła kolej Otylii, kartki lekko zaszeleściły jej w dłoniach. Nie bała się czytania tak bardzo, jak bała się tego, co nastąpi po nim. Przeszła z grupą wyznaczoną trasę, zatrzymywała ich przy śladach wody na betonie i przy barierce, skąd widać było bloki, szyld stacji benzynowej i jasną smugę nieba między chmurami. Nie mówiła, co powinni czuć. Czasem ktoś coś dopowiadał. Czasem szli w ciszy.
Na końcu stanęła obok instalacji. Wentylatory buczały za ich plecami. Wiatr przeszedł przez metalowe ramiona, płatki poruszyły się z cichym stuknięciem.
Otylia przeczytała ostatni fragment:
Znajdź miejsce, w którym zwykle nie czekasz. Zostań tam przez chwilę. Nie musisz niczego zobaczyć. Wystarczy, że zauważysz, kiedy przestajesz iść dalej.
Opuściła kartkę. Nikt nie klaskał od razu. Przez moment słychać było tylko wentylatory i szelest kurtki jednej z uczestniczek. Potem ktoś podziękował. Ktoś inny zapytał, czy można przejść trasę jeszcze raz.
Otylia schowała kartkę do teczki. Dłoń miała wilgotną, choć na dachu było chłodno.
Kosma podszedł do niej, kiedy grupa rozeszła się w stronę zejścia. Zatrzymał się blisko, ale nie tak blisko, by zasłonić jej widok.
— We wtorek — powiedział. — Spotkasz się ze mną? Już bez zlecenia, które zmusza nas do współpracy.
Jej serce wykonało niepotrzebnie gwałtowny ruch. Podczas czytania patrzyła na kilkanaście osób, a teraz nie umiała utrzymać jego spojrzenia dłużej niż sekundę.
— Tak — odpowiedziała. — Ale wybierzmy miejsce, w którym nie ma wentylatorów.
— Postaram się znaleźć takie w Rzeszowie.
Otylia roześmiała się cicho. Potem, zanim zdążyła ułożyć sobie w głowie bezpieczniejszą wersję, pochyliła się i pocałowała go pierwsza.
Pocałunek był krótki i trochę nieporadny; zahaczyła nosem o jego policzek, a Kosma uśmiechnął się tuż przy jej ustach. Nie naprawił niczego za jednym dotknięciem. Nie musiał. Kiedy odsunęła się o kilka centymetrów, wciąż stał obok, nie szukając wymówki, by odejść.
— We wtorek — powtórzył.
— We wtorek — potwierdziła.
Później Marta poprosiła ją o finalny plik, Leszek sprawdzał mocowania, a Kosma ostrożnie zdejmował element, który trzeba było zabezpieczyć przed zmianą pogody. Otylia usiadła przy składanym stole i otworzyła laptop. Nie wiedziała, czy następny tekst przyjdzie łatwo ani czy następna praca Kosmy będzie gotowa na czas. Rachunki nadal czekały, a jego kryzys nie zniknął wraz z oklaskami, których nawet nie było.
Ale we wtorek mieli się spotkać. Bez teczki, bez planu trasy, bez nikogo, kto mógłby ich odesłać do poprawy.
Otylia wpisała nazwę pliku, zapisała dokument i zamknęła laptop. Za jej plecami instalacja odezwała się cichym kliknięciem, kiedy wiatr zmienił kierunek.