Romans

Między jednym a drugim sierpniem

Po dziewięciu latach niedopowiedzeń Katarzyna nie chce już odkładać siebie na później. Roch ma sad, awarie i opowiadanie bez zakończenia — a między nimi rodzi się coś, czego nie da się wpisać w kalendarz.

Między jednym a drugim sierpniem

— Czyli wolisz spotkać się po pracy, ale nie w tygodniu, bo masz wtedy trening. A weekendy? — przeczytała Katarzyna na ekranie telefonu.

Wiadomość przyszła od mężczyzny o imieniu Paweł, który na zdjęciu stał na tle jeziora i wyglądał, jakby nigdy w życiu nie musiał niczego doprecyzowywać. Katarzyna wpisała: „Weekend zależy od planów. Jakich spotkań szukasz?”, po czym skasowała ostatnie zdanie. Zabrzmiało jak pytanie z ankiety kredytowej. Wpisała je z powrotem.

Oparła telefon o kubek z zimną kawą i spojrzała na arkusz kalkulacyjny otwarty na laptopie. W poniedziałek miała przedstawić zarządowi prognozę przepływów na kolejny kwartał. Liczby układały się w rozsądne kolumny. Ludzie — jak dotąd — nie.

W mieszkaniu wciąż znajdowały się rzeczy, które nie zdążyły przywyknąć do jej decyzji. Dwa kieliszki do wina, choć jeden od miesiąca stał odwrócony na suszarce. Dodatkowa poduszka na kanapie. Jasny prostokąt na ścianie po fotografii, którą zabrał Michał, kiedy wyprowadzał się w maju. Przez dziewięć lat mówiła „zobaczymy”, kiedy on mówił „kiedyś”, a potem pewnego dnia zorientowała się, że nie pamięta, co sama chciała zobaczyć.

Paweł odpisał: „Na luzie, zobaczymy, dokąd nas poniesie”. Katarzyna odłożyła telefon ekranem do dołu.

W sobotę po południu spakowała do torby wodę, okulary przeciwsłoneczne i cienki sweter, choć prognoza zapowiadała upał. Potem przez trzy minuty stała w przedpokoju, zastanawiając się, czy wyjazd pod Grójec nie jest głupim pomysłem. Nie miała tam nikogo. Nie czekał na nią stolik ani bilet. Chciała zobaczyć pole słoneczników, które wyskoczyło jej w wyszukiwarce między reklamą kremu z filtrem a informacją o remoncie na trasie.

Sama. Bez wysyłania komuś zdjęcia z pytaniem, czy warto.

Droga za miastem zwężała się między sadami. Klimatyzacja w samochodzie szumiała nierówno, a przez uchylone okno wpadał zapach nagrzanej trawy i kurzu. Im bliżej pola, tym cięższe stawało się niebo. Nie ciemniało, raczej nabierało koloru starej blachy. Nad linią drzew rozbłysła błyskawica — bez grzmotu, bez deszczu, jakby ktoś na chwilę odsłonił jasną stronę nieba.

Katarzyna zjechała na pobocze przy szerokiej polnej drodze. Silnik ucichł. W ciszy usłyszała owady i własny oddech, a potem męski głos dobiegający zza pierwszego rzędu słoneczników.

— Nie proszę, żebyś została na zawsze — mówił. Zawahał się. — Proszę tylko, żebyś nie wychodziła, zanim skończę.

Po chwili odpowiedział sam sobie, tym razem wyżej, łagodniej:

— A jeśli nie wiem, czy umiem zostać?

Katarzyna wysiadła z samochodu. Słoneczniki ciągnęły się wzdłuż drogi, żółte głowy zwrócone w różne strony po całym dniu słońca. Nie było przy nich ani ścieżki, ani tabliczki z prośbą o opłatę. Mężczyzna stał między rzędami, w wyblakłej koszuli z podwiniętymi rękawami. Miał ciemne włosy przyklejone do skroni i zeszyt w jednej dłoni.

— Jeśli przyszła pani robić zdjęcia wśród kwiatów, to proszę nie wchodzić między rzędy — powiedział, zanim zdążyła się odezwać. — Łodygi łatwo połamać.

Katarzyna spojrzała na swoje buty, wciąż stojące na drodze.

— A jeśli przyszłam ocenić pana na bieżąco? — zapytała. — Ten dialog brzmiał jak druga randka, na której ktoś właśnie mówi, że nie chce się deklarować.

Mężczyzna zamknął zeszyt. Przez sekundę wyglądał na urażonego; potem kącik jego ust drgnął.

— To akurat moja kwestia.

— W takim razie współczuję bohaterce.

— Jeszcze nie wiem, czy jej współczuję.

— A pan?

— Roch. Głowacki. Pole jest moje. — Wskazał zeszyt, jakby ten wymagał osobnego wyjaśnienia. — Piszę opowiadanie.

W jego głosie pojawiła się ostrożność. Jakby właśnie podał jej coś kruchego i nie był pewien, czy nie upuści tego dla żartu. Katarzyna nie zapytała, czy może przeczytać. Nie powiedziała też, że zawsze chciała znać kogoś, kto pisze. Zamiast tego popatrzyła na chmury, w których znów rozjarzyła się cicha błyskawica.

— Ćwiczył pan dialog na głos?

— Inaczej słyszę, kiedy brzmi fałszywie. — Roch wsunął zeszyt pod pachę. — W domu nie bardzo mam kiedy. Jak człowiek ma wolną godzinę, to od razu ktoś znajduje mu robotę. Przy gospodarstwie wolna godzina jest podobno podejrzana.

Powiedział to lekko, ale odruchowo zerknął ku zabudowaniom za drzewami. Katarzyna znała ten ruch. Spojrzenie człowieka, który nawet podczas odpoczynku sprawdza, co jeszcze może się zawalić.

— Dzisiaj nie musi pan nikomu niczego udowadniać — powiedziała.

Roch popatrzył na nią uważniej. Z bliska miał szare oczy i cienką bliznę przy brwi. Nie była to odpowiedź, której się spodziewał; widać było po tym, jak na moment zapomniał o gotowym uśmiechu.

— A pani? — spytał. — Przyjechała pani sama oglądać słoneczniki?

— Tak.

— To odważne.

— To tylko pole.

— Ludzie potrafią zrobić z pola atrakcję turystyczną, a ze spaceru test odwagi.

— Widocznie potrzebowałam czegoś, co nie wymaga rezerwacji.

Uśmiechnął się. Nie szeroko, ale tak, że Katarzyna poczuła lekkie ciepło pod kołnierzem swetra, który wzięła na wszelki wypadek. Zauważyła to i natychmiast skupiła wzrok na kwiatach.

Roch wskazał suchą, ubijaną ścieżkę wzdłuż skraju pola.

— Tędy można przejść. Bez wchodzenia w uprawę.

Nie zaproponował, że ją oprowadzi. Nie musiał. Szli obok siebie wzdłuż żółtej ściany kwiatów, zachowując między ramionami tyle miejsca, ile wymagał wąski trakt. Zapytał, skąd przyjechała. Kiedy usłyszał „Warszawa”, skinął głową, jakby odległość dało się ocenić nie w kilometrach, lecz w liczbie spraw, które czekają na człowieka po powrocie.

Błyskawica rozdarła niebo nad sadami. Tym razem zaraz po niej nadszedł odległy pomruk, ale deszcz nadal nie spadał. Katarzyna przystanęła. Słoneczniki poruszały się lekko, choć wiatr prawie nie dochodził do drogi.

— Ładnie tu — powiedziała.

— W sierpniu trzeba się spieszyć. Potem zostaną same łodygi.

Nie było w tym smutku, tylko rzeczowa prawda. Mimo to Katarzyna pomyślała, że niektóre rzeczy kończą się, zanim człowiek zdąży ustalić, czy naprawdę chciał je zatrzymać.

Wróciła do Warszawy po zmroku. W mieszkaniu nalała sobie wody, nie wina, i nie sprawdziła, czy Paweł napisał. Następnego dnia, kiedy kroiła pomidora na kanapkę, telefon zawibrował na blacie.

Nieznany numer. Wiadomość od Rocha.

„Wczoraj zapisałem tę scenę na nowo. Jeśli masz chwilę, chciałbym wysłać krótki fragment. Nie potrzebuję pochwały. Jedno pytanie: bohaterka brzmi jak ktoś, kto naprawdę chce zostać, czy jak ktoś, kto boi się odejść?”

Katarzyna odłożyła nóż. Na ekranie czekały dwie możliwe odpowiedzi, a żadna nie mieściła się w wygodnym „zobaczymy”. W końcu napisała: „Wyślij. Odpowiem szczerze”.

Zanim zdążyła odłożyć telefon, pojawił się załącznik. A pod nim krótkie zdanie: „To początek. Reszty jeszcze nie umiem napisać”.


Katarzyna przeczytała fragment dwa razy, a potem jeszcze raz, już nie po to, żeby znaleźć odpowiedź, tylko żeby posłuchać, jak brzmią zdania. Bohaterka mówiła, że nie chce odchodzić, ale w każdym jej słowie było słychać spakowaną walizkę.

Napisała: „Boi się odejść. To nie to samo, co chcieć zostać”.

Roch odpisał dopiero po godzinie: „Wiedziałem, że powiesz coś niewygodnego”.

„Prosiłeś o szczerą odpowiedź”.

„Tak. To był błąd”.

Przez następne trzy tygodnie rozmawiali o opowiadaniu. Najpierw przez wiadomości, krótkie i ostrożne, potem w dłuższych rozmowach, które zaczynały się od jednego zdania o bohaterce, a kończyły na tym, że Katarzyna odkrywała w telefonie godzinę, o której powinna już spać. Roch poprawiał dialogi, ona zaznaczała miejsca, w których jego postacie milczały zbyt długo. Kiedy zapytała, dlaczego bohater za każdym razem zmienia temat, gdy kobieta mówi o przyszłości, odpisał: „Bo jeszcze nie wiem, co ma odpowiedzieć”.

Pierwszą kawę wypili w Grójcu, w małym lokalu przy rynku, gdzie ekspres syczał głośniej niż rozmowy. Roch przyszedł w roboczej koszuli, którą musiał przebrać po pracy; przy mankiecie została mu ciemna smuga. Katarzyna zauważyła ją, ale nie powiedziała nic. Przesunęła w jego stronę cukierniczkę, choć nie słodził.

— W twoim kalendarzu jest miejsce na spontaniczność? — spytał, kiedy opowiedziała mu, że rozplanowała w arkuszu cały miesiąc.

— Jest kolumna „inne”.

— Brzmi jak rezerwat.

— Tylko dla gatunków zagrożonych.

Roześmiał się. Potem zapytał, na co ma ochotę w sobotę.

Katarzyna otworzyła usta i przez chwilę nie znalazła odpowiedzi. Mogła wymienić kino, spacer, kolację. Gotowe propozycje, żadna nie była jej własna.

— Nie wiem — przyznała w końcu.

Roch nie podsunął jej listy. Skinął tylko głową, jakby „nie wiem” było odpowiedzią, z którą można usiąść przy stole, a nie problemem do rozwiązania.

Kilka dni później, po skończonej pracy, przyjechała do sadu. Powietrze pachniało nagrzaną ziemią i słodkim, lekko fermentującym owocem. Roch pokazał jej rząd drzew, na których jabłka zaczynały nabierać koloru, a ona wzięła od niego skrzynkę, chociaż była cięższa, niż wyglądała. Gdy przełożył ją z jej rąk na ziemię, jego palce na moment objęły jej nadgarstek.

— Nie musisz udowadniać, że dasz radę — powiedział.

— Wiem.

Nie puścił od razu. Ona też nie cofnęła ręki. Potem oboje spojrzeli w stronę sadu, jakby sprawdzali, czy ktoś ich widział.

Tamtego wieczoru czytała kolejne strony opowiadania, siedząc na ławce przy budynku gospodarczym. Roch wycinał z tekstu całe zdania, w których bohater mówił wprost, że tęskni.

— Zostawiłeś mu za to trzy akapity o tym, jak sprawdza pogodę — zauważyła.

— Pogoda jest ważna.

— Tęsknota też.

Przez chwilę obracał ołówek w palcach. Potem podał jej zeszyt. Na marginesach były skreślenia, poprawki i zdania zapisane tak ciasno, że niemal wchodziły na siebie.

— Tego nikomu nie pokazuję — powiedział. — Nawet sobie czasem nie.

Nie odpowiedziała, że to zaszczyt. Zaczęła czytać.

W Warszawie pokazała mu swoje profile randkowe. Roch przyjechał specjalnie, choć przyznał, że nie lubi miasta: za dużo świateł, za mało nieba, a samochody zachowują się, jakby każdy kierowca miał osobistą urazę do pozostałych. Siedzieli w kawiarni przy ruchliwej ulicy. Kiedy przeczytał jej opis: „Lubię podróże, dobrą kuchnię i ludzi z poczuciem humoru”, uniósł brwi.

— Brzmi, jakbyś składała ofertę przetargową.

— A twoje opowiadanie brzmi, jakbyś bał się postawić kropkę po „kocham”.

— To co mam wpisać?

— Na przykład: „Nie wiem, czego szukam, ale umiem umyć po sobie kubek”.

— To akurat nieprawda. Zostawiam kubki przy zlewie.

— W takim razie zacznijmy od prawdy.

Zaśmiał się, a potem popatrzył na nią tak uważnie, że przez moment zapomniała o gwarze i stukocie filiżanek. Kiedy wyszli, odprowadził ją do metra. Przy schodach jego dłoń dotknęła jej pleców, lekko, pytająco. Katarzyna odwróciła się i pocałowała go pierwsza. Pocałunek był krótki, niepewny, z posmakiem kawy. Roch nie próbował go przedłużyć, zanim sama nie wróciła ustami do jego ust.

Nie nazwali tego. Nie musieli. Przez kilka następnych dni Katarzyna łapała się na tym, że szuka jego wiadomości między służbowymi mailami. Zaczęła rozpoznawać jego „zaraz odpiszę” po tym, czy mijało dziesięć minut, czy dwie godziny. Nie wyobrażała sobie wspólnego życia. Wyobrażała sobie tylko następne spotkanie, a to okazało się bardziej niepokojące.

W drugiej połowie sierpnia Roch napisał, że padła pompa nawadniająca. Najpierw wpisał: „Awaria pompy”, po chwili zmienił wiadomość na: „Padła”. Tego samego wieczoru mieli pójść na kolację w Grójcu.

„Muszę odwołać. Przepraszam. Nie wiem, kiedy skończę”.

Katarzyna odpisała, że rozumie. I rozumiała. W pracy też zdarzały się rzeczy, których nie dało się przesunąć, choć zwykle miały numer sprawy i przewidywalny koniec.

Następnego dnia, tuż po siedemnastej, zadzwonił Roch. W tle słyszała silnik, czyjś głos i metaliczny stuk.

— Nie chcę cię w to wciągać — zaczął. — Ale muszę ogarnąć pompę, ludzi i dostawę. Mógłbym cię prosić, żebyś po swojej pracy odebrała kilka telefonów? Są zamówienia do potwierdzenia i dokumenty do wysłania. Tylko do wieczora. Nie mam teraz głowy, żeby niczego nie pomylić.

Katarzyna siedziała przy biurku. Na ekranie miała otwarty arkusz z prognozą, gotowy do wysłania. Obok leżał jej własny kalendarz, z wolnym wieczorem zaznaczonym jasnym kolorem.

— Ile telefonów? — zapytała.

— Nie wiem. Może dziesięć. Może więcej. W sezonie tak to wygląda. Jak coś siada, wszyscy dzwonią do mnie.

Nie brzmiał jak ktoś, kto uważa jej czas za mniej ważny. Brzmiał jak człowiek, który od dawna nie miał innego pomysłu.

— Rozumiem, że potrzebujesz pomocy — powiedziała. — Ale nie mogę po pracy przejąć telefonów, zamówień i dokumentów. Nie chcę znowu stać się osobą, której czas jest zawsze do dyspozycji, bo akurat ktoś inny ma pilniejszą sprawę.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie było w niej obrazy. Tylko zmęczenie, które nagle stało się słyszalne.

— Nie chciałem, żeby tak zabrzmiało.

— Wiem.

— Tylko nie wiem, co ci obiecać. Gospodarstwo nie pyta, czy mam wolny wieczór.

— Nie proszę, żebyś obiecywał, że awarie przestaną się zdarzać.

— A czego prosisz?

Katarzyna spojrzała na prostokąt po fotografii na ścianie, widoczny nawet z biura w odbiciu ciemnego ekranu laptopa. Mogła powiedzieć: o miejsce. O pewność, że nie będzie musiała stale przesuwać siebie na później. Nie chciała jednak zamieniać potrzeby w żądanie, którego on nie mógł spełnić.

— Żebyś nie zakładał, że będę mogła wypełnić każdą lukę — powiedziała. — I żebym nie musiała udowadniać, że mam prawo odmówić.

Roch wypuścił powietrze. W tle ktoś zawołał jego imię.

— Nie chcę, żebyś czuła się jak pomocnik.

— Ale właśnie o to poprosiłeś.

— Tak.

Nie zaprzeczył. To zabolało bardziej, niż gdyby się bronił.

— Muszę kończyć — powiedział po chwili. — I nie wiem, co teraz powiedzieć.

— Ja też nie.

Pożegnali się spokojnie. Bez trzaskania drzwiami, bez niedopowiedzeń, które można by później odkręcić jednym telefonem. Katarzyna wróciła do arkusza i wysłała prognozę. Telefon leżał obok, ekranem do góry. Nie pojawiła się na nim żadna nowa wiadomość.

Wiedziała, że Roch nie próbował jej wykorzystać. Wiedziała też, że gdyby się zgodziła, zrobiłaby to z nadzieją, że kiedyś ktoś zauważy, ile oddała. Tego już nie chciała.

A jednak, kiedy za oknem zapaliły się warszawskie światła, pomyślała o jego dłoni na swoim nadgarstku, o zeszycie otwartym tylko dla niej i o tym, jak nie umiał napisać prostego zdania o tęsknocie.

Być może oboje właśnie powiedzieli sobie prawdę. Być może prawda nie wystarczała, żeby mogli zostać.


Przez kilka dni po rozmowie Katarzyna nie usuwała numeru Rocha. Otwierała jego kontakt, patrzyła na zapisane imię, po czym wracała do skrzynki służbowej albo do arkusza z prognozą, jakby same liczby mogły rozstrzygnąć, co powinna zrobić.

W ostatnim tygodniu sierpnia przyłapała się na tym, że kciuk zawisł nad opcją „usuń kontakt”. Nie dlatego, że przestała o nim myśleć. Właśnie dlatego, że myślała za często: przy kasie w sklepie, gdy sięgała po jabłka; w metrze, kiedy ktoś otworzył zeszyt i przesuwał ołówkiem po kartce; wieczorem, gdy mieszkanie cichło i z kuchni dobiegało tylko jednostajne tykanie zegara.

Mogła usunąć numer, zanim zatęskni. Tak robiło się z rzeczami, którym nie chciało się dawać szansy na kolejne rozczarowanie. Przez chwilę widziała już, jak przesuwa palcem po ekranie. Potem odłożyła telefon i wyjęła z szuflady mały notes, ten, w którym zapisywała rzeczy do załatwienia.

Na nowej stronie napisała: „Chcę relacji, w której mogę pomagać, bo chcę, a nie po to, żeby zasłużyć na miejsce. Chcę móc powiedzieć nie bez obawy, że to odbierze mi bliskość. Chcę, żebyśmy oboje mieli własne życie i umieli robić w nim dla siebie przestrzeń”.

Przeczytała to dwa razy. Brzmiało jak lista warunków, ale nie była nią. Raczej mapa, której dotąd nie chciała narysować, bo bała się, że każda droga skończy się samotnie. Zamknęła notes. Numer Rocha został w telefonie.

Nie wiedziała, co dzieje się po drugiej stronie tych kilku dni ciszy. Dowiedziała się dopiero później. Roch zadzwonił do sąsiada, który co roku pomagał przy zbiorach, i umówił dwie osoby do prac sezonowych. Zlecił miejscowej księgowej obsługę zamówień i dokumentów, choć kiedy podała mu swoją stawkę, przez chwilę patrzył na kartkę, jakby właśnie obliczał cenę własnego uporu. Zapłacił zaliczkę. Potem pojechał do sklepu po części do pompy, nie próbując już zrobić wszystkiego tego samego wieczoru.

Nie było w tym wielkiego przełomu, który dałoby się opowiedzieć przy kolacji. Były telefony, rachunek i godzina spędzona nad listą rzeczy, które naprawdę musiał zrobić sam. Najtrudniej przyszło mu zaakceptować, że gospodarstwo nie rozsypie się od tego, że ktoś inny odbierze telefon. Że proszenie o pomoc nie musi znaczyć, iż oddaje odpowiedzialność. I że Katarzyna nie była rozwiązaniem dla każdej luki tylko dlatego, że potrafiła ją wypełnić.

Pod koniec miesiąca wróciła do domu po pracy z ciężką torbą i butami, które skrzypiały od całodziennego chodzenia. Na ławce przed blokiem siedział Roch. Obok niego, przy krawężniku, stał jego samochód z warstwą kurzu na masce. Z otwartych okien dobiegał dźwięk telewizora, ktoś na wyższym piętrze tłukł garnkami, a z ulicy niósł się syk autobusu hamującego na przystanku.

Roch wstał, gdy ją zobaczył. Nie podszedł od razu. W jego ręce tkwiła koperta, zgięta na rogu.

— Cześć — powiedział.

— Cześć. Długo czekasz?

— Nie. Przyjechałem wcześniej, bo bałem się, że się spóźnię.

Katarzyna odstawiła torbę na chodnik. Przez krótką chwilę oboje stali wśród zaparkowanych samochodów, jakby nie wiedzieli, czy przywitać się pocałunkiem, czy najpierw sprawdzić, czy wolno.

— Nie przyjechałem prosić, żebyś wróciła na pole — powiedział Roch. — Ani z planem, w którym już wymyśliłem, co będziesz robić i kiedy.

Oparł kopertę o dłoń, potem wsunął ją do kieszeni, jakby zrozumiał, że nie może za nią się schować.

— Chcę zapytać, czy możemy spróbować budować coś między twoją Warszawą a moim gospodarstwem. Nie udawać, że odległość i praca same się ułożą. Sprawdzać krok po kroku, co działa. Umawiać się tak, żeby twoje plany też się liczyły. A kiedy naprawdę będę potrzebował pomocy, pytać, nie zakładać.

Katarzyna słuchała, czując, jak pasek torby wpija jej się w ramię. Nie obiecywał, że będzie łatwo. Nie mówił, że wszystko zrozumiał po jednej rozmowie. To właśnie sprawiło, że mogła mu uwierzyć.

— Nie chcę zostać czyimś drugim kalendarzem — powiedziała.

— Wiem. I nie chcę, żebyś nim była.

Wyjął z kieszeni kopertę i podał jej kilka złożonych kartek.

— Dopisałem zakończenie.

Katarzyna spojrzała na niego znad papieru.

— Mogę przeczytać teraz?

— Możesz. Ale nie musisz mi nic mówić od razu.

Rozłożyła kartki. Pismo było znajome: ciasne, z poprawkami na marginesach i jednym zdaniem przekreślonym tak mocno, że papier niemal się przedarł. Bohaterka nie obiecywała, że już nigdy nie odejdzie. Mówiła, że chce zostać dziś, a potem zobaczą, jak przeżyć jutro, nie robiąc z siebie wzajemnych obowiązków. Bohater robił miejsce przy stole, przesuwał książki i odkładał narzędzia, które zwykle zajmowały cały blat. Nie dlatego, że nie mógł sobie bez niej poradzić. Dlatego, że chciał, żeby mogła usiąść.

Na końcu Roch dopisał: „Nie była mu potrzebna, żeby jego życie działało. Była mu potrzebna w tym znaczeniu, że bez niej nie chciał już udawać, iż wystarcza mu życie, które tylko działa”.

Katarzyna opuściła kartki. Przez moment słyszała wyłącznie szum ulicy i własny oddech.

— To dobre zakończenie — powiedziała. — Nie idealne. Dobre.

— Wiem. Pracowałem nad tym.

Uśmiechnęła się, ale zaraz poczuła, jak wraca napięcie, które próbowała schować pod uznaniem dla jego tekstu.

— Boję się — powiedziała. — Że znowu zacznę się przesuwać. Że najpierw odwołam jeden wieczór, potem następny, a w końcu obudzę się i nie będę umiała powiedzieć, czego chcę. Z Michałem przez długi czas mówiłam „zobaczymy”, aż przestałam wiedzieć, co właściwie chciałam zobaczyć.

Roch nie przerwał. Nie powiedział, że on jest inny, ani że nie ma się czego bać.

— A ja się boję, że jak będę czegoś potrzebował, od razu zabrzmię jak ktoś, kto próbuje cię wykorzystać — odparł. — Nie umiem jeszcze zawsze rozpoznać różnicy między proszeniem a zakładaniem, że ktoś mnie wyratuje. Ale mogę się uczyć. I mogę pytać.

Katarzyna ścisnęła kartki w dłoniach. Strach nie zniknął. Nie rozsunął się jak chmury nad polem i nie zostawił po sobie łatwej drogi. Stał między nimi, tylko już nie wyglądał jak znak, że trzeba uciekać.

— Spróbujmy — powiedziała. — Najbliższy wolny dzień mam w sobotę. Możesz przyjechać do mnie. Bez pompy do naprawiania i bez dokumentów do sortowania.

— Mogę przywieźć coś do jedzenia.

— Możesz. Ale nie jako wkład w utrzymanie relacji.

— To dobrze. Bo jeszcze nie wiem, ile kosztuje właściwy wkład.

Parsknęła śmiechem, zaskoczona, jak łatwo wrócił jej oddech.

— Na początek wystarczy, że nie zostawisz kubka przy zlewie.

— To brzmi jak trudny warunek.

— Jestem gotowa negocjować.

Zapytał, czy może zostać na herbatę. Katarzyna spojrzała w stronę klatki. Za drzwiami było jej mieszkanie: jasny ślad na ścianie po fotografii, dwa kieliszki do wina i dodatkowa poduszka, którą dotąd układała tak, by nikomu nie przeszkadzała. Miejsce, które z wysiłkiem nazywała wyłącznie swoim, bo słowo „własne” wydawało jej się bezpieczniejsze niż „otwarte”.

— Możesz — odpowiedziała.

Weszli na górę. Roch zdjął buty w przedpokoju i ustawił je przy ścianie, równo, ale nie przesadnie. Katarzyna wstawiła wodę. Kiedy wyjęła z szafki kubek, sięgnęła po drugi bez zastanowienia.

Za oknem ktoś zamykał samochód, na klatce schodowej trzasnęły drzwi, a czajnik zaczął cicho szumieć. Roch usiadł przy stole z kartkami opowiadania obok dłoni. Katarzyna postawiła przed nim herbatę i zajęła miejsce naprzeciwko.

Nie wiedzieli jeszcze, jak często będą pokonywać drogę między Warszawą a gospodarstwem, ile razy coś wypadnie inaczej, niż zaplanowali, ani jak będzie wyglądał październik. Wiedzieli tylko, że tej soboty mają dla siebie czas — nie dlatego, że ktoś go oddał w zamian za przysługę, ale dlatego, że oboje wybrali, by go zrobić.

Katarzyna objęła kubek dłońmi. Tym razem nie potrzebowała żadnej listy, żeby wiedzieć, że chce, by Roch został jeszcze chwilę.

Miejsce na niepewność
Do soboty włącznie
Listy z sali gimnastycznej