Do niedzieli włącznie
Jedna pracownia, dwoje finalistów i piec, który może ocalić jej przyszłość. Tyle że Adrian wyjeżdża w poniedziałek, a Justyna nie zamierza ryzykować serca córki dla obietnicy bez pokrycia.
— Mamo, czy „rzeczownik” może być też nazwą psa?
Justyna nie podniosła głowy znad glinianej miski. Wygładzała jej brzeg wilgotnym palcem, powoli, żeby nie zostawić na nim nierówności.
— Jeśli pies nazywa się Rzeczownik, to tak. Jeśli pytasz, czy „pies” jest rzeczownikiem, to też tak.
Zza stołu dobiegło westchnienie, głębokie jak u człowieka, który właśnie odkrył, że lekcje nigdy się nie kończą. Lena, dziewięcioletnia i rozczochrana po całym dniu, skreśliła coś w zeszycie. Nad ich głowami blaszany dach garażu zadudnił od deszczu. Ciepłego, wiosennego, takiego, który pachniał mokrą ziemią i bzem rosnącym przy płocie. Zapach wpadał przez uchylone drzwi razem z wilgotnym powietrzem, mieszał się z wonią gliny, szkliwa i herbaty, której Justyna zapomniała dopić.
W przychodni pachniało dziś płynem do dezynfekcji i przemoczonymi kurtkami. Tutaj, po pracy, jej dłonie znów wiedziały, co robić. Pod palcami glina ustępowała bez protestu. Inaczej niż rachunki, które leżały pod magnesem na lodówce, albo cieknąca rynna, której Justyna od tygodnia nie potrafiła przestać słyszeć.
Kap. Kap. Kap.
Krople spadały z końca rynny do metalowej miski ustawionej przy ścianie. Za każdym razem trafiały w to samo miejsce, z uporem kogoś, kto ma dużo czasu.
— To już? — spytała Lena.
— Jeszcze tylko te dwie miski i kończę.
Na półce czekały zamówienia: kubki dla sąsiadki, zestaw małych talerzyków dla kawiarni i próbki do konkursu domu kultury. Justyna była jedną z dwóch finalistek w naborze na projekt cyklu ceramicznych zajęć. Gdyby wygrała, dostałaby dobrze płatne zlecenie na kilka miesięcy. Wystarczająco, by kupić nowe uszczelnienie dachu, a może nawet wymienić tę nieszczęsną rynnę, zamiast podkładać pod nią kolejne naczynia.
Nie musiała nikogo prosić o pomoc. Ta myśl trzymała ją prosto, choć czasem prostowanie pleców bolało bardziej niż praca.
Ktoś zastukał w metalowe drzwi garażu.
Justyna odłożyła miskę. Lena uniosła wzrok znad zeszytu, a deszcz na moment zagłuszył kolejne pukanie.
— Spodziewasz się kogoś? — spytała córka.
— Nie.
Otarła dłonie o fartuch i podeszła do wejścia. Na progu stał mężczyzna z mokrym kartonowym pudełkiem przyciśniętym do piersi. Woda spływała mu z włosów na kołnierz kurtki. Uśmiechał się, jakby deszcz był drobną niedogodnością, a nie zapowiedzią katastrofy dla wszystkiego, co niósł.
Justyna poznała go od razu.
Adrian Rogowski. Drugi finalista. Na prezentacji w domu kultury mówił pewnie i swobodnie, z rękami opartymi o stół, jakby już wiedział, że ludzie będą chcieli słuchać. Jego projekt wyglądał lekko: proste formy, kolory ziemi, zdjęcia uczestników przy pracy. Justyna pamiętała, że po jego wystąpieniu sprawdziła własne notatki, choć przecież znała je na pamięć.
— Pani Justyno — powiedział. — Wiem, że to niezręczne, ale mam awarię pieca.
— Dobry wieczór. Nie wynajmuję sprzętu.
Uśmiech na jego twarzy drgnął, lecz nie zniknął.
— Jeszcze nie zdążyłem zapytać.
— A ja zdążyłam odpowiedzieć.
Spojrzał na pudełko. Jeden z kartonowych rogów miękł od wody.
— Termin oddania prototypów jest w piątek. Mój piec wyłączył się w połowie wypału. Serwisant może przyjechać dopiero za tydzień.
— To nie mój problem.
Powiedziała to ostrzej, niż zamierzała. Za jej plecami Lena pochyliła się nad zeszytem, ale ołówek nie poruszał się już po papierze.
Adrian zerknął przez jej ramię, dostrzegł córkę, stojącą za nią glinę i półki z gotowymi pracami. Nie próbował wejść ani zrobić kroku w stronę pieca.
— Rozumiem — powiedział. — Nie chciałem pani stawiać pod ścianą.
— A jednak pan przyszedł.
— Bo zapytałem wszystkich, których mogłem. Pani ma jedyny piec, który pomieści moje formy.
Deszcz spływał mu po policzku. Z bliska wyglądał mniej jak człowiek z konkursowej prezentacji, a bardziej jak ktoś, kto od kilku godzin próbuje uratować plan, który rozsypał się w najmniej odpowiednim momencie. To nie znaczyło, że Justyna miała mu ułatwiać życie.
Odwróciła się, żeby zamknąć drzwi. Wtedy kropla z rynny trafiła w próg, odbiła się od betonu i spadła prosto na karton.
— Cholera — mruknął Adrian, odsuwając pudełko.
Justyna spojrzała na mokrą plamę rozlewającą się po tekturze, potem na miskę pod ścianą. Metal zadźwięczał kolejnym uderzeniem kropli. W kieszeni fartucha miała wycenę naprawy rynny. Kwota, którą Adrian mógł zapłacić za wypał, pokrywała ją niemal co do złotówki.
— Ile elementów? — spytała.
Jego brwi uniosły się nieznacznie.
— Sześć. Jeśli wszystkie przetrwały drogę.
— Za wynajem pieca płaci pan z góry. Osobne stanowisko. Nie ogląda pan moich projektów, ja pańskich. Moje zamówienia mają pierwszeństwo. Jeśli powiem, że trzeba przerwać, przerywamy.
Nie targował się. Nie próbował obrócić jej warunków w żart.
— Zgoda.
— I nie obiecuję, że wyjdzie z tego udany wypał.
— Wystarczy, że będzie uczciwy.
Przez krótką chwilę patrzyli na siebie ponad pudełkiem. W jego głosie nie było już konkursowej gładkości. Tylko zmęczenie i coś, co mogło być wdzięcznością, gdyby Justyna miała ochotę to zauważyć.
— Mamo, mogę już iść do góry? — odezwała się Lena.
— Jak skończysz zadanie.
— Skończyłam. Rzeczownik to nazwa rzeczy, osoby, zwierzęcia albo rośliny. Rzeczownik też może być psem, jeśli pies tak ma na imię.
Adrian parsknął cicho, a Lena zerknęła na niego z zadowoleniem.
— Bardzo dobra definicja — powiedział.
— Wiem.
Justyna powstrzymała uśmiech i wskazała mu wolny blat przy drzwiach. Kiedy Adrian postawił na nim pudełko, zauważyła, że osłania je własnym ciałem przed kolejną kroplą z dachu.
— Jeszcze jedno — dodał. — W poniedziałek zaczynam pracę w Poznaniu. Będę pomagał ojcu po udarze. Konkurs to dla mnie dodatkowe pieniądze, nie powód, żeby zostać w Łodzi.
Powiedział to zwyczajnie, bez tłumaczenia się. Jakby informował ją o godzinach otwarcia sklepu. A jednak Justyna usłyszała w tych słowach coś, co zabrzmiało jak z góry wyznaczony termin ważności.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, z kartonu dobiegł cichy trzask. Jedna z mokrych ścianek zapadła się do środka.
Oboje sięgnęli po pudełko. Ich dłonie spotkały się na jego brzegu; ciepłe palce Adriana musnęły jej kciuk. Odsunął rękę pierwszy, ale nie cofnął się od razu.
— Chyba lepiej sprawdzić, co ocalało — powiedziała Justyna.
Za ich plecami rynna uderzyła o metalową miskę. W środku czekał piec, a do piątku zostały cztery dni.
Ostrożnie wyjęli z pudełka pierwszą miskę. Na szczęście glina stwardniała już na tyle, że nic się nie odkształciło. Adrian sprawdził pozostałe elementy.
— Sześć sztuk — powiedział, licząc je wzrokiem. — Wszystkie przeżyły. Nieźle jak na transport w opakowaniu z papieru i nadziei.
— Nadzieja słabo amortyzuje.
— Będę pamiętał przy następnym zamówieniu.
Rozstawili prace na osobnych blatach. Justyna pokazała mu piec, wytłumaczyła, które półki są wolne, a potem wyznaczyła granicę taśmą malarską na podłodze. Adrian obejrzał ją z powagą, jakby oglądał plan podziału nieruchomości.
— Po tej stronie mogę oddychać?
— Jeśli pan nie będzie oddychał na moje prace.
— Spróbuję oddychać w sposób neutralny.
Od wtorku do piątku garaż wypełniały dźwięki, które szybko stały się częścią dnia: skrobanie narzędzi o glinę, przesuwane krzesło, czajnik gwizdający na małej kuchence. Pracowali obok siebie, ale nie zaglądali sobie przez ramię. Gdy Justyna przypadkiem odwróciła się w stronę jego blatu, Adrian zasłonił go kartonem.
— Tajemnica państwowa? — spytała.
— Konkurencyjna.
— W takim razie proszę uważać. Moja jest jeszcze bardziej niebezpieczna.
— Czy to ta, której nie wolno mi oglądać?
— Właśnie ta.
Ich docinki miały bezpieczny rytm. Łatwiej było żartować niż zauważać, że Adrian przynosił jej herbatę bez pytania, bo zapamiętał, że pije słabą, albo że kiedy przechodził za jej plecami, zawsze dawał znać krótkim „uważaj”, zanim jego ramię znalazło się blisko jej ramienia.
Przed pierwszym wypałem Justyna sprawdziła ustawienie pieca, zamknęła drzwiczki i jeszcze raz przycisnęła je dłonią. Potem wróciła, sprawdziła pokrętła, a po chwili stanęła przy nich po raz trzeci.
Adrian nie skomentował tego od razu.
— Ile razy? — spytał w końcu.
— Co?
— Sprawdzasz.
— Do skutku.
— A skąd wiesz, kiedy nastąpił?
Justyna spojrzała na niego. Wzruszył ramionami, ale nie uśmiechał się.
— Jeśli piec padnie, tracę zamówienia. I tygodnie pracy. Nie stać mnie na to, żeby uznać, że dwa razy wystarczyło.
Adrian przesunął kciukiem po krawędzi swojego blatu.
— Rozumiem.
W środę zadzwonił do niego szpital. Justyna słyszała tylko urywki: „rehabilitacja”, „termin”, „nie, nie może zostać sam”. Adrian mówił cicho, rzeczowo, z tą samą pewnością, którą miał na prezentacji. Tylko że po zakończeniu rozmowy nie wrócił od razu do pracy. Stał przy drzwiach, patrząc na deszcz ściekający po szybie.
— Ojciec? — zapytała.
Skinął głową.
— Chcą przenieść go na intensywniejszą rehabilitację. Dobrze. To dobrze. Tylko muszę ogarnąć, jak dojeżdżać, pracować i pilnować, żeby nie próbował sam wstać, kiedy nie powinien.
Nie dodał, że się boi. Nie musiał. Justyna podeszła do czajnika i nalała mu herbaty. Kiedy podała kubek, ich palce zetknęły się na uchu. Adrian nie odsunął dłoni. Ona też nie.
Po lekcjach Lena wpadła do garażu po klucz do domu. Zatrzymała się, widząc porozstawiane narzędzia i glinę na podłodze. Adrian natychmiast odłożył metalową szpatułkę i przesunął skrzynkę z drogi.
— Proszę, tędy — powiedział, cofając się, żeby zrobić jej miejsce.
Nie zapytał, jak ma na imię. Nie próbował jej rozśmieszyć ani udawać, że są sobie bliscy. Lena przebiegła do półki, wzięła klucz i wróciła do matki.
— On zawsze tak sprząta? — spytała później, kiedy Adrian znów pochylił się nad swoją pracą.
— Nie wiem. Znam go od paru dni.
— Ale teraz sprząta.
Justyna nie odpowiedziała. W gardle zrobiło jej się ciasno od tej drobnej, zwyczajnej uważności. Bardziej niż od wszystkich komplementów, których Adrian mógłby jej nie powiedzieć.
Tego wieczoru, gdy wyszedł, zatrzymała go w drzwiach. Za garażem mokry bez przy płocie uginał się pod deszczem, a jego zapach mieszał się z wilgocią na kurtce Adriana.
— W środę miałam nie całować konkurencji — powiedziała.
— A ja miałem nie dawać się całować osobie, która może mnie pokonać.
— I jak nam idzie?
— Fatalnie.
Pocałowała go pierwsza. Był krótki, ostrożny, jak pytanie, na które oboje znali odpowiedź, ale żadne nie chciało jej wypowiedzieć. Adrian musnął jej policzek, zanim odsunął się na tyle, by spojrzeć jej w oczy.
— To niczego nie zmienia — powiedziała Justyna. — W poniedziałek wyjeżdżasz.
— Wiem.
— A ja nie zacznę czegoś, czego skutki poniesie też Lena.
Adrian skinął głową. Nie próbował jej przekonywać, że będzie inaczej.
— Nie będę ci obiecywał, że za miesiąc wszystko poukładam.
— Dobrze.
— Ale mogę zostać jeszcze dziś.
Został. Potem został w czwartek, kiedy zjedli przy roboczym stole kanapki z serem, i w piątek, kiedy długo rozmawiali po zamknięciu pieca. Nazwali niedzielę końcem. Nie żartowali, że to brzmi jak umowa. Oboje wiedzieli, dlaczego jej potrzebują.
W sobotę rano Justyna pojechała do domu kultury z Leną i próbkami projektu. Wygrała. Jej cykl zajęć opierał się na prostych formach, które dzieci mogły samodzielnie naprawiać, zamiast ukrywać każdy błąd pod kolejną warstwą szkliwa. Kiedy ogłoszono jej nazwisko, Lena ścisnęła jej dłoń tak mocno, że Justyna poczuła paznokcie.
Adrian czekał przed budynkiem. Uśmiechnął się, a w jego oczach nie było ani śladu udawanej wielkoduszności.
— Gratuluję. Naprawdę. To świetny projekt.
— Dziękuję.
— Będziesz mogła naprawić rynnę.
— I przestać ustawiać pod nią miskę.
— Szkoda. Zdążyłem się przyzwyczaić do jej solówek.
Później, w garażu, gdy Lena poszła na górę, Adrian powiedział, że chciałby nadal ją poznawać. Nie wiedział, kiedy obowiązki wobec ojca pozwolą mu przyjeżdżać regularnie. Nie chciał obiecywać terminów, których może nie dotrzymać.
Justyna oparła dłonie o blat. Na palcu miała zaschniętą smugę szkliwa.
— Nie mogę prosić Leny, żeby przywiązała się do kogoś, kto będzie pojawiał się tylko wtedy, gdy znajdzie czas.
— Wiem.
— I nie mówię tego, bo mi na tobie nie zależy.
Adrian spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, a potem podszedł bliżej, nie dotykając jej.
— Właśnie dlatego jest gorzej — powiedział.
Niedzielę spędzili razem, zgodnie z ustaleniem. Poszli na spacer, zjedli obiad w małym barze, gdzie Lena upierała się, że kompot jest za słodki, a Adrian nie próbował jej przekonywać, że powinna go polubić. Wieczorem odprowadził je pod dom. Lena weszła pierwsza.
Justyna została na progu, z ręką na klamce.
— Nie chcę, żebyś mówił, że będziesz wracał, jeśli sam tego nie wiesz — powiedziała.
— Nie powiem.
— Dobrze.
Adrian mógł ją pocałować. Nie zrobił tego. Oboje wiedzieli, że pocałunek nie rozwiąże niczego, a tylko utrudni odejście.
— Powodzenia z piecem — powiedział.
— Powodzenia w Poznaniu.
Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Justyna patrzyła, aż zamknął za sobą drzwi. W garażu, za jej plecami, piec cicho stygł. Przed nią stała Lena, której nie chciała uczyć, że bliskość zawsze kończy się wyjazdem.
Kiedy samochód zniknął za rogiem, Justyna jeszcze przez chwilę trzymała dłoń na klamce. Nie płakała. Po prostu nie potrafiła od razu puścić.
Dopiero gdy Lena weszła na górę, wróciła do garażu. Porządkowała pracownię po pokazie. Zbierała wyschnięte skrawki gliny, myła pędzle i odkładała kubki na półkę. Na stole zostały ślady po filiżankach, a pod ścianą stała metalowa miska, do której już nie kapało — rynnę udało się naprawić dzięki zleceniu. Gdy ją przesunęła, zabrzęczała o beton. Dźwięk był ten sam co zawsze, tylko teraz nie oznaczał, że coś przecieka.
Lena siedziała na stołku, z nogami podwiniętymi pod siebie. Skubała zaschniętą glinę z paznokcia.
— Mamo, skoro konkurs już się skończył, Adrian naprawdę nie przyjdzie więcej?
Justyna odłożyła gąbkę. Przez chwilę słyszała tylko kapanie wody z kranu do zlewu.
— Nie wiem — odpowiedziała.
— A chciałabyś, żeby przychodził?
Lena nie patrzyła na nią, tylko na swoje dłonie. Nie było w jej głosie pretensji ani dziecięcego uporu. Zadała pytanie tak, jak pytała o rzeczownik: chciała wiedzieć, jak jest.
Justyna spojrzała na taśmę malarską biegnącą przez blat. Kiedy Adrian pracował po drugiej stronie, sama ją przykleiła, żeby nie zaglądać na jego projekty. Granica miała chronić jej pracę. Z czasem zaczęła znaczyć coś więcej: tu jestem ja, tam ktoś obcy; dopóki nie podejdę, nic mnie nie zaskoczy.
Próbowała ochronić Lenę przed niepewnością. W jej głowie jednak każda niewiadoma zdążyła zamienić się w zapowiedź odejścia. Adrian nie obiecał, że zostanie, a ona potraktowała to tak, jakby już ją zawiódł. Nie wiedziała, czy potrafi mu zaufać. Wiedziała tylko, że zamknięcie drzwi nie jest tym samym co bezpieczeństwo.
— Chciałabym — powiedziała. — Ale nie chcę, żebyś musiała się do niego przywiązywać, zanim będziemy wiedzieli, czy naprawdę potrafi być obecny.
Lena skinęła głową, jakby to miało sens.
— To mu powiedz.
Justyna wytarła dłonie w fartuch. Na telefonie odnalazła numer Adriana. Przez moment przesuwała kciukiem po ekranie, potem napisała: Jeśli jeszcze nie spakowałeś rzeczy, przyjedź do pracowni. Chciałabym z tobą porozmawiać.
Odpowiedź przyszła po minucie.
Będę za dwadzieścia.
Nie napisał, że tęskni. Nie napisała, że ona też. A jednak gdy rozległo się pukanie, serce Justyny uderzyło tak mocno, że pomyliła się przy odkładaniu kubka na półkę.
Adrian wszedł z torbą przewieszoną przez ramię. Włosy miał suche, kurtkę zapiętą pod szyję. Wyglądał na gotowego do drogi i jednocześnie na człowieka, który nie chce jeszcze ruszać.
— Nie musisz zostawać długo — powiedziała Justyna.
— Dobrze. Nie chcę, żebyś miała wrażenie, że przyjechałem cię przekonywać.
Odłożył torbę przy drzwiach. Nie podszedł bliżej. Ta ostrożność zabolała bardziej, niż powinna, ale Justyna nie pomyliła jej z obojętnością.
Podeszła do blatu i chwyciła brzeg taśmy. Klej puścił z cichym trzaskiem. Odklejała pasek powoli, zostawiając po nim matową linię.
— Nie proszę cię, żebyś został. Pytam, czy umiesz wracać wtedy, kiedy obiecasz, i mówić mi wcześniej, kiedy nie będziesz mógł.
Adrian popatrzył na pusty ślad po taśmie, potem na nią.
— Nie wiem, czy umiem od razu dobrze — powiedział. — Ale chcę spróbować. I muszę ci powiedzieć, czego nie mogę obiecać. Nie znam terminu końca rehabilitacji ojca. Mogą zmienić plan, mogą zadzwonić, że mam być na miejscu. Nie obiecam ci każdego weekendu.
Głos miał spokojny, lecz ręce zdradzały go bardziej niż w konkursowy piątek. Trzymał je splecione, aż zbielały mu knykcie.
— Nie chcę, żebyś składał obietnice, których nie możesz dotrzymać — odparła. — Boję się zaufać komuś, kto może zniknąć z mojego życia. Ale bardziej boję się, że będę za ciebie decydować, zanim dasz mi szansę sprawdzić, jaki jesteś.
Adrian wypuścił powietrze nosem. Jakby dopiero teraz pozwolił sobie przestać wyglądać na człowieka, który ma wszystko pod kontrolą.
— Kiedy ojciec trafił do szpitala, nauczyłem się mówić: „dam sobie radę”. To kończyło rozmowę i nie zmuszało nikogo, żeby czekał. Nie chciałem cię prosić o cierpliwość, skoro sam nie potrafiłem powiedzieć, na co ją proszę.
— A ja nauczyłam się, że jeśli nie oczekuję niczego, nikt nie może mnie zawieść.
— Działa?
Justyna spojrzała na metalową miskę pod rynną.
— Nie tak dobrze, jak myślałam.
Przez sekundę Adrian uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.
— Mogę obiecać szczerość. Konkretne ustalenia. I że jeśli nie będę mógł przyjechać, nie zniknę bez słowa. Zadzwonię. Nawet jeśli będę miał tylko pięć minut.
— A ja mogę obiecać, że nie będę udawać, że nic mnie nie obchodzi, kiedy będzie mnie obchodzić.
Słowa zabrzmiały prościej, niż czuła je w środku. Wciąż miała w sobie lęk, ciasny i uparty. Nie zniknął od jednej rozmowy. Ale przestała udawać, że milczenie jest jedynym sposobem, by nad nim zapanować.
Usiedli przy stole. Justyna wyjęła z szuflady dwa kubki: jeden z lekko krzywym uchem, drugi z nierówną krawędzią. Oba zrobiła dawno temu, podczas wieczoru, kiedy próbowała ćwiczyć proste formy. Nie były na sprzedaż. Żadnego z nich nie chciała poprawiać.
— W poniedziałek, kiedy dojedziesz do Poznania, zadzwoń — powiedziała. — Nie w drodze. Jak już będziesz na miejscu i będziesz wiedział, co z ojcem.
— Zadzwonię. A kiedy potwierdzę opiekę na parę godzin, przyjadę do Łodzi. Powiem ci wcześniej, którego dnia.
— Dobrze. Na początek bez Leny. Chcę, żebyśmy najpierw zobaczyli, czy potrafimy być konsekwentni wobec siebie. Nie chcę, żeby weszła w coś, co dopiero się zaczyna.
— Rozumiem. I nie będę próbował tego zmieniać.
Justyna podała mu kubek. Jego palce objęły ucho, a jej dłoń przez moment pozostała pod spodem. Nie pocałowali się. Nie musieli zamykać rozmowy gestem większym od niej.
— To nie jest łatwe — powiedział Adrian.
— Nie. Ale jest uczciwe.
Zostali jeszcze chwilę, dopijając herbatę. Potem Adrian wstał i zarzucił torbę na ramię. Przy drzwiach zawahał się, a Justyna zrobiła krok w jego stronę. Pocałunek był krótki, ciepły i ostrożny — nie obietnica, że już nigdy nie będzie trudno, tylko zgoda, by nie odwracać się od tego, co między nimi powstało.
— Do usłyszenia jutro — powiedziała.
— Do usłyszenia.
Kiedy wyszedł, Justyna nie patrzyła, aż zniknie za rogiem. Wróciła do stołu, gdzie oba kubki stały obok siebie. Jeden miał krzywe ucho, drugi nierówną krawędź. Żaden nie był idealny, żaden nie musiał udawać czegoś, czym nie był.
Na blacie pozostał ślad po taśmie. Justyna przesunęła po nim kciukiem, a potem przykryła go dłonią. W poniedziałek Adrian miał zadzwonić. Później być może przyjedzie, jeśli uda się znaleźć opiekę dla ojca. Nie wiedzieli jeszcze, jak często będą mogli się widywać ani ile razy plany trzeba będzie zmienić.
Po raz pierwszy od dawna nie próbowała rozstrzygnąć tego za nich oboje. Wystarczyło, że mieli następny dzień — i odwagę, by do niego zadzwonić.