Przepis na odwagę
Po chorobie Ludwika wraca do piekarni i spotyka Aleksego, który zna sekrety piernikowych form, lecz nie jej granice. Iskrzy między nimi — ale jego przyszłość zależy od jej decyzji.
— Nie tak — powiedział Aleksy.
Ludwika zatrzymała sitko w pół ruchu. Z mąki i cukru pudru posypującego drewniany blat uniósł się biały pył, który osiadł jej na rękawie i czubku nosa. Przez chwilę patrzyła na niego, potem na formę, którą właśnie oprószała.
— A jak?
W kuchni było ciepło od pieca, ale od nieszczelnego okna ciągnęło chłodem. Za szybą niedzielne Jeżyce miały kolor mokrego popiołu. Niskie chmury wisiały nad kamienicami, a przejeżdżający Dąbrowskiego tramwaj zadzwonił tak głośno, że na moment zagłuszył radio i rozmowy przy stole. Pachniało cynamonem, goździkami i skórką pomarańczową; zapach wgryzał się w sweter i włosy, jakby po wyjściu z piekarni człowiek miał jeszcze długo pachnieć świętami.
Aleksy wskazał formę. Była stara, ciemna, z gęsto rzeźbionym wzorem: postać w długiej szacie, gałązka i coś, co mogło być gwiazdą albo kołem od wozu.
— Tę trzeba oprószyć pędzlem, nie przez sitko. Mąka wchodzi w zagłębienia, ale nie zbija się w narożnikach. Inaczej potem wzór traci ostrość.
— Wzór może i traci ostrość — odparła Ludwika. — Za to piernik wychodzi z formy bez dłuta.
Uniósł wzrok. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby chciał bronić honoru wszystkich dawnych piernikarzy naraz. Potem parsknął śmiechem. Nie tym uprzejmym, którym ludzie kwitowali żarty z obowiązku, ale prawdziwym, krótkim i trochę zaskoczonym. Ludwika poczuła, że jej własne usta też układają się do uśmiechu.
— To uczciwy argument — przyznał. — Chociaż podejrzewam, że ta forma była używana w okolicach Bambergu. Albo przez kogoś, kto bardzo chciał, żeby wyglądała na bamberską.
— A ja podejrzewam, że powinna być używana przez kogoś, kto ma czyste ręce.
— Mam.
— Teraz już nie.
Spojrzał na swoje palce, ubrudzone ciastem, i znów się roześmiał. Na jego nadgarstku widać było cienką smugę mąki. Ludwika nie znała go jeszcze dobrze. Nowy instruktor pojawił się w piekarni przed tygodniem, kiedy ona dopiero wracała po długiej nieobecności i ostrożnie sprawdzała, czy dzień pracy da się przeżyć bez konieczności późniejszego odsypiania go przez pół doby.
W pierwszym tygodniu z powrotem zdążyła już usłyszeć trzy razy, że dobrze wygląda, dwa razy, że powinna się oszczędzać, i raz, że najważniejsze, iż jest już po wszystkim. Na to ostatnie nie znalazła odpowiedzi. Chłoniak nie kończył się w piątek wraz z ostatnią wizytą ani nie znikał z człowieka jak fartuch zdjęty po zmianie. Była w remisji. To słowo mieściło w sobie ulgę, ostrożność i całe mnóstwo rzeczy, których nie miała ochoty omawiać między dzieżami.
Zawiązała chustkę mocniej, choć ciemne loki i tak wydostawały się spod materiału przy skroniach i na karku. Potem przesunęła tacę bliżej siebie. Jeszcze miesiąc temu zrobiłaby to jednym ruchem, jednocześnie odpowiadając na pytanie o dostawę masła i sprawdzając, czy ktoś nie pomylił etykiet. Teraz pilnowała, żeby nie dokładać sobie zadań tylko dlatego, że potrafiła je wykonać.
— Ludka, usiądź na chwilę, dobrze? — zawołała Basia od miksera. — Ja dokończę.
— Stoję od dwudziestu minut.
— No właśnie.
Ludwika wytarła dłonie w fartuch. Chciała powiedzieć, że nie potrzebuje dozoru, ale Basia już odwróciła się do dzieży. Nie było w tym złej woli. Tylko troska, która rozsiadała się przy niej bez pytania, jak ktoś przynoszący własne krzesło.
Zamiast siadać, zaczęła układać gotowe pierniki na blasze. Powoli, jeden obok drugiego. Miała dość tego, że każde jej zmęczenie stawało się rozmową, a każde milczenie — znakiem, że trzeba zapytać, czy na pewno wszystko w porządku. Chciała znów być kierowniczką zajęć, nie wiadomością z ostatniego miesiąca.
Aleksy zajął się formą. Pędzel trzymał z przesadną delikatnością, jakby drewno mogło się obrazić. Pracował uważnie, a kiedy uniósł wzrok, złapał Ludwikę na obserwowaniu.
— Co? — spytał.
— Czekam, aż przyznasz, że moje sitko było szybsze.
— Było. Ale nie wszystko, co szybkie, jest warte zapamiętania.
Brzmiało to zbyt poważnie jak na rozmowę o mące. Zanim zdążyła zapytać, co ma na myśli, telefon Basi zawibrował na metalowym blacie. Basia przeczytała wiadomość i zaklęła pod nosem.
— Iga ma gorączkę. Nie da rady prowadzić szkolnych warsztatów w tym tygodniu.
W kuchni na moment zrobiło się cicho. Za drzwiami ktoś przesuwał skrzynki, radio grało piosenkę, której nikt nie słuchał.
— Wszystkich pięć klas? — zapytała Ludwika.
— Pięć. Od wtorku do piątku. Jedna grupa już jest potwierdzona, reszta do dogadania. Iga miała przygotować listę zakupów, scenariusz, wszystko.
Ludwika spojrzała na blachę. Pierniki były równe, dopóki nie patrzyło się na nie zbyt długo. Miała w głowie grafik, zapas miodu, liczebność grup i to, ile godzin może dziś przepracować, żeby jutro nie obudzić się z ciężarem w kościach. Znała ten mechanizm: wystarczyło, że ktoś wypadł, a ona już układała plan, zanim ktokolwiek poprosił.
— Pomogę — powiedziała.
Basia zawahała się.
— Nie musisz brać wszystkiego na siebie.
— Nie biorę. Sprawdzę, co jest do zrobienia.
Aleksy odstawił pędzel.
— Mogę poprowadzić warsztaty. Mam już zajęcia z dorosłymi, a z dziećmi sobie poradzę.
— W takim razie potrzebujemy rozpiski — powiedziała Ludwika. — Grupy, dyżury, przygotowanie ciasta. Jutro rano ustalimy, kto co bierze.
— Jutro rano? — Basia spojrzała na zegar. — Wtedy będzie za późno na zamówienie mąki. Usiądźcie teraz, zanim każde z was wymyśli inny plan.
Przy małym stoliku między workiem mąki a stosem czystych ścierek Ludwika otworzyła zeszyt. Aleksy przysunął krzesło. Metalowa noga zgrzytnęła o płytki. Był na tyle blisko, że czuła na nim zapach pieca i goździków, a na tyle daleko, by nie dotknąć jej łokcia.
Rozpisywali porcje ciasta i godziny. Aleksy notował starannie, małymi, pochyłymi literami. Kiedy Ludwika zapytała, czy może przejąć piątkową grupę, spojrzał na kalendarz.
— Piątek mam wolny po warsztatach — powiedział. — Chociaż chyba nie całkiem. W sobotę kończy mi się umowa.
Długopis zatrzymał się w jej dłoni.
— Wiem.
— A ty… — urwał i spojrzał na nią uważniej. — To ty masz ocenić, czy ją przedłużyć?
W kuchni zaskrzypiała blacha wsuwana do pieca. Ludwika zamknęła zeszyt, choć nie zdążyli rozpisać ostatniej grupy.
— Tak. W piątek, po warsztatach.
Przez twarz Aleksego przemknęło coś, czego nie umiała od razu nazwać. Uśmiech zniknął, ale nie zastąpiła go złość. Raczej ostrożność, nagła i bardzo konkretna.
— Rozumiem — powiedział. — Czyli przez cały tydzień będziemy udawać, że to tylko pierniki?
Ludwika poczuła ciepło pod chustką, choć wcale nie zrobiło się jej goręcej. Otworzyła zeszyt z powrotem.
— Nie. Będziemy robić pierniki. To powinno wystarczyć.
Aleksy przez moment patrzył na nią bez słowa. Potem przesunął ku niej pędzel, który wcześniej odłożył przy formie.
— W takim razie zacznijmy od tego, żebym nie musiał ich wyjmować dłutem.
Ludwika wzięła pędzel. Ich palce musnęły się na drewnianej rączce, ledwie na moment. Żadne z nich nie cofnęło dłoni od razu.
W poniedziałek kuchnia była jeszcze ciaśniejsza niż w niedzielę. Dzieci miały przyjść następnego dnia, a na stole piętrzyły się miski, pojemniki z lukrem i kartony, które Basia przyniosła z zaplecza. Aleksy rozłożył swoje notatki, Ludwika listę zakupów. Przez pierwszą godzinę rozmawiali głównie o tym, ile miodu przypada na jedną porcję ciasta i czy można pozwolić dzieciom samodzielnie wyjmować pierniki z form.
— Można — stwierdził Aleksy. — Jeśli najpierw pokażemy, jak nie złamać gwiazdy.
— Mówisz o pierniku czy o dziecku?
— W przypadku obu obowiązuje zasada: nie szarpać.
Powiedział to z taką powagą, że Ludwika prychnęła śmiechem. Pracownica z drugiego końca kuchni spojrzała na nich znad dzieży. Ludwika pochyliła się nad listą, jakby nagle wymagała pilnej korekty.
Po południu poszli na zakupy. Na Jeżycach chodniki były mokre od drobnego deszczu, a przed warzywniakiem ktoś ustawił skrzynkę mandarynek. Aleksy niósł dwa worki mąki, Ludwika koszyk z przyprawami i małe słoiki do lukru. Mijali stoiska, zaparowane witryny i ludzi wracających z pracy z reklamówkami obijającymi się o kolana. Przy stoisku z używanymi książkami Aleksy przystanął, bo sprzedawca wystawił drewnianą formę.
Była niewielka, wytarta na krawędziach. Przedstawiała koguta z przekrzywionym grzebieniem.
Aleksy odłożył worek na chodnik i zaczął opowiadać. O tym, jak rozpoznawać dłuto, jak drewno pęka przy złym suszeniu, jak niektóre formy wycinano w warsztatach rodzinnych, a inne kopiowano dla jarmarcznych kramów. Mówił coraz szybciej, zapominając o deszczu i o tym, że Ludwika trzyma koszyk w jednej ręce, a drugą osłania mu notatki przed kroplami.
— I właśnie dlatego — zakończył — kogut jest ciekawszy, niż wygląda.
— Przyznaję, że to trudny konkurent dla zakupów na warsztaty.
Spojrzał na nią, jakby dopiero teraz sobie przypomniał, gdzie są. Uśmiechnął się nieco zawstydzony.
— Zdarza mi się zgubić wątek.
— Zauważyłam. Ale przynajmniej wiesz, gdzie go szukać.
We wtorek, po pierwszej grupie, rodzice zaczęli pytać o cenę kolejnych zajęć. Aleksy miał już w ręku drewnianą formę, gotów opowiedzieć o jej wieku, gdy jedna z matek spytała, czy warsztaty będą droższe w styczniu.
— To zależy — zaczął. — Od czasu, składników, rodzaju form…
Ludwika podeszła do stołu, nie wchodząc mu w słowo.
— Cena za dziecko zostaje taka sama jak dzisiaj. Materiały są wliczone, a zapisy będziemy przyjmować telefonicznie od przyszłego tygodnia — powiedziała. Potem spojrzała na Aleksego. — Jeśli Aleksy będzie prowadził kolejną grupę, opowie państwu, co dzieci zabiorą do domu.
Nie podziękował od razu. Kiedy rodzice odeszli, dotknął kciukiem krawędzi formy.
— Nie musiałaś mnie ratować.
— Nie ratowałam. Pytali o cenę, dostałam odpowiedź.
— Właśnie. Krótką, jasną i bez koguta.
— Kogut też byłby na miejscu. Tylko może w styczniu.
Uśmiechnął się, a potem opowiedział jej o piernikach, które jego babcia trzymała w puszce aż do Trzech Króli. Nie pytał, czy ją to interesuje. Po prostu mówił, patrząc na nią, nie na jej ręce, nie na chustkę, nie na zmęczenie. Ludwika poczuła, jak coś w niej ustępuje, ledwie o milimetr.
W kolejnych dniach po zamknięciu zostawali dłużej, żeby sprzątać stoły. Mąka wciskała się w szwy blatu, lukier zasychał na miseczkach, a na podłodze leżały skrawki papieru do pieczenia. W czwartek Ludwika przenosiła blachę, gdy palce zaczęły jej drżeć. Zanim zdążyła zacisnąć je mocniej na rancie, Aleksy chwycił drugi koniec.
— Ciężka — powiedział tylko.
Nie spojrzał na nią z troską, która domagała się odpowiedzi. Nie zawołał Basi. Po prostu przejął część ciężaru.
— Dziękuję.
— Nie musisz dziękować za blachę.
— Nie za blachę. Za to, że nie pytasz przy wszystkich, czy zaraz zemdleję.
Jego twarz spoważniała.
— Chcesz, żebym zapytał teraz?
— Nie. Chcę, żebyś czasem zapytał, co lubię. Albo czego chcę. Nie tylko, czy już mi lepiej.
Przez chwilę słychać było wyłącznie szum zmywarki i stukot deszczu o okno.
— Co lubisz? — spytał w końcu.
Ludwika oparła biodro o stół.
— Lubię, kiedy ktoś pamięta, że nie znoszę rodzynek. Lubię stare kina, ale tylko te, w których fotele skrzypią. I nie lubię, kiedy mówią do mnie „dzielna”, jakby to była moja praca na pełen etat.
Aleksy skinął głową, jakby zapamiętywał dokładne proporcje przepisu.
— A czego chcesz?
To pytanie zabrzmiało inaczej. Ludwika spojrzała na niego. Miał na rękawie smugę lukru, a na policzku mąkę. Mogła powiedzieć cokolwiek. Zamiast tego odwróciła wzrok ku stołowi.
— Dzisiaj chcę, żebyś dokończył opowieść o formie z kogutem.
Dokończył ją, kiedy już zamknęli piekarnię. Potem opowiedział o kolejnej, znalezionej na pchlim targu, i o tym, że w jego mieszkaniu brakuje miejsca, ale nie umie przestać szukać. Ludwika słuchała, siedząc na odwróconym wiadrze. Gdy wreszcie ruszyła do wyjścia, stali blisko siebie przy drzwiach zaplecza. Aleksy podniósł rękę, jakby chciał strzepnąć jej z włosów drobinkę mąki. Zatrzymał palce tuż przy skroni.
Ludwika nie odsunęła się. Przez krótką, niestosowną chwilę wydawało jej się, że wystarczy lekko unieść twarz.
Aleksy opuścił rękę.
— W piątek mam cię oceniać — powiedziała.
— Wiem.
— Nie chcę, żeby potem ktokolwiek mógł powiedzieć, że decyzja była czymś innym niż zawodowa.
— Ja też nie.
Nazajutrz Ludwika zamknęła drzwi gabinetu właścicielki i powiedziała pani Renacie wprost o tym, co zaczyna dziać się między nią a Aleksym. Poprosiła, by oceny warsztatów dokonała osoba niezależna, a jeśli umowa zostanie przedłużona, by Aleksy nie podlegał bezpośrednio jej.
Pani Renata zdjęła okulary.
— Rozumiem. Ale warsztaty ocenię dopiero jutro, po ostatniej grupie. Nie obiecam ani etatu, ani reorganizacji. Najpierw muszę zobaczyć wyniki i policzyć budżet.
Ludwika przyjęła to skinieniem głowy. Miała nadzieję, że uczciwość przyniesie choć odrobinę ulgi. Nie przyniosła.
Po piątkowych zajęciach Aleksy czekał na nią przy zapleczu. W piekarni gasły światła, a z sali warsztatowej dobiegał szelest zamiatanej mąki.
— Nie podejmę z tobą żadnej relacji, dopóki moje utrzymanie zależy od twojej decyzji — powiedział. Mówił cicho, ale nie łagodził słów. — Nie chcę się zastanawiać, czy dostałem pracę dlatego, że dobrze prowadzę warsztaty. Ani czy ty czujesz to, co czujesz, czy próbujesz mi coś wynagrodzić.
Ludwika zacisnęła palce na krawędzi zeszytu.
— Nie próbuję ci niczego wynagradzać.
— Wiem. Ale to nie zmienia tego, jak wygląda sytuacja.
Miał rację. Właśnie dlatego nie mogła poprosić, żeby został, ani obiecać, że jutro wszystko się ułoży. Nie miała prawa rozdawać pewności, której sama nie posiadała.
— Jeśli piekarnia nie znajdzie uczciwego rozwiązania, odejdę — dodał. — Nawet jeśli będę tego żałował.
Za drzwiami ktoś przesunął krzesło. Ludwika pomyślała o jego dłoni podtrzymującej blachę, o kogucie z przekrzywionym grzebieniem, o pytaniu, czego chce. Potem spojrzała na niego i nie powiedziała, żeby został.
Aleksy skinął głową, jakby usłyszał w jej milczeniu odpowiedź. Wyszedł przez zaplecze. Drzwi zamknęły się za nim miękko, bez trzasku.
Ludwika została z zeszytem przyciśniętym do piersi i pewnością, że postąpili właściwie. Nie umiała tylko znaleźć w niej niczego, co przypominałoby pocieszenie.
W sobotę przyszła przed otwarciem. Na Jeżycach nocny deszcz zostawił na chodnikach ciemne plamy, a z rynny przy wejściu kapało do metalowego wiadra. W kuchni pachniało wczorajszym lukrem i chłodnym popiołem z pieca. Ludwika zdjęła płaszcz, powiesiła go na haczyku i przez moment patrzyła na listę zadań przypiętą do tablicy. Jej nazwisko widniało przy niemal połowie punktów.
Kiedyś uznałaby to za dowód, że jest potrzebna. Po leczeniu — że znów daje radę. Teraz widziała przede wszystkim błędny rachunek: godziny, których nie powinna brać na siebie, i cudze obowiązki, które przejmowała, zanim ktokolwiek zdążył o to poprosić.
Otworzyła szufladę biurka. Wyjęła plan podziału zadań, zapisany kilka miesięcy wcześniej, zanim poznała Aleksego i zanim jego umowa stała się czymś, co potrafiła rozważać także po zamknięciu piekarni. Uzgodniła go wtedy z panią Renatą po powrocie do pracy: Ludwika miała zajmować się organizacją i rezerwacjami warsztatów, a instruktorzy podlegać szefowej produkcji. Nie dlatego, że nie potrafiła robić więcej. Dlatego, że jej czas pracy miał mieć granice.
Pani Renata przeczytała dokument przy biurku, z okularami zsuniętymi na czubek nosa.
— Myślałam, że odłożymy to do stycznia — powiedziała.
— Ja też. Ale nie chcę czekać, aż znowu będę tak zmęczona, że nie będę umiała odróżnić ambicji od uporu.
Pani Renata uniosła wzrok. Ludwika nie dodała, że od wczoraj próbuje także odróżnić rozsądek od strachu. Nie musiała. Zamiast tego omówiły dyżury, zamówienia i to, kto przejmie przygotowanie sali. Ludwika zachowała zapisy, kontakt ze szkołami i układanie kalendarza. Resztę rozpisano między Basię, szefową produkcji i instruktorów. Kiedy skończyły, na kartce zostało przy jej nazwisku mniej pozycji. Nie poczuła się przez to mniejsza.
Aleksy nie przyszedł rano. Pani Renata poprosiła go na rozmowę po południu, już bez Ludwiki. Ona zajęła się rezerwacjami i nie pytała, jak przebiegło spotkanie. Słyszała tylko przez uchylone drzwi fragmenty rozmowy o liczbie uczestników i organizacji zajęć. Potem pani Renata wyszła z gabinetu z kartką w ręku i poszła do kuchni.
Dopiero gdy Aleksy wrócił po kilku minutach, spotkali się na korytarzu. Zatrzymał się, ale nie podszedł bliżej.
— Pani Renata proponuje mi przedłużenie umowy — powiedział. — W nowym układzie. Mam do wieczora, żeby przeczytać warunki.
— Dobrze.
— Nie ty brałaś udział w decyzji.
— Nie. I nie będę.
Przyglądał jej się przez sekundę, jakby sprawdzał, czy to zdanie naprawdę znaczy to, co słyszy. Potem skinął głową.
— Przeczytam wszystko. Nie chcę podejmować decyzji tylko dlatego, że… — Urwał.
— Wiem.
Nie dokończył. Ona nie poprosiła, żeby to zrobił. Resztę dnia spędzili w tej samej piekarni, ale nie sami. Rozmawiali o rzeczach, które musiały zostać załatwione, i pilnowali, by każde z nich miało zajęte ręce. Raz Ludwika usłyszała jego śmiech z sali warsztatowej. Raz, przechodząc obok, zobaczyła, jak składa umowę na pół, po czym rozprostowuje ją i wraca do czytania.
Po zamknięciu pani Renata zgasiła światła na sali i wyszła, życząc im dobrej niedzieli. Basia pożegnała się z kuchni, zostawiając po sobie mokrą ścierkę na kranie. Ludwika domknęła kasę i odniosła zeszyt na zaplecze. Nie wiedziała, czy Aleksy wciąż jest w budynku, aż usłyszała cichy stuk drewna.
Znalazła go przy szafce, odkładającego umyte formy na półkę. Kogut z przekrzywionym grzebieniem leżał osobno, na czystej ściereczce. Aleksy miał podwinięte rękawy i wilgotne dłonie.
— Podpisałeś? — spytała.
— Tak. Warunki są w porządku. Przeczytałem je dwa razy, żeby nie było, że pomyliłem odwagę z pośpiechem.
Pokiwała głową. Poczuła ulgę, a zaraz po niej ukłucie: miał zostać w piekarni, lecz nic nie wskazywało, co stanie się między nimi. Ta niepewność była uczciwa. Właśnie dlatego nie dało się jej już schować za grafikami.
— Chciałam ci coś powiedzieć — zaczęła. — Nie jako osoba, która może cokolwiek zrobić z twoją umową. Po prostu ja.
Odłożył formę i wytarł dłonie o ściereczkę.
— Słucham.
Ludwika zacisnęła palce na krawędzi blatu. Pamiętała, jak w gabinetach lekarskich nauczyła się czekać na zdania wypowiadane spokojnym głosem. Jak długo po leczeniu każde zmęczenie potrafiło zmienić się w pytanie, którego nie chciała sobie zadawać. I jak ludzie, nawet z najlepszej troski, zaczynali patrzeć na nią tak, jakby najważniejsza część jej życia wydarzyła się już i odtąd należało ją tylko chronić.
— Boję się, że choroba wróci — powiedziała. — Nie codziennie. Nie w każdej chwili. Ale ten strach jest we mnie i czasem wraca bez zapowiedzi. Boję się też, że jeśli ktoś się do mnie zbliży, zacznie widzieć przede wszystkim ten lęk. Albo będzie uważał, że musi mnie pilnować. Nie chcę być czyimś zadaniem.
Aleksy nie odpowiedział od razu. Spojrzał na formę leżącą na ściereczce, potem na nią.
— Nie zawsze będę wiedział, jak się zachować — powiedział w końcu. — Mogę się pomylić. Mogę nie zauważyć, że czegoś potrzebujesz, albo zapytać wtedy, kiedy wolałabyś, żebym po prostu posłuchał. Ale mogę pytać, zamiast zgadywać za ciebie. I nie chcę być ani twoim podopiecznym, ani opiekunem.
Ludwika wypuściła powietrze, które trzymała w płucach tak długo, że aż zabolały ją żebra.
— Właśnie z tobą chciałabym spróbować być po prostu sobą.
Nie ruszył się od razu. Zostawił jej przestrzeń na zmianę zdania, na żart, na odejście. Wtedy sama zrobiła krok w jego stronę. Jego dłoń uniosła się ostrożnie, jak tamtego wieczoru przy zapleczu, ale tym razem zatrzymała się dopiero przy jej policzku. Ludwika oparła o nią twarz.
Pocałunek był najpierw niepewny, krótki. Potem oboje przestali uważać na to, czy robią wszystko właściwie. W pustej kuchni, pośród umytych misek i drewnianych form, smakował odrobiną herbaty i skórką pomarańczową. Kiedy się odsunęli, Aleksy nie zapytał, czy na pewno wszystko dobrze. Uśmiechnął się tylko, a ona dotknęła kciukiem smugi mąki na jego rękawie.
— Jutro? — zapytał.
— Jutro.
— Spacer?
— Bez grafiku służbowego.
— I bez rozmowy o formach?
— Tego nie obiecam.
Roześmiał się cicho. Umówili się na południe, przy przystanku na Dąbrowskiego, i na żadną obietnicę większą niż wspólny dzień. Ludwika zgasiła światło w kuchni. Za drzwiami czekały chłodne ulice i tramwaj, który jak zwykle zadzwoni, zanim zdąży skręcić. Tym razem nie musiała wiedzieć, co będzie dalej, żeby zrobić następny krok.
W niedzielę szli powoli, mijając mokre witryny i ludzi z siatkami pełnymi zakupów. Aleksy opowiedział jej o formie, którą chciał kiedyś znaleźć, a ona przerwała mu w połowie, żeby pokazać wystawę starego kina. Nie musieli niczego rozstrzygać. Gdy ich dłonie spotkały się przy przejściu dla pieszych, Ludwika splotła palce z jego palcami. Zielone światło zapaliło się na sygnalizatorze. Ruszyli razem.