Thriller

Zanim stężeje formalina

W prosektorium historycznego teatru anatomicznego ginie pracownik, a odpowiedzi kryją się wśród kart dawców. Każdy numer prowadzi głębiej — i ktoś zrobi wszystko, by prawda nie ujrzała światła.

Zanim stężeje formalina

Alicja Jakubowska dociskała kciukiem zacięcie w lateksowej rękawiczce, aż materiał przestał haczyć o skórę. Potem podniosła metalową kuwetę i wsunęła ją na wózek. Preparaty były opisane, zabezpieczone i policzone. Zajęcia miały się zacząć za niecałą godzinę, a w historycznym teatrze anatomicznym wciąż panował chłód, który wchodził pod fartuch i zostawał między łopatkami.

Z korytarza dobiegało stukanie kaloryfera. Gdzieś niżej trzasnęły drzwi, potem rozległy się kroki, stłumione przez grube mury. Alicja zatrzymała się na moment z ręką na uchwycie wózka. W budynku o tej porze każdy dźwięk wracał z opóźnieniem, jakby ktoś powtarzał go z drugiego końca pustej sali.

Przesunęła wózek przez szerokie drzwi teatru. Dawne drewniane ławy wznosiły się rzędami wokół centralnego stołu, wypolerowane od pokoleń łokci i fartuchów. Pod sufitem wisiały lampy o mlecznych kloszach. Ich światło wydobywało z tynku szare spękania i nierówności, których nie dało się zamalować. Pachniało środkiem do mycia podłóg, mokrym drewnem i czymś słodkawym, czego nawet po latach pracy Alicja nie umiała pomylić z niczym innym.

Zostawiła wózek przy stole i sprawdziła klamry na pojemnikach. Jedna puściła. Zapięła ją ponownie, mocniej, po czym sięgnęła po listę. Numer, opis, podpis. Kolejność miała znaczenie. Zwłaszcza tutaj, gdzie część wyposażenia pamiętała czasy, kiedy nikt nie pytał o numer partii ani zgodę na wykorzystanie preparatu.

W sąsiedniej sali prosektoryjnej powinien być Kosma. Zwykle przychodził wcześniej niż reszta, żeby przygotować dokumenty i sprawdzić dostawy. Gdy Alicja podeszła do drzwi, nie usłyszała jego radia ani przesuwanego krzesła. Zapukała knykciami.

— Kosma?

Nie odpowiedział.

Drzwi nie były zamknięte. Uchyliły się pod naciskiem jej dłoni, odsłaniając najpierw róg stołu, potem zimną, białą posadzkę. Kosma Małecki leżał między stołem a szafką z narzędziami, na boku, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie. Jego fartuch podwinął się pod plecami. Na podłodze, niedaleko głowy, przewrócony stołek leżał na metalowej nodze. Przy ścianie stał otwarty segregator.

Alicja cofnęła się tak szybko, że uderzyła biodrem o framugę. Ból przyszedł dopiero po chwili. Nie weszła do środka. Nie dotknęła klamki ponownie, nie próbowała sprawdzać pulsu. Znała procedurę i znała swoje ręce; nagle wydały jej się zbyt duże, nieporęczne, zdolne popsuć wszystko, czego jeszcze nie rozumiała.

Wyjęła telefon. Pierwszy numer wybrała nieprawidłowo. Za drugim razem odezwał się dyspozytor.

— Zakład anatomii, budynek przy teatrze anatomicznym. Mężczyzna leży na podłodze. Nie reaguje. Nie wchodzę do sali.

Głos zabrzmiał równo, prawie obojętnie. Dopiero kiedy się rozłączyła, zauważyła, że drży jej dłoń. Wsunęła telefon do kieszeni, stanęła na korytarzu tak, by nikt nie wszedł do prosektorium, i czekała. Z sali dochodziło ciche buczenie wentylacji. Za oknem śnieg przykrywał wewnętrzny dziedziniec cienką szarą warstwą, już przeciętą śladami opon.

Mieczysław Kruk pojawił się z końca korytarza w rozpiętym płaszczu. Kierownik zakładu miał na sobie koszulę bez krawata i minę człowieka, którego wyrwano z myśli, nie ze snu.

— Co się stało?

Alicja wskazała na drzwi. Kruk zajrzał, ale nie przekroczył progu. Jego twarz pobladła, potem ściągnęła się w ciasny, urzędowy wyraz.

— Dzwoniłaś na policję?

— I po pogotowie.

Wszedł o krok głębiej, zatrzymał się. Jego wzrok przeszedł od ciała do otwartego segregatora.

— To ten segregator? — spytał.

Alicja spojrzała na niego.

— Nie wiem.

Kruk odchrząknął. Od kilku dni Kosma sprawdzał karty przyjęcia: daty, numery zgód, podpisy osób przekazujących ciała. Przy kawie rzucił Alicji, że w papierach coś się nie zgadza, ale nie chciał mówić więcej, zanim nie sprawdzi. Kruk dowiedział się o tych kontrolach i wczoraj przy wszystkich upomniał go, że zakład nie może sobie pozwolić na audyt wywołany przez czyjąś nadgorliwość. Teraz stał w progu z oczami utkwionymi w dokumentach.

— Nie ruszaj niczego — powiedziała Alicja.

— Wiem, jak się zachować.

Powiedział to zbyt szybko.

Z bocznego korytarza wyszła Elwira Janowska, prawniczka obsługująca uczelnię. Miała ciemny płaszcz zapięty pod szyję i teczkę przyciśniętą do boku. Nie spojrzała w stronę prosektorium. Najpierw zapytała, czy przyjechała policja.

— Jest w drodze — odparła Alicja.

Elwira skinęła głową. Jej wzrok zatrzymał się na wózku z pojemnikami, który Alicja zostawiła przy wejściu do teatru.

— Chciałam tylko ustalić, czy ciało starszej kobiety przywiezione wczoraj wieczorem zostało już utrwalone.

Alicja poczuła, jak Kruk odwraca głowę.

— Nie wiem. Nie zajmowałam się nim.

— Pytam ze względu na zgłoszony przez rodzinę sprzeciw. Musimy mieć pewność, że dokumentacja się zgadza.

Elwira mówiła spokojnie, bez pośpiechu. Na końcu zdania zacisnęła palce na teczce, aż zbielały jej kostki. Potem puściła ją i wygładziła rękaw płaszcza.

— Sprawdzę, kiedy będzie można — powiedziała Alicja.

— Dziękuję. To ważne.

W dali zamruczała syrena, najpierw ledwie słyszalna, potem wyraźniejsza. Kruk przesunął się tak, by zasłonić wejście do sali. Elwira cofnęła się pod ścianę. Przez chwilę wszyscy troje stali w tym samym zimnym korytarzu, każde patrząc gdzie indziej.

Policjanci przyjechali z technikiem kryminalistyki. Alicję odprowadzono do pustego gabinetu i poproszono, żeby opisała, co widziała, nie dodając tego, co sobie wyobrażała. Mówiła o stołku, otwartym segregatorze i ciele. O tym, że nie weszła do środka. Jeden z funkcjonariuszy zapisał jej dane, drugi rozmawiał z Krukiem. Głos kierownika był spokojny, ale przez cienkie drzwi docierały do niej urywki: zamknięcie zakładu, harmonogram, klucze, karty dostępu.

Technik wyszedł po kilkunastu minutach, zdejmując ochraniacze na buty. Nie powiedział Alicji, co znalazł. Policjant, który ją przesłuchiwał, kazał jej zostać w budynku. Kruk siedział na korytarzu z łokciami opartymi o kolana. Na jego mankiecie zaschła ciemna smuga; Alicja nie wiedziała, czy była tam wcześniej.

W końcu funkcjonariusz podszedł do nich z wydrukiem z systemu wejściowego. Zapytał Kruka, czy jego karta nadal była w jego posiadaniu. Kruk podniósł wzrok.

— Oczywiście.

— Zgon nastąpił najpewniej kilka godzin przed rozpoczęciem pracy — powiedział policjant. — A budynek był zamknięty.

Przesunął palcem po wydruku. W korytarzu, gdzie kaloryfer znów zaczął stukać, nikt się nie odezwał.

— O dwudziestej trzeciej czterdzieści siedem otwarto wejście służbowe. Kartą przypisaną do pana, panie Kruk.

Kierownik nie odpowiedział od razu. Patrzył na wydruk, jakby szukał na nim błędu, który można wskazać palcem.

— Karta była u mnie — powiedział w końcu. — Ale ja byłem wtedy na nocnym dyżurze w drugim budynku.

Policjant schował wydruk do teczki.

— To ustalimy.

Nie pozwolili im wrócić do zakładu. Drzwi prosektorium zamknęli taśmą, a potem zabezpieczyli osobno salę, korytarz i teatr anatomiczny. Alicja widziała, jak technik fotografuje wózek, na którym zostawiła pojemniki. Każdy ruch miał teraz swój numer i godzinę. Wzięli jej identyfikator, kazali czekać w portierni, gdzie grzejnik pachniał kurzem, a automat do kawy wydawał kubki z mlecznym osadem na dnie.


Przesłuchanie odbyło się w gabinecie, w którym zwykle trzymano fartuchy dla gości. Policjantka miała na stole notatnik, telefon i jednorazowy kubek wody. Pytała o obowiązki Alicji, dostęp do dokumentów, przyjęcia zwłok i rozmowy z Kosmą.

— Nie miał dostępu do danych medycznych — powiedziała Alicja. — Sprawdzał część administracyjną. Numery kart, daty przekazania, podpisy, zgodność transportu z wpisem w rejestrze.

— Mógł ustalić, kto był dawcą?

— Nie z tych zapisów. Numer jest przypisany do dokumentacji. To nie jest nazwisko. Żeby połączyć go z konkretną osobą, trzeba mieć dostęp do osobnej ewidencji.

Policjantka zanotowała to bez komentarza. Potem przesunęła w jej stronę wydruk kilku pozycji. Alicja rozpoznała tabelę, zanim przeczytała nagłówek. Brakowało dat, numery transportów nie zgadzały się z liczbą pojemników, dwa wpisy miały ten sam podpis.

— To Kosma sprawdzał? — spytała policjantka.

Alicja pochyliła się nad kartką.

— Mógł. Tu są zaległe wpisy. A ten transport… powinny być trzy pojemniki, rozliczono dwa.

— Kto zatwierdzał dokumenty?

— Kierownik. Część podpisów jest jego.

Powiedziała to i poczuła, jak zdanie zostaje w pokoju dłużej niż ona. Nie było kłamstwem. Nie było też odpowiedzią na pytanie, kto zabił Kosmę.

Kruk przyznał, że pokłócił się z nim poprzedniego dnia. Świadkowie potwierdzili, że upomniał go przy innych pracownikach. Potwierdzili też, że o dwudziestej trzeciej czterdzieści siedem był w budynku klinicznym, po drugiej stronie terenu uczelni. Pielęgniarka z nocnego dyżuru pamiętała, że przyniósł dokumenty do podpisu. Portier odnotował jego wejście. Kamera na korytarzu złapała go dwie minuty przed godziną z logu przy teatrze.

— Czyli ktoś użył jego karty — powiedziała Alicja, gdy policjantka wróciła do gabinetu.

— Albo system zarejestrował jego kartę — odparła tamta. — To nie to samo.

Alicja pomyślała o smudze na mankiecie Kruka. O jego twarzy, kiedy zobaczył segregator. O tym, jak szybko powiedział, że wie, jak się zachować. Każda z tych rzeczy mogła coś znaczyć. Żadna nie wystarczała.

Po południu pozwolono jej wrócić po rzeczy pod nadzorem funkcjonariusza. Zakład pachniał już taśmą klejącą i zimną kawą. Korytarz był pusty. Na drzwiach sali wisiała kartka z zakazem wchodzenia, podpisana przez policję. Alicja zatrzymała się przed nią, lecz funkcjonariusz wskazał jej gabinet.

— Tylko rzeczy osobiste.

Jej służbowy komputer stał na biurku, ekran wyłączony. Policja skopiowała dysk. Na pulpicie leżała lista zajęć, którą ktoś wydrukował i zostawił pod klawiaturą. Alicja nie dotknęła jej. Zapytała, czy znaleźli coś w komputerze Kosmy.

Funkcjonariusz nie odpowiedział. Później, kiedy siedziała znowu w portierni, podszedł do niej ten sam policjant, który rozmawiał z Krukiem. Miał złożoną kartkę.

— Na służbowym komputerze była niedokończona notatka. Chcemy, żeby pani wyjaśniła oznaczenia.

Przeczytała dwa wiersze. Numer dawczyni, data przyjęcia, potem krótki zapis: „świeże obrażenia szyi? ustalić okoliczności, zawiadomienie prokuratury?”. Pytajnik był wciśnięty w koniec zdania, jakby Kosma dopisał go w pośpiechu.

Alicja uniosła wzrok.

— To nie jest uwaga o dokumentacji.

— Co pani o tym sądzi?

Na korytarzu ktoś przesuwał krzesło. Metalowa noga zapiszczała po posadzce.

— Mógł podejrzewać, że ciało przyjęto, chociaż okoliczności śmierci były niejasne. Jeśli ktoś sfałszował dokumenty albo przymknął oko na transport… Kosma mógł to odkryć.

Policjant nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Zapytał, czy zna numer. Alicja znała ich setki; każdy był taki sam, dopóki nie łączył się z datą, podpisem i czyimś ciałem.

Poprosiła, by sprawdzili kartę przyjęcia i oryginał deklaracji. Nie chciała zgadywać. Funkcjonariusz powiedział, że dokumenty są zabezpieczone. Nie dostanie do nich dostępu, dopóki nie zakończą oględzin. System, który przez lata pozwalał jej weryfikować każdy wpis, nagle stał się drzwiami bez klamki.

Mimo to policja znalazła deklarację. Została podpisana przez dawczynię osiem lat wcześniej, poświadczona przez świadka i wpisana do rejestru. Transport rozliczono niechlujnie, część danych uzupełniono po czasie, ale ciało trafiło do zakładu zgodnie z wolą kobiety. Podejrzenie nielegalnego pozyskania osłabło, a potem zniknęło pod ciężarem papierów. Zostały błędy Kruka, jego kłótnia z Kosmą i nocna karta, której użył ktoś inny.

Alicja jeszcze raz spojrzała na numer z notatki.

Znała go.

Nie z rejestru. Z porannego korytarza, z teczki przyciśniętej do ciemnego płaszcza. Z pytania Elwiry Janowskiej o starszą kobietę przywiezioną poprzedniego wieczoru. O to, czy została już utrwalona. O zgłoszony przez rodzinę sprzeciw.

— To ta kobieta — powiedziała.

Policjant odwrócił kartkę do siebie.

— Jest pani pewna?

— Elwira pytała o nią dziś rano. Powiedziała, że jest z rodziny.

W portierni zaszumiała drukarka. Policjant zapisał nazwisko Elwiry, godzinę rozmowy i dokładne słowa, które Alicja pamiętała. Kiedy skończył, poprosił, żeby niczego z nikim nie omawiała.

Alicja podpisała protokół. Litera „J” wyszła jej krzywo, bo długopis przerywał.

Przez szybę w drzwiach zobaczyła Elwirę stojącą na końcu korytarza. Teczka była przyciśnięta do boku. Nie wyglądała na zaskoczoną widokiem policjanta. Spojrzała na Alicję, potem na kartkę, którą funkcjonariusz trzymał w ręku.

Alicja odsunęła krzesło. Tym razem wiedziała już, co powiedzieć. I wiedziała, że od tej chwili nie będzie mogła udawać, że numer jest tylko numerem.

— To nie był przypadkowy numer — powiedziała policjantce. — Elwira pytała o tę kobietę, zanim ktokolwiek wiedział o obrażeniach. Wiedziała, że ciało jest w zakładzie. I że nie zostało jeszcze utrwalone.

Policjantka nie spojrzała na Elwirę. Wzięła od Alicji kartkę z numerem dawczyni i zaniosła ją do pokoju obok. Przez szybę Alicja widziała, jak rozmawia z kolegą, potem dzwoni. Elwira stała w korytarzu, wciąż z teczką przyciśniętą do boku. Nie próbowała podejść. Kiedy policjant wrócił, miał na sobie kurtkę i rękawiczki.

— Pani Janowska — powiedział. — Proszę z nami.

— W jakiej sprawie?

— Musimy wyjaśnić kilka rozbieżności.

Elwira spojrzała na Alicję. Nie było w tym spojrzeniu prośby ani groźby. Raczej szybkie sprawdzenie, co właściwie usłyszała. Potem odłożyła teczkę na krzesło i ruszyła za policjantem. Drugi funkcjonariusz został przy niej, dopóki nie zamknęły się drzwi.


Sprawdzenie numeru dawczyni zajęło kilka godzin. Policjantka wróciła do Alicji z wydrukiem z ewidencji i kopią dokumentu przekazania ciała. Kazimiera Czyż. W rubryce dotyczącej osoby do kontaktu wpisano córkę, Elwirę Janowską. Inne nazwisko, inny adres, nieaktualny numer telefonu. W dokumentacji zakładu nie było powodu, by łączyć je ze sobą. W teczce Elwiry, którą zostawiła na korytarzu, leżał jednak odpis aktu urodzenia Kazimiery z dopiskiem o zmianie nazwiska.

Policjantka położyła dokument obok notatki Kosmy.

— Wstępne oględziny nie wykluczają uduszenia — powiedziała. — Ani u matki, ani u Małeckiego. Lekarz wystawił kartę zgonu bez podejrzenia udziału osób trzecich. Starsza, schorowana kobieta. Zgon w domu. Nikt wtedy nie pytał o szyję.

Alicja wpatrywała się w zapis Kosmy. Świeże obrażenia szyi? Pytajnik nie wyglądał już na niepewność. Wyglądał jak ostatnia rzecz, którą zdążył dopisać.

Elwira nie była córką, która chciała dopilnować formalności. Była córką, która nie mogła pozwolić, żeby ktoś obejrzał ciało matki dokładniej.

Resztę policja składała z papierów, telefonów i rozmów. Kazimiera przed śmiercią zadzwoniła do banku, by zastrzec pełnomocnictwo. W oddziale umówiła spotkanie na następny dzień i zapowiedziała pracownikowi, że zgłosi sprawę na policję. Z jej rachunku przez kilkanaście miesięcy znikały wypłaty i przelewy, podpisywane kodami autoryzacyjnymi przypisanymi do Elwiry. W mieszkaniu znaleziono kartkę z datą spotkania, numerami operacji i jednym zdaniem zapisanym drukowanymi literami: „Rano idę z tym na policję”.

Nie było nagrania z mieszkania ani świadka nocnej kłótni. Były ślady na szyi Kazimiery, wyniki wstępnych oględzin, bankowe zestawienie i telefon, który Elwira wykonała do matki krótko przed północą. Była też karta dawczyni podpisana osiem lat wcześniej. Kazimiera sama zgłosiła wolę przekazania ciała uczelni. Córka nie mogła jej odwołać bez ujawnienia, że jest córką i że próbowała już zatrzymać transport.

Kiedy Kosma zauważył obrażenia, Elwira przyszła pod pretekstem rodzinnego sprzeciwu. Zastała go przy sporządzaniu notatki. Uderzyła go, a potem uciszyła rękami. Tak przynajmniej wynikało z obrażeń, które lekarz opisał w pierwszej opinii. Dokładny mechanizm i kolejność miały ustalić sekcje.

Przez pierwszą godzinę Elwira zaprzeczała, że była w zakładzie w nocy. Powiedziała, że po porannej rozmowie pojechała prosto do kancelarii. Policja miała zapis wejścia służbowego o dwudziestej trzeciej czterdzieści siedem, ale karta należała do Kruka. Kierownik nadal miał alibi. Dopiero przegląd kamer z bramy technicznej, zapisów portierni i telefonu Elwiry ułożył się w coś, czego nie dało się już odsunąć: jej samochód wjechał na teren uczelni, a krótko potem jej telefon zalogował się do nadajnika przy budynku. Kamera przy wyjściu pokazała tę samą postać wracającą kilkanaście minut później. Obraz był ziarnisty, twarz zasłonięta kołnierzem. Elwira przyznała, że korzystała z wejścia służbowego, gdy pokazano jej wydruki połączeń z Kosmą i potwierdzono, że była w budynku przed jego śmiercią.

Nie przyznała się do zabójstwa. Powiedziała, że poszła porozmawiać. Że Kosma ją zaatakował. Że nie pamięta, kiedy wyszła. Policjantka nie próbowała jej przekonywać. Zapisała każde zdanie, dała jej wodę i czekała na obrońcę.

Zatrzymano ją przed wieczorem. Kiedy prowadzono ją przez korytarz, Elwira miała ręce skute z przodu. Zatrzymała się na moment przy Alicji.

— Nie wiedziała pani, kim ona była — powiedziała.

— Nie — odparła Alicja.

Elwira spuściła wzrok na kajdanki. Policjantka ruszyła dalej i drzwi zamknęły się za nimi cicho, bez trzasku.

Przed upływem doby prokurator zarządził sekcje obu ciał. Zakład pozostał zamknięty. W teatrze anatomicznym pojemniki nadal stały na wózku, zabezpieczone tak, jak zostawiła je Alicja. Nikt nie odwołał zajęć; po prostu nie było komu ich prowadzić. Na korytarzu wisiała taśma, a pod nią stary tynk kruszył się na podłogę.


Alicja wróciła do pracy dopiero po kilku dniach, kiedy policja zwolniła część pomieszczeń. Przy wejściu do prosektorium zatrzymała się przed stołem, na którym Kosma układał dokumenty. Ktoś odsunął krzesło, ktoś inny wytarł posadzkę. Nie zostało nic, co mogłaby wskazać jako miejsce, w którym zaczęło się jego ostatnie spotkanie z Elwirą.

Wiedziała już, po co przyszła rano z teczką i pytaniem o utrwalanie. Prośba o wstrzymanie pracy nie miała chronić godności Kazimiery. Elwira chciała odzyskać ciało matki, zanim ktoś dokładniej obejrzy jej szyję. Chciała zabrać je z miejsca, do którego Kazimiera oddała je z własnej woli, i zamknąć sprawę tak, jak zamknęła ją lekarzowi wystawiającemu kartę zgonu.

Alicja sprawdziła listę preparatów, potem jeszcze raz zamknęła szafkę. W rejestrze obok numeru Kazimiery Czyż pozostawiono puste pole na wynik sekcji. Nie dopisała niczego. Tym razem numer nie był tylko numerem, ale to nie znaczyło, że mogła już wpisać odpowiedź.

Kto zgłosił zaginięcie
Ślady pod białym niebem
Miejsce po zmarłym