Kiedy cichnie deszcz
Wrocławski deszcz stawia Kornelię i Dariusza na wspólnej drodze, ale bliskość budzi w niej wspomnienia, przed którymi wolałaby uciec. Czy potrafią zbudować coś prawdziwego, nie przekraczając granic, które chronią ich oboje?
— Jeśli ten tramwaj jeszcze raz zmieni zdanie, zacznę mu wysyłać kwiaty na przeprosiny — powiedziała Kornelia do kobiety przyciśniętej do niej pod wiatą.
Nieznajoma parsknęła śmiechem, choć miała mokre rzęsy i minę kogoś, kto od rana zdążył już przegrać z parasolem, pogodą i życiem. Kornelia podała jej paczkę chusteczek. Deszcz bębnił w dach przystanku tak gęsto, że niemal zagłuszał skrzypienie kół samochodów rozcinających kałuże na ulicy. Była ósma rano, a Wrocław wyglądał, jakby ktoś przykrył go ciężkim, mokrym kocem.
Chłód szczypał w policzki. Włosy Kornelii, ciemnobrązowe jak gorzka czekolada, przykleiły się do kołnierza płaszcza, a końcówki szalika zdążyły nasiąknąć wodą. Przesunęła papierową torbę z zakupami bliżej siebie, osłaniając ją ramieniem. Chleb, jogurty, rosół w słoiku, banany. Do tego gazeta i miękkie bułki, o które pani Helena prosiła przez telefon, choć Kornelia podejrzewała, że bardziej niż na bułkach zależało jej na tym, żeby ktoś po prostu odezwał się do niej przed powrotem ze szpitala.
Złamany nadgarstek wciąż miała unieruchomiony. Wypis planowano po południu, więc mieszkanie na parterze trzeba było trochę przygotować: odsunąć dywanik, postawić czajnik na blacie, nie zostawiać niczego, co mogłoby się okazać przeszkodą dla osoby uczącej się żyć jedną ręką. Kornelia znała listę niemal na pamięć. Zrobiła ją na odwrocie rachunku za prąd, a potem dopisała jeszcze dwie rzeczy, których Helena nie wymieniła: świeże kwiaty i porządny obiad.
Telefon zawibrował w kieszeni płaszcza. Na ekranie mignęło imię Michała i krótka wiadomość: Może kolacja? Bez zobowiązań, po prostu miło spędzimy czas.
Kornelia przesunęła kciukiem po ekranie. Przez sekundę patrzyła na słowa, jakby kryła się pod nimi jakaś pułapka, którą powinna umieć rozpoznać. Potem odpisała: Nie, dziękuję. Miłego dnia. Zablokowała telefon i schowała go z powrotem.
Na obcych łatwiej było się uśmiechać. Nie znali historii o Pawle, o wspólnych kolacjach i wspólnych znajomych, wśród których jego zdrada przestała być tajemnicą, zanim ona zdążyła zauważyć pierwszą rysę. Nie musiała tłumaczyć, dlaczego po tamtym wszystkim wolała miły żart na przystanku od czyjejś obietnicy, że tym razem będzie inaczej.
— Powinni przydzielać medale za czekanie w takich warunkach — odezwała się kobieta z chusteczkami, już trochę pogodniejsza.
— Albo przynajmniej gorącą herbatę — odparła Kornelia. — Chociaż obawiam się, że MPK uznałoby to za niebezpieczny precedens.
Wtedy ktoś wpadł pod wiatę z takim impetem, że woda chlusnęła z jego kurtki na chodnik. Mężczyzna zatrzymał się tuż obok nich, mokry, z napiętą szczęką i telefonem zaciśniętym w dłoni. Strząsnął krople z rękawa, spojrzał na tablicę odjazdów i prychnął.
— Odwołany. Oczywiście. Wrocław, miasto spotkań, pod warunkiem że nigdzie nie jedziesz.
Miał ciemne włosy przyklapnięte deszczem i twarz człowieka, który nie ufa ani prognozom pogody, ani rozkładom jazdy. Nie wyglądał na kogoś, kto przyjmuje opóźnienia z filozoficznym spokojem. Telefon znów rozświetlił mu dłoń; zerknął na ekran, zablokował go i wsunął do kieszeni tak gwałtownie, że Kornelia usłyszała stuknięcie obudowy o klucze.
— Może tramwaj też uznał, że potrzebuje chwili dla siebie — powiedziała.
Mężczyzna przeniósł na nią wzrok. Przez moment wydawało się, że odpowie czymś jeszcze bardziej zgryźliwym.
— Rozkład jazdy nie powinien być dziełem fikcji.
— To prawda. Fikcja przynajmniej zwykle ma jakiś sens.
Kobieta obok nich zachichotała. Mężczyzna otworzył usta, zamknął je, a potem kącik jego ust drgnął, jakby uśmiech pojawił się wbrew jego planom. Kornelia zauważyła to i natychmiast zajęła się papierową torbą. Nie było powodu, żeby przyglądać się obcemu mężczyźnie dłużej, niż wymagała uprzejmość. Zwłaszcza takiemu, który wyglądał, jakby miał w kieszeni więcej powodów do złości niż drobnych.
— Pani Dąbrowska? — zapytał, po chwili przyglądając się jej uważniej.
Podniosła brwi.
— Zależy, kto pyta.
— Dariusz Lis. Syn Heleny. Rozmawiałyście przez telefon. To znaczy pani rozmawiała z mamą, a ja byłem w tle i słyszałem, jak mówiła pani, że zaniesie zakupy.
Dopiero wtedy rozpoznała nazwisko. Helena wspominała, że syn przyjedzie odebrać ją ze szpitala, ale Kornelia wyobrażała go sobie inaczej. Może starszego. Może spokojniejszego. Zdecydowanie nie takiego, który właśnie próbował wygrać kłótnię z tablicą odjazdów.
— A pan jest tym synem, który ma przygotować mieszkanie przed wypisem?
— Jestem tym synem, który miał dojechać tam tramwajem.
— W takim razie los postanowił oszczędzić panu sprzątania. Zostanie pan tutaj i będzie pilnował, żeby rozkład nie uciekł.
Tym razem uśmiechnął się wyraźniej. Niewielkim, krzywym ruchem ust, ale prawdziwym. Kornelia poczuła drobną, nieproszoną satysfakcję, jak po trafnie dobranej puencie. Nie miała zamiaru robić z tego niczego więcej.
Dariusz spojrzał na papierową torbę.
— Jedzie pani do mamy?
— Do jej mieszkania. Chcę przygotować kilka rzeczy, zanim wróci.
— Ja też. Wysłała mnie po klucze, które podobno zostawiła na półce w przedpokoju. — Zawahał się i zerknął na niebo, jakby szukał tam potwierdzenia, że dzień rzeczywiście zamierza być tak beznadziejny. — Najbliższa czynna linia jest chyba przy Grabiszyńskiej. Możemy stamtąd iść pieszo.
Kornelia przesunęła torbę do drugiej ręki. W środku słoik z rosołem stuknął o butelkę mleka. Na chodniku woda spływała wzdłuż krawężnika, a tramwajowy sygnał, który rozległ się gdzieś dalej, należał do innego pojazdu i innej trasy. Niebo nie dawało nadziei na poprawę.
— Możemy — powiedziała. — Tylko uprzedzam, że jeśli po drodze zacznie pan obrażać pogodę, będę musiała stanąć w jej obronie.
— A jeśli pogoda pierwsza obrazi mnie?
— Wtedy rozstrzygniemy, kto zaczął.
Dariusz wyciągnął rękę do torby. Kornelia odruchowo przyciągnęła ją do siebie, zanim zdążyła pomyśleć, czy chodziło o ciężar zakupów, czy o coś zupełnie innego.
Jego dłoń zatrzymała się w połowie drogi. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie z bliska, na tyle, by dostrzec krople wody przy jego skroni i jasną bliznę na knykciu. Potem Dariusz opuścił rękę, nie komentując jej odruchu.
— Dobrze — powiedział. — Pójdę obok. Na wypadek gdyby mleko postanowiło uciec.
Kornelia ruszyła pierwsza. Za plecami zostawiła wiatę, mokrą tablicę i wiadomość, której nie zamierzała już czytać ponownie. Dariusz zrównał z nią krok, a deszcz natychmiast zaczął bębnić im nad głowami mocniej, jakby miasto uznało, że skoro już ich połączyło, powinno przynajmniej sprawdzić, jak długo wytrzymają obok siebie.
Deszcz nie tyle padał, ile towarzyszył im uparcie, jak ktoś, kto nie umie rozpoznać, kiedy rozmowa dobiegła końca. Na przystanku przy Grabiszyńskiej Dariusz zdjął kurtkę i strzepnął z niej wodę. Kornelia trzymała torbę obiema rękami, choć jedna z nich już zdrętwiała od zimna.
— Mogę ją ponieść — powiedział.
— Wiem.
Spojrzał na nią z ukosa, ale nie zaprotestował. W tym krótkim milczeniu było coś, co doceniła bardziej, niż chciała przyznać.
Do mieszkania Heleny dotarli po kilku przystankach i jeszcze jednym odcinku pieszo, przemoknięci do kolan. W przedpokoju pachniało kurzem, pastą do podłóg i czymś słodkim, może starym mydłem. Dariusz odnalazł klucze na półce, dokładnie tam, gdzie matka powiedziała, że je zostawiła. Kornelia odstawiła zakupy na kuchenny blat i od razu zaczęła przesuwać dywanik, który mógłby podwinąć się pod stopą.
— Mama nie jest porcelanowa — rzucił Dariusz, przyglądając się jej pracy.
— Nie. Ale nadgarstek ma złamany, a dywanik nie musi jej dodatkowo testować.
Uśmiechnął się pod nosem. Zamiast odpowiedzieć, podniósł dywanik i złożył go na półce w szafie. Kornelia wyjęła z torby bułki, jogurty i słoik rosołu. Dariusz zaczął układać zakupy, nim zdążyła mu powiedzieć, gdzie co położyć. Nie robił tego niezdarnie. Po prostu otwierał szafki, jakby znał ich zawartość na pamięć, i przez chwilę przestał wyglądać na gościa, który wpadł tu tylko po klucze.
Telefon zadzwonił, gdy Kornelia sprawdzała, czy czajnik stoi w zasięgu lewej ręki. Dariusz odebrał i włączył głośnik.
— Jesteśmy w domu — powiedział. — Co ci przygotować?
— Nie wiem, co przygotowujecie. Właśnie dlatego pytam, mamo.
Po drugiej stronie rozległo się westchnienie.
— Ciepłą wodę do herbaty. I nie przesuwajcie fotela. Jest dobrze tak, jak stoi.
Dariusz zerknął na Kornelię. Jej spojrzenie zatrzymało go, zanim zdążył powiedzieć, że fotel mógłby być wygodniejszy przy łóżku.
— Dobrze — odparł. — Zostawimy go.
— I nie kupujcie mi żadnych specjalnych poduszek. Mam swoje.
— Zapisuję — powiedziała Kornelia.
Dariusz uniósł brwi.
— To znaczy: pamiętamy.
Helena zaśmiała się cicho. W tej rozmowie nie było nic wielkiego, a jednak Dariusz słuchał uważniej niż przy porannym rozkładzie jazdy. Nie poprawiał matki, nie kończył za nią zdań. Kiedy opowiadała o pielęgniarce, która przyniosła jej herbatę bez cytryny, siedział na krześle przy kuchennym stole z łokciami opartymi o kolana i kiwał głową w odpowiednich miejscach.
Kornelia odwróciła wzrok. Miała wrażenie, że patrzy na coś, czego nie powinna oglądać zbyt długo.
Kiedy skończyli, wyszła z Dariuszem po brakujące rzeczy: płyn do mycia naczyń, herbatę i małe opakowanie chusteczek. W drodze do sklepu zauważyła na mokrym chodniku ciemną rękawiczkę. Podniosła ją. Była wełniana, granatowa, z jednym guzikiem przyszytym inną nicią.
— Ktoś zgubił — powiedział Dariusz.
— Wrocławianie zawierają znajomości na różne sposoby. Deszcz najwyraźniej uznał, że zwykłe przedstawianie się jest przereklamowane.
— A rękawiczka to zaproszenie do rozmowy?
— Albo dowód, że ktoś ma dziś gorszy dzień ode mnie.
Rozejrzała się. Starsza pani z siatką stała przy kiosku i nerwowo przeszukiwała kieszenie płaszcza. Kornelia podeszła i podała jej rękawiczkę. Kobieta podziękowała, ścisnęła ją w dłoni i ruszyła dalej. Dariusz odprowadził ją wzrokiem.
— Wiesz, że nie każdego da się uratować przed własnymi rękawiczkami?
— Nie próbuję. Po prostu mogę podnieść tę, która leży na ziemi.
W sklepie Dariusz sięgnął po większy zapas herbaty i dwie butelki wody. Kornelia odłożyła jedną z nich z powrotem na półkę.
— Mama powiedziała, że ma wodę.
— Przyda się.
— Może. Ale nie prosiła, żebyśmy uzupełniali jej zapasy na miesiąc.
W jego twarzy pojawił się ten sam cień napięcia, który widziała rano przy tablicy odjazdów. Tym razem jednak nie skomentował jej decyzji. Wziął tylko mniejszą butelkę.
— Masz talent do mówienia „nie” tak, że człowiek nie czuje się oskarżony — zauważył, kiedy stali w kolejce.
— To kwestia praktyki.
Nie dopytywał. Zostawił tę odpowiedź między nimi, bez próby jej rozpakowania.
W mieszkaniu suszyli rękawy nad kaloryferem. Materiał parował, a kuchenne okno zaszło mgłą. Kornelia położyła dłonie na ciepłym grzejniku. Dariusz stał tak blisko, że czuła chłód bijący od jego mokrej koszuli, kiedy sięgał po kubek z szafki.
— Od miesięcy tak biegniesz? Praca, szpital, mieszkanie?
— Nie cały czas. Czasem śpię.
— Brzmi jak luksus.
— W moim wieku człowiek zaczyna doceniać luksusy, których wcześniej nie zauważał.
Powiedział to lekko, ale pod oczami miał szare półksiężyce. Kornelia pomyślała o tym, jak w aucie czy tramwaju pewnie sprawdzał telefon, czekając na wiadomość ze szpitala, i jak wciąż próbował decydować za matkę, bo bał się, że jeśli czegoś nie dopilnuje, stanie się coś nieodwracalnego.
— Nie musisz wszystkiego robić sam — powiedziała.
Dariusz spojrzał na nią. Tym razem nie miał gotowej riposty. Przez chwilę tylko stał z kubkiem w dłoni. Potem odstawił go na blat.
— Wiem — odparł cicho. — Tylko czasem łatwiej jest robić niż czekać.
Byli blisko. Za blisko jak na przypadkową rozmowę w kuchni sąsiadki, pomyślała, ale nie odsunęła się od razu. Dariusz uniósł rękę, jakby chciał odgarnąć jej mokry kosmyk z policzka. Zatrzymał palce tuż przed jej skórą. Kornelia poczuła ich ciepło, zanim w ogóle jej dotknął.
Przez krótką chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Potem Dariusz pochylił głowę. Kornelia widziała kroplę wody na jego rzęsie i napięcie w szczęce, które już nie przypominało złości.
Cofnęła się o krok.
— Potrzebuję czasu — powiedziała wprost.
Jego dłoń opadła. Nie zapytał, ile. Nie próbował przekonywać.
— Dobrze — odparł.
Zanim zdążyli wrócić do rozmowy, zadzwonił telefon. Dariusz słuchał przez kilka sekund, a potem jego ramiona stwardniały.
— Jak to się opóźnił? Przecież miała wyjść po południu.
W szpitalu okazało się, że lekarz zdecydował o dodatkowej obserwacji. Pracownica oddziału, która przekazywała informację, spokojnie tłumaczyła, że nie ma jeszcze podpisu i nie może podać dokładnej godziny. Dariusz przerwał jej w pół zdania.
— To po co dzwonicie, skoro nikt nic nie wie? Moja matka czeka od rana.
Kobieta spuściła wzrok na dokumenty. Kornelia dotknęła lekko rękawa Dariusza.
— Dariusz. To nie ona podjęła tę decyzję.
Przez sekundę patrzył na nią, jakby dopiero teraz usłyszał własny głos. Odetchnął i zwrócił się do pracownicy.
— Przepraszam. Nie powinienem był na panią krzyczeć.
Kobieta skinęła głową. Nie wyglądała na zaskoczoną, raczej na zmęczoną.
W drodze powrotnej szli bez parasola, choć deszcz zelżał. Dariusz trzymał telefon w dłoni i ściskał go tak mocno, że pobielały mu knykcie. Kornelia nie wiedziała, czy powiedzieć coś pocieszającego, czy dać mu ciszę. Wybrała ciszę.
— Tobie łatwo zachować pogodę ducha — odezwał się w końcu. — Możesz po prostu wyjść.
Zatrzymała się. Kropla spłynęła jej po policzku, chłodna jak dotyk palca.
— Co to ma znaczyć?
— Nic. Nie powinienem był… — Urwał, potarł dłonią twarz. — Jestem roztrzęsiony. Wiem.
Ale słowa już w niej pracowały. Nie jako drobna nieuprzejmość, którą można przykryć żartem. Znała ten ruch: ktoś potrzebował jej ciepła, dopóki było wygodne, a kiedy nie dostał go na żądanie, uznawał, że jej granice są wymówką. Przez moment zobaczyła Pawła, jego spokojne zapewnienia i znajomych, którzy patrzyli na nią z litością, zanim ktokolwiek zdobył się na prawdę.
— Nie wiesz, co mogę, a czego nie mogę — powiedziała.
Dariusz otworzył usta, lecz nie znalazł słów, które naprawiłyby tamto zdanie.
Przed mieszkaniem Heleny oddała mu klucze. Ich palce musnęły się na moment. Żadne nie cofnęło ręki dość szybko, by udawać, że nic nie poczuło, i żadne nie zrobiło z tego powodu, by zostać.
— Powinnaś wracać — powiedział.
— Tak.
Nie obiecał, że zadzwoni. Ona nie powiedziała, że będzie czekać. Dariusz wszedł do klatki, a Kornelia ruszyła w przeciwną stronę, z mokrym szalikiem przyklejonym do szyi i ciepłem jego dłoni wciąż wyraźnym na opuszkach.
Kornelia ruszyła w stronę domu, nie oglądając się za siebie. Dopiero na rogu poczuła, jak mocno zaciska palce. Paznokcie wbijały jej się w dłoń, a mokry szalik ocierał szyję. Przez kilka przecznic słyszała w myślach jego zdanie: Możesz po prostu wyjść. Brzmiało znajomo, choć wypowiedział je ktoś inny. Może właśnie dlatego tak zabolało.
Nie chciała karać Dariusza ciszą. Nie chciała też wracać tylko dlatego, że w jego oczach zobaczyła coś, co przypominało żal. Żal nie był jeszcze zmianą. A przyciąganie, choć potrafiło rozgrzać człowieka w zimnym mieszkaniu, nie dawało gwarancji, że nie zostanie z nim sam na sam z cudzym gniewem.
W domu zdjęła płaszcz i powiesiła go nad wanną. Z kieszeni wysunęła się zmięta karteczka z listą zakupów dla Heleny. Chleb, jogurty, rosół, banany. Na samym dole dopisała świeże kwiaty. Kornelia wygładziła papier dłonią, po czym zauważyła, że nie ma parasola. Został pod wiatą, przy której rano spotkała Dariusza.
Mogła kupić nowy. Zamiast tego zmieniła buty, zarzuciła płaszcz i wyszła.
W tym samym czasie Dariusz siedział na krześle przy łóżku matki. Helena była jeszcze w szpitalu; dodatkowa obserwacja przeciągnęła się do wieczora, a wypis przesunięto na następny dzień. Na szafce stał stygnący kubek herbaty. Dariusz odruchowo sięgnął po telefon, żeby sprawdzić, czy oddział nie dzwonił, ale tym razem go odłożył.
— Mamo, czego naprawdę potrzebujesz przez najbliższe dni? — zapytał. — Nie co ja uważam za rozsądne. Czego ty chcesz.
Helena popatrzyła na niego znad koca. Przez chwilę było słychać tylko szuranie wózka na korytarzu.
— Żebyś przestał traktować każdą rzecz tak, jakby bez ciebie miała się zawalić — powiedziała. — I żeby ktoś wpadł do mnie na herbatę. Nie pilnować, czy oddycham. Posiedzieć.
Dariusz opuścił wzrok na telefon. Nie próbował się tłumaczyć. Zapytał, czy jutro woli, żeby przywiózł ją do domu sam, czy żeby poczekał, aż dojedzie jego siostra. Helena wybrała drugie. Potem poprosiła, żeby dywanik został w szafie, a fotel dokładnie tam, gdzie stał.
— Zostanie — obiecał.
Po rozmowie zadzwonił do Marty. Ustalili, że ona odbierze matkę ze szpitala, a on przygotuje obiad i przywiezie zakupy. W sobotę wpadnie ich kuzynka Anka, w niedzielę Dariusz, ale nie na cały dzień — tylko na herbatę i tyle, na ile Helena będzie miała ochotę. Zapisał to w kalendarzu, a nie w głowie. Kiedy skończył, mieszkanie nie stało się mniej puste, ale ciężar przestał spoczywać wyłącznie na jego ramionach.
Dopiero wtedy napisał do Kornelii.
Przepraszam za to, co powiedziałem i za to, jak potraktowałem pracownicę szpitala. To było nie w porządku. Nie oczekuję, że mnie uspokoisz ani że mi wybaczysz. Poszukam pomocy, żeby nauczyć się radzić sobie z gniewem, zamiast zrzucać go na ludzi obok. Jeśli będziesz chciała porozmawiać, będę dziś przy przystanku, na którym się poznaliśmy. Jeśli nie, zrozumiem.
Przeczytał wiadomość dwa razy. Usunął dopisek o tym, że tęskni za jej obecnością. To była prawda, ale nie chciał robić z niej kolejnego obowiązku.
Kornelia odczytała wiadomość na chodniku, w świetle witryny zamkniętego sklepu. Zatrzymała się. Kciuk zawisł nad ekranem. Nie odpisała. Schowała telefon i ruszyła dalej, a w jej kroku wciąż było coś z ucieczki, tylko tym razem nie wiedziała, przed czym właściwie ucieka.
Pod wiatą przystanku woda kapała z dachu na chodnik. Wieczorny Wrocław pachniał mokrym asfaltem i spalinami. Dariusz stał z rękami w kieszeniach, bez parasola. Kiedy ją zobaczył, nie podszedł. Poczekał, aż sama zatrzyma się obok.
— Cześć — powiedział.
— Cześć.
Przez moment patrzyli na tablicę odjazdów. Tym razem żadne z nich nie obwiniało jej za opóźnienie.
— Mogę z tobą porozmawiać? — zapytał Dariusz. — Nie musisz się zgadzać.
Kornelia zerknęła na niego. W jego twarzy wciąż było zmęczenie, ale nie wyciągał go przed siebie jak usprawiedliwienia. Nie próbował też skrócić dystansu, który sama zostawiła.
— Możesz — odpowiedziała.
Dariusz zaczerpnął powietrza.
— Nie powinienem był mówić, że możesz po prostu wyjść. Nie wiedziałem, co masz za sobą, i nie miałem prawa zakładać, że wszystko jest dla ciebie łatwe. Ale nawet gdybym wiedział, nie zmieniłoby to tego, że to było krzywdzące. Przepraszam.
Kornelia spojrzała na swoje dłonie. Na jednym palcu wciąż miała jasny ślad po uchwycie torby.
— Przy tobie chciałam zostać dłużej, niż pozwalał mi strach — powiedziała. Głos miała spokojny, choć każde słowo musiała wybrać osobno. — I właśnie dlatego muszę powiedzieć jasno: nie będę czyimś sposobem na przetrwanie wybuchów. Nie chcę być nagrodą za to, że ktoś powstrzyma się przed krzykiem.
— Rozumiem — odparł. — Nie chcę, żebyś nią była.
— To nie znaczy, że jeden telefon i jedna wiadomość wszystko naprawiają.
— Wiem. Nie naprawiają. To początek czegoś, co powinienem zrobić niezależnie od ciebie.
Nie obiecywał, że nigdy więcej nie podniesie głosu. Nie mówił, że dla niej stanie się innym człowiekiem. Mówił o konkretnym kroku i zostawiał jej miejsce, żeby mogła zdecydować, co z nim zrobić.
Kornelia poczuła, jak z jej ramion powoli opada napięcie, ale nie całe. I nie musiało.
— Paweł zdradził mnie, zanim miałam się zorientować, że coś jest nie tak — powiedziała. — A potem prawie wszyscy wokół mnie wiedzieli wcześniej. Od tamtej pory, kiedy ktoś zbliża się za szybko, część mnie uznaje, że lepiej odejść, zanim znów będę tą, która nie zauważyła.
Dariusz nie przerwał jej. Nie pochylił się, żeby dotknąć jej ramienia. Po prostu słuchał.
— Nie chcę, żeby tamta historia podejmowała za mnie każdą decyzję — dodała. — Ale nie chcę też udawać, że ryzyko nie istnieje.
— Nie musisz udawać — powiedział. — Możemy się poznawać wolniej. A jeśli któregoś dnia powiesz, że czegoś nie chcesz, nie będę próbował odgadnąć lepszej odpowiedzi.
Nadjeżdżający tramwaj zamigotał za zakrętem. Dariusz spojrzał na nią, potem na tablicę, jakby przypomniał sobie ich pierwszą rozmowę.
— W przyszłym tygodniu jest spacer. Nie po zakupy, nie do szpitala, nie w sprawie czegoś, co trzeba załatwić. Po prostu spacer — powiedział. — Jeśli masz ochotę.
Kornelia poczuła uśmiech, zanim zdążyła go powstrzymać.
— Mam. W środę po pracy?
— W środę.
Tramwaj zatrzymał się z sykiem. Drzwi otworzyły się, ludzie wysiedli i wsiedli, a oni nie ruszyli się z miejsca. Kornelia spojrzała na dłoń Dariusza. Potem sama ujęła ją, ostrożnie, bez pośpiechu. Jego palce zacisnęły się wokół jej palców dopiero wtedy, gdy poczuł, że tego chce.
— Mogę cię pocałować? — zapytał.
Nie było w tym pytaniu ani nacisku, ani pewności, że odpowiedź mu się należy. Kornelia przyjrzała mu się przez krótką chwilę. Potem przysunęła się o pół kroku.
— Możesz.
Pocałował ją delikatnie, jakby nie chciał niczego przyspieszać. Deszcz spływał po krawędzi wiaty, a z wnętrza tramwaju dochodził brzęk kasownika i czyjś urwany śmiech. Kornelia zamknęła oczy. Kiedy się odsunęli, jego dłoń wciąż trzymała jej dłoń, ale już nie po to, by ją zatrzymać.
Za tydzień mieli iść na spacer. Nie wiedzieli jeszcze, dokąd ich zaprowadzi ani czego będą musieli się o sobie nauczyć. Wiedzieli tylko, że tym razem nie muszą udawać, że nic ich nie przestraszyło. Kornelia spojrzała na tablicę, na której pojawił się kolejny odjazd, i nie poczuła potrzeby, by sprawdzać, czy na pewno dotrze na czas.