Do ostatniej ślizgawki
Lena ucieka od przeszłości, a Rafał nie umie przestać być dla wszystkich. Między nimi jest chemia, lecz czy zdążą zaufać sobie, zanim on wyjedzie?
Taśma klejąca nie chciała puścić, więc Lena wsunęła pod nią paznokieć i szarpnęła zębami. Karton rozdarł się z suchym trzaskiem, a z jego wnętrza wysunęła się książka kucharska, której nie otwierała od dwóch lat.
— Nowe życie, stary makaron — mruknęła do siebie.
W kawalerce pachniało kurzem, mokrym tynkiem i kawą z papierowego kubka, która zdążyła już wystygnąć. Za oknem piątkowy koniec marca rozmazywał się na szybie w kolorze mokrego popiołu. Lena postawiła książkę na parapecie i rozejrzała się po mieszkaniu: rozłożony materac, dwa kartony z napisem KUCHNIA, jeden z napisem NIE TERAZ. Ten ostatni przywiozła ze sobą przez pół Polski i nie zamierzała zaglądać do niego pierwszego dnia.
Klucze od właścicielki wciąż ciążyły jej w kieszeni. Odebrała je godzinę wcześniej, razem z instrukcją obsługi pieca i zapewnieniem, że sąsiedzi są raczej spokojni. W poniedziałek miała zacząć pracę w drukarni. Na razie znała tylko drogę od przystanku do bramy i nazwę ulicy, którą trzy razy sprawdziła w telefonie, żeby nie pomylić się przy wysiadaniu.
W Bydgoszczy nikt nie wiedział, jak się kiedyś nazywała. Nikt nie kojarzył jej zdjęcia z internetowych dyskusji, które jeszcze niedawno wyskakiwały w wyszukiwarce szybciej niż prognoza pogody. Wystarczyło wpisać dawny profil, a pod nim pojawiały się komentarze ludzi, którzy nie znali jej głosu, ale byli pewni, że wiedzą, co chciała osiągnąć. Lena zamknęła kartę, zanim zdążyła przeczytać cokolwiek nowego.
Nie musiała kasować przeszłości. Wystarczyło, że przestała podsuwać ją obcym.
O dwudziestej pierwszej zrozumiała, że nie rozpakowała niczego, co mogłoby ją nakarmić, a cisza w mieszkaniu zaczyna przypominać pytanie. Założyła cienki płaszcz, wsunęła na głowę duże okulary przeciwsłoneczne i wyszła, zanim zdążyła zmienić zdanie. Miały być tylko na chwilę, po drodze; teraz tkwiły jak opaska na gładkich, orzechowych włosach, zupełnie nieprzydatne w ciemności i zbyt śmieszne, by o nich zapomnieć.
Przy miejskim lodowisku uderzył ją zapach wilgotnych rękawic, słodkiego kakao i zimnego metalu. Sezon dobiegał końca, ale na tafli wciąż krążyło kilkanaście osób, a z głośników płynęła piosenka, której refren znała z radia. Lód skrzył się pod lampami. Przy bandzie ktoś poprawiał dziecku szalik, a chłopak w czerwonej czapce próbował jechać tyłem, z miną człowieka, który właśnie odkrył nową dziedzinę sportu.
Lena kupiła bilet i wypożyczyła łyżwy. Kiedy usiadła, żeby zawiązać sznurówki, poczuła, jak chłód wciska się pod mankiety. Przymrozek przyszedł nagle, po kilku łagodnych dniach, a jej cienki płaszcz nie miał z nim żadnych argumentów.
Pierwsze wejście na lód zakończyło się obiema dłońmi na bandzie.
— Dobry wieczór, Bydgoszcz! — odezwał się męski głos z głośników. — Przypominam, że lód jest śliski. Wiem, brzmi jak informacja, za którą ktoś powinien wystawić fakturę, ale wolę uprzedzić.
Kilka osób się roześmiało. Lena spojrzała w stronę stanowiska przy wejściu. Mężczyzna z mikrofonem miał ciemną bluzę, słuchawki zsunięte na szyję i włosy, które wyglądały, jakby od rana kłóciły się z grzebieniem. Mówił swobodnie, bez przesadnej wesołości, którą zwykle słyszała u prowadzących imprezy. Gdy uniósł wzrok, ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
Potem Lena znów popatrzyła na lód, jakby dało się go przekonać samą stanowczością.
— Jeśli pani planuje wygrać z nim proces, proszę pamiętać, że ma do dyspozycji znakomitego prawnika — powiedział mężczyzna, już bez mikrofonu. Podjechał do niej powoli i zatrzymał się po drugiej stronie bandy. — Mogę pożyczyć kurtkę. Zmarznie pani, zanim zdąży pani złożyć pozew.
Miała ochotę odmówić odruchowo. Zamiast tego zerknęła na jego rozpiętą kurtkę, potem na własne dłonie, których palce zdrętwiały w cienkich rękawiczkach.
— Pożycza pan ją wszystkim, którym grozi zamarznięcie?
— Tylko tym, którzy patrzą na lód, jakby zamierzali wygrać z nim proces.
Mówił to z uśmiechem, ale nie takim, który domagał się nagrody. Lena przyjęła kurtkę. Była zdecydowanie za duża i pachniała chłodnym powietrzem oraz czymś czystym, może detergentem. Rękawy zasłoniły jej dłonie. Kiedy zapięła zamek pod szyję, poczuła, że przestaje szczękać zębami.
— Rafał — przedstawił się, wyciągając do niej rękę. — Prowadzę wieczór, czasem też próbuję ratować ludzi przed ich własnymi ambicjami.
— Lena. Dzisiaj ambicje mam skromne. Chcę nie upaść.
— To już bardzo konkretny plan. Zaczniemy od hamowania.
— Myślałam, że najpierw trzeba nauczyć się jeździć.
— Hamowanie to po prostu jazda w drugą stronę. Bardziej przekonująca, bo kończy się w miejscu.
Lena spojrzała na niego spod ciemnych szkieł, które wciąż tkwiły na jej głowie. Rafał parsknął cicho.
— Nie będę pytał.
— Rozsądnie.
Wszedł na lód i podał jej rękę. Zawahała się tylko tyle, by zauważyć, że ma długie palce i małą bliznę przy kciuku. Potem chwyciła go mocniej, niż planowała. Przejechali kilka metrów wzdłuż bandy. Rafał mówił, co robić: ugiąć kolana, przenieść ciężar, nie patrzeć pod same łyżwy. Lena próbowała słuchać, ale jednocześnie pilnowała, by nie wpaść na jego ramię.
— Teraz ostrza lekko do środka — powiedział. — Jakby chciała pani narysować literę V.
— A jeśli narysuję coś innego?
— Wtedy nazwiemy to nową metodą i sprzedamy na kursie.
Śmiała się, kiedy zachwiała się na zakręcie. Rafał złapał ją za przedramię. Jego dłoń była ciepła nawet przez materiał kurtki. Przez chwilę nie żartował, nie rzucał uwagami do osób na tafli. Patrzył na nią uważnie, czekając, aż sama odzyska równowagę. Ta cisza okazała się łatwiejsza do zniesienia, niż przypuszczała.
— Widzisz? — powiedział w końcu. — Lód nie wygrał.
— Jeszcze nie. Niech się nie cieszy.
Kiedy zamknęli lodowisko, z głośników popłynęło pożegnanie, a pracownik przy wejściu zaczął zbierać pachołki. Rafał spojrzał na telefon i zaklął pod nosem.
— Muszę lecieć do pracy. Nagłośnienie koncertu, klub przy Focha. Miałem być tam piętnaście minut temu.
— Kurtka.
— Zatrzymaj ją do jutra. I tak nie zdążę jej teraz odebrać.
Nie było w tym wielkiej deklaracji, tylko praktyczny problem rozwiązany na szybko. A jednak Lena poczuła, że właśnie dostała powód, żeby wrócić.
— W sobotę mogę oddać. Na kawie, jeśli pasuje.
Rafał popatrzył na nią uważniej. Zanim zdążył odpowiedzieć, dodała:
— Tylko do niedzieli. Nie szukam dalszego ciągu.
Nie zapytała, czy rozumie. Przywykła, że ludzie słyszą granice dopiero wtedy, gdy można je obrócić w żart.
Rafał schował telefon do kieszeni.
— W poniedziałek wyjeżdżam w trasę na dziesięć tygodni — powiedział. — Więc niedziela brzmi jak całkiem rozsądny termin.
Za jego plecami ktoś z ekipy zawołał go po imieniu. Rafał odwrócił się, a gdy znów spojrzał na Lenę, w jego oczach był już pośpiech i ten sam uśmiech, którym przed chwilą rozbrajał lód.
Wymienili numery. Jego dłoń musnęła jej palce, gdy oddawał telefon. Potem pobiegł w stronę wyjścia, zostawiając ją na pustoszejącej tafli w za dużej kurtce.
Lena wyszła na mróz, niosąc pod pachą własny płaszcz. W kieszeni czuła klucze do mieszkania, a na ekranie telefonu nowy kontakt: Rafał — lodowisko.
Nie zmieniła nazwy.
W sobotę kurtka Rafała pachniała już trochę jej mieszkaniem: kurzem z kartonów i kawą, której nie dopiła poprzedniego wieczoru. Złożyła ją starannie i wsunęła do torby, jakby oddawała coś pożyczonego od człowieka, którego znała dłużej niż dobę.
Na lodowisku Rafał stał przy stanowisku z mikrofonem. Gdy ją zobaczył, jego twarz rozjaśniła się, zanim zdążył zrobić z tego żart.
— Przyszłaś oddać kurtkę czy sprawdzić, czy lód nadal jest śliski?
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Przyjął kurtkę, ale nie od razu ją schował. Przez moment trzymał ją między nimi, jakby stanowiła bardzo rozsądny powód, żeby nie cofać dłoni.
— Zostajesz na ślizgawkę?
Lena zerknęła na taflę. Ktoś właśnie sunął przy bandzie z taką ostrożnością, że wyglądał, jakby przepraszał lód za każdy ruch.
— Zostanę. Ale bez kursu dla początkujących.
— Oczywiście. Teraz jesteś już na etapie samodzielnego podejmowania ryzyka.
Tym razem nie podał jej ręki. Zamiast tego przejechał obok, powoli, żeby mogła dołączyć, jeśli zechce. Lena ruszyła za nim. Po kilku okrążeniach przestała patrzeć pod same łyżwy. Kiedy jej ramię musnęło jego, nie odsunęła się. Rafał też nic nie powiedział, tylko przesunął się odrobinę bliżej, tak aby na zakręcie osłonić ją przed grupką rozpędzonych nastolatków.
Z głośników popłynęła kolejna piosenka. Lena skrzywiła się.
— Co? — zawołał Rafał.
— Ten refren. Brzmi, jakby ktoś napisał go w przerwie na reklamę i potem zapomniał wrócić do zwrotki.
— A jednak śpiewasz.
— Znam słowa. To nie to samo, co szanować utwór.
Rafał roześmiał się tak głośno, że odwróciła się jedna z kobiet przy bandzie.
— Zanotuję. Potrzebujemy kogoś do recenzji playlisty.
— Nie potrzebujecie. Potrzebujecie lepszej playlisty.
Po ślizgawce zaprosił ją na herbatę do baru niedaleko lodowiska. W środku było ciepło, szyby zaparowane, a przy jednym ze stolików ktoś rozkładał na części pierwsze mokry szalik. Kobieta za ladą skinęła Rafałowi głową.
— Jak zwykle?
— Dzisiaj dwie herbaty. Jedna bez cytryny, bo koleżanka jest surowym krytykiem.
— Nie krytykuję herbaty.
— Jeszcze.
Usiedli przy oknie. Co chwilę ktoś przystawał przy ich stoliku: chłopak z obsługi lodowiska, który chciał pożyczyć statyw, dziewczyna szukająca kogoś do pomocy przy sobotnim koncercie, mężczyzna z siwą brodą pytający, czy Rafał zna kogoś, kto mógłby ogarnąć nagłośnienie na osiedlowym festynie. Rafał słuchał każdego do końca. Dopytywał o godziny, proponował nazwiska, zapisywał coś w telefonie. Każdy odchodził zadowolony, jakby właśnie dostał nie tylko odpowiedź, ale i obietnicę, że Rafał dopilnuje reszty.
— Oni wszyscy wiedzą, że możesz powiedzieć nie? — zapytała, kiedy zostali sami.
Odłożył telefon ekranem do dołu.
— Wiedzą. Tylko rzadko pytają.
W tej samej chwili kelnerka postawiła przed Leną herbatę. Łyżeczka stuknęła o spodek. Lena objęła kubek dłońmi i od razu poczuła, że napój jest ledwie ciepły. Rafał zauważył jej minę.
— Zimna?
— Trochę.
— To poproś o nową.
— Nie jest aż tak zimna.
— Lena, parzy cię w dłonie czy nie?
Spojrzała na kubek. Zanim zdążyła odpowiedzieć, Rafał już wstawał.
— Nie, spokojnie. Sama… — zaczęła, ale on po prostu podszedł do lady i poprosił o wymianę. Bez uśmiechu, bez robienia z tego przedstawienia. Kiedy wrócił, postawił przed nią świeżą herbatę.
— To było okropne — powiedziała.
— Co dokładnie?
— Ktoś musiał usłyszeć, że czegoś chcę.
— Trudne początki. Następnym razem spróbujesz sama.
Mogła odbić to żartem. Zamiast tego spojrzała na jego telefon, wciąż leżący ekranem do dołu.
— Nie nagrywasz? Nie robisz relacji z lodowiska, baru i kobiety, która obraża piosenki?
— Mogę zrobić zdjęcie herbaty. Ma niezłą kompozycję.
— Rafał.
Jego uśmiech zgasł, ale nie zrobił się urażony. Poczekał.
Lena przesunęła palcem po ciepłym brzegu kubka.
— W poprzedniej pracy prowadziłam lokalny profil informacyjny. Opublikowałam oskarżenie oparte na czymś, czego nie sprawdziłam porządnie. Zorientowałam się za późno. Sprostowałam to i przeprosiłam pod własnym nazwiskiem, ale osoba, której dotyczył wpis, do dziś ponosi skutki. Ludzie pamiętają pierwszą wersję. Sprostowania już niekoniecznie.
Przez chwilę słyszała tylko szum ekspresu za ladą. Rafał nie zapytał, kogo oskarżyła ani co dokładnie napisała. Nie powiedział, że każdy popełnia błędy. Nie próbował też podsunąć jej gotowego rozgrzeszenia.
— To musiało być ciężkie — powiedział w końcu.
— Nie tak ciężkie jak dla tej osoby.
Przyjął to bez sprzeciwu. Potem skinął głową, powoli.
— Podziwiam, że sprostowałaś to pod własnym nazwiskiem.
— Nie wiem, czy to odwaga. Może po prostu nie było już gdzie się schować.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Położył dłoń obok jej dłoni, na stole. Nie dotknął jej. Lena przesunęła palce o kilka centymetrów i oparła mały palec o jego. Rafał spuścił wzrok, jakby ten drobny kontakt był czymś, czego nie chciał spłoszyć.
— Nie będę cię fotografował — powiedział. — I nie będę przedstawiał cię w internecie. Ani teraz, ani później, jeśli nie będziesz chciała.
Lena wypuściła powietrze, którego nie zauważyła, że wstrzymuje.
Wieczorem odprowadził ją pod kamienicę. Na ulicy pachniało mokrym asfaltem i dymem z czyjegoś pieca; z otwartego okna nad nimi dobiegał odgłos telewizora. Rafał zatrzymał się przy bramie, a ona oddała mu pusty kubek po herbacie, który niosła przez pół drogi, bo nie znalazła kosza.
— Jutro jem kolację ze znajomymi — powiedział. — Nic wielkiego. Jeśli chcesz, możesz pójść ze mną.
Lena poczuła, jak w środku napina jej się coś, co przed chwilą zaczęło puszczać.
— Nie jestem gotowa na poznawanie twoich znajomych.
— Nie musisz nikomu opowiadać o sobie.
— Wiem. Ale wszyscy cię znają. I każdy będzie chciał wiedzieć, kim jestem.
— Mogę powiedzieć, że jesteś Leną.
— A potem?
Rafał spojrzał na nią uważnie. W jego twarzy nie było już rozbawienia.
— A potem jesteś Leną.
— Wyjeżdżasz w poniedziałek na dziesięć tygodni. Nie chcę przez dwa dni wchodzić do twojego świata, a potem zniknąć z niego, zanim ktokolwiek zdąży zapytać, gdzie się podziałam.
— Czyli przez ten weekend mam być kimś, kogo trzeba schować?
— Nie o to chodzi.
— Wiem. — Urwał, ale słowa już między nimi leżały. — Chyba po prostu chciałem, żebyś była tam ze mną.
Lena objęła się ramionami. Zabolało ją, że musiała tłumaczyć granicę, którą dopiero co przyjęli. Jeszcze bardziej zabolało, że jego propozycja była szczera i że odmawiając, raniła go nie mniej niż siebie.
— Nie chcę, żebyś decydował za mnie, kiedy mam komuś opowiedzieć o przeszłości.
— Nie decyduję. Zaprosiłem cię.
— A ja odmówiłam.
— Tak.
Nie podniósł głosu. Nie odwrócił się z demonstracyjną miną. Przez chwilę stali w ciszy, zbyt blisko, by udawać, że nic ich nie obchodzi, i zbyt daleko, żeby coś z tym zrobić. Rafał spojrzał na jej usta, potem znów na oczy. Lena poczuła, że wystarczyłby jeden ruch. Nie zrobiła go.
— Dobranoc, Lena — powiedział.
— Dobranoc.
Ruszył w stronę ulicy. Nie obejrzał się, a ona nie zawołała go z bramy. W mieszkaniu postawiła kubek na parapecie, obok książki kucharskiej. Telefon pozostał cichy. Nie mieli umówionego pożegnania na niedzielę.
Szczerość nie zniosła przeszkody. Tylko pozwoliła jej zobaczyć, jak dokładnie między nimi stoi.
W niedzielny poranek Lena wyciągnęła spod materaca ostatni karton. Na jego boku, zapisane jej własnym pismem, widniało NIE TERAZ. Przez chwilę siedziała na podłodze, z dłonią opartą o klapę, słuchając rur stukających w ścianie i sąsiada, który na piętrze przesuwał krzesło. Potem rozcięła taśmę nożyczkami.
W środku leżały stare notesy, dwa swetry, ładowarka do telefonu i plik dokumentów przewiązany gumką. Na samym wierzchu znalazła wydruk sprostowania. Papier zmiękł na zgięciach. Jej nazwisko, pogrubione nagłówkiem, wyglądało obco, choć to ona je wpisała. Dalej znajdowało się kilka akapitów, w których przyznała, że opublikowała niezweryfikowaną informację i wyrządziła nią krzywdę. Na dole widniał podpis.
Pamiętała, jak naciskała „opublikuj”, a potem siedziała przy biurku, patrząc na ekran, aż litery zaczęły się rozmazywać. Sprostowanie nie cofnęło tamtego wpisu. Nie sprawiło, że ludzie przestali go sobie przesyłać ani że osoba, której dotyczył, odzyskała to, co straciła. Lena nie miała prawa żądać przebaczenia. Mogła tylko nie udawać, że nic się nie stało.
Złożyła kartkę wzdłuż dawnego zgięcia, ale tym razem nie schowała jej do koperty. Położyła ją na książce kucharskiej na parapecie. Przeprowadzka nie była obietnicą, że odtąd nikt nie będzie wiedział o jej błędach. Nie musiała też oznaczać, że każde nowe spotkanie jest przesłuchaniem, na które ma przynieść pełne zeznanie. Mogła mówić prawdę we własnym tempie. Mogła chcieć kogoś obok.
Rafał siedział w kuchni znajomych, kiedy znów zapytali, czy na pewno nie przyjdzie wieczorem na kolację. Na stole stygnął rosół, a ktoś kroił chleb, nie odrywając od niego wzroku.
— Nie przyjdę — powiedział. — Przed wyjazdem potrzebuję wieczoru dla siebie.
Zapadła krótka cisza.
— Ty? Wieczoru dla siebie? — zdziwił się Paweł.
Rafał poczuł, jak nawyk podsuwa mu gotową odpowiedź. Jakiś żart o tym, że nawet on ma limity, albo że mikrofon może go zastąpić przy zupie. Uśmiech zdążył drgnąć, ale nie dokończył tej drogi.
— Tak — powtórzył. — I nie chcę tego obracać w żart.
Paweł skinął głową, trochę zaskoczony. Ktoś zapytał, o której Rafał ma jutro pociąg. Rozmowa ruszyła dalej, bez obrażania się i bez katastrofy. Rafał odkrył, że odmowa nie musi być widowiskiem. Czasem wystarczy ją wypowiedzieć i pozwolić, by inni sobie z nią poradzili.
Na lodowisko Lena przyszła przed ostatnią wieczorną ślizgawką. W kieszeni płaszcza miała rękawiczki Rafała, znalezione rano w podszewce jego kurtki. Przy wejściu pracownik odbierał łyżwy, a zza drzwi dobiegała muzyka i odgłos ostrzy sunących po lodzie. Gdy Rafał ją zobaczył, nie ruszył od razu. Tylko odłożył mikrofon na stolik.
Lena podeszła i wyciągnęła rękawiczki.
— Znalazłam je w kieszeni. Pomyślałam, że mogą ci się przydać w trasie.
— Dzięki. — Wziął je, nie chowając od razu. — Myślałem, że już się dzisiaj nie zobaczymy.
— Ja też tak myślałam.
Przez moment stali naprzeciwko siebie. Wokół nich ludzie dopinali łyżwy, wołali do dzieci, szukali zgubionych czapek. Zwyczajny zgiełk osłaniał ich lepiej niż cisza.
— Mogę z tobą porozmawiać? — zapytała Lena. — Nie przez mikrofon.
Rafał wskazał miejsce przy bandzie, z dala od stanowiska. Zeszli kilka kroków, aż głos z głośników stał się mniej wyraźny. Lena zacisnęła palce na pasku torby. Nie chciała znów uciec w precyzyjne zdania, które niczego od niej nie wymagały.
— Chcę cię poznawać także po niedzieli — powiedziała. — Nie wiem jeszcze, kiedy będę gotowa poznać twoich znajomych. Nie chcę obiecywać, że szybko mi przejdzie. Ale wczoraj odmówiłam, bo się bałam. Nie twojej popularności. Bałam się chwili, w której ktoś obcy znów zacznie opowiadać za mnie, kim jestem, zanim zdążę sama otworzyć usta.
Rafał patrzył na nią uważnie. Za jego ramieniem dzieciak w żółtej czapce przejechał niepewnie wzdłuż bandy, trzymając się jej obiema rękami.
— Rozumiem — powiedział. — I nie chcę, żebyś musiała komukolwiek się tłumaczyć, zanim będziesz chciała. Nie potrzebuję wspólnego zdjęcia ani publicznych deklaracji. Ale nie chcę być tylko kimś z weekendowej przerwy od reszty twojego życia.
Lena przełknęła ślinę. To zdanie nie było oskarżeniem. Właśnie dlatego tak trudno było się przed nim schować.
— Nie chcę, żebyś nim był — odparła. — Tylko muszę nauczyć się wpuszczać kogoś do środka, nie oddając mu przy tym kluczy do wszystkiego.
— To brzmi rozsądnie. — Kącik jego ust drgnął. — Mogę zacząć od tego, że będę pisał, kiedy będę miał zasięg. A ty możesz odpowiadać, kiedy będziesz chciała.
— Możesz też czasem zadzwonić.
— Mogę. A ty możesz nie odebrać, jeśli akurat będziesz rozpakowywać karton z napisem NIE TERAZ.
Roześmiała się cicho. Napięcie nie zniknęło, ale przestało stać między nimi jak zamknięte drzwi.
Lena wyjęła telefon. Jego kontakt wciąż zapisany był jako „Rafał — lodowisko”. Podała mu aparat.
— Zapisz mnie porządnie. Lena Augustyniak. I podaję ci numer jeszcze raz, żeby nie było, że zostawiłam go tylko na weekend.
— Mam go — powiedział, ale wpisał jej nazwisko, po czym podyktował swój numer, choć Lena też już go miała. Oboje wiedzieli, że nie chodziło o cyfry. Tym razem nie zostawiali sobie wyjścia udającego przypadek.
Rafał otworzył kalendarz trasy. Wypełnione dni przesuwały się na ekranie w małych, ciasnych rubrykach. Zatrzymał palec na niedzieli za dwa tygodnie.
— Tu mam wolne. Mogę przyjechać do Bydgoszczy, jeśli oboje nadal będziemy tego chcieli.
— Będziemy mogli zapytać siebie wtedy — powiedziała Lena. — Nie musimy dziś obiecywać, że wszystko będzie łatwe.
— To mi wystarczy.
Na tafli zabrzmiało zaproszenie dla ostatnich osób. Rafał wrócił na chwilę do mikrofonu, przypomniał o oddawaniu łyżew i życzył wszystkim bezpiecznej drogi do domu. Nie przedstawił Leny. Nie spojrzał w jej stronę, jakby oczekiwał, że podniesie rękę. Kiedy skończył, wyszedł do niej z kurtką przewieszoną przez ramię.
Przeszli razem przez wejście. Na zewnątrz marcowy mróz uszczypnął Lenę w policzki, a wiatr poderwał papierowy kubek z chodnika. Rafał podał jej dłoń. Tym razem nie czekała, aż zrobi to drugi raz.
Szli powoli, palce mieli splecione między rękawami. Przy bramie kamienicy Lena zatrzymała się i spojrzała na jego kurtkę.
— Mogę ją pożyczyć na drogę do domu?
Rafał podał jej kurtkę.
— Do jutra?
— Tym razem nie ustalamy terminu przy kurtce — odparła, wsuwając ręce w zbyt długie rękawy. — Po prostu oddam ci ją, kiedy się zobaczymy.
Nie powiedział, że na pewno. Nie musiał. Ruszyli dalej, a Bydgoszcz, jeszcze niedawno obca i mokra od deszczu, nie wydawała się już miejscem, w którym Lena musiała być sama, żeby zacząć od nowa.