Ostatni na korcie
Po zamknięciu klubu Ryszard znajduje martwego właściciela i własną rakietę przy jego ciele. Każdy ślad prowadzi do niego — a ktoś pilnuje, by tak zostało.
Ryszard wyciskał szmatę nad wiadrem, kiedy woda zabarwiła się na szaro. Na korcie zostały dwa ślady po butach i piłka, która potoczyła się pod ławkę. Rezerwację odwołali kwadrans wcześniej. Klient napisał, że utknął w pracy, bez przeprosin, jakby Ryszard miał na tę wiadomość czekać.
Zebrał piłkę, przetarł szybę i zerknął przez nią na korytarz. Jasny dzień za wysokimi oknami nagle zgasł. Chmury zasunęły niebo nad dawnym pawilonem handlowym, a czujnik przy wejściu zapalił rząd lamp. Ich zimne światło odbiło się w szybach kortów. Przez chwilę Ryszard widział w nich siebie: mokre włosy przyklejone do skroni, czarną koszulkę z logo klubu, twarz człowieka, który od rana nie zdążył usiąść.
Z zaplecza ciągnęło środkiem do czyszczenia i wilgotną gumą. Gdzieś w rurach stukała woda. Klub mieścił się na końcu pasażu, między zamkniętym sklepem z firankami a punktem naprawy telefonów, który od miesięcy działał tylko na papierze. Nawet w soboty nie było tu tłoku. Słychać było za to wszystko: windę, drzwi przeciwpożarowe, kroki nad głową.
— Zostawiłeś rano rakietę — powiedział Marcin Zając.
Ryszard odwrócił się. Trener stał w drzwiach kortu, trzymając rakietę z czarną owijką. Był po pięćdziesiątce, szeroki w barkach, z krótkimi siwymi włosami. Miał na sobie klubową bluzę, rozpiętą pod szyją.
— Myślałem, że jest w szafce.
— Leżała przy recepcji. Zanieść ci?
Marcin nie czekał na odpowiedź. Podał mu rakietę i wrócił na korytarz, zanim Ryszard zdążył podziękować. Ryszard obejrzał pękniętą osłonę na rączce. Na czarnej taśmie, tuż pod gardzielą, ktoś kiedyś napisał jego inicjały srebrnym markerem. Włożył rakietę do otwartej torby stojącej na ławce, a potem wrócił do szorowania.
Przy recepcji czekała wiadomość od Filipa Golca: „Porozmawiamy po zamknięciu”. Ryszard przeczytał ją dwa razy, choć za drugim razem słowa nie zmieniły treści. Od trzech tygodni Filip obiecywał wypłatę za prowadzenie zajęć dla początkujących. Najpierw winny był system księgowy, potem klient, który nie opłacił karnetu, a w końcu Ryszard, bo podobno źle wpisał godziny.
Filip wyszedł zza biura z telefonem przy uchu. Uśmiechał się do kogoś, z kim rozmawiał, i nie przestał nawet wtedy, gdy minął recepcję.
— Dziś? — zapytał Ryszard.
Filip zasłonił mikrofon dłonią.
— Nie zaczynaj.
— Pytam o pieniądze.
— Powiedziałem, że pogadamy.
— Mówiłeś tak w zeszłym tygodniu.
Filip spojrzał na niego bez uśmiechu. Miał gładko ogoloną twarz i koszulę, której mankiety nie nosiły śladów pracy. Ryszard poczuł na języku metaliczny smak, ten sam co zawsze, kiedy próbował się powstrzymać.
— Chcesz tu dalej pracować, to nie rób scen przy klientach — powiedział Filip.
Klientów nie było. Filip wiedział o tym równie dobrze jak on. Wrócił do biura i zamknął drzwi.
Przez następne kilkadziesiąt minut Ryszard robił to, co miał w grafiku: sprawdził listę rezerwacji, odebrał telefon od kobiety pytającej o zajęcia dla syna, wyniósł karton po dostawie i próbował nie patrzeć na zamknięte drzwi biura. Na zewnątrz zaczęło padać. Krople stukały w świetlik nad pasażem, a woda spływała po szybach równymi, brudnymi pasmami.
Dopiero gdy poczuł, że przyklejona do dłoni szmata pachnie już bardziej pleśnią niż detergentem, przypomniał sobie o płynie do szyb. Został na końcu korytarza, w schowku obok kortu numer trzy. Ryszard wziął torbę, żeby później odłożyć do niej rakietę, i ruszył w głąb klubu.
Na korytarzu było chłodniej. Z wentylacji dochodził jednostajny szum. Ryszard przeszedł obok drzwi do biura Filipa; zza nich nie dobiegał głos ani muzyka. W schowku znalazł butelkę płynu, dwie rolki ręczników papierowych i stary mop z pękniętym uchwytem. Odstawił torbę pod ścianą, żeby mieć wolne ręce, i odwrócił się do drzwi kortu.
Najpierw zobaczył but.
Wystawał zza ławki, czarny, z jasnym paskiem podeszwy. Ryszard pomyślał, że ktoś z klientów zostawił rzecz na korcie. Dopiero kiedy wszedł dalej i dostrzegł nogę w eleganckich spodniach, płyn do szyb wyślizgnął mu się z ręki. Uderzył o podłogę. Plastikowa butelka potoczyła się pod ścianę.
Filip leżał na boku, częściowo zasłonięty ławką. Jedną rękę miał wyciągniętą przed siebie. Pod głową rozlała się ciemna, gęsta plama, która dochodziła do linii kortu. Ryszard cofnął się tak gwałtownie, że plecami uderzył w szybę.
Przy ciele leżała rakieta. Czarna owijka, pęknięta osłona. Srebrne litery przy gardzieli były rozmazane, ale wciąż dało się odczytać inicjały.
Ryszard nie pamiętał, kiedy upuścił telefon. Leżał na podłodze obok butelki, ekranem do góry. Podniósł go i wybrał 112. Podał adres klubu, powtórzył, że człowiek nie oddycha, a potem na polecenie dyspozytorki przyklęknął przy Filipie. Nie dotknął go. Nie potrafił. Krew miała słodkawy, ciężki zapach, którego nie przykrywał detergent.
Kiedy przyjechała policja i ratownicy, padało już tak mocno, że na wejściowych matach zebrała się woda. Ratownik sprawdził Filipa, potem spojrzał na Ryszarda i krótko pokręcił głową. Dwóch funkcjonariuszy odsunęło go na korytarz. Jeden zapytał, kto jeszcze był w klubie. Ryszard wymienił Marcina, siebie i Filipa. Przy słowie „Marcin” usłyszał własny głos, jakby dochodził z sąsiedniego pomieszczenia.
Właścicielka klubu, Hanna Krupa, pojawiła się po kilkunastu minutach. Nie płakała. Stała przy recepcji z rękami splecionymi na brzuchu i patrzyła na drzwi do kortów. Policjant poprosił ją o dostęp do monitoringu. Zniknęła na zapleczu, a potem wróciła z laptopem.
Obejrzeli krótki zapis z kamery ustawionej przy korytarzu. Obraz był ziarnisty, bez dźwięku. Ryszard wchodził w kadr z torbą przewieszoną przez ramię i znikał za zakrętem prowadzącym do kortów. Nagranie urywało się po kilkunastu sekundach. Nie było na nim chwili, gdy wyszedł.
— To pan? — zapytał policjant.
— Tak.
— O której pan tam wszedł?
Ryszard podał godzinę. Policjant cofnął zapis, zatrzymał obraz na jego twarzy i przyjrzał się rakiecie wystającej z torby. Potem spojrzał na niego.
— A ta rakieta przy ciele? Pańska?
Ryszard patrzył na ekran. Na ziarnistym obrazie stał z torbą przewieszoną przez ramię, jedną ręką przytrzymując pasek. Nie pamiętał, żeby torba była tak ciężka.
— Moja — powiedział. — Ale nie zostawiłem jej przy Filipie.
Policjant nie skomentował. Kazał mu powtórzyć, gdzie był od chwili zamknięcia kortu. Ryszard podał godziny z pamięci, potem poprawił dwie, kiedy pokazano mu grafik. W sali obok ratownicy składali sprzęt. Ktoś przesuwał krzesło po płytkach. Każdy dźwięk docierał wyraźnie, jakby klub został opróżniony z powietrza.
Przesłuchanie trwało do późna. Pytali o wypłatę, o kłótnię z Filipem, o rakietę, o to, dlaczego wszedł na kort z torbą. Ryszard odpowiadał, że nie wie, jak rakieta znalazła się przy ciele. Nie brzmiało to jak odpowiedź, nawet dla niego. Policjant zapisał jego zeznania, dał mu je do przeczytania i wskazał miejsca, w których miał postawić parafki. Nie zatrzymali go. Nie ustalili jeszcze dokładnej godziny śmierci, a kamera pokazywała tylko, że wszedł na korytarz. Rejestrator z monitoringu zabrali w zaplombowanym pudle.
Nad ranem Ryszard wyszedł przed pasaż. Deszcz ustał, ale pod butami chlupotała woda z mat. Nie miał dokąd pójść, więc wrócił do mieszkania, przespał trzy godziny i pojechał z powrotem, kiedy zadzwoniła Hanna. Policja skończyła oględziny części klubu. Kort numer trzy nadal był zamknięty, a drzwi oklejono taśmą.
Przy recepcji stał Marcin. Miał podkrążone oczy i tę samą klubową bluzę co wczoraj. Przesunął Ryszardowi kubek z automatu.
— Nie powinieneś tu wracać — powiedział.
— Mam tu pracę.
— Na razie nie masz. — Marcin spojrzał w stronę biura Hanny. — Ona będzie próbowała zrzucić wszystko na ciebie. Filip jej przeszkadzał. Znałeś ich układy?
Ryszard nie znał. Wiedział tylko, że Hanna rzadko schodziła na korty, a kiedy już to robiła, pytała o rachunki i godziny. Marcin mówił, że Filip od dawna trzyma ją krótko. Teraz brzmiało to jak coś, co Ryszard powinien był zauważyć.
Policjant pozwolił mu następnego dnia przyjść po rzeczy z szafki. Nie pozwolił dotykać komputera ani papierów. Ryszard stanął więc przy stanowisku recepcji, otworzył pracowniczy terminarz i zaczął odtwarzać zmianę. Wpisywał godziny na odwrocie wydruku: odwołana rezerwacja, telefon o zajęcia dla dzieci, dostawa, sprzątanie kortu. Potem sprawdził własne wiadomości. Filip odpisał mu o wypłacie o 16.12. O 16.19 Ryszard wysłał krótkie: „To dziś?”. Odpowiedzi nie było.
Marcin usiadł obok i zerknął na kartkę.
— Sprawdź rezerwacje gotówkowe — powiedział. — Hanna robiła swoje poza systemem. Filip chciał to zgłosić.
— Skąd wiesz?
— Słyszałem ich. Nie raz.
Dostępny pracownikom terminarz pokazywał tylko opłacone korty i nazwiska. Przy niektórych godzinach zostały puste pola. Marcin podsunął Ryszardowi zeszyt z szafki recepcji, w którym zapisywano rezerwacje telefoniczne. Nie powinien był go mieć, ale wyjaśnił, że leżał przy kasie. W kilku miejscach widniały godziny bez nazwisk, dopisane innym długopisem. Na marginesach powtarzały się inicjały H.K.
Ryszard przypomniał sobie laptop Hanny i krótki fragment nagrania, który pokazała policji. Zapytał, czy może sprawdzić pozostałe zapisy. Hanna odmówiła. Powiedziała, że policja zabrała rejestrator, a kopii nie ma. Marcin popatrzył na nią bez słowa.
Wieczorem Ryszard wrócił do biura po własną kurtkę. Na półce leżał pendrive z etykietą „eksport kamera — kwiecień”. Znalazł go za segregatorem, obok zużytych baterii. Nie podłączył go do klubowego komputera. Zabrał do domu i otworzył na swoim starym laptopie.
W folderze były pliki nazwane datami. Część zaczynała się od wejścia klienta, a po kilku minutach obraz przeskakiwał do pustego korytarza. Na jednym nagraniu mężczyzna w czerwonej kurtce przekazywał Hannie banknoty przy recepcji. Nie było dźwięku. Hanna wsunęła pieniądze do szuflady, po czym spojrzała w stronę kamery. Następny plik zaczynał się od chwili, gdy korytarz był już pusty.
Ryszard obejrzał zapis jeszcze raz. Nie znał mężczyzny. Na ekranie był jednak wyraźny moment, w którym klient płacił gotówką, a potem znikał z nagrania. Kiedy rano pokazał to Marcinowi, trener zacisnął usta.
— To jej wystarczy, żeby skłamać o wszystkim — powiedział. — I wystarczy policji, żeby uznać, że miała powód.
Tego samego dnia Marcin dwa razy zapytał o klucz do schowka na rzeczy znalezione. Pierwszy raz powiedział, że szuka starych kart rezerwacyjnych, które mogły potwierdzić przekręty Hanny. Za drugim razem spytał, czy klucz nadal wisi w szufladzie recepcji. Ryszard odruchowo odpowiedział, że wisi na zielonej zawieszce, obok zapasowych baterii. Marcin tylko skinął głową.
Ryszard poszedł sprawdzić korytarz techniczny. Marcin zapewniał wcześniej, że drzwi od miesięcy są nieużywane, ale zamek nie był zardzewiały. Ryszard podważył je palcami; ustąpiły bez hałasu. Za nimi biegł wąski korytarz z rurami pod sufitem. Prowadził do drzwi w bocznej ścianie kortu numer trzy. Od strony kortu nie było klamki, tylko płaski uchwyt. Kamera przy recepcji nie obejmowała tego przejścia.
— Mówiłeś, że nie da się tędy wejść — powiedział, kiedy znalazł Marcina przy recepcji.
— Mówiłem, że nikt tędy nie chodzi. — Marcin spojrzał na drzwi. — Hanna ma klucze do wszystkiego.
To zabrzmiało rozsądnie. Ryszard przypomniał sobie gotówkę na nagraniu i puste miejsca w terminarzu. Pomyślał o Filipie, który mógł odkryć nie tylko dług wobec niego, ale też sposób, w jaki Hanna omijała kasę.
Hanna przyznała się wieczorem. Nie do zabójstwa. Do wynajmów bez paragonów i do wycinania fragmentów nagrań przed przekazaniem ich policji. Powiedziała, że bała się kontroli skarbowej, że Filip wiedział, ale sam korzystał z tych pieniędzy. Twierdziła, że w dniu jego śmierci wyszła z klubu przed szesnastą. Policja mogła to sprawdzić, dodała, patrząc na Ryszarda, jakby prosiła go o potwierdzenie.
Nie potwierdził. Nie zaprzeczył. Widział tylko jej dłonie zaciskające się na krawędzi biurka.
Kiedy wyszedł, Marcin stał przy drzwiach do korytarza technicznego. Ryszard spojrzał na zieloną zawieszkę klucza, którą wcześniej odłożył na recepcję, i nagle przypomniał sobie, że powiedział Marcinowi także o rzeczach Filipa: o torbie i papierach schowanych w schowku, bo po zabezpieczeniu kortu nikt nie wiedział, gdzie je odłożyć. Marcin wiedział już, gdzie szukać. Ryszard sam mu to powiedział.
Ryszard nie poszedł za Marcinem. Został przy recepcji, aż trener zniknął za drzwiami korytarza technicznego, a potem wyjął telefon. Numer prowadzącego sprawę miał zapisany na odwrocie wizytówki, którą dostał po przesłuchaniu. Kiedy policjant odebrał, Ryszard mówił cicho, ale nie musiał szukać słów. Powiedział o zielonym kluczu, o pytaniach Marcina i o tym, że trener znał miejsce, gdzie odłożono rzeczy Filipa.
— Niczego nie ruszajcie — usłyszał. — Proszę tam zostać. Przyjedziemy.
Nie próbował sprawdzać, czy Marcin wrócił. Usiadł na plastikowym krześle przy automacie z kawą. W środku maszyna mieliła ziarna z krótkim, suchym zgrzytem. Korytarz był pusty. Za szybą kortu numer trzy taśma policyjna wisiała już tylko na jednym uchwycie; drugi odpadł i leżał na podłodze.
Przyjechali po czterdziestu minutach. Dwóch policjantów w cywilu i technik, który założył rękawiczki jeszcze przy wejściu. Ryszard powtórzył wszystko od początku. Nie pominął tego, że sam podał Marcinowi informację o zielonej zawieszce. Nie próbował udawać, że nie rozumiał, jak to brzmi.
Marcin był w swoim pokoju przy zapleczu. Otworzył drzwi z kubkiem herbaty w ręku. Spojrzał najpierw na policjantów, potem na Ryszarda.
— Co się stało? — zapytał.
— Proszę zostać z nami — powiedział jeden z funkcjonariuszy.
Hanna przyszła z biura. Miała na sobie ten sam ciemny sweter co poprzedniego wieczoru. Policjanci poprosili ją o otwarcie schowka na rzeczy znalezione. Nie sprzeciwiała się. Klucz z zieloną zawieszką tkwił w szufladzie recepcji, obok baterii i spinaczy. Zamek puścił po dwóch obrotach.
W środku stały kartonowe pudła, parasole bez właścicieli i plastikowa skrzynka z rzeczami, które ktoś wyniósł z kortu po oględzinach. Ręcznik Filipa, pasek od torby, portfel bez gotówki. Na wierzchu leżała koperta, zagięta na brzegu. Napisano na niej jego nazwisko równym, granatowym pismem.
Technik zrobił zdjęcia, zanim ktokolwiek jej dotknął. W środku znajdowała się mała karta pamięci w adapterze i kartka z krótką notatką: „Marcin — nie będę dłużej czekał. Jutro przekazuję to policji”. Nie było podpisu. Nie musiał być.
Marcin stał przy drzwiach. Kubek w jego ręku zadrżał; herbata przelała się na palce. Odstawił go na parapet.
Nośnik zapakowano do koperty dowodowej i zabrano do laboratorium. Policjanci nie pokazywali Ryszardowi plików. Usłyszał tylko, że znajdują się na nim nagrania z szatni, wykonane potajemnie w okresie, kiedy z obiektu korzystały grupy młodzieżowe. W protokole zapisano godzinę zabezpieczenia, numer karty i nazwiska obecnych. Żadnych opisów nie czytano na głos przy recepcji.
Następnego dnia policjanci przyszli ponownie, tym razem z postanowieniem o przeszukaniu pomieszczeń, z których korzystał Marcin. Zabezpieczyli jego telefon, laptop i klubowe klucze. Nie zakuwali go od razu. Najpierw zadawali pytania. Marcin odpowiadał spokojnie, powtarzał, że nagrania nie są jego, że z komputera korzystali pracownicy, a Ryszard szuka winnego i Hanna miała powód, żeby zniszczyć Filipa.
Tym razem nikt mu nie pomagał w układaniu tej wersji.
Policja odzyskała pełny zapis z rejestratora, zabrany wcześniej w zaplombowanym pudle. Fragmenty, które Hanna pokazała pierwszego wieczoru, kończyły się przed wejściem do korytarza technicznego. W oryginale widać było, jak Marcin przechodzi obok recepcji, znika przy drzwiach serwisowych i wraca po czasie, który nie pasował do tego, co mówił o swojej obecności na kortach. Zapis z kamery przy dostawach potwierdzał, kiedy wszedł do bocznego przejścia. Policjanci zmierzyli trasę i zestawili czas z ustaleniami lekarza oraz pozostałymi nagraniami. Nie dało się już wcisnąć go w pustą godzinę.
Na karcie pamięci znaleziono nagrania z szatni i ślady świadczące o tym, że urządzenie było uruchamiane i przenoszone przez Marcina. Kolejne kopie, daty i ustawienia odpowiadały temu, co znaleziono w jego sprzęcie. W telefonie Filipa, zabezpieczonym po zabójstwie, były wiadomości do trenera. Krótkie, bez gróźb. Filip pisał, że wie, co Marcin robił, i że jeśli nie przestanie, przekaże materiał policji. Ostatnia wiadomość nie doczekała się odpowiedzi.
Ryszard dowiedział się o tym od policjantki, która zadzwoniła do niego po południu. Nie powiedziała, jak Filip zginął. Nie musiała. Powiedziała, że Marcin został zatrzymany i będzie przesłuchany jako podejrzany. Dodała, że jego wersja nie zgadza się z zabezpieczonym materiałem.
Dopiero wtedy tamte drobiazgi ułożyły się Ryszardowi w całość. Rakieta podana mu przed zabójstwem, chociaż o nią nie prosił ani jej nie szukał. Marcin, który potrafił wskazać Hannę, zeszyt, nagrania i gotówkę, ale wracał do schowka z pytaniami o rzeczy Filipa. Pomoc, która zawsze prowadziła w stronę czyjegoś motywu. Trener nie tylko podrzucił jego rakietę. Potrzebował, żeby Ryszard został podejrzanym. Żeby przestraszony człowiek zaczął szukać ratunku i otwierać kolejne drzwi.
W kolejnych tygodniach policja zdjęła z Ryszarda podejrzenie o zabójstwo. Dostał do podpisu protokół, w którym jego nazwisko przestało stać obok słowa „podejrzany”. Papier nie zmienił ciężaru wspomnień. Nadal pamiętał krew przy linii kortu i własną rakietę pod ławką. Nadal budził się przed świtem, gdy telefon zawibrował na szafce, choć nikt nie dzwonił.
Hanna została przesłuchana osobno. Jej wyjaśnienia o wynajmach bez paragonów nie zamknęły sprawy; policja przekazała dokumenty dalej, a klub przestał działać. Na drzwiach pojawiła się kartka o przerwie technicznej. Potem zdjęto logo, a w witrynie zostały prostokąty po taśmie.
Ryszard odebrał swoje rzeczy z szatni pod nadzorem pracownika. Torba była pusta. Na zamku zostało płytkie zarysowanie, którego wcześniej nie zauważył. Nie wiedział, czy zrobił je Marcin, czy sam, kiedy wpychał do środka ręczniki i butelkę z wodą. Nie pytał.
Pracę znalazł w magazynie pod Łodzią. Zmiana zaczynała się o szóstej. Pierwszego dnia podpisał listę obecności, dostał odblaskową kamizelkę i klucz do szafki. W przerwie zjadł kanapkę przy metalowym stole, słuchając wózków widłowych po drugiej stronie hali.
Nie miał już klubu, wypłaty, której nie dostał, ani człowieka, któremu ufał. Została mu czysta kartka z urzędu i numer sprawy zapisany w telefonie. Gdy wieczorem wrócił do mieszkania, włączył światło dopiero po zamknięciu drzwi. Potem sprawdził zamek jeszcze raz.