Wstęp mimo zakazu
Przed rozprawą Jan Pałka miał ujawnić prawdę o śmiertelnym wypadku szkolnym. Zanim zdąży zeznawać, Jolanta znajduje go martwego w czatowni. Ulewa odcina ją od świata, a każdy obecny ma coś do ukrycia.
Zacisnęła klucz na śrubie, aż metal zapiszczał, i puściła dopiero wtedy, gdy pomost przestał drżeć pod jej dłonią. Woda z porannego deszczu stała w spróchniałych zagłębieniach desek. Jolanta Szczepańska przykucnęła, sprawdziła jeszcze mocowanie barierki, potem wpisała wynik do notesu. Do czternastej miała być w czatowni. Do tej pory zdążyła skontrolować dwa pomosty, trzy tyczki pomiarowe i własne kolano, które od tygodnia odzywało się przy każdym schylaniu.
W samochodzie pachniało mokrą kurtką i kawą z termosu. Na wycieraczce pasażera leżała koperta od Jana Pałki, złożona na pół, żeby nie zajmowała miejsca. Miał przekazać jej materiały przed jutrzejszą rozprawą. Nie chciał wysyłać ich mailem, powiedział przez telefon. „Wolę, żebyś zobaczyła, co tam jest”. Potem zapadła cisza, jakby czekał, aż Jolanta zapyta o coś więcej. Nie zapytała. Znała go na tyle, by wiedzieć, że wtedy i tak niczego nie powie.
Od skrętu z asfaltu droga dojazdowa prowadziła między działkami, potem znikała w trzcinach. Przy szlabanie wisiała tablica: OBIEKT CZASOWO WYŁĄCZONY Z RUCHU. Ktoś zdarł dolny róg naklejki z regulaminem. Jolanta minęła ją bez zatrzymywania. W rezerwacie takie rzeczy odnawiało się bez końca; ludzie zdzierali, wiatr odklejał, deszcz rozpuszczał klej.
Czatownia stała na palach, na skraju trzcinowiska, poza zwykłą trasą spacerową. Drewniane ściany pociemniały od wilgoci. Z wnętrza dobiegało stukanie luźnej blachy, miarowe, irytujące. Jolanta podeszła od strony wejścia i zobaczyła, że drzwi są uchylone. Jan zwykle je zamykał, nawet kiedy miał wrócić za pięć minut.
— Pałka? — zawołała.
Odpowiedziała jej cisza. Potem deszcz uderzył w dach tak nagle, jakby ktoś wysypał na niego wiadro żwiru. Woda spłynęła z krawędzi dachu grubymi strugami. W oddali, za trzcinami, zaszumiała ulica. Jolanta weszła do środka.
Najpierw poczuła chłód, potem słodkawy zapach mokrego drewna i coś metalicznego, co nie pasowało do tego miejsca. Jan siedział na podłodze, oparty plecami o ławę. Jedna noga była wyciągnięta, druga zgięta pod nienaturalnym kątem. Rękaw koszuli podwinięto nad nadgarstek. Na skórze ciągnęła się głęboka rana, a ciemna krew zaschła na dłoni i rozlała po deskach.
Na kolanie Jana leżała kartka. Jolanta odczytała trzy słowa, zapisane dużymi, nierównymi literami: „To przeze mnie”.
Nie podeszła bliżej. Zatrzymała się tak gwałtownie, że but poślizgnął się na mokrej desce. Oparła dłoń o framugę. Przez chwilę słyszała tylko wodę na dachu i własny oddech, krótki, płytki, jak po biegu. Wyjęła telefon.
— Numer alarmowy, czego dotyczy zgłoszenie?
— Jest człowiek. Nie wiem… — Głos uwiązł jej w gardle. Odchrząknęła. — Nie oddycha chyba. Jest rana na nadgarstku. Czatownia w rezerwacie, przy trzcinowisku, od strony ulicy Leśnej.
Dyspozytor poprosił, żeby sprawdziła, czy mężczyzna reaguje. Jolanta patrzyła na Jana. Zobaczyła mokry kosmyk przy jego skroni, guziki koszuli, które zwykle zapinał krzywo, i kartkę zsuwającą się z kolana.
— Nie ruszam go. Jestem za daleko, żeby… Nie dotykam.
— Dobrze. Proszę zostać na miejscu. Czy może pani dokładnie opisać dojazd?
Podała nazwy ulic, potem poprawiła samą siebie: od Leśnej nie da się dojechać pod sam obiekt, trzeba skręcić przy starym magazynie i przejść kilkaset metrów ścieżką. Wypowiedziała to wolniej, pilnując, żeby nie pomylić kierunków. Kiedy odwróciła się ku wejściu, ulewa zdążyła zamienić ścieżkę w czarną, płynącą rynnę. Woda wdarła się na pobocze drogi. Za trzcinami coś trzasnęło, może gałąź, może słupek.
— Zostaje pani przy nim — powiedział dyspozytor. — Zespół jest w drodze, ale zalana droga może opóźnić dojazd. Proszę nie opuszczać miejsca.
Jolanta potwierdziła. Schowała telefon do kieszeni i dopiero wtedy zobaczyła ciemny ślad pod głową Jana. Nie krew z nadgarstka — ta rozlała się przy jego dłoni, po drugiej stronie ciała. Plama zaczynała się przy metalowym wsporniku ławy. Krawędź wspornika była oblepiona czymś ciemnym, zmatowiałym. Jolanta nie musiała dotykać, żeby wiedzieć, że rana na ręce tego nie wyjaśnia.
Odwróciła wzrok. Na półce pod oknem stała księga służbowa w szarej, popękanej okładce. Jan zostawił ją otwartą. Deszcz wciskał się przez nieszczelność przy zawiasie, ale woda jeszcze do niej nie doszła. Jolanta nie zdążyła odczytać nawet nagłówka, gdy w drzwiach pojawiła się Elżbieta Szulc.
Strażniczka miała na sobie granatową kurtkę z odblaskowym pasem. Włosy przykleiły jej się do policzków. Musiała przybiec z posterunku; oddychała ustami, lecz ręce miała spokojne.
— Karetka? — spytała.
— Jedzie. Droga zalana.
Elżbieta podeszła do progu i zaczęła mówić do telefonu Jolanty, kiedy ta ponownie połączyła się z dyspozytorem. Podała mu dokładny skręt, opisała niski mostek przy kanale i wskazała, którędy da się przejść pieszo, jeśli samochód utknie. Mówiła rzeczowo, bez zawahania. Jolanta trzymała telefon, a Elżbieta stała obok, ociekająca wodą.
Kiedy rozmowa się skończyła, strażniczka podeszła do półki. Wyjęła z kieszeni złożony wodoodporny pokrowiec i wsunęła do niego księgę.
— Nie rób tego — powiedziała Jolanta.
Elżbieta spojrzała na nią, jakby nie dosłyszała.
— Dokumenty. Woda je załatwi, zanim ktokolwiek tu dojdzie.
— To miejsce jest zabezpieczone?
— Na razie ledwo stoi. — Elżbieta docisnęła zapięcie pokrowca. — Jan prosił, żebym pilnowała papierów.
Jolanta spojrzała na ciało. Kartka wciąż leżała na jego kolanie. Nie powiedziała, że ją widziała. Nie zapytała, dlaczego Jan nie mógł sam zabrać księgi.
Elżbieta wsunęła pokrowiec pod kurtkę. Przez chwilę stała nieruchomo, słuchając deszczu. Potem, ciszej, niemal bezgłośnie, powiedziała:
— On się za to obwiniał. Za tę dziewczynę. Cały czas.
Jolanta popatrzyła na ciemny ślad przy wsporniku ławy. Woda bębniła o dach, a ścieżka do czatowni znikała pod naporem ulewy. Z ulicy nie dobiegał żaden silnik.
— Za tę dziewczynę — powtórzyła Jolanta. — Co dokładnie miał na myśli?
Elżbieta nie odpowiedziała. Poprawiła pokrowiec pod kurtką, jakby przeszkadzał jej w oddychaniu. Z zewnątrz dobiegł krótki trzask, potem szum deszczu znów przykrył wszystko inne.
Jolanta wyjęła telefon. Zrobiła zdjęcie wnętrza z progu, potem drugie, obejmujące Jana, ławę i metalowy wspornik. Nie podeszła bliżej. Powiększyła obraz na ekranie. Ciemny ślad pod głową był wyraźniejszy niż w półmroku, a krawędź wspornika miała na sobie zaschniętą smugę. Rana na nadgarstku leżała po przeciwnej stronie ciała. Nie musiała być biegłą, żeby widzieć, że jedna rzecz nie tłumaczy drugiej.
Zadzwoniła ponownie pod 112.
— Zgłaszam jeszcze jedną rzecz. Jest uraz głowy. Ciemny ślad przy głowie i krew na metalowym wsporniku ławy. Nie dotykałam ciała. Zrobiłam zdjęcia z wejścia.
Dyspozytor zapytał, czy ktoś poza nimi znajduje się w pobliżu. Jolanta spojrzała na Elżbietę. Ta stała przy półce, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
— Strażniczka. Była tu, kiedy przyjechałam.
— Proszę niczego nie ruszać i nie wpuszczać osób postronnych. Policja została powiadomiona. Zespół ratownictwa może mieć opóźnienie.
Jolanta potwierdziła. Na ekranie pojawiła się godzina: 14.38. Zapisała ją w notesie, pod ostatnim wpisem z kontroli pomostu. Ołówek zostawił w papierze głęboki ślad.
— Nie wpuszczę nikogo — powiedziała Elżbieta.
Nie brzmiało to jak obietnica. Bardziej jak ustalenie, do którego obie miały się dostosować.
Jolanta cofnęła się na zadaszoną część pomostu. Deszcz wciąż walił w blachę, lecz między uderzeniami słyszała wodę płynącą pod deskami. Przy wejściu, obok ławki, stała jej torba narzędziowa. W kieszeni miała kopertę Jana, tę z samochodu, przeniesioną rano do torby, kiedy zaczęło padać. Nie pamiętała, żeby ją tam wkładała. Pamiętała tylko, że nie chciała zostawić jej na mokrej wycieraczce.
W czatowni, na stole pod oknem, leżała teczka z jej nazwiskiem zapisanym na brzegu białej etykiety. Jan musiał przygotować ją przed przyjściem. Gdyby dotknęła czegokolwiek, mogłaby później nie umieć wyjaśnić, dlaczego. Przez kilka sekund patrzyła na nią przez szybę, na której woda rozmazywała odbicie własnej twarzy. Potem założyła cienkie rękawiczki z apteczki.
Elżbieta obserwowała ją z wejścia.
— Nie powinnaś teraz grzebać w jego rzeczach.
— To są moje materiały.
— Powiedział ci, że je ma?
Jolanta nie odpowiedziała. Zrobiła zdjęcie teczki na stole, jeszcze zamkniętej. Dopiero potem uniosła klapę. W środku leżała kopia decyzji o wyłączeniu pomostu, kilka wydruków i potwierdzenie przelewu. Na wierzchu Jan napisał ołówkiem: „sprawdź datę”.
Data na decyzji była o trzy dni wcześniejsza niż szkolna wycieczka, podczas której zginęła uczennica. Podpis Elżbiety Szulc widniał na ostatniej stronie, w miejscu przeznaczonym dla osoby odpowiedzialnej za obiekt.
Jolanta przeczytała to raz, potem jeszcze raz. W protokołach po wypadku Elżbieta utrzymywała, że pomost zamknięto dopiero później, kiedy wyszło na jaw, w jakim był stanie. Jan zeznawał wtedy, że dzieci wprowadzono tam bez jego zgody, ale nie potrafił wskazać, kto wydał polecenie. Jutro miał mówić ponownie.
Pod decyzją znalazła wydruk bankowy. Przelew z rachunku matki uczennicy na prywatne konto Elżbiety. Tytuł brzmiał: „obserwacja ptaków — wycieczka szkolna”. Kwota nie była duża. Wystarczała na opłacenie czyjegoś dnia pracy, nie na zmianę czyjegoś życia. Jolanta trzymała papier za róg, żeby nie zasłonić daty.
Jan mógł odkryć to dopiero teraz. Mógł zobaczyć przelew, skonfrontować Elżbietę, a potem zwrócić się do Dawida Króla. Dawid od miesięcy był przedstawiany jako ten, który zawalił naprawę pomostu. Rano pokłócił się z Janem. Jan obiecał zmienić zeznania. Wystarczyło, żeby Dawid uznał, że jutro straci wszystko.
Rozległy się szybkie kroki na deskach prowadzących od strony drogi. Jolanta złożyła papiery, ale nie wsunęła ich z powrotem do teczki. Przy wejściu na ścieżkę stał Dawid Król, przemoczony, z ciemną kurtką przyklejoną do ramion. Oddychał ciężko. Jedną dłonią trzymał się słupka, drugą zaciskał na telefonie.
— Co się stało? — spytał.
— Jan nie żyje.
Dawid wbił wzrok w próg. Nie wszedł.
— Rozmawiałem z nim rano. Pokłóciliśmy się.
— O co?
— O jutrzejsze zeznania. Miał powiedzieć, że to ja odpowiadam za pomost. Dzisiaj nagle zaczął gadać, że zmieni wersję. Że powie, kto naprawdę wpuścił dzieci. — Przełknął ślinę. — Powiedziałem mu, że po tylu latach nie ma prawa zrzucać wszystkiego na mnie.
Jolanta poczuła, jak papier w jej dłoni mięknie od wilgoci.
— Byłeś tu po tej rozmowie?
— Nie. Przysięgam.
— Zostań tam, gdzie jesteś. Nie wchodź.
Dawid spojrzał na nią z wściekłością, która zaraz ustąpiła czemuś bardziej niepewnemu. Za jego plecami ścieżka zniknęła w wodzie. Nie było widać samochodu ani kogokolwiek z drogi.
— Myślisz, że to ja? — spytał.
Jolanta nie odpowiedziała. Zobaczyła jego mokre rękawy, zaciśniętą szczękę i obtarcie na kostkach prawej dłoni. Mógł się o coś uderzyć, kiedy biegł. Mógł też przyjść po to, żeby sprawdzić, co Jan zostawił. W tej chwili nie umiała oddzielić jednego od drugiego.
— Nie ruszaj się stamtąd — powtórzyła.
Dawid cofnął rękę ze słupka. Nie zrobił kroku ku czatowni.
Jolanta odłożyła potwierdzenie na stół i podniosła telefon. Chciała sfotografować przelew. Elżbieta stała już za nią. Widziała papier nad jej ramieniem; Jolanta usłyszała, jak nabiera powietrza.
— Skąd to masz?
— Jan to przygotował.
— Daj mi te dokumenty.
— Nie.
Przez moment żadna się nie poruszyła. Dawid wciąż stał na wejściu do ścieżki, odgrodzony od wnętrza czatowni progiem, a jednak jego obecność ciążyła w powietrzu bardziej niż ulewa. Jolanta spojrzała na podpis Elżbiety, potem na potwierdzenie przelewu. Dawid miał powód, by uciszyć Jana. Dokumenty dowodziły zaniedbania strażniczki, ale to nie znaczyło, że ona uderzyła go w głowę. Tak sobie powiedziała. Zbyt szybko, żeby zdążyć sprawdzić, czy w to wierzy.
Elżbieta wyszła na pomost i stanęła na wąskim przejściu prowadzącym do ścieżki.
— Nie idź tamtędy. Deski przy kanale puściły. Osunęła się podpora.
Jolanta spojrzała za nią. Woda płynęła przez szczeliny, niosąc liście i drobne kawałki kory. Nie widziała uszkodzenia. Widziała za to, że Elżbieta zajmuje całą szerokość przejścia.
— Muszę dotrzeć do drogi.
— Nie przejdziesz. Poczekamy na służby.
Telefon Jolanty pokazywał jedną kreskę zasięgu. Kiedy spróbowała połączyć się z 112, ekran rozświetlił się, po czym połączenie urwało się bez sygnału. Za nią, w ciemnej czatowni, Jan leżał dokładnie tak, jak go znalazła. Przed nią Elżbieta nie ruszała się z miejsca.
Z ulicy nie nadjeżdżał żaden silnik. Deski pod stopami Jolanty ugięły się lekko, gdy zrobiła krok w stronę wyjścia. Elżbieta podniosła rękę.
Jolanta zatrzymała się, ale nie cofnęła. Pod deskami woda szła szybko, niosąc liście i kawałki kory. Przy kanale pomost uginał się pod jej ciężarem. Nie wiedziała, czy podpora naprawdę puściła. Wiedziała tylko, że Elżbieta nie pozwala jej odejść.
— Zadzwoń po policję — powiedziała.
— Przecież już jadą.
— To powiedz im, co zrobiłaś.
Elżbieta nie odpowiedziała. Przez moment patrzyła na Jolantę bez złości, niemal ze zmęczeniem. Potem zerknęła na jej dłonie. Rękawiczki z apteczki wciąż miały na opuszkach wilgotny ślad po papierze.
Jolanta pojęła, że nie chodzi o to, czy Elżbieta wie, co odkryła. Chodzi o to, ile zdążyła powiedzieć.
Podniosła telefon. Jedna kreska zasięgu zniknęła, wróciła, znów zniknęła. Odeszła o pół kroku od drzwi, tam, gdzie pod dachem deszcz nie walił prosto w ekran.
— 112, proszę mówić.
— Jestem w czatowni w rezerwacie, przy trzcinowisku od strony ulicy Leśnej. Jolanta Szczepańska. Na miejscu jest Elżbieta Szulc, strażniczka. Znalazłam dokumenty Jana Pałki. Wynika z nich, że podpisała zamknięcie pomostu przed wypadkiem szkolnej wycieczki, a matka zmarłej uczennicy przelała jej pieniądze za wprowadzenie grupy. Elżbieta zabrała księgę służbową. Ma ją przy sobie.
Głos dyspozytora przycichł i wrócił po chwili, przerywany szumem. Jolanta podała położenie jeszcze raz, opisała bezpieczne dojście od starego magazynu i powiedziała, że przy pomoście jest niestabilnie. Nie próbowała przedostać się obok Elżbiety. Nie próbowała jej zatrzymać. Kiedy dyspozytor zapytał, czy kobieta jest uzbrojona, Jolanta odpowiedziała, że niczego takiego nie widzi.
Elżbieta stała kilka metrów dalej, przemoczona, z księgą pod kurtką. Na jej brzegu wystawał róg szarej okładki.
— Nie wiesz, co było w tej księdze — powiedziała.
— Wiem, że nie zabrałaś jej dla ochrony przed deszczem.
Jolanta pomyślała o wodoodpornym pokrowcu, który Elżbieta miała przy sobie już w chwili, kiedy przyjechała. O tym, jak spokojnie weszła do czatowni i sięgnęła po księgę, zanim ktokolwiek zdążył zajrzeć do środka. Wtedy uznała, że próbuje ocalić dokument. Teraz miała przed sobą decyzję o zamknięciu pomostu, potwierdzenie przelewu i podpis Elżbiety. W księdze musiał być zapis wydania klucza. W dniu wypadku.
Dawid wciąż stał przy wejściu na ścieżkę. Nie ruszył się, choć deszcz przemoczył mu już włosy i kołnierz.
— Pałka chciał jutro odwołać to, co powiedział o tobie — odezwała się Jolanta. — Miał dokumenty, które pokazywały, kto naprawdę wprowadził dzieci.
Dawid opuścił wzrok. Na kostkach prawej dłoni miał świeże otarcie. Nie próbował tłumaczyć go po raz drugi.
— Nie zabiłem go — powiedział. — Pokłóciliśmy się rano. Potem wróciłem do domu.
— Nie musisz mi tego teraz udowadniać.
Jego twarz stężała, ale przyjął te słowa bez odpowiedzi.
Jolanta spojrzała na kartkę, którą wcześniej widziała na kolanie Jana. Trzy słowa. „To przeze mnie”. W materiałach na stole była kopia starego zeznania Jana, przygotowana do jutrzejszej rozprawy. W jednym miejscu podkreślił zdanie, które wypowiedział po śmierci uczennicy: „To przeze mnie, że nie sprawdziłem, kto wydał klucz”. Dalej mówił o tym, jak przez lata milczał, bo nie chciał zniszczyć komuś życia na podstawie własnych podejrzeń. Kartka z kolana odcinała pierwsze słowa od reszty.
Jan miał przy sobie dowody, które mogły zdjąć winę z Dawida. Nie przyniósł ich po to, żeby odejść, tylko żeby następnego dnia powiedzieć prawdę. Elżbieta wiedziała, że przyjdzie. Mogła go uderzyć metalowym wspornikiem, a potem przeciąć mu nadgarstek i położyć kartkę tak, by jego dawne poczucie winy wyglądało jak wyjaśnienie śmierci. Rana na ręce nie pasowała do śladu przy głowie. To Jolanta zauważyła od razu. Resztę dopowiedziały dokumenty.
— Jan nie napisał tej kartki tego dnia — powiedziała.
— Nie widziałaś, jak ją pisał.
— Ale widziałam, co przygotował na jutro.
Elżbieta poruszyła się, jakby chciała podejść. Potem spojrzała na wąski pomost i została na miejscu. Jolanta nie cofnęła się ani nie zasłoniła teczki. Trzymała telefon przy uchu i czekała, aż dyspozytor potwierdzi, że patrol jest blisko.
Pierwszy silnik odezwał się dopiero po kilku minutach. Nie był to radiowóz na sygnale, tylko samochód jadący wolno po zalanej drodze. Potem z tej samej strony dobiegły głosy. Dawid wyszedł na ścieżkę, ale zatrzymał się przy solidniejszej części pomostu.
— Dalej nie — zawołał. — Deski przy kanale są uszkodzone. Tędy, przy magazynie. Bezpośrednio nie przejedziecie.
Dwóch policjantów dotarło pieszo, w kurtkach nasiąkniętych deszczem. Za nimi szedł ratownik z torbą. Funkcjonariuszka podniosła dłoń, zatrzymując pozostałych przy wejściu, i poprosiła wszystkich, by nie ruszali się z miejsc. Potem obejrzała pomost, wskazała pewniejszą deskę i podeszła do Elżbiety.
— Proszę wyjąć księgę powoli i położyć ją na ziemi.
Elżbieta przez chwilę trzymała rękę pod kurtką. Nie patrzyła na policjantkę. Patrzyła na Jolantę. Potem wyjęła pokrowiec i położyła go przy swoich butach. Kiedy funkcjonariuszka sięgnęła po dokument, Elżbieta nie stawiała oporu. Drugi policjant odprowadził ją kilka kroków od czatowni i założył jej kajdanki. Metal szczęknął krótko, zagłuszony przez deszcz.
Jolanta powiedziała jeszcze raz, gdzie leżą dokumenty Jana i czego dotyczą. Policjantka sfotografowała stół, teczkę i kartkę na kolanie zmarłego. Nikt nie dotykał ciała, dopóki technik kryminalistyki nie wyznaczył miejsca wejścia i nie zaczął dokumentować śladów. Ratownik sprawdził Jana, choć nie było już czego sprawdzać.
Przy wsporniku ławy technik zrobił zdjęcia z kilku stron. Zabezpieczył ciemny ślad osobno od krwi przy nadgarstku. Na kartce położonej na kolanie Jana ujawnił odciski, a potem wsunął ją do papierowej koperty. Księga służbowa trafiła do drugiej. Jolanta usłyszała, jak funkcjonariuszka odczytuje przez telefon datę i numer strony, a następnie prosi o zabezpieczenie oryginału decyzji o zamknięciu obiektu oraz potwierdzenia przelewu.
Elżbietę wsadzono do radiowozu. Nie spojrzała na Dawida. Gdy drzwi się zamknęły, siedziała z rękami opartymi na kolanach, patrząc przed siebie.
Do drogi Jolanta przeszła z policjantem, powoli, omijając rozmyty brzeg ścieżki. Kolano bolało przy każdym zejściu z deski. W samochodzie znalazła termos, ale kawa była zimna. Koperta Jana leżała na wycieraczce, zawilgocona na rogu. Nie otworzyła jej.
Później biegły ustalił, że Jan zmarł od urazu głowy, a przecięcie nadgarstka nie było przyczyną śmierci. W księdze zachował się zapis, że Elżbieta pobrała klucz w dniu szkolnej wycieczki. Decyzja o zamknięciu pomostu miała wcześniejszą datę; przelew matki dziewczynki i zeznania Jana trafiły do akt razem z resztą zabezpieczonych dokumentów. Sprawę śmierci uczennicy otwarto ponownie. Dawida przesłuchano, ale nie przedstawiono mu zarzutów.
Jolanta wróciła do rezerwatu tydzień później. Pomost zamknięto taśmą i postawiono nową tablicę, przykręconą świeżymi wkrętami. Na szlaku zostały ślady po butach policjantów, wypłukiwane przez kolejne deszcze. Woda pod deskami płynęła jak wcześniej. Tylko czatownia była zamknięta na kłódkę, a w oknie odbijał się pusty fragment trzcinowiska.