Ślady pod białym niebem
Podczas śnieżycy przy leśnej dostrzegalni znika kierowca pługa. Jolanta Mróz odkrywa ślady, które prowadzą do kolejnych kłamstw — i do kobiety jadącej prosto w pułapkę.
Wycieraczki zgarniały śnieg z szyby na boki, ale po chwili Jolanta Mróz znów miała przed sobą białą ścianę. Pochyliła się nad kierownicą i zwolniła jeszcze bardziej. Służbowa skoda podskakiwała na koleinach, pod spodem chrzęścił zamarznięty, błotnisty śnieg. Na desce rozdzielczej telefon pokazywał 7.18. Zanim ruszy z powrotem, pomyślała, musi jeszcze sprawdzić drzwi.
Leśna droga odchodziła od szosy za Hajnówką i po kilkuset metrach przestawała udawać drogę. Na poboczu stały ciemne świerki, ich gałęzie uginały się pod świeżym puchem. Śnieżycę zapowiadali po południu, ale wiatr już teraz wciskał płatki pod wycieraczki i niósł je nisko nad ziemią. Jolanta miała w bagażniku aparat, latarkę i termos z kawą, której nie zdążyła wypić. Przełożony powiedział przez telefon, że przy dostrzegalni ktoś majstrował przy zamku. Miała obejrzeć drzwi, zrobić zdjęcia i wrócić, zanim zasypie dojazd.
Pług stał przed wieżą, częściowo wciśnięty w zaspę. Pomarańczowy kogut był wyłączony. Na drzwiach kabiny widniało logo firmy Grzybowskiego — czarne litery na białym tle, niemal całkiem przyprószone śniegiem. Z przodu wisiał opuszczony lemiesz, a za nim ciągnęły się świeże, szerokie ślady. Silnik pracował. Para z wydechu znikała w powietrzu, nim zdążyła się unieść.
Jolanta zgasiła skodę i przez chwilę siedziała bez ruchu, słuchając, jak stygnie metal. Potem zapięła kurtkę pod szyję. Mróz szczypnął ją w policzki, gdy wysiadła. Pług pachniał dieslem i gorącym olejem. Kierowcy nie było widać.
— Halo? — zawołała.
Wiatr porwał słowo. Obejrzała kabinę, ale szyby były zaparowane od środka. Zapukała w drzwi. Nikt nie odpowiedział. Na śniegu między pługiem a wieżą widać było nieregularne, częściowo zasypane ślady butów. Jedne prowadziły do schodów. Drugie urywały się przy szerokim, wydeptanym miejscu pod ścianą.
Dostrzegalnia stała na betonowych podporach, ciemna i pusta, z wąskimi schodami wspinającymi się między kratownicami. Nad wejściem wisiała tabliczka z nazwą nadleśnictwa, wyblakła od deszczu. Jolanta wyjęła z kieszeni klucz. Zamek nie nosił świeżych śladów siłowania, ale drzwi były uchylone na szerokość palca. Zawiasy jęknęły, gdy je pchnęła.
W środku pachniało wilgotnym drewnem, kurzem i czymś ostrym, metalicznym. Zatrzymała się na progu. Na podłodze leżała szara rękawica robocza z czerwonym pasem przy nadgarstku. Na palcach zaschła ciemna plama. Obok, na ścianie, ciągnęła się smuga, jakby ktoś oparł się o nią brudnym ramieniem i zsunął kilka centymetrów niżej.
Jolanta nie dotknęła rękawicy. Włączyła latarkę w telefonie. Wąski snop światła przesunął się po podłodze, przewróconym krześle i drzwiach do małego pomieszczenia gospodarczego. W kącie leżał kawałek listwy. Pod schodami znalazła rozsypane śruby i ślad buta odciśnięty w pyle. Dalej nie było nic. Żadnego jęku, oddechu, ruchu. Tylko wiatr naciskający na wieżę i głuchy pomruk pracującego na zewnątrz pługa.
Wycofała się na próg, nie odwracając pleców do środka. Dopiero tam wybrała 112.
Dyżurny odebrał po dwóch sygnałach. Jolanta mówiła krótko, trzymając telefon blisko ust, bo wiatr zagłuszał jej głos. Zgłoszenie włamania. Możliwa szarpanina. Krew na rękawicy. Pług przy wieży, kierowcy brak. Nie wie, czy ranny jest w lesie.
— Proszę się nie oddalać — powiedział dyżurny. — Patrol już jedzie.
— Tędy? — spytała. — Droga jest zasypana.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Potem usłyszała stukanie klawiatury.
— Jednostka jest w drodze. Będziemy informować o ewentualnym opóźnieniu.
Jolanta spojrzała na znikające ślady przy schodach. Zaspy rosły na poboczu, a śnieg sypał teraz poziomo i tak gęsto, że skoda kilka metrów dalej wyglądała jak obcy samochód. Podała dyżurnemu swój numer i zakończyła rozmowę. Na ekranie pojawiła się jedna kreska zasięgu. Potem żadna.
Wróciła do auta, ale nie wsiadła. Zadzwoniła do nadleśnictwa. Połączenie urwało się, nim ktokolwiek odebrał. Numer firmy odśnieżającej znalazła w dokumentach z ostatniego objazdu. Grzybowski odezwał się natychmiast; w tle coś brzęczało, jakby pracował przy komputerze.
— Pług stoi pod dostrzegalnią — powiedziała. — Nie ma kierowcy. W środku znalazłam zakrwawioną rękawicę.
— Wiesiek? — W głosie mężczyzny nie było zdziwienia, tylko szybkie, suche napięcie. — To jego samochód. Zaraz sprawdzę pozycję.
Jolanta patrzyła na zamazaną szybę skody. Na wycieraczce zbierał się lód.
— Mam go na mapie — powiedział Grzybowski po chwili. — Nadajnik pokazuje, że stoi przy wieży. Dokładnie tam, gdzie pani jest.
— Samochód stoi. Kierowcy nie widziałam.
Znów krótka przerwa. Potem mężczyzna zapytał:
— Aleksandra jedzie już do wieży?
Jolanta spojrzała na telefon, jakby pytanie mogło być zapisane na ekranie.
— Kto?
— Aleksandra. Siostra Wiesława. Może do niego dzwoniła, nie wiem. Są rodziną, pewnie ma jego numer. — Grzybowski mówił już spokojniej. — Niech pani uważa, dobrze? Przy takiej pogodzie łatwo zniknąć z drogi.
Jolanta nie odpowiedziała od razu. Nie wspominała o żadnej kobiecie. Nie powiedziała, że ktoś ma przyjechać ani że na kogokolwiek czeka. Mogła jednak uznać, że Grzybowski wie coś, czego ona nie wie. Rodzina kierowcy. Telefon. Zwykły niepokój, który wyrwał się za wcześnie.
— Proszę jej powiedzieć, żeby nie ruszała — dodał. — Patrol jest w drodze.
Połączenie zgasło. Kiedy spróbowała oddzwonić, telefon wyświetlił komunikat o braku sieci. Wcisnęła go do kieszeni i ruszyła z powrotem do wieży, żeby jeszcze raz sprawdzić pomieszczenie za schodami. Weszła kilka stopni wyżej, aż zniknęła z pola widzenia samochodu. W środku wiatr szarpał drzwiami. Gdy wróciła na dół, minęły może trzy minuty.
Pług zniknął.
Przez sekundę Jolanta patrzyła na miejsce, w którym stał, nie rozumiejąc pustej przestrzeni. Potem dostrzegła świeże bruzdy lemiesza: prowadziły ku drodze, przecinały ślady jej butów i znikały za zasłoną śniegu. Silnik nie pracował już pod wieżą. Gdzieś dalej rozległ się jego niski, chrapliwy warkot. W białej zawiei mignęło pomarańczowe światło koguta — raz, drugi — coraz niżej i dalej.
Ktoś odjeżdżał pługiem.
Jolanta wyciągnęła telefon. Ekran pokazał brak sieci. Zrobiła krok w stronę drogi, a wiatr uderzył ją w twarz tak mocno, że musiała zasłonić oczy rękawem. Pomarańczowy błysk zniknął. Zostały bruzdy w śniegu, rozmazujące się już pod nową warstwą bieli, i zakrwawiona rękawica na podłodze wieży.
Jolanta nie ruszyła za pługiem. Zrobiła kilka zdjęć śladom lemiesza, miejscu, w którym stał, i odciskom butów przy schodach. Telefon wciąż nie miał zasięgu. Wróciła do skody, uruchomiła silnik i przejechała kilkaset metrów, aż na zakręcie pojawiła się jedna kreska. Wysłała dyżurnemu krótką wiadomość ze zdjęciami. Po chwili zadzwoniła ponownie.
— Niech pani nie próbuje go doganiać — powiedział. W tle słyszała rozmowy, szelest papieru i dzwonek telefonu. — Patrol dojedzie, jak tylko będzie mógł.
— Pług ma dwie drogi, którymi może wyjechać na szosę. Pierwsza prowadzi przez starą składnicę, przy leśniczówce. Druga przecina drogę na Dubiny, za mostkiem. Jeśli jedzie na wschód, szybciej będzie drugą.
Podała numery oddziałów i opisała rozjazdy. Dyżurny powtórzył je, jakby zapisywał na kartce.
— Przyjąłem. Patrol sprawdzi wyloty.
— Niech sprawdzi oba. I proszę nie wysyłać wszystkich za pługiem. Nie wiemy, czy kierowca jest w środku.
Nie odpowiedział od razu. Potem powiedział, że rozumie, i zapytał, czy może bezpiecznie wrócić do wieży. Jolanta spojrzała przez szybę na drogę, którą przyjechała. Jej własne ślady niemal zniknęły.
— Mogę.
Zanim zakończyła połączenie, zadzwonił Joachim Grzybowski. Tym razem w tle nie było brzęczenia. Słychać było tylko jego równy oddech.
— Pług się porusza — powiedział. — Mam go na mapie. Wiesław pewnie sam odjechał.
— Zostawił zakrwawioną rękawicę i ślady walki.
— Albo się skaleczył. Wczoraj pokłócił się z Aleksandrą. O jej powrót do mnie. Znam go. Jak się wścieknie, potrafi wsiąść i jechać, nie patrząc, co zostawia po sobie.
Mówił spokojnie, niemal z ulgą. Jolanta przypomniała sobie jego pytanie z poprzedniej rozmowy: czy Aleksandra jedzie już do wieży. Ale argument miał swoją wagę. Rodzinny spór, znany ludziom z firmy, kierowca, który odszedł od stanowiska. Pod śniegiem wszystko mogło wyglądać jak szarpanina. Mogła się mylić.
— Wczoraj się pokłócili? — zapytała.
— Przy mnie. Chciała wrócić. Wiesław uznał, że znowu ją skrzywdzę. — Joachim urwał, jakby dopiero teraz zauważył, co powiedział. — Nie będę tego rozwlekał. Pani potrzebuje wiedzieć, że nie porwałem własnego pracownika.
Nie oskarżyła go. Poprosiła, żeby przesłał zrzut ekranu z mapą i numer ostatniego meldunku radiowego Wiesława. Joachim przysłał obraz po kilkunastu sekundach. Na małym ekranie widniała mapa lasu, niebieska ikona samochodu i godzina aktualizacji. Punkt przesuwał się na południe, w stronę jednego z wylotów, które podała dyżurnemu.
— Widzisz? — powiedział. — Jedzie.
Jolanta powiększyła zrzut dwoma palcami. Przy ikonie, drobnym szarym drukiem, widniał napis: „GPS pojazdu — moduł fabryczny”. Poniżej znajdował się numer rejestracyjny pługa. Żadnego oznaczenia telefonu, żadnego nazwiska. To nie był sygnał Wiesława. To był sygnał maszyny, którą ktoś prowadził.
— Kiedy ostatnio rozmawiałeś z nim przez radio? — spytała.
— Około siódmej. Meldował, że jest przy wieży.
Jolanta spojrzała na godzinę aktualizacji mapy, potem na ekran telefonu. 7.31. Śnieg uderzał o szybę, a z nawiewu szło powietrze o zapachu mokrej wykładziny.
— A kiedy zgłosiłeś, że go nie ma?
Joachim nie odpowiedział od razu.
— W bazie, przed siódmą. Nie stawił się na odprawie. Mógł przecież zniknąć wcześniej.
— Przed siódmą, a rozmawiałeś z nim około siódmej?
— Przez radio. To nie wyklucza, że później odjechał.
W jego głosie nie było już ulgi. Była irytacja człowieka, któremu ktoś nie pozwala dokończyć zdania. Jolanta zakończyła rozmowę bez pożegnania i wybrała numer Aleksandry z książki kontaktów nadleśnictwa. Za pierwszym razem połączenie nie przeszło. Za drugim usłyszała sygnał, potem trzask i kobiecy głos, przytłumiony przez samochodowy nawiew.
— Pani Aleksandro, Jolanta Mróz. Jest pani w drodze do dostrzegalni?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Skąd pani wie?
— Joachim powiedział coś, czego nie powinien był wiedzieć. Dostała pani wiadomość od Wiesława?
— Przyszła z jego telefonu. Żebym przyjechała pod wieżę. Że musimy porozmawiać, zanim będzie za późno. — Aleksandra mówiła szybko, ale głos jej się rwał. — Jestem już za Hajnówką. Słabo widzę pobocze, jadę wolno.
Jolanta zacisnęła palce na kierownicy.
— Zawróci pani. Nie jedzie pani pod wieżę. Wiesława tam nie ma.
— Próbowałam do niego dzwonić. Nie odbiera.
— Proszę zatrzymać się w najbliższym bezpiecznym miejscu. Zaraz wezwę patrol.
W tle stuknęły wycieraczki. Aleksandra powiedziała, że nie może zatrzymać się na środku drogi. Jolanta usłyszała pojedynczy klakson, krótki i bliski.
— Wczoraj pokłóciliście się o Joachima? — zapytała.
— Wiesław go nie znosił. Joachim powiedział, że się zmienił. Że mam wrócić. Brat nie chciał nawet słuchać. — Aleksandra wciągnęła powietrze. — Ale to nie on pisał do mnie w ten sposób.
Jolanta spojrzała znowu na zrzut. „GPS pojazdu — moduł fabryczny”. Przesunięcie ikony nie mówiło jej, gdzie jest Wiesław. Mówiło tylko, że pług jedzie. Zrozumiała, do czego służyło zgłoszenie o zaginionym kierowcy: patrol miał szukać człowieka w lesie, podczas gdy Aleksandra jechała sama, dokładnie tam, dokąd ktoś ją wezwał.
— Pani Aleksandro, proszę powiedzieć, przy jakim znaku pani jest.
Usłyszała szum, potem kobieta odczytała nazwę małej miejscowości. Jolanta przekazała ją dyżurnemu. Ten odpowiedział, że najbliższy patrol sprawdza wyjazd przy składnicy. Droga na Dubiny była nieprzejezdna dla radiowozu. Mogą spróbować wysłać drugi, ale nie podał, kiedy dotrze.
— Niech pani zawróci — powtórzyła Jolanta. — Niech pani zjedzie na pobocze i włączy światła awaryjne. Cokolwiek, byle nie jechała dalej.
— Widzę coś za sobą — powiedziała Aleksandra. — Nie wiem, czy to pług. Światło miga.
Połączenie zacharczało. Jolanta usłyszała swoje imię, ledwie rozpoznawalne pod szumem, a potem zapadła cisza. Na ekranie pojawił się komunikat o utraconym połączeniu. Oddzwoniła. Raz. Drugi. Telefon nie zdołał nawiązać rozmowy.
Dyżurny mówił, że podjął próbę przekierowania patrolu, że nie ma pewności, którą drogą jedzie pojazd, że zgłoszenie dotyczące Wiesława nadal pozostaje w toku. Jolanta patrzyła na mapę. Niebieska ikona pługa przesunęła się o kolejne kilkaset metrów. Prawie dokładnie w stronę drogi, którą miała jechać Aleksandra.
Wcisnęła telefon w uchwyt, wrzuciła bieg i zawróciła skodę. Nie miała zgody dyżurnego ani pewności, że wybiera właściwy zjazd. Za szybą świat zwęził się do dwóch żółtych smug reflektorów, bieli pobocza i czarnego punktu drogi, który co chwilę znikał pod nawiewanym śniegiem. Za nią, przy dostrzegalni, została rękawica. Przed nią jechał pług. A na żadnym ekranie nie było już człowieka, którego wszyscy mieli szukać.
Jolanta wcisnęła gaz, ale nie jechała szybko. Skoda ślizgała się na koleinach, a światła wydobywały z zawiei tylko kilka metrów drogi. Telefon leżał w uchwycie. Raz po raz pojawiał się na nim zasięg — jedna kreska — i znikał.
Przy rozwidleniu zatrzymała się tak, by nie zablokować drogi. Wybrała numer dyżurnego. Połączenie rwało się, więc mówiła krótko: pług prowadzi najpewniej Joachim Grzybowski; nadajnik pokazuje położenie pojazdu, nie Wiesława; Grzybowski wiedział o Aleksandrze, zanim Jolanta zdążyła o niej wspomnieć. Podała ostatnią miejscowość, którą usłyszała od kobiety, oraz drogę, którą pług mógł przeciąć.
— Proszę skierować patrol na odśnieżone skrzyżowanie przy szosie — powiedziała. — Niech nie jedzie za ikoną na mapie. Ona pokazuje maszynę.
Dyżurny potwierdził. Nie obiecał, kiedy funkcjonariusze tam będą. Jolanta nie pytała. Na ekranie pojawił się zasięg. Wysłała Aleksandrze wiadomość: „Nie jedź pod wieżę. Zatrzymaj się przy zamieszkanym gospodarstwie na początku leśnego odcinka. Włącz światła awaryjne. Jadę”. Wiadomość przez chwilę miała status niewysłanej. Potem status się zmienił.
Boczna droga służbowa odchodziła między oddziałami i prowadziła równolegle do szosy. Jolanta znała ją z objazdów. Zwykle była przejezdna dla terenówek, nie dla osobówek, ale ktoś zdążył ją tego dnia przeciąć pługiem. Skoda podskakiwała na zamarzniętych grudach. Raz tył zarzuciło w stronę rowu. Jolanta odpuściła gaz i trzymała kierownicę prosto, aż koła złapały twardszy śnieg.
Gospodarstwo zobaczyła dopiero przy samym wjeździe: niski dom z szarą elewacją, stodołę i dwa oświetlone okna. Samochód Aleksandry stał przy bramie, z włączonymi światłami awaryjnymi. Kobieta siedziała za kierownicą, obie dłonie trzymała na kole. Silnik pracował. Wycieraczki zgarniały śnieg z szyby, choć prawie nie było już czego zgarniać.
Jolanta zaparkowała za nią, pod kątem, żeby zostawić miejsce do wyjazdu. Nie dobiegła do samochodu. Podeszła szybko, osłaniając twarz przed wiatrem, i zapukała w szybę. Aleksandra odblokowała drzwi.
— On tu jest? — spytała.
— Jeszcze nie wiem. Proszę wysiąść i wejść do domu.
Z domu wyszedł mężczyzna w rozpiętej kurtce, z latarką w ręku. Za jego plecami pojawiła się starsza kobieta w kapciach i swetrze. Jolanta pokazała legitymację służbową, powiedziała, że policja jest powiadomiona, i poprosiła, żeby nikomu nie otwierali bramy. Nie mówiła, że pług może zaraz przejechać. Mężczyzna sam spojrzał w stronę drogi, gdy z zawiei dobiegł niski pomruk silnika.
Aleksandra stała obok Jolanty przy ścianie domu. Miała na sobie cienki płaszcz, niezapięty pod szyją. Jolanta podała jej rękawiczkę z lewej kieszeni kurtki. Kobieta nie zapytała, skąd wiadomo, że Joachim prowadzi. Patrzyła na drogę.
Światło koguta zamigotało za drzewami. Pług wyłonił się z białej zasłony, z lemieszem nisko nad śniegiem. Jechał wolniej niż wcześniej, ale nie zwalniał przed gospodarstwem. Za zaparowaną szybą kabiny widać było sylwetkę kierowcy. Maszyna sunęła obok wjazdu, rozgarniając śnieg na boki. Joachim nie spojrzał w stronę domu. Albo nie rozpoznał samochodu Aleksandry, albo nie chciał zdradzić, że go zauważył.
Jolanta nie wyszła na drogę. Nie stanęła przed pługiem. Została przy Aleksandrze, kiedy czerwone światła tylne zmalały między drzewami i zniknęły za zakrętem. Dopiero wtedy wypuściła powietrze, nieświadoma, że je wstrzymywała.
— Mogę już jechać? — spytała Aleksandra.
— Nie. Czekamy na patrol.
Na podwórzu zaszczekał pies. Mężczyzna z latarką zamknął bramę i wsunął rygiel. Jolanta jeszcze raz spróbowała dodzwonić się do dyżurnego. Tym razem odezwał się natychmiast. Patrol był już przy skrzyżowaniu. Pług zatrzymano. Nikt nie strzelał, nikt nie tarasował drogi radiowozem w ostatniej chwili. Funkcjonariusze ustawili samochód w poprzek odśnieżonego wylotu i kazali kierowcy zgasić silnik. Grzybowski wysiadł po krótkim wezwaniu. Nie próbował uciekać.
Przy sobie miał telefon Wiesława. Nie własny zapasowy ani służbowy aparat z firmy. Ten sam numer, z którego wysłano Aleksandrze wiadomość. W historii połączeń znaleźli jej numer i krótką wiadomość wysłaną przed świtem. Pług zarejestrował się na kamerze przy stacji paliw na trasie, którą Aleksandra miała pokonać. Policjanci zabezpieczyli telefon, kluczyki, odzież Grzybowskiego i kabinę pojazdu. W błocie przy pedale gazu znaleźli zaschniętą krew. Na mankiecie kurtki miał ciemną smugę, którą technik sfotografował, zanim pozwolono mu się przebrać.
Jolanta została przy gospodarstwie do przyjazdu patrolu. Aleksandrę zabrano na komisariat, żeby złożyła zeznania. Nie chciała jechać karetką; nie była ranna. Siedziała zapięta w radiowozie, owinięta kocem, i patrzyła na swoje dłonie. Na palcu miała jasny ślad po pierścionku, którego już nie nosiła.
W bazie firmy znaleźli Wiesława przed ósmą. Jolanta pojechała tam dopiero po przesłuchaniu, razem z policjantami, kiedy śnieżyca osłabła na tyle, by dało się przejechać szosą. Monitoring obejmował plac, stanowisko dyspozytora i drzwi warsztatu. Na nagraniu widać było Grzybowskiego, który wszedł do budynku przed świtem. Kilkanaście minut później wyszedł sam i odjechał pługiem. Potem drzwi do małego pomieszczenia warsztatowego poruszyły się od uderzenia od środka.
Zamek był zamknięty od zewnątrz. Wiesław leżał na podłodze między szafą na narzędzia a nieczynną sprężarką. Miał związane ręce, rozcięty łuk brwiowy i tak zimną skórę, że ratownicy nie pozwolili mu od razu wstać. Żył. Kiedy wynosili go na noszach, próbował zapytać o pług. Nikt mu nie odpowiedział.
Na nagraniu z kamer Grzybowski nie zabierał niczego z warsztatu. Wziął tylko klucze do pługa i telefon Wiesława. W kabinie przejął nie tylko pojazd, ale też tożsamość człowieka, którego wszyscy mieli szukać. Zostawiona rękawica, ślady pod wieżą i zgłoszenie o nieobecnym kierowcy miały skierować policję w las, ku miejscu, gdzie można było bez skutku szukać porwanego. Samochód miał dojechać do drogi, którą Joachim wybrał dla Aleksandry.
W aktach później zapisano to prościej: uwięził pracownika, zabrał jego telefon i pojazd, a następnie skierował maszynę na trasę pokrzywdzonej. Zamiar miał wyglądać na wypadek drogowy. Śnieg, brak oświetlenia, ciężki pług. Po zderzeniu miał zostać cudzy błąd i człowiek, którego nie było przy kierownicy.
Joachim Grzybowski trafił do policyjnego samochodu z rękami skutymi z tyłu. Nie odwrócił się, kiedy prowadzono go obok zabezpieczonego pługa. Przy zatrzymaniu byli funkcjonariusze, którzy wcześniej szukali Wiesława po lesie. Teraz mieli przy sobie telefon, nagranie z bazy i dane nadajnika, który przez cały ranek meldował położenie maszyny, nie człowieka.
Jolanta wróciła do dostrzegalni następnego dnia. W nocy spadł kolejny śnieg i przykrył bruzdy lemiesza, odciski butów oraz ślady skody. Rękawicę zabrano do badań. Na podłodze pozostał jaśniejszy prostokąt po miejscu, w którym leżała. Drzwi zamknięto plombą.
Przy szosie stał pług, odholowany pod nadzorem policji. Na jego kabinie nie było już śniegu. W środku, za szybą, wisiał pusty uchwyt na telefon. Jolanta zrobiła zdjęcie i dopisała godzinę do notatnika. Potem zamknęła go, włożyła do kieszeni i ruszyła do samochodu. Za nią zostały ślady, których nikt nie musiał już odgadywać.