Romans

Przed końcem lata

Monika przyjechała do Łeby, by poukładać życie — nie przewidziała tylko Iwa, elektryka, który woli sprawdzać kable niż składać obietnice. Gdy Gdańsk otwiera przed nią nowe możliwości, serce musi zmierzyć się z odległością i odpowiedzialnością.

Przed końcem lata

— Jeśli pani teraz nie odłączy tego przedłużacza, za chwilę będzie pani sprzedawać watę cukrową z poziomu kałuży.

Monika Kędziora uniosła głowę znad maszyny. Mężczyzna stał po drugiej stronie lady, mokry od potu, nie od deszczu, i wskazywał na kabel wijący się pod jej stoiskiem. Nie przywitał się. Nie powiedział, kim jest. Miał za to minę człowieka, który od rana tłumaczy ludziom rzeczy oczywiste i właśnie stracił nadzieję, że ktokolwiek go słucha.

— A pan zawsze zaczyna rozmowę od prognozy porażenia? — spytała. — Czy dzisiaj mam szczęście?

Powietrze nad promenadą było gęste jak syrop, którym oblepiała patyczki. Lipcowe słońce wciąż wisiało nad morzem, ale od strony lądu napływały ciemne chmury. Wiatr przycichł; nawet kolorowe proporczyki nad budkami zwisały bez życia. Z plaży dobiegał szum fal, z deptaka — brzęk łyżeczek o kubki i dziecięce nawoływania. Pachniało rozgrzanym drewnem, solą i olejem z pobliskiej smażalni.

— Iwo Gąsior. Elektryk. Obsługuję stoiska po tej stronie promenady. — Jego wzrok przesunął się po kablu i wrócił do niej. — A pani ma uszkodzone gniazdo.

Monika spojrzała na przedłużacz. Potem na kolejkę. Trzy rodziny, para nastolatków i chłopiec w czapce z dinozaurem, który od dziesięciu minut ściskał banknot pięciozłotowy. Maszyna buczała, różowa chmura rosła w jej metalowej misie. Jeszcze dwa zamówienia, pomyślała. Może trzy. W arkuszu, który kiedyś prowadziła dla agencji, trzy minuty opóźnienia dałoby się wcisnąć między punkty programu. Tutaj trzy minuty mogły wystarczyć, żeby zarobić na rachunek za prąd.

— Gdzie? — zapytała.

Iwo przykucnął przy skrzynce, odsunął mokrą szmatę i odsłonił gniazdo. Przy samym brzegu plastiku ciągnęła się cienka, ciemna rysa. Monika poczuła, jak wilgotna grzywka przykleja jej się do czoła.

— Zamykamy — powiedziała.

— Ale ja już czekam! — zaprotestował chłopiec w czapce.

— Wiem. I bardzo mi przykro. Dostaniesz zwrot, a jak wrócisz jutro, pierwszą watę masz ode mnie.

Matka chłopca spojrzała z dezaprobatą na niebo, jakby Monika osobiście zamówiła burzę. Ktoś z końca kolejki westchnął głośno. Monika wyłączyła maszynę, odłączyła kabel i dopiero wtedy zauważyła, że Iwo patrzy na jej dłonie. Nie drżały. Były tylko lepkie od cukru.

— Rozsądna decyzja — powiedział.

— Proszę tego nie mówić tak, jakby pan się jej po mnie nie spodziewał.

Kącik jego ust poruszył się ledwie zauważalnie.

— Nie znam pani.

— A już zdążył pan postawić diagnozę.

Zanim odpowiedział, pierwsze krople uderzyły w dach budki. Monika szarpnęła za płachtę, żeby osłonić maszynę; Iwo złapał drugi brzeg i pociągnął w swoją stronę. Przez moment stali po przeciwnych stronach materiału, każde z własnym planem i żadnym wolnym ramieniem. Gdy płachta zatrzepotała, jego dłoń musnęła jej nadgarstek. Była ciepła i szorstka, z cienką smugą smaru przy kciuku.

— Trzeba ją zaczepić wyżej — rzucił.

— Wiem. Mam nawet tabelkę z wysokością.

Spojrzał na nią, jakby próbował zdecydować, czy to żart. Monika zawiązała róg na metalowym stelażu. Pracowała kiedyś z harmonogramami, budżetami i ludźmi, którzy potrafili zgubić identyfikator w drodze z hotelu do sali konferencyjnej. Potrafiła też w trzy minuty znaleźć brakujące krzesła, sponsora i sens w cudzym kryzysie. Teraz jej najważniejszym zadaniem było zabezpieczyć watę cukrową przed wodą, a w kieszeni fartucha nosiła kopertę z przypomnieniem o zaległym czynszu.

Burza przyszła gwałtownie. Deszcz zadudnił o dachy stoisk, rozmowy urwały się w pół zdania, a promenada w kilka minut opustoszała. Monika stała pod daszkiem, patrząc, jak woda spływa po przezroczystych bokach budki. Iwo sprawdzał skrzynkę, potem sąsiednie przyłącza. Poruszał się bez pośpiechu, ale niczego nie robił dwa razy. Kiedy zawibrował mu telefon, wyciągnął go z kieszeni i zerknął na ekran. Na podświetlonym tle mignął dziecięcy rysunek: krzywa żółta plaża, niebieski domek i dwie postacie z dłońmi większymi od głów. Iwo odrzucił połączenie, lecz schował telefon dopiero po chwili.

— Ktoś czeka? — zapytała, zanim zdążyła się powstrzymać.

— Zawsze ktoś czeka. — Wrócił do pracy. Nie brzmiało to jak skarga. Raczej jak zasada, której nie warto podważać.

Gdy deszcz osłabł, spod sąsiednich budek zaczęli wychodzić sprzedawcy. Pani Basia z gofrów przyniosła Monice papierowy kubek z herbatą. Dwaj właściciele straganów z pamiątkami kłócili się o to, czy przy wieczornym wydarzeniu na koniec sezonu można puścić muzykę z własnego głośnika, czy trzeba zamawiać nagłośnienie. Słowo „wydarzenie” przyciągnęło Monikę szybciej niż ciepła herbata.

— Chcemy zrobić coś dla ludzi, zanim wszyscy się rozjadą — wyjaśniła Basia. — Światła, muzyka, może konkurs dla dzieci. Tylko w zeszłym roku ktoś przeciągnął kabel przez przejście i prawie wywrócił się starszy pan.

— A ja nie podbiję żadnego planu, dopóki nie zobaczę instalacji — wtrącił Iwo, prostując się znad skrzynki.

Sprzedawcy spojrzeli po sobie, potem na Monikę.

— Słyszałam, że robiła pani imprezy — powiedział właściciel straganu z bursztynem. — Takie prawdziwe, z planem i wszystkim. Może pomogłaby pani nam to ogarnąć?

Monika ścisnęła kubek. Na jego papierze kropla deszczu zostawiła ciemny ślad.

— Mogę przygotować harmonogram, budżet i układ stoisk. Ale potrzebuję wiedzieć, co będzie bezpieczne technicznie.

— A ja potrzebuję planu, żeby móc powiedzieć, gdzie i jak poprowadzić zasilanie — odparł Iwo.

— Czyli najpierw pan musi wiedzieć, co ja wymyślę.

— A pani musi wiedzieć, czego ja nie pozwolę pani wymyślić.

— Brzmi jak współpraca marzeń.

— Nad morzem marzenia mają słabą ochronę przed wilgocią.

Monika parsknęła śmiechem, choć wcale nie zamierzała. Iwo spojrzał na nią uważniej, jakby ten dźwięk nie pasował do wcześniejszej wersji sytuacji. W oddali grzmot przetoczył się nad portem, a z rozjaśniającego się nieba spadła jeszcze jedna ciężka kropla, prosto do kubka.

— Zrobimy to — powiedziała Monika. — Ale nie będę planować czegoś, co się nie wydarzy.

— To akurat rozsądne.

— Proszę uważać, panie elektryku. Jeszcze uznam, że pan mnie chwali.

Iwo wyjął z kieszeni złożony na pół plan promenady, już wilgotny na brzegach. Rozprostował go na ladzie obok maszyny do waty i przytrzymał dłonią jeden róg, zanim podmuch wiatru zdążył go porwać. Monika położyła palec na pustym placu przy zejściu na plażę. Jego palec zatrzymał się tuż obok.

— Spotkajmy się jutro o ósmej — powiedział. — Pokażę pani, co da się podłączyć.

— A ja pokażę panu, co da się zaplanować.

— Nie obiecuję, że będę zachwycony.

— Ja też nie obiecuję, że pana posłucham.

Tym razem uśmiechnął się wyraźniej. Potem zwinął plan i podał jej go tak, jakby właśnie przekazywał coś, co oboje będą musieli trzymać po swojej stronie. Monika wzięła papier. Na promenadzie woda błyszczała w szczelinach między płytami, a jej stoisko pachniało mokrym cukrem. Jutro o ósmej miała spotkanie z człowiekiem, który nie planował niczego poza tym, czego nie wolno podłączać. I, ku własnemu zdziwieniu, już zastanawiała się, co mu pokaże.


O ósmej następnego dnia Monika stała już przy zejściu na plażę, z planem promenady pod pachą i herbatą w papierowym kubku. Herbata zdążyła wystygnąć, zanim Iwo skończył obchód przyłączy.

— Zaczyna pani od napoju, który nie spełnia podstawowej funkcji — zauważył, podchodząc.

— A pan od sprawdzania kabli, które wczoraj sprawdzał pan dwa razy. Każde z nas ma swoje rytuały.

Przyjrzał jej się, jakby zamierzał zaprzeczyć, ale tylko wyciągnął plan. Przez następne dni obchodzili promenadę przed otwarciem stoisk. Monika mierzyła przejścia krokami, zapisywała miejsca na stoiska i poprawiała rozstawienie ławek. Iwo sprawdzał skrzynki, oceniał gniazda, czasem przesuwał jej pinezkę o kilka centymetrów.

— Tu nie może stać scena — powiedział któregoś ranka.

— To nie scena. To podest dla muzyków.

— Jeśli ma mikrofon, głośnik i ludzi przed sobą, to scena.

— Pan naprawdę potrafi zabić pomysł jednym rzeczownikiem.

— Wolę rzeczownik niż karetkę.

Monika przekreśliła podest. Nie dlatego, że lubiła mu ustępować. Po prostu wiatr od morza miał tego wieczoru przekroczyć bezpieczną granicę, a jej plan nie był wart ryzyka. Zamiast muzyków zaproponowała akustyczny występ pod osłoniętym dachem gofrowni. Iwo skinął głową, jakby właśnie tego się po niej spodziewał.

Z czasem przestali udawać, że spotykają się wyłącznie nad planem. Rozmowy przed otwarciem przeciągały się przy stygnącej herbacie, a wieczorem Iwo czasem przynosił jej bułkę z pobliskiej piekarni, bo zauważył, że od rana nic nie jadła. Nie komentował tego. Kładł papierową torebkę obok maszyny i wracał do swoich spraw.

Monika umiała rozmawiać z ludźmi, którzy mieli za sobą długi dzień. Kiedy pani Basia z gofrów rozpłakała się po telefonie od syna, Monika odsunęła na bok arkusze z budżetem, wysłuchała jej i pomogła zamknąć budkę, zanim kobieta zdążyła przeprosić za łzy. Potem wróciła do Iwa i oznajmiła, że konkurs z latającymi lampionami zostaje odwołany.

— Prognoza wiatru — dodała, widząc jego uniesioną brew. — I zanim pan zapyta: tak, wiem, że to rozsądne.

— Nie pytałem.

— Ale pan pomyślał.

Tym razem jego uśmiech został z nimi dłużej.

W połowie sierpnia siedzieli na niskim murku za stoiskiem, nad planem poplamionym cukrem i śladami mokrych palców. Iwo po raz kolejny sprawdził godzinę w telefonie. Na ekranie mignął żółty domek z dziecięcego rysunku.

— Znowu ktoś czeka? — spytała Monika.

— Córka. Ma dziewięć lat. Jak jest u dziadków, dzwoni przed snem. Jak nie jest, dzwoni szkoła albo przychodnia. — Wsunął telefon do kieszeni. — Sprawdzam instalacje po dwa razy, bo od lat tylko ja odbieram te telefony. Łatwiej coś sprawdzić jeszcze raz, niż potem zastanawiać się, czy mogłem.

Nie mówił tego jak bohater. Raczej jak człowiek, który dawno przestał liczyć, ile rzeczy robi sam.

— To musi być męczące — powiedziała.

— Jest. Ale ona nie powinna płacić za to, że ja jestem zmęczony.

Następnego dnia dziewczynka pojawiła się przy stoisku, trzymając za rękę babcię. Miała ciemne włosy związane w nierówny kucyk i plecak większy od niej. Iwo przykucnął, żeby poprawić jej zapięcie, a ona podała Monice rysunek: trzy różowe chmury na patyczkach.

— Tata mówi, że pani robi najlepszą watę — oznajmiła.

— Tata ma świetny gust — odparła Monika.

Dziewczynka zachichotała. Monika zrobiła jej najmniejszą porcję, nie pytała o szkołę ani o mamę, nie próbowała kupić sobie miejsca w jej świecie. Kiedy Iwo odprowadzał córkę do babci, obejrzał się raz. Monika zajęła się maszyną, jakby nie zauważyła.

Wieczór dla sprzedawców odbył się bez lampionów, za to z muzyką pod dachem, sznurem ciepłych żarówek i stołami pożyczonymi od smażalni. Nie było tłumów ani sceny, która przyciągałaby pół miasta. Byli ludzie z promenady, ich dzieci, termosy z herbatą i śmiech niosący się nad mokrym piaskiem. Nikt się nie potknął o kabel. Nic nie zgasło.

Po wszystkim Monika zwijała plan, a Iwo zbierał przedłużacze. Zatrzymał się przy niej, z jedną dłonią opartą o blat.

— Dobrze to pani wymyśliła.

— Powiedział pan to tak, jakby zabolało.

— Trochę.

— Mogę panu dać chwilę, żeby pan doszedł do siebie.

— Nie trzeba.

Pocałował ją, zanim zdążyła wymyślić ripostę. Bez pośpiechu, bez pewności, że ma do tego prawo. Jego palce musnęły jej policzek, wciąż chłodny od wieczornego powietrza. Monika poczuła pod wargami smak herbaty i soli. Kiedy się odsunął, nie cofnęła się od razu.


Przez kilka dni po tym pocałunku świat na promenadzie wyglądał tak samo, ale Monika łapała się na tym, że nasłuchuje kroków Iwa. Potem zadzwoniła do niej dawna współpracowniczka z agencji. W Gdańsku zwolniło się miejsce w dziale organizacji wydarzeń. Stała umowa, pensja, od której można było zacząć spłacać długi. Potrzebowali odpowiedzi szybko.

Monika przeczytała wiadomość trzy razy, siedząc na skrzynce za stoiskiem. Za czwartym razem ułożyła w głowie harmonogram dojazdów, czynszów i rat. Nie znalazła w nim miejsca na udawanie, że ta oferta nie ma znaczenia.

Iwo wysłuchał jej wieczorem, kiedy promenada pustoszała.

— Nie będę cię prosił, żebyś odmówiła — powiedział.

— Wiem.

— Hania ma szkołę. Dziadków po sąsiedzku. Nie przeniosę jej teraz do Gdańska.

— Wiem.

— A ty nie wiesz, jaki będziesz miała grafik.

To zdanie zabolało najbardziej, bo było prawdziwe. Monika mogła obiecać weekendy, pociągi, telefony. Nie mogła obiecać, że dotrzyma ich wszystkich, zanim pozna warunki pracy.

— Nie chcę mówić, że będę przyjeżdżać co tydzień, tylko po to, żebyśmy oboje poczuli się lepiej — powiedziała. — Nie wiem, czy dam radę.

Iwo odwrócił wzrok ku ciemnemu morzu. Nie próbował jej przekonywać, że jakoś się ułoży. Nie wyciągnął ręki, żeby zatrzymać ją przy sobie. Między nimi zostały wszystkie rzeczy, których nie mogli uczciwie obiecać.

— Nie chcę, żebyś została z poczucia winy — powiedział w końcu.

— A ja nie chcę, żebyś czekał na coś, czego nie umiem teraz dać.

Przez chwilę stali tak blisko, że wystarczyłoby, żeby jedno z nich zrobiło krok. Żadne go nie zrobiło.

Następnego ranka Iwo czekał już przy skrzynce, kiedy przyszła na promenadę. Przywitał ją skinieniem głowy i wskazał kabel wymagający wymiany. Monika otworzyła notes na nowej stronie. Rozmawiali o zabezpieczeniu instalacji, godzinach dostawy i planie ostatniego wieczoru sezonu. Wszystko, co mieli do zrobienia, dało się wpisać w kolumny.

Kiedy odszedł, nie spojrzała za nim. Dopiero później zauważyła, że na marginesie planu wciąż widnieje jego krótka uwaga: „Zostawić przejście wolne”. Tym razem nie umiała zdecydować, czy chodziło tylko o ludzi.


Przez następne dwa dni Monika nie spojrzała na margines planu. Za to trzy razy otworzyła wiadomość z Gdańska i za każdym razem doszła do tego samego miejsca: „Czy możemy porozmawiać o grafiku?”. Za pierwszym razem skasowała pytanie. Za drugim napisała je w notatniku. Za trzecim nacisnęła „wyślij”.

Nie prosiła o obietnicę, że każdy piątek będzie wolny ani że praca ułoży jej życie pod linijkę. Zapytała o typowy rozkład zmian, o to, z jakim wyprzedzeniem dostanie grafik i czy w pierwszych tygodniach będzie mogła zamieniać dyżury. Po drugiej stronie odezwała się dawna współpracowniczka, a potem kierowniczka, która mówiła konkretnie i nie udawała, że w organizacji wydarzeń da się przewidzieć wszystko.

— Co drugi weekend powinien być do dogadania — usłyszała. — Ale czasem coś wypadnie. Nie będę pani obiecywać świętego spokoju.

Monika spojrzała na otwarty notes. Rachunek za prąd, rata, czynsz za pokój, dwa bilety w jedną stronę. Pociąg do Gdańska, powrót do Łeby, czasem nocleg, jeśli późna zmiana nie pozwoli zdążyć na ostatnie połączenie. Liczyła, skreślała, przesuwała kwoty. Nie układała w ten sposób wspólnego życia. Sprawdzała tylko, czy jest w nim miejsce na następny krok.

Przyjęła ofertę w środę. Potem długo siedziała na skrzynce za stoiskiem, z telefonem na kolanach. W ustach czuła posmak zimnej herbaty, choć od rana niczego nie piła. Iwo przechodził obok dwa razy. Za drugim razem zatrzymał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale Monika schowała telefon i zapytała o dostawę przedłużaczy.

Nie była gotowa na rozmowę, która miałaby załatwić wszystko jednym zdaniem. Była gotowa przestać udawać, że samo milczenie jest uczciwsze.

Iwo dowiedział się o jej przyjętej ofercie od Basi, nie od Moniki. Basia powiedziała mu to, podając pudełko z narzędziami, i dodała, że dobrze, bo dziewczyna nie może wiecznie stać przy maszynie do waty. Iwo odpowiedział, że wie. Potem przez resztę dnia odkładał klucz za kluczem w niewłaściwe miejsce.

Wieczorem Hania siedziała przy kuchennym stole u dziadków, rysując coś na odwrocie rachunku ze sklepu. Iwo odwiózł ją do domu po pracy. W kuchni pachniało zupą pomidorową i świeżo zaparzoną herbatą. Dziewczynka miała na sobie jego za dużą bluzę, rękawy podwinięte dwa razy.

— Tato, ty jesteś smutny? — zapytała, nie podnosząc głowy.

— Jestem zmęczony.

— To nie to samo.

Usiadł naprzeciwko niej. Nie wiedział, skąd znała tę różnicę; może dzieci słyszą więcej, kiedy dorośli mówią mniej.

— Monika wyjedzie do pracy — powiedział. — Do Gdańska. To ważne dla niej i dobrze, że ją przyjęła.

Hania zamalowała różową kredką róg papieru.

— To już nie będzie przychodzić?

— Będzie mieszkać dalej. Nie wiem jeszcze, jak często będziemy się widywać. Chciałbym czasem spotykać się z nią, ale nie chcę, żebyś myślała, że musisz coś z tym zrobić albo że od jutra wszystko się zmieni.

Hania przez chwilę przyglądała się kredce.

— Mogę ją lubić i nie musieć z nią mieszkać?

Iwo poczuł, jak coś w nim puszcza, cicho, bez huku. Przez lata próbował osłaniać córkę przed każdą zmianą, jakby jej spokój zależał od tego, czy on sam będzie się czegoś zrzekał. A przecież Hania nie prosiła, żeby jego życie kończyło się na odbieraniu telefonów, sprawdzaniu bezpieczników i pilnowaniu, by nikt nie czekał za długo.

— Możesz — powiedział. — I możesz zmienić zdanie. Tak samo jak ja.

Hania skinęła głową, wróciła do rysowania, a on nie dopowiadał za nią przyszłości.

Ostatni tydzień sezonu minął pod znakiem zwijanych markiz i pustoszejących stoisk. Ktoś wywoził skrzynki po napojach, ktoś inny zeskrobywał z blatu zaschnięty karmel. Z nadmorskich budek zniknęły kolorowe proporczyki, a wiatr nie miał już czego szarpać. Monika pracowała szybciej, niż musiała. Każdy przedmiot miała spakowany, policzony i opisany, jakby porządek mógł ją uchronić przed ostatnim wieczorem.

Przy maszynie zostało tylko kilka rzeczy: metalowa misa, rolka papierowych ręczników i zapasowy klucz do skrzynki z bezpiecznikami. Monika obracała go w palcach. Mały, mosiężny, z niebieską plastikową główką. Iwo dał jej go na początku przygotowań, mówiąc, że lepiej, żeby nie musiała biegać po niego za każdym razem, gdy coś wysiądzie.

Przyszedł, kiedy słońce schodziło za dachy, a promenada była już prawie pusta. Niósł zwinięty kabel. Postawił go przy skrzynce i spojrzał na rozmontowane stoisko.

— Została jeszcze maszyna — powiedział.

— I ja.

Nie zabrzmiało to jak żart. Iwo spuścił wzrok na klucz w jej dłoni.

Monika podała mu go, ale nie puściła od razu.

— Przyjęłam pracę w Gdańsku — powiedziała. — Grafik będę znała z wyprzedzeniem, przynajmniej zwykle. Policzyłam dojazdy. Czasem będę mogła wrócić tego samego dnia, czasem będę musiała przenocować. Nie wiem, jak szybko nauczę się tego układu.

— Rozumiem.

— Nie mówię ci tego po to, żebyś mnie zatrzymał. — Oddech zadrżał jej przy ostatnim słowie, więc zaczęła jeszcze raz. — Wyjadę do pracy. Ale nie chcę wyjeżdżać z twojego życia.

Iwo otworzył dłoń. Klucz spoczął między nimi, drobny i zimny.

Monika wyjęła z torby kalendarz. Na kilku sobotach miała zaznaczone wolne dni. Nie wszystkie. Obok dwóch widniały małe znaki zapytania.

— To są weekendy, które na razie wyglądają na wolne. Nie oczekuję, że Hania będzie dopasowywać się do moich terminów. Ani że będziesz za każdym razem organizował wszystko tak, żebym mogła przyjechać. Chciałam tylko przestać mówić, że nie wiem, czy dam radę, zanim w ogóle sprawdzę.

Iwo patrzył na kalendarz, potem na nią. W jego twarzy nie było już tej ostrożności, którą brała za chłód. Był lęk, ale nie próbował schować go za rozsądnym zdaniem.

— Tęskniłem za tobą każdego dnia, kiedy nie rozmawialiśmy — powiedział. — I wmawiałem sobie, że to lepsze, bo nie będę cię zatrzymywał. Nie wiem, jak to będzie działać. Nie umiem obiecać, że wszystko się ułoży.

— Nie proszę o taką obietnicę.

— W sobotę Hania będzie u dziadków. Jeśli nadal będziesz chciała… przyjadę do Gdańska. Nie po to, żeby od razu ustalać, co będzie za pół roku. Chciałbym po prostu pobyć z tobą. Bez pośpiechu. Bez rozmowy o końcu lata.

Monika zamknęła kalendarz. Wokół nich ktoś przesunął metalową skrzynię po płytach; dźwięk przeciął ciszę i szybko ucichł. Stoisko było już ciemne, odłączone od prądu. Nie buczała maszyna, nie pachniało cukrem. Został wilgotny wieczór i Iwo, który nie proponował łatwego rozwiązania, tylko swój czas.

— Chcę — odpowiedziała.

Tym razem to ona zrobiła krok pierwsza. Iwo dotknął jej policzka, ostrożnie, jakby nadal sprawdzał, czy nie ma w tym miejscu żadnego uszkodzenia. Monika przykryła jego dłoń swoją. Pocałowali się przy zgaszonym stoisku, wśród kabli zwiniętych w równe kręgi i pustych skrzynek. Nie było w tym pożegnania ani obietnicy, że odtąd wszystko stanie się proste. Była ulga, że nie muszą już udawać, iż wybór między pracą a uczuciem jest jedynym możliwym wyborem.

Kiedy się odsunęli, Iwo oparł czoło o jej czoło.

— W sobotę sprawdzę rozkład pociągów — powiedział.

— Ja sprawdzę, czy nie będziesz próbował przyjechać za wcześnie.

— Nie obiecuję.

— Ja też nie obiecuję, że będę czekać przy dworcu.

— To dobrze. Będę musiał znaleźć cię sam.

Monika wsunęła klucz do jego kieszeni. Potem wzięła go pod rękę, a on nie zapytał, czy jest jej zimno. Po prostu zwolnił krok, gdy ruszyli w stronę końca promenady. Za nimi została Łeba cichsza niż latem, przed nimi Gdańsk, pociągi i kalendarz, w którym nie wszystkie pola były jeszcze zapisane. Tym razem pustego miejsca nie traktowała jak braku planu.

To, co zostaje w ciszy
Ostatni świecący tor
Miejsce na niepewność