Romans

Miejsce obok

Paulina potrafi zaplanować wszystko poza własnym szczęściem. Gdy poznaje samotnego ojca, między weselnym chaosem a niewypowiedzianymi lękami pojawia się miejsce na coś więcej.

Miejsce obok

— Tort ma stać w chłodni, nie w tej małej lodówce pod barem — powiedziała Paulina, przytrzymując telefon ramieniem i jednocześnie przesuwając palcem po liście gości. — Tak, wiem, że się zmieści. Nie, nie będziemy sprawdzać na żywo, czy krem wytrzyma trzydzieści stopni.

Po drugiej stronie Julia roześmiała się nerwowo. Paulina dopisała przy nazwisku ciotki z Gniezna numer pokoju, przekreśliła go i wpisała nowy. W pensjonacie pachniało świeżo wypraną pościelą, kawą z ekspresu i czymś słodkim, co sączyło się z kuchni, gdzie ktoś od kilku godzin dekorował piętrowy tort. Przez otwarte drzwi sali weselnej wpadał gwar rozstawianych krzeseł i stukot obcasów. Piątek przed ślubem miał własny rodzaj pogody: niby wszystko było jeszcze możliwe do poprawienia, a jednak każda poprawka kosztowała już więcej, niż powinna.

— Rajstopy mam — oznajmiła Paulina do telefonu. — Beżowe, zapasowe. Nie pytaj, skąd. Druhna musi być przygotowana na sytuacje, których nikt nie przewidział.

— Kocham cię — odparła Julia.

— Wiem. Właśnie dlatego mam twoje rajstopy.

Paulina zakończyła rozmowę i wsunęła telefon do kieszeni. W recepcji czekała jeszcze para z walizkami, a na tablicy przy wejściu ktoś pomylił piętra. Zmieniła kartkę, wskazała gościom schody, zaniosła starszej pani dodatkową poduszkę i wróciła do sali trampolin, żeby sprawdzić, czy rodziny zaproszone przez Julię odebrały już dzieci. Ostatnia grupa właśnie wychodziła, niosąc buty w rękach i śmiech, który jeszcze przez chwilę odbijał się od wysokiego sufitu.

— Proszę uważać na schodku — zawołała Paulina za chłopcem w skarpetkach. — I nie zapomnijcie bidonu!

Drzwi zatrzasnęły się miękko. Została sama w ogromnej sali, w której kolorowe maty i czarne trampoliny wyglądały po zamknięciu jak scenografia po przedstawieniu. Klimatyzacja mruczała pod sufitem. Paulina zatrzymała się przy szybie i zobaczyła w niej swoje odbicie: rude, puszyste włosy, które wilgoć i cały dzień biegania uczyniły jeszcze bardziej nieposłusznymi, oraz policzki zaróżowione jak po długim biegu. W kieszeni telefonu czekały kolejne wiadomości. Na kartce w recepcji — kolejne nazwiska.

Zamiast po nie sięgnąć, zdjęła buty.

Na pustą trampolinę weszła ostrożnie, jakby mogła obudzić kogoś śpiącego pod matą. Raz. Drugi. Sprężyny ugięły się pod jej stopami, a w brzuchu odezwało się lekkie, zapomniane łaskotanie. Podskoczyła jeszcze raz, już wyżej. Przez chwilę nie musiała niczego pilnować, nikomu przypominać ani być tą, która wie, gdzie leżą zapasowe rajstopy.

Za otwartymi drzwiami wieczór był chłodny i czysty. Na granatowym niebie widać było gwiazdy, a z trawy przy parkingu dochodziło jednostajne cykanie owadów. Paulina opadła na środek trampoliny, uśmiechając się do własnego odbicia, kiedy usłyszała za sobą męski głos.

— Przepraszam. Widziała pani może słuchawki wygłuszające? Czarne, dziecięce. Córka zostawiła je gdzieś podczas zabawy.

Mężczyzna stał przy wejściu z telefonem w dłoni. Miał jasną koszulę z podwiniętymi rękawami i twarz kogoś, kto od dawna nie spał porządnie, choć nie zamierzał się do tego przyznać. Paulina zeskoczyła z trampoliny.

— Jeśli zguba została na terenie obiektu, mamy bardzo sprawny ślubny dział rzeczy zagubionych — powiedziała. — Zwykle zaczyna się od parasolek, kończy na panach młodych.

Nie uśmiechnął się. Jego wzrok przesunął się po pustej sali, jakby oceniał, ile czasu stracili na tę rozmowę.

— To nie jest śmieszne. Helena czeka na nie w pensjonacie.

Paulina poczuła, jak jej uśmiech gaśnie. Zabrzmiało to jak pretensja, choć może chodziło tylko o zmęczenie. Odruchowo odwróciła się ku drzwiom.

— Jasne. Sprawdzę pod ławkami.

— Sam mogę poszukać.

— Wiem. Ale ja znam układ sali.

Ruszyli wzdłuż trampolin. Mężczyzna przesunął ławkę, Paulina zajrzała pod materace i sprawdziła półkę przy wejściu. Pracowała szybko, lecz gdy telefon w jego dłoni zawibrował, przystanęła i wskazała brodą ekran.

— To pewnie ona.

Mikołaj odebrał. Z jego twarzy zniknęła napięta, rzeczowa surowość.

— Cześć, Hela. Tak, szukamy. Babcia ma dla ciebie książkę? To dobrze. Nie musisz czekać w holu, możesz już iść na górę. Obiecałaś jej nocowanie, pamiętasz?… Wiem, że bez słuchawek jest głośno. Zaraz je znajdziemy. Nie, nie jestem zły. Tylko chcę, żebyś miała je rano.

Słuchał, nie przerywając. Paulina odwróciła wzrok, udając, że ogląda zamek błyskawiczny przy macie. Kiedy skończył, Mikołaj schował telefon.

— Ma osiem lat — powiedział, jakby chciał coś wyjaśnić. — Hałas czasem ją przerasta.

— Rozumiem. — Paulina uklękła przy ławce. — Moja przyjaciółka przed ślubem przerasta się głównie tym, czy tort stoi po właściwej stronie sali.

— To chyba też poważna sprawa.

Tym razem kącik jego ust drgnął. Nie był to jeszcze uśmiech, ale Paulina zauważyła go z nieproporcjonalną satysfakcją.

Słuchawki znalazły się pod ławką, zaplątane w pasek dziecięcego plecaka. Paulina wyciągnęła je i podała Mikołajowi. Ich palce zetknęły się na moment. Jego dłoń była ciepła, jej chłodna od sali. Oboje cofnęli ręce niemal równocześnie.

— Dziękuję — powiedział. — I przepraszam za ton. Nie chodziło o panią.

— Wiem. A mój żart był średni.

— Był… zaskakujący.

— To mój najłagodniejszy rodzaj humoru.

Kiedy wyszli z sali, cykady brzmiały głośniej, a chłodne powietrze przyniosło zapach skoszonej trawy. Paulina pokazała mu drogę do pensjonatu. Szli obok siebie, nie całkiem ramię w ramię; między nimi zostawało tyle miejsca, by nikt nie musiał decydować, czy to przypadek.

Przy recepcji czekał już problem. Kierowniczka pensjonatu przepraszała, przesuwając palcem po wydruku rezerwacji.

— Awaria instalacji w skrzydle od ogrodu. Dwa pokoje są wyłączone z użytku, hydraulik przyjedzie rano. Mogę państwu zaproponować jeden pokój na tę noc. Duże łóżko. Jutro od południa będą dwa osobne.

Paulina spojrzała na Mikołaja. On spojrzał na nią. Za ich plecami ktoś przesuwał krzesła w sali weselnej, a z kuchni dobiegł metaliczny brzęk blachy.

— Helena jest z moją mamą — powiedział Mikołaj. — Mają osobne łóżka. Umówiły się na nocowanie.

— Jest jeszcze hotel przy trasie — dodała kierowniczka. — Mogę zadzwonić, ale nie obiecuję, że będą wolne miejsca.

Paulina odblokowała telefon. Otworzyła mapę, sprawdziła odległości, zadzwoniła do dwóch miejsc i rozłączyła się po krótkich, bezowocnych rozmowach. Mikołaj w tym czasie rozmawiał z recepcjonistką o możliwości przeniesienia bagażu rano. Żadne z nich nie próbowało udawać, że sytuacja jest wygodna.

— Możemy wziąć ten pokój — powiedziała w końcu Paulina. — Jeśli nadal jest aktualna oferta dwóch pokoi jutro.

Mikołaj milczał przez chwilę. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, nie na walizce ani telefonie.

— Dwie kołdry — powiedział. — I każde z nas może zmienić zdanie, nawet już na miejscu.

— Zgoda.

Recepcjonistka podała im jeden klucz. Był lekki i zwyczajny, z drewnianym brelokiem w kształcie liścia. Paulina poczuła jego ząbki na dłoni, gdy Mikołaj przekazał go jej na moment, żeby podnieść swoją torbę.

— Po prostu na jedną noc — powiedziała, bardziej do siebie niż do niego.

— Po prostu na jedną noc — powtórzył.

Ruszyli schodami na piętro, obok siebie, z tym samym kluczem między nimi i z ciszą, która nie przypominała już tej z pustej sali trampolin.

Pokój był większy, niż Paulina się spodziewała, i bardziej bezosobowy: jasne ściany, ciężkie zasłony, łóżko szerokie na tyle, by można było udawać, że nie trzeba o nim rozmawiać. Na stoliku stały dwie szklanki i dzbanek z wodą. Mikołaj od razu położył torbę przy drzwiach, jakby chciał zostawić sobie drogę odwrotu.

— Mogę spać na podłodze — powiedział.

— A ja mogę spać na krześle. Rano będziemy wyglądać jak dwie osoby, które przegrały zakład.

— Dwie kołdry? — zapytał.

— Dwie kołdry.

Recepcjonistka przyniosła je po kilku minutach. Kiedy drzwi się zamknęły, Paulina usiadła na brzegu łóżka, po jednej stronie, a Mikołaj po drugiej. Między nimi zostało miejsce na niewypowiedziane instrukcje.

Telefon zawibrował jej w dłoni. Odruchowo otworzyła plan wesela, żeby sprawdzić, czy Julia odpisała w sprawie świec. Mikołaj zerknął na ekran.

— To jest plan czy dokumentacja do kontroli lotów?

— Jedno nie wyklucza drugiego. Tu są rozpisane przesunięcia między daniami, bo wujek Julii nie może siedzieć obok ciotki z Gniezna, a ciotka nie może siedzieć przy przeciągu. Tu, proszę, mamy rezerwowe winietki. Gdyby ktoś zmienił zdanie co do nazwiska.

— Ludzie zmieniają zdanie co do nazwiska w dniu wesela?

— Ludzie zmieniają zdanie co do wszystkiego, kiedy mają za dużo czasu i kieliszek wina.

Mikołaj przyjrzał się kartce, którą Paulina wyjęła z torby. Była zapisana drobnym pismem, podzielona na kolumny i pokryta kolorowymi zakreśleniami.

— Kto pilnuje, żebyś zjadła? — zapytał.

— Ja. Zazwyczaj przypominam sobie po deserze.

— To brzmi jak kiepski system.

— Ma tę zaletę, że działa od lat.

Na moment uśmiechnęli się do siebie. Potem cisza wróciła, ale już nie była niezręczna. Paulina odsunęła kartkę na pościel.

— Wszyscy mówią, co byśmy bez ciebie zrobili — powiedziała. — I to miłe. Naprawdę. Tylko że od jakiegoś czasu nikt nie pyta, czy ja sama mam ochotę gdzieś pójść. Zawsze jest coś do dopilnowania. Ktoś potrzebuje, żebym zadzwoniła, przywiozła, pamiętała. A ja… — Urwała i poprawiła róg kartki. — Chyba nie umiem przestać być użyteczna.

Mikołaj nie odpowiedział od razu. Oparł przedramiona na udach, splótł dłonie.

— Po śmierci mamy Heleny zacząłem przewidywać wszystko — powiedział w końcu. — Co ją przestraszy, co ją zmęczy, gdzie będzie za głośno. Co trzeba zabrać, żeby dzień dało się przejść bez niespodzianek. To pomagało. Nadal pomaga. Tyle że człowiek się przyzwyczaja, że jego własne rzeczy można odłożyć na później.

— A czego chcesz? — zapytała Paulina.

Mikołaj spojrzał na nią. Przez chwilę wyglądał, jakby szukał odpowiedzi w jej twarzy, a nie w sobie.

— Nie wiem, kiedy ostatnio ktoś mnie o to zapytał.

Słowa zostały między nimi. Paulina poczuła, że mogłaby się przesunąć o kilka centymetrów. Że on też mógłby. Żadne z nich tego nie zrobiło.

— Gdybyś wpisała mnie do planu wesela, gdzie byś posadziła? — spytał.

— Przy stoliku z ludźmi, którzy potrafią zjeść ciepły obiad bez omawiania, kto ma wolny pokój.

— Czyli daleko od ciebie.

— Nie powiedziałam, że daleko.

Jego wzrok zatrzymał się na jej ustach, krótko, ale dość długo, by nie mogła wmówić sobie, że to przypadek. Paulina poczuła ciepło pod kołnierzem koszuli. W pokoju szumiała klimatyzacja, za oknem ktoś przeszedł po żwirze.

— Chcę cię pocałować — powiedział Mikołaj cicho. — Ale nie chcę udawać, że rano mogę zachowywać się tak, jakby w moim życiu nie było Heleny. Nie umiem obiecać, że będę dostępny w taki sposób, jakiego może potrzebować druga osoba.

— Nie proszę o obietnicę.

— Wiem. I właśnie dlatego wolę powiedzieć to teraz.

Paulina skinęła głową. Bolało ją mniej, niż się spodziewała, a jednocześnie mocniej. Położyli się pod osobnymi kołdrami, każde przy swojej krawędzi. Nie dotknęli się. Przez długi czas słyszała, jak Mikołaj zmienia pozycję, i wiedziała, że on także nie śpi. Kiedy w końcu zasnęła, jego obecność po drugiej stronie łóżka była wyraźniejsza niż ciepło własnego ciała.


W sobotę, zgodnie z obietnicą, dostali osobne pokoje. Weselny dzień ruszył od rana, z przypinaniem butonierki, szukaniem zgubionego kolczyka i pytaniem, czy tort na pewno nie stoi za blisko okna. Paulina odpowiadała, poprawiała, biegała. Mikołaj przez większość czasu był z Heleną. Mimo to trafiali na siebie w krótkich przerwach: przy drzwiach sali, obok stołu z napojami, na schodach.

Po ceremonii zauważył, że Paulina znów stoi z pustym talerzem, chociaż jej oczy co chwilę wracały do półmisków.

— Zanim powiesz, że zjesz później — oznajmił, podając jej talerz z kawałkiem pieczonego kurczaka, ziemniakami i surówką — przypominam, że masz fatalny system.

— Czy ty właśnie pilnujesz, żebym zjadła?

— Próbuję poprawić jego wydajność.

Wzięła talerz. Ich palce musnęły się przy brzegu porcelany. Tym razem żadne nie cofnęło dłoni natychmiast.

Później Paulina zobaczyła Helenę, która trzymała dłonie przy uszach i wpatrywała się w gęsto zastawione stoły. Wskazała Mikołajowi cichy stolik przy bocznych drzwiach, z dala od głośników. Nie usiadła z nimi ani nie próbowała zagadywać dziewczynki. Zostawiła im miejsce.

Kiedy muzyka przyspieszyła, a goście zaczęli wstawać do tańca, Helena pociągnęła ojca za rękaw.

— Możemy już wrócić do pokoju? — usłyszała Paulina, przechodząc obok. — Jest za głośno. I wszyscy mają kogoś.

Mikołaj przykucnął przed córką. Powiedział coś, czego Paulina nie dosłyszała. Helena spuściła głowę, a on objął ją ramieniem. Nie odrywał jej od siebie, nie mówił, że wszystko będzie dobrze. Po prostu został. Dopiero gdy dziewczynka się uspokoiła, poprosił swoją mamę, żeby posiedziała z nią, jeśli będzie trzeba. Paulina widziała, jak odprowadza Helenę na górę.

Wieczorem znalazł ją przy wyjściu z sali. W ręku trzymał marynarkę, a na twarzy zmęczenie, którego nie zdążył ukryć.

— Bała się, że ktoś znów stanie się ważny, a potem zniknie — powiedział. — Nie chcę jej tego robić. Nie chcę też zaczynać czegoś, czego nie będę umiał utrzymać. Myślę, że nie powinienem wchodzić w żadną relację.

W sali ktoś krzyknął do DJ-a, żeby puścił coś szybszego. Paulina patrzyła na Mikołaja i czuła, jak wczorajsza noc odsuwa się od niej, jakby należała do kogoś innego.

— Rozumiem, że Helena jest najważniejsza — powiedziała. — Nie będę z tym walczyć. Ale nie chcę być kimś, kogo można do siebie dopuścić, a potem odsunąć bez rozmowy, bo tak jest bezpieczniej.

— Paulina…

— Nie musisz nic mówić teraz.

— Nie chciałem cię zranić.

— Wiem. To nie znaczy, że nie boli.

Nie kłócili się. Nie było w tym nic, co dałoby się rozładować podniesionym głosem. Mikołaj opuścił rękę z marynarką, jakby chciał ją zatrzymać, ale nie zrobił kroku. Paulina wróciła do sali, uśmiechnęła się do Julii i pomogła jej odpiąć welon.

Kiedy później przyjaciółka zapytała, czy zostanie rano do pakowania weselnych drobiazgów, Paulina spojrzała na listę zadań w telefonie. Po raz pierwszy od dawna nie zaczęła od szukania miejsca, gdzie mogłaby się dopisać.

— Nie zostanę — powiedziała. — Chcę mieć niedzielę dla siebie.

Julia przyglądała jej się przez chwilę, po czym ścisnęła jej dłoń.

— Dobrze.

Paulina wsunęła telefon do kieszeni. Za plecami rozbrzmiewała muzyka, a przy drzwiach, po drugiej stronie sali, Mikołaj stał sam. Nie spojrzała na niego ponownie.


W niedzielę rano Paulina wróciła do sali trampolin po marynarkę, którą zostawiła na oparciu ławki. Nie szukała Mikołaja. Miała potem pojechać do Poznania, zjeść śniadanie bez sprawdzania, czy ktoś czegoś od niej potrzebuje, i zobaczyć, co zostanie z dnia, kiedy nie wypełni go cudzymi planami.

Park jeszcze nie był otwarty. Za szybami wisiała mgiełka poranka, a na czarnych matach leżały równe prostokąty światła. Z zaplecza dochodziło buczenie ekspresu i czyjś kaszel. Paulina znalazła marynarkę, strzepnęła z rękawa niewidoczny pył i właśnie sięgała po telefon, gdy usłyszała kroki.

Mikołaj zatrzymał się przy wejściu. Nie miał marynarki ani weselnego uśmiechu, który nosi się dla gości. Wyglądał na niewyspanego. W dłoni obracał kluczyki, aż metal cicho stukał o metal.

— Wiem, że nie szukasz mnie — powiedział.

— Nie szukam.

Nie próbowała złagodzić tego uśmiechem. Mikołaj skinął głową, jakby właśnie na taką odpowiedź zasłużył. Przez moment oboje patrzyli na ławkę, pod którą znaleźli słuchawki Heleny. Wczoraj wydawało się, że wystarczyło podnieść je z podłogi, żeby naprawić cały wieczór. Dziś ławka była tylko ławką, a to, co ich dzieliło, nie mieściło się w żadnej kieszeni.

— Helena jest z mamą — powiedział. — Sama zaproponowała, że zostanie z nią rano. Nie mówiłem jej, że tu przyjdę. Nie chcę, żeby miała poczucie, że musi cokolwiek naprawiać.

Paulina odłożyła telefon do kieszeni. Nie po to, by dać mu znak. Chciała tylko mieć wolne ręce.

— Dobrze.

Mikołaj wypuścił powietrze nosem. Spojrzał w bok, na trampoliny, jakby łatwiej było mówić do pustej sali niż do niej.

— Wczoraj powiedziałem, że nie powinienem wchodzić w żadną relację. Zabrzmiało to tak, jakbym podejmował rozsądną decyzję za nas oboje. A prawda jest taka, że przestraszyłem się tego, czego nie umiem kontrolować. Helena ma prawo do czasu i poczucia bezpieczeństwa. Ale ja nie mam prawa używać jej bólu jako powodu, żeby nie podejmować żadnej własnej decyzji.

Palce Pauliny zacisnęły się na rękawie marynarki. Nie była gotowa mu pomóc. Nie chciała już być pierwszą osobą, która poda komuś właściwe słowa, zanim sam ich poszuka.

— Przepraszam — dodał. — W piątek dopuściłem cię blisko, a potem przedstawiłem ci moje odejście jako jedyne odpowiedzialne wyjście. To było nie fair. I nie chcę, żebyś musiała zgadywać, czy wciąż stoję przy drzwiach, czy już je zamknąłem.

— Nie chcę być potrzebna, żeby ktoś mnie wybrał — powiedziała Paulina. Głos jej zadrżał, więc zacisnęła szczękę i mówiła dalej. — Nie chcę być tą, która zawsze wie, gdzie są słuchawki, kto powinien usiąść przy cichym stoliku i co trzeba zrobić, żeby wszystkim było łatwiej. Chcę, żeby ktoś chciał mnie poznać także wtedy, kiedy niczego nie organizuję.

— Chcę cię poznać.

— Wiem, że chcesz. Nie wiem, czy potrafisz.

Nie zaprzeczył odruchowo. To miało znaczenie. Wziął wolniejszy oddech, schował kluczyki do kieszeni.

— Nie wiem, jak będzie wyglądało wszystko za miesiąc. Nie chcę ci obiecywać, że przestanę się bać. Mogę za to przestać udawać, że czekanie, aż strach sam minie, jest rozwiązaniem. W następną sobotę przyjadę z Gniezna do Poznania. Na randkę. Tylko z tobą. Opiekę nad Heleną ustalę z mamą, bez robienia z niej powodu, żeby się wycofać. A jeśli to między nami okaże się czymś trwałym, porozmawiamy, kiedy i jak ją poznać. Nie od razu. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że damy radę.

Paulina patrzyła na niego, szukając w jego twarzy tej samej gotowości do cofnięcia się, którą widziała wczoraj. Nadal tam była, ale obok niej pojawiło się coś jeszcze: nie pewność, tylko decyzja, by nie zostawiać jej samej z jej skutkami.

— W sobotę mam czas — powiedziała. — Ale dzisiaj jadę do Poznania i nie będę odwoływać mojego dnia.

— Nie prosiłbym cię o to.

— Dobrze. Bo nie chcę zaczynać od tego, że znowu rezygnuję z czegoś swojego, żeby komuś było łatwiej.

— Rozumiem.

Tym razem nie brzmiało to jak formułka. Paulina sprawdziła godzinę. W mieście czekały na nią ulice, piekarnia, w której nikt nie znał jej listy zadań, i kawa wypita przy stoliku zamiast w biegu. Mikołaj nie zapytał, czy może pojechać z nią. Nie próbował zamienić jednej uczciwej rozmowy w obietnicę wspólnego życia.

— To co? — spytał po chwili. — Sobota?

— Sobota.

Przy wyjściu ze strefy trampolin Mikołaj zatrzymał się, nie zastępując jej drogi. Przez oszklone drzwi wpadało słońce, jasne i jeszcze chłodne. Paulina uniosła na niego wzrok.

— Mogę cię pocałować?

Poczuła znajome ciepło pod kołnierzem, ale tym razem nie musiała udawać, że nie wie, skąd się wzięło.

— Możesz.

Pocałunek był krótki, ostrożny i prawdziwy. Nie obiecywał, że od tej chwili wszystko będzie proste. Mikołaj nie próbował zatrzymać jej dłonią, a Paulina nie została przy nim z obowiązku. Kiedy się odsunęli, wciąż mieli przed sobą rozmowy, sobotę, która mogła być niezręczna, i całe życie, którego nie dało się rozpisać w kolumnach.

Na zewnątrz pachniało mokrym żwirem i świeżo skoszoną trawą. Paulina zarzuciła marynarkę na ramię. Mikołaj otworzył drzwi, ale nie poszedł za nią.

— Napiszę, kiedy dojadę — powiedziała.

— Będę czekał na wiadomość.

Nie na nią, pomyślała. Na wiadomość. Była w tym różnica, którą chciała zachować.

Ruszyła w stronę parkingu, nie oglądając się od razu. Po kilku krokach usłyszała, że drzwi za nią zamknęły się cicho. Nie poczuła, że coś zostawia. W kieszeni miała telefon, przed sobą wolny dzień, a na przyszłą sobotę umówione spotkanie, które żadne z nich nie musiało jeszcze nazywać czymś więcej. Wystarczyło, że oboje zrobili dla niego miejsce.

Kiedy cichnie deszcz
Między jednym a drugim sierpniem
Do soboty włącznie