Ostatni bochenek
Kiedy Ida wraca do Płocka po prawdę, trafia do piekarni, która właśnie znika z mapy. Między mąką a niedopowiedzianymi słowami rodzi się bliskość, której niełatwo będzie zabrać do domu.
Ida Małecka wsunęła do teczki wydruk z urzędu, po czym natychmiast go wyjęła. Sprawdziła jeszcze raz datę, podpis i pieczęć, chociaż od wczoraj znała je na pamięć. W pracy potrafiła godzinami porządkować cudze dokumenty: ustalać, co należy do której sprawy, co jest kopią, a co oryginałem, i gdzie kończy się pewność, a zaczyna domysł. Teraz kartka leżała na jej kolanach w pociągu do Płocka, bezpieczna pod przezroczystą koszulką, a mimo to miała wrażenie, że zaraz rozsypie się od samego patrzenia.
Na górze widniało nazwisko Bożeny Zakrzewskiej. Niżej — data urodzenia Idy. Dopiero za trzecim razem pozwoliła sobie przeczytać resztę. W rubryce, którą przez trzydzieści dwa lata uważała za niewartą uwagi, zapisano coś, co nie mieściło się w żadnym porządku, jaki dotąd znała. Bożena nie była jej starszą siostrą. Była matką.
Pociąg wtoczył się na płocką stację, a Ida schowała dokumenty głęboko do torby. Za szybą popołudniowe słońce rozlewało się po dachach i żółtych liściach. Powietrze na peronie pachniało wilgotnymi kasztanami i spalinami. Ida poprawiła równo ściętą grzywkę, choć wiatr i tak natychmiast przesunął ją na bok. Złapała taksówkę, nim zdążyła zmienić zdanie.
Piekarnia stała przy ulicy, którą pamiętała z drogi do szkoły. W witrynie wisiała kartka: OSTATNI WEEKEND. DZIĘKUJEMY. Litery napisano odręcznie, czarnym markerem; ostatnie słowo rozmazało się przy wykrzykniku. Ida zatrzymała się na moment przed drzwiami. W środku klienci stali ciasno przy ladzie, zamawiając bochenki i drożdżówki, jakby od liczby kupionych bułek mogło zależeć, czy piekarnia naprawdę zniknie.
Nie weszła do sklepu. Okrążyła budynek i pchnęła drzwi prowadzące na zaplecze.
Uderzył ją zapach ciepłego drożdżowego ciasta, mąki i środka do mycia podłóg. W długim pomieszczeniu stały rzędy blach, a na stołach pod lnianymi ściereczkami rosły jeszcze nieupieczone bochenki. Ktoś zawołał o brakującą porcję maku. Ktoś inny przeklął cicho, kiedy zaciął się zamek w chłodni. Ida szukała Bożeny, wypatrując jasnych włosów i znajomego ruchu dłoni, którym zawsze odgarniała kosmyk za ucho.
Nie zauważyła wózka z blachami.
Metalowe kółko zahaczyło o jej but. Stos zadrżał i przechylił się niebezpiecznie. Mężczyzna w białej koszulce złapał wózek za uchwyt, zanim pierwsza blacha osunęła się na podłogę. Zrobił to szybko, bez wysiłku, jakby ratowanie cudzych rzeczy należało do jego obowiązków równie naturalnie jak wyrabianie ciasta.
— Jeszcze nikt nie wszedł tu z miną osoby zamierzającej przesłuchać drożdże — powiedział.
Ida spojrzała na niego. Miał mąkę na przedramieniu i ciemne włosy przyklejone do skroni. Uśmiechał się tak, jakby w tej sytuacji dało się znaleźć coś zabawnego.
— Szukam Bożeny.
Uśmiech mu nie zniknął, ale spoważniał o pół tonu. Nie zapytał, kim dla niej jest ani dlaczego przyszła z taką miną. Wskazał głową drzwi do niewielkiego pokoju obok.
— Tam będzie ciszej. Przyniosę wodę.
— Nie trzeba.
— Jasne. — Odstawił wózek na miejsce. — Ale i tak przyniosę.
W pokoju stał stolik z kubkami, kalendarzem reklamującym hurtownię mąki i pękiem kluczy na parapecie. Ida usiadła na krześle, trzymając torbę na kolanach. Przez okno widziała wirujące wzdłuż chodnika liście: miedziane, żółte i niemal czerwone, tańczące na tle witryny. Z sali sprzedaży dochodziły urywki zamówień i brzęk kasy. Ostatni weekend działalności. Nie wiedziała, co zabolało ją bardziej: napis na szybie czy fakt, że dowiedziała się o nim dopiero teraz.
Mężczyzna wrócił z wodą w szklance. Położył ją przed nią, nie za blisko, jakby zostawiał jej miejsce na decyzję.
— Konrad — przedstawił się.
— Ida.
— Wiem. — Uniósł brew, kiedy zobaczył jej spojrzenie. — Bożena mówiła, że może przyjedziesz. Nie wiedziałem kiedy.
Palce Idy zacisnęły się na pasku torby.
— Mówiła?
Konrad zerknął w stronę drzwi. Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał, czy powinien coś dodać. Potem tylko odsunął szklankę o centymetr, żeby nie stała na brzegu stolika.
— Lepiej, żebyście porozmawiały bez kolejki przy ladzie.
To było rozsądne. I właśnie dlatego Ida nie potrafiła mu podziękować.
Bożena pojawiła się w progu kilka minut później, z papierową torbą w jednej dłoni i ołówkiem wetkniętym za ucho. Miała zaróżowione policzki od ciepła pieca. Przez krótką chwilę patrzyły na siebie bez słowa. Bożena pierwsza opuściła wzrok.
— Ida. Nie wiedziałam, że przyjedziesz tak szybko.
— Wczoraj znalazłam dokumenty.
Bożena zacisnęła palce na torbie. Ktoś z sali zawołał ją po imieniu. Odwróciła głowę, odruchowo gotowa wrócić do pracy.
— Muszę tylko obsłużyć ludzi. Za chwilę…
— Wiem — przerwała Ida. Nie podniosła głosu, ale słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała. — Wszyscy czegoś potrzebują.
Bożena znieruchomiała. Konrad przestąpił z nogi na nogę, a potem bez słowa wyszedł z pokoju. Nie próbował ich godzić ani udawać, że nie usłyszał.
Wtedy na zaplecze wpadła młoda kobieta w fartuchu. Z kieszeni wystawał jej telefon, który wciąż wibrował.
— Bożena, przepraszam, muszę jechać. Mały dostał gorączki, teściowa już czeka pod szkołą. Nie mogę go zostawić.
— Jedź, oczywiście. — Bożena skinęła głową, choć kolejka za ladą nie malała. — Damy sobie radę.
Kobieta zdjęła fartuch i pobiegła do wyjścia, mówiąc coś jeszcze przez telefon. Bożena spojrzała na stos papierowych toreb, na otwartą listę zamówień, na zegar. Ida widziała, jak ta sama dłoń, która przed chwilą ściskała torbę, teraz sięga po ołówek.
Mogła wyjść. Miała w torbie dokumenty, po które przyjechała, i pytania, których nie dało się zadać przy pakowaniu chleba. Mogła też zostać, przynajmniej do zamknięcia sklepu. Kilka godzin nie rozwiązywało niczego, ale przesuwało rozmowę na czas, w którym żadna z nich nie musiałaby odwracać się do klientów.
— Mogę pomóc — powiedziała.
Bożena spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Nie musisz.
— Wiem. Mogę pakować zamówienia. Będę tu blisko.
Konrad, który wrócił z kolejną skrzynką bułek, zatrzymał się obok stołu. Jego wzrok na moment spotkał się ze wzrokiem Idy. Nie uśmiechał się już.
— Jeśli zostajesz, potrzebujemy kogoś przy wydawaniu — powiedział. — Lista jest długa, a połowa klientów zamówiła na konkretną godzinę.
— To pokaż mi, co mam robić.
Podał jej fartuch. Kiedy Ida sięgnęła po niego, ich palce zetknęły się na materiale. Krótko, ledwie muśnięcie, a jednak cofnęła rękę odrobinę za późno. Konrad niczego nie skomentował. Zawiązał własny fartuch i przesunął ku niej listę zamówień.
Na pierwszej stronie, obok nazwiska klienta, widniała uwaga: odbiór osobisty, sobota, 7.00. Ida wzięła ołówek.
— Od czego zaczynamy?
— Od tego, żeby nikt nie dostał chleba, którego nie zamówił — odparł. — Reszta jakoś pójdzie.
Za ich plecami Bożena wróciła do lady, a dzwonek nad drzwiami znów zabrzęczał. Konrad przysunął Idzie kosz z papierowymi torbami. Przez chwilę stali obok siebie w cieple zaplecza, wśród mąki, blach i listy, która nie chciała się kończyć. Ida rozwiązała fartuch i zawiązała go mocno w pasie.
Nie przyjechała tu, żeby pracować w piekarni. Ale przez najbliższe kilka godzin nie mogła już udawać, że nie ma powodu, by zostać.
Przez pierwszą godzinę Ida ważyła bułki z miną urzędniczki sprawdzającej, czy ktoś nie dopisał sobie jednej sztuki na marginesie. Konrad podawał jej kolejne partie, a ona wpisywała liczby na listę. Za ladą dzwonił dzwonek, ktoś pytał o makowiec, ktoś inny chciał wiedzieć, czy naprawdę zamykają. Bożena odpowiadała każdemu spokojnie, choć raz Ida zauważyła, jak na chwilę zamknęła oczy, zanim znów się uśmiechnęła.
— Jeśli będziesz tak dokładnie liczyć, zdążymy rozdać zamówienia w przyszłym tygodniu — powiedział Konrad.
— Jeśli będziesz tak żartować, zdążymy ich nie pomylić.
— To brzmi jak groźba.
— To brzmi jak instrukcja.
Uśmiechnął się, ale zaraz odwrócił do pieca. Ida zaczynała rozpoznawać ten ruch: żart, zmiana tematu, zajęte ręce. Za każdym razem, gdy rozmowa zbliżała się do czegoś, co mogło zaboleć, Konrad znajdował sobie blachę do przestawienia albo worek mąki do przeniesienia.
Kiedy wreszcie zamknęli sklep, szyld na drzwiach obrócił się na stronę z napisem ZAMKNIĘTE. Na zapleczu zostały opłacone zamówienia, których nie dało się już wydać tego wieczoru, i kilka adresów po drugiej stronie miasta. Bożena rozłożyła listę na stole.
— Jutro rano zawieziemy część sami — powiedziała. — Konrad zna trasę.
— Konrad zna też skróty, które prowadzą do ślepych uliczek — wtrąciła Ida.
— To było raz.
— Dwa razy — poprawiła Bożena, a przez moment w jej głosie zabrzmiała dawna swoboda. Zaraz jednak umilkła.
W piątek wieczorem rozwozili pieczywo do klientów, którzy nie mogli odebrać go osobiście. Konrad prowadził starego dostawczaka, a Ida siedziała obok z listą na kolanach, przytrzymując ją dłonią, gdy samochód podskakiwał na nierównościach. Płock za szybą mienił się światłami stacji benzynowych i mokrym asfaltem. Przy jednym z bloków niosła papierowe torby na trzecie piętro, podczas gdy Konrad wnosił skrzynkę. Starsza pani otworzyła im w szlafroku, wzięła chleb i pogłaskała Konrada po rękawie.
— Będzie mi was brakowało — powiedziała.
— Mnie też będzie brakowało pani kompotu — odparł, z tym swoim łatwym uśmiechem.
Na klatce schodowej Ida spojrzała na niego.
— Wszyscy nazywają cię człowiekiem, który rozkręci każde pożegnanie?
— Wszyscy w piekarni. — Schował ręce do kieszeni kurtki. — Najchętniej przeżyłbym to jedno bez publiczności.
Nie dopytała, choć pytanie stanęło jej na języku. W drodze powrotnej jego dłoń leżała na drążku zmiany biegów, blisko jej kolana. Samochód skręcił gwałtowniej, niż trzeba, i ich ramiona zetknęły się przez kurtki. Żadne z nich nie odsunęło się od razu.
W sobotę rano Ida ustawiała paczki według adresów, potem według godzin odbioru, a potem jeszcze raz według ulic, bo Konrad twierdził, że w ten sposób będą jeździć bez sensu. Ręce drżały jej ze zmęczenia. Zauważył, kiedy sięgnęła po kolejną torbę i chybiła uchwytu.
— Daj. Zrobię to.
— Potrafię.
— Wiem. To nie jest egzamin.
Zabrał paczkę, ale nie odebrał jej listy. Przytrzymał ją od spodu, żeby mogła przepisać adres bez rozkładania papieru na mącznym blacie. Ich palce znalazły się na tej samej krawędzi kartki. Ida poczuła ciepło jego dłoni, nim zdążyła pomyśleć, że to tylko ciepło.
— We wtorek zaczynasz w Poznaniu? — zapytała.
— Tak. Przyjąłem tę pracę kilka tygodni temu, kiedy było już jasne, że piekarnia się nie utrzyma. Nie mam oszczędności, żeby teraz powiedzieć, że jednak nie jadę.
— Nie musisz mi tłumaczyć.
— Właśnie to robię.
Skinęła głową. Sama nie wiedziała, czego oczekiwała: wyznania, że wyjazd nie jest pewny, czy może obietnicy, której nie miał prawa składać. Zamiast tego pochyliła się nad listą.
Późnym wieczorem, gdy ostatni klienci wyszli, Ida została z Bożeną w małym pokoju. Konrad wyniósł skrzynki na zaplecze, nie proponując, że poczeka przy drzwiach. Ida była mu za to wdzięczna.
Bożena usiadła naprzeciwko niej. Ołówek wciąż miała wetknięty za ucho.
— Miałam siedemnaście lat — zaczęła. — Moi rodzice zaproponowali, że cię wychowają jako swoją córkę. Zgodziłam się. Wtedy wydawało mi się, że to jedyny sposób, żebyś miała spokojne życie.
Ida nie odrywała wzroku od jej dłoni. Na kciuku Bożeny zaschła smuga mąki.
— A później?
— Później minęło za dużo czasu. Bałam się, że jeśli ci powiem, odbiorę ci wszystko, co uważałaś za pewne. Każdego roku było trudniej. To nie jest usprawiedliwienie. Powinnam była powiedzieć ci prawdę.
— Tak — powiedziała Ida. — Powinnaś.
Bożena zacisnęła usta, ale nie odwróciła wzroku.
— Przepraszam.
To słowo nie naprawiło niczego. A jednak Ida usłyszała w nim ciężar, nie prośbę o pocieszenie. Nie umiała powiedzieć, że wybacza. Nie umiała też wstać i wyjść.
Kiedy opuściła pokój, Konrad stał przy stole i składał puste kartony. Nie zapytał, co usłyszała.
— Nie wiem, czy pamiętam ją taką, jaka była — powiedziała Ida. — Te wszystkie rzeczy z dzieciństwa… Nie wiem, czy są jeszcze moje, skoro brakowało w nich najważniejszego.
Konrad odłożył karton.
— Nie wiem, co mam na to powiedzieć.
— Wszyscy próbują coś powiedzieć.
— To spróbuję nie robić tego samego.
Nie usprawiedliwił Bożeny. Nie obiecał, że czas wszystko ułoży. Stał tylko obok, z dłońmi opartymi o stół, i czekał. Ida poczuła, że właśnie tego czekania chciałaby od niego więcej, niż powinna.
W niedzielę przed świtem w piekarni paliły się tylko lampy nad stanowiskiem. Ida i Konrad przygotowywali ostatnią partię zamówień. Mąka osiadała na jej rękawach, a od pieca szczypały oczy. Kiedy wsunęli ostatnie blachy, Konrad zamknął drzwiczki i oparł na nich dłoń. Ida stanęła obok. Przez chwilę słyszeli tylko pracę pieca.
— W poniedziałek wracam do Gdańska — powiedziała.
— Wiem.
— Ty jedziesz do Poznania.
— We wtorek.
Odwróciła się do niego. Zobaczyła zmęczenie pod jego oczami i drobinę mąki przy skroni. Wyciągnęła rękę, starła ją kciukiem. Konrad nie poruszył się, ale jego spojrzenie opadło na jej usta.
Przechyliła głowę ku niemu. Zabrakło niewiele. Wtedy pomyślała o tym, jak bardzo chciała, żeby choć jedna rzecz tego weekendu była prosta. I jak bardzo nie wiedziała, czy pragnie jego, czy tylko chwili, w której nie musiałaby czuć bólu.
Cofnęła dłoń.
— Nie umiem teraz odróżnić jednego od drugiego.
Konrad opuścił wzrok. Przez moment wyglądał, jakby miał odpowiedzieć żartem. Tym razem nie spróbował.
— Nie chcę być tajemnicą, którą próbujesz przykryć. Ani przystankiem, na którym odpoczniesz, zanim wrócisz do swojego życia.
— Wiem.
— Nie mówię, że mam do ciebie pretensje. Po prostu nie chcę udawać, że to byłoby dla mnie łatwe.
Na stole czekały ostatnie torby do zapakowania. Za ścianą Bożena poruszała się po sklepie, cicho przesuwając krzesła. Ida chciała powiedzieć coś, co zatrzymałoby Konrada, ale każde zdanie, które przychodziło jej do głowy, brzmiało jak obietnica złożona po to, żeby nie zostać samej.
Razem wyjęli blachy z pieca. Konrad trzymał jeden koniec, Ida drugi. Między nimi unosiła się para, a ich dłonie, niemal stykające się na metalowej krawędzi, dzielił zaledwie centymetr.
Nie spojrzeli na siebie, kiedy odstawiali blachę na stół. Spotkali się w najgorszym możliwym momencie — i żadne z nich nie znalazło sposobu, by temu zaprzeczyć.
Ostatnia blacha ostygła, zanim Ida zdążyła wymyślić, co powiedzieć. Konrad odstawił ją na stół, a ona zabrała ręce z metalowej krawędzi. Między nimi zostało ciepło pieca i wszystko, czego nie umieli jeszcze nazwać.
— Muszę porozmawiać z Bożeną — powiedziała.
Konrad skinął głową. Nie zapytał, czy ma iść z nią. Nie próbował zatrzymać jej żadnym żartem. To właśnie sprawiło, że łatwiej było ruszyć.
Bożena czekała w małym pokoju, przy stoliku, na którym od rana leżał otwarty notes z zamówieniami. Teraz kartki były puste. Bez kolejki za ścianą, bez dzwonka nad drzwiami i bez ołówka wetkniętego za ucho wyglądała na starszą, niż Ida pamiętała. Kiedy córka weszła, wstała, ale nie podeszła.
— Możemy porozmawiać? — zapytała.
Ida usiadła naprzeciwko. Torba z dokumentami stała obok jej krzesła, zapięta. Nie wyjmowała już kartki, którą znała na pamięć.
— Nie przyjechałam po to, żeby dziś powiedzieć, że ci wybaczam — zaczęła. Głos miała spokojniejszy, niż się spodziewała. — Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Ale chcę rozmawiać. I mam pytania.
Bożena splotła dłonie na stole. Na jej kciuku wciąż widniała cienka smuga mąki.
— Będę odpowiadać.
— Chcę wiedzieć, kto wiedział. Co powiedzieli babcia i dziadek. Czy kiedykolwiek próbowałaś mi powiedzieć, zanim zrobiło się za późno. I co pamiętasz z tamtego czasu, kiedy byłam mała. Nie tylko to, co będzie łatwo opowiedzieć. — Ida zrobiła krótką przerwę. — A przede wszystkim nie decyduj już za mnie, ile prawdy udźwignę. To nie była twoja decyzja wtedy i nie jest teraz.
Bożena zamknęła oczy na moment. Kiedy je otworzyła, nie sięgnęła po żadną z gotowych wymówek.
— Masz rację. Bałam się i nazwałam ten strach troską. Nie będę cię prosić, żebyś mi za to ulżyła.
Ida poczuła, jak napięcie w jej ramionach ustępuje o ledwie kilka milimetrów. Nie było to przebaczenie. Nie musiało nim być. Było początkiem rozmowy, którą mogła przerwać, jeśli znów poczuje, że ktoś próbuje opowiedzieć jej własne życie za nią.
— Nie wiem, jak będę cię teraz nazywać — powiedziała. — Nie chcę, żebyś mi podpowiadała.
— Dobrze.
Przez chwilę siedziały naprzeciwko siebie, bez pytań i odpowiedzi. Potem Bożena opowiedziała, że jej rodzice zabrali Idę do domu ze szpitala, że przez pierwsze miesiące przychodziła wieczorami, kiedy wszyscy już spali. Zatrzymała się kilka razy, nie po to, by prosić o litość, tylko by sprawdzić, czy Ida chce słuchać dalej. Ida nie zapewniła jej, że wszystko rozumie. Słuchała.
Kiedy wstała, Bożena nie próbowała jej objąć. Ida była wdzięczna za to powstrzymanie się równie mocno, jak wcześniej miała żal o każde przemilczenie.
Na zapleczu panowała cisza, w której słychać było przesuwanie blach po półkach. Konrad zdejmował ostatnie z górnego rzędu i układał je na wózku. Zdjął już fartuch; zwinięty leżał obok pustych kartonów. Kiedy Ida weszła, obejrzał się, ale nie zapytał, co się wydarzyło.
— Podoba mi się — powiedziała, zanim zdążyła zmienić zdanie — właśnie ten człowiek, który zostaje po zamknięciu sklepu, kiedy nie ma już kogo rozśmieszać.
Konrad znieruchomiał z blachą w dłoniach. Odłożył ją na stos ostrożnie, jakby nagły ruch mógł coś spłoszyć.
— Ida…
— Nie mówię, że już wszystko wiem. Nadal jestem rozbita. Nie wiem, co będzie z Bożeną ani jak ułożą się moje relacje z rodziną. Nie chcę udawać, że po dwóch dniach mam na to gotową odpowiedź. — Przełknęła ślinę. — Ale chcę poznać ciebie poza tym weekendem. Nie jako przerwę od tego, co się dzieje. Ciebie.
Konrad oparł dłonie o krawędź wózka. Przez chwilę patrzył na swoje palce, pobielone mąką w zagięciach.
— Bałem się, że skończy się praca, zamkniecie drzwi i wrócisz do swojego życia, a ja okażę się tylko tym, co wydarzyło się po drodze. — Podniósł wzrok. — Nie dlatego, że nie rozumiem, co cię tu sprowadziło. Tylko dlatego, że nie chcę udawać, że niczego nie chcę.
Ida przysunęła się o krok.
— To dobrze. Ja też nie chcę udawać.
— Nie mogę rzucić tej pracy w Poznaniu. Nie mam z czego. I nie będę cię prosił, żebyś zostawiła Gdańsk.
— Nie proszę o to. Nie planuję jeszcze nawet następnego miesiąca. Ale mogę zaplanować jedno spotkanie.
Przez chwilę szukali w telefonach kalendarzy. Konrad miał zapisane godziny zmian w nowej pracy, Ida sprawdziła swój grafik i rozkład powrotnego pociągu. W nowym miejscu Konrad dostawał wolną sobotę za dwa tygodnie. Ida mogła przyjechać do Torunia po pracy w piątek wieczorem i wrócić w sobotę; połączenie powrotne do Gdańska nie wymagało od niej wstawania przed świtem.
— Toruń — powiedział Konrad. — W połowie drogi. Kawa, spacer, jeśli nie będzie lało. Bez listy zamówień.
— I bez konieczności ratowania czegokolwiek.
— Tego nie obiecuję. Mogę się potknąć o bruk.
Ida parsknęła śmiechem. Nie był głośny ani lekki, ale należał do niej, nie do kolejki za ladą. Konrad uśmiechnął się dopiero wtedy, gdy zobaczył, że naprawdę się śmieje.
Zapisała datę w telefonie. On zrobił to samo. Dwa tygodnie nie rozwiązywały odległości, nowej pracy ani tego, co dopiero miało wyjść na jaw między Idą a Bożeną. Ale miały godzinę, miejsce i dwa nazwiska w kalendarzu.
Konrad sięgnął po papierową torbę, która stała na końcu stołu.
— Ostatni bochenek z ostatniego wypieku. Bożena kazała odłożyć. Powiedziała, że powinien pojechać z tobą.
Ida wzięła torbę, ale odstawiła ją na blat. Przez weekend tyle razy trzymała coś, co odciągało jej uwagę: listę, paczkę, dokumenty, własne dłonie. Teraz nie chciała, żeby między nimi stało nawet to.
— Konrad, pocałuj mnie — powiedziała. — Jeśli ty też tego chcesz.
— Chcę.
Pocałował ją bez pośpiechu, ostrożnie tylko przez pierwszą sekundę. Potem Ida położyła dłoń na jego karku, a on oparł rękę na jej boku. Nie było w tym obietnicy, że od jutra wszystko stanie się proste. Była obecność, na którą oboje się zgodzili. Kiedy się odsunęli, jego czoło przez chwilę dotykało jej czoła.
Za drzwiami czekały jeszcze sprawy do załatwienia: powrót Idy do Gdańska, wtorkowy wyjazd Konrada do Poznania, zamknięta piekarnia, której nie dało się ocalić jednym uczuciem. Bożena porządkowała ostatnie papiery. Na stole leżał chleb, pachnący ciepłym wnętrzem i chrupiącą skórką.
Ida wzięła torbę. Nie musiała już wybierać między prawdą a bliskością, jakby jedno unieważniało drugie. Na razie wystarczało, że nie pozwoliła nikomu zdecydować za nią, co może poczuć i kiedy.
Wyszli osobno, każde z własnym obowiązkiem i własną drogą. Konrad miał jeszcze odwieźć klucze Bożenie, Ida złapać pociąg w poniedziałek. Zanim się rozeszli, wymienili spojrzenie, w którym mieściła się sobota za dwa tygodnie. Tym razem weekend nie kończył się w chwili, gdy zamykano drzwi.