Thriller

Inwentaryzacja po strzałach

W opuszczonej tkalni Jolanta liczy maszyny, gdy trzy strzały rozrywają ciszę. Za zamkniętymi drzwiami kryją się ludzie, pieniądze i tajemnice, które mogą kosztować ją życie.

Inwentaryzacja po strzałach

— Numer sto osiemdziesiąt siedem — powiedziała Jolanta do dyktafonu i przykleiła na obudowie krosna żółtą etykietę. Klej nie złapał od razu. Musiała docisnąć go kciukiem, aż pod paznokciem poczuła zimny metal.

Było po siódmej. W samochodzie zostawiła termos z kawą i rękawiczki, ale po pięciu minutach w hali palce zdrętwiały jej tak, że przestała czuć przyciski dyktafonu. Wpisała numer do arkusza, sprawdziła go z kartą zlecenia i dopisała: stan zły, brak pasa napędowego. Kolejna pozycja. Kolejne dwadzieścia groszy za sztukę, jeśli zamknie całość przed zmrokiem.

Pracowała dla firmy, która wyceniała majątek po przedsiębiorstwach kończących działalność szybciej, niż zdążyły spłacić ostatnią fakturę. W ostatnich tygodniach liczyła biurka, chłodnie, wózki widłowe i krzesła z pękniętymi siedziskami. Zlecenia były daleko, stawki niskie, a zwrot za paliwo zawsze mniejszy, niż wynikało z mapy. Tkalnia pod Pabianicami miała być prosta: hala, maszyny, kilka pomieszczeń biurowych. Inwentaryzacja przed licytacją. Podpis, zdjęcia, do domu.

Za wysokimi oknami wisiały ołowiane chmury. Ich światło wpadało do środka płasko i szaro, bez cienia, przez co rzędy krosien zdawały się ciągnąć dalej, niż pozwalały ściany. Z belek zwisały pajęczyny nici, splątane z kurzem. Pachniało mokrym betonem, rdzą i czymś słodkawym, jak stara woda w wiadrze. Co kilka sekund gdzieś w głębi hali kapało.

Jolanta przesunęła latarką po numerze następnej maszyny. Za nią, przy bocznym wejściu, dostrzegła jasny prostokąt dnia. Zmarszczyła brwi. Główna brama miała być zamknięta; klucz dostała od zarządcy poprzedniego wieczoru.

Kiedy wyszła sprawdzić, zimno od razu przeszło przez cienką kurtkę. Brama nie była zamknięta, tylko uchylona na szerokość człowieka. Na błotnistym placu ciągnęły się świeże ślady opon: szerokie, głębokie, z wyraźnym bieżnikiem. Prowadziły do hali i z powrotem, ale przy samym wjeździe mieszały się z koleinami po dostawczaku. Jolanta spojrzała na zegarek, jakby godzina mogła wyjaśnić, kto tu był.

Za bramą, przy ścianie, stały trzy kartonowe skrzynie. Jedna rozchyliła się od wilgoci. W środku ciasno leżały paczki papierosów, wszystkie bez polskich znaków akcyzy. Jolanta nie dotknęła ich. Zrobiła dwa zdjęcia telefonem, odsunęła się od skrzyń i wróciła do hali. Powinna zadzwonić do zarządcy. Najpierw chciała tylko odnaleźć numer na zleceniu.

Wtedy usłyszała głosy.

Nie dobiegały z głównego wejścia, lecz z dalszej części zakładu, zza rzędu krosien. Męski głos mówił szybko, prawie szeptem. Drugi odpowiedział głośniej. Nie rozróżniała słów, tylko urywane zdania i nagłe przerwy, w których słychać było kapanie wody. Potem coś uderzyło o podłogę.

Jolanta cofnęła się między maszyny. Sięgnęła po telefon. Zanim wybrała numer, padł pierwszy strzał. Huk zamknął halę jak klapa. Drugi rozległ się po chwili, trzeci niemal zaraz po nim. Jolanta przykucnęła za żeliwną osłoną krosna, wciskając telefon między ramię a ucho. Nie pobiegła za głosami. Nie próbowała zobaczyć, kto strzela.

Operator odezwał się po pierwszym sygnale.

— Policja, pogotowie, straż?

— Strzały. Dawna tkalnia przy drodze na Rydzyny, numer czternaście, za torami. Pabianice. Jestem w środku. Słyszałam trzy, może cztery. Nie wiem, ilu ich jest.

— Proszę nie podchodzić do osób uzbrojonych. Jest pani bezpieczna?

Jolanta spojrzała na wąskie przejście między maszynami.

— Nie wiem.

Mówiła cicho, choć nie miało to żadnego sensu. Operator kazał jej zostać na miejscu i nie rozłączać się. Przez następne minuty słuchała jego pytań, własnego oddechu i ciszy, która w hali miała ciężar. Potem gdzieś za ścianą rozległ się metaliczny trzask. Nie poszła sprawdzić.

Czekała, aż operator potwierdził, że patrole są w drodze. Dopiero wtedy wysunęła się zza krosna. Trzymała latarkę nisko, przy udzie. Przy wyjściu leżał mężczyzna, twarzą do posadzki. Jedna ręka tkwiła pod nim, druga była wyciągnięta ku drzwiom. Obok dłoni leżał telefon z pękniętym ekranem. Jolanta zatrzymała się w odległości kilku kroków. Nie widziała ruchu.

Dalej, przy ścianie, ktoś jęknął.

Mężczyzna siedział oparty plecami o maszynę. Miał może czterdzieści lat. Obejmował się za bok, a między palcami przesączała się krew. Oddychał krótkimi haustami. Gdy Jolanta podeszła, spróbował unieść rękę.

— Niech pani… — urwał. — Niech pani nie…

— Pomoc jedzie. Proszę się nie ruszać.

Zadzwoniła ponownie pod 112 i podała, że jest ranny oraz że przy wyjściu leży drugi mężczyzna. Operator powiedział, żeby nie dotykała poszkodowanego i zaczekała na ratowników. Jolanta przycisnęła rękaw kurtki do ust. Czuła w nim wilgoć i zapach własnego potu.

Wtedy zza hali dobiegło stłumione uderzenie. Potem głos:

— Jest tam kto? Proszę otworzyć!

Źródło dźwięku znajdowało się za niskimi drzwiami, przy pomieszczeniach administracyjnych. Jolanta ruszyła w tamtą stronę, zatrzymując się co chwilę i nasłuchując. W korytarzu stały przewrócone krzesła, a na podłodze ciągnęły się ciemne ślady butów. Drzwi były zamknięte. W zamku tkwił klucz.

— Kto tam jest? — zapytała.

— Tobiasz Jastrzębski. Zamknęli mnie. Proszę, niech pani otworzy.

Z drugiej strony ktoś uderzył pięścią w drzwi. Jolanta chwyciła klucz, ale nie przekręciła go od razu. Przez szybę w drzwiach nie było nic widać; mleczne szkło kończyło się tuż nad klamką. Zza jej pleców dobiegł kolejny słaby jęk rannego.

— Byli uzbrojeni? — zapytała.

— Tak. Wpadli i zaczęli strzelać. Proszę, niech pani mnie stąd wyciągnie.

Otworzyła. W środku siedział mężczyzna w pogniecionej koszuli, z twarzą bladą od zimna albo strachu. Miał rozciętą wargę. Uniósł ręce, zanim Jolanta zdążyła się odezwać.

— Zabrali mi klucze — powiedział. — Został tylko ten jeden komplet. Nie wiem, czy już odeszli.

Jolanta zauważyła przy jego pasku metalowe kółko z kluczem takim samym jak ten, który tkwił w zamku. Uznała, że mógł mieć zapasowy. Nie zapytała. Mężczyzna patrzył ponad jej ramieniem, w stronę korytarza.

Na zewnątrz zawyły syreny. Przez uchyloną bramę wjechał radiowóz, za nim drugi, zbyt blisko pierwszego. Jolanta wyszła na plac i uniosła ręce, kiedy policjanci wyskoczyli zza drzwi. Jeden kazał jej uklęknąć, drugi osłaniał wejście. Powiedziała, że jest sama, że są ranni i że ktoś może być w zamkniętym pomieszczeniu.

Funkcjonariusze weszli do hali. Jeden ruszył do rannego, drugi do ciała przy wyjściu. Trzeci, z bronią skierowaną w głąb budynku, zatrzymał się nagle i podniósł pięść.

Z góry, z antresoli nad biurami, dobiegł suchy trzask przeładowywanej broni.

— Policja! Rzuć broń! — krzyknął.

Odpowiedziała mu cisza. Potem nad krawędzią antresoli przesunął się cień.


Policjant przy wejściu cofnął się o pół kroku, nie opuszczając broni. Drugi krzyknął, żeby mężczyzna pokazał ręce. Przez kilka sekund nie działo się nic. Potem coś stuknęło o metalową podłogę i z góry dobiegł głos, zduszony, ale wyraźny:

— Nie strzelać.

Mężczyzna wychylił się zza barierki. Jedną rękę trzymał wysoko, w drugiej miał pistolet. Policjanci kazali mu odłożyć broń i położyć się na brzuchu. Zrobił to powoli, jakby każdy ruch trzeba było najpierw uzgodnić z własnym ciałem. Dwóch funkcjonariuszy weszło na antresolę. Jolanta usłyszała metaliczny odgłos kajdanek.

Kazano jej odejść od hali i stanąć przy radiowozie. Poszła bez sprzeciwu. Nogi miała sztywne, a kiedy próbowała wyjąć telefon z kieszeni, dłoń nie trafiła za pierwszym razem. Policjantka w cywilnym płaszczu podeszła do niej z notatnikiem. Przedstawiła się jako Eliza Górecka, z wydziału kryminalnego. Nie pytała, czy Jolanta się boi. Ustaliła nazwisko, adres, godzinę przyjazdu, potem kazała jej opowiedzieć wszystko od początku.

Jolanta mówiła krótko. O bramie, kartonach, strzałach. O rannym mężczyźnie i o tym, że nie podchodziła do ciała. O Tobiaszu Jastrzębskim, zamkniętym w pomieszczeniu administracyjnym. Kiedy wspomniała o kluczu tkwiącym w zamku, Górecka zapisała coś na marginesie i poprosiła, żeby pokazała jej dokładnie, gdzie stała.

— Nie wejdzie pani do środka — powiedziała. — Proszę wskazywać z zewnątrz.

Za taśmą technicy fotografowali posadzkę i oznaczali ślady białymi numerami. Ratownicy wynieśli rannego na noszach. Przykryte ciało leżało przy wyjściu, a woda kapała z dachu na czarną folię. Aresztowany z antresoli siedział na ziemi przy radiowozie, z rękami skutymi z tyłu. Nie patrzył na Jolantę. Miał krew na mankiecie koszuli, ale nie wiadomo było, czy nie była jego.

Tobiasz wyszedł z hali w asyście funkcjonariusza. Wypłowiała koszula wisiała na nim luźno, rozcięta warga zdążyła spuchnąć. Rozejrzał się po placu i zatrzymał wzrok na Jolancie, jakby upewniał się, że wciąż tam jest.

Później, kiedy Eliza Górecka zbierała od niej dalsze informacje, Tobiasz mówił z policjantem kilka metrów dalej. Nie podnosił głosu, ale na otwartym placu każde słowo niosło się bez przeszkód.

— Augustyniak zamknął mnie, bo odmówiłem wydania pieniędzy — powiedział. — Ludzie Kozy chcieli mnie zabrać. Mieli mnie użyć, żeby dostać resztę.

Górecka poprosiła go, żeby powtórzył nazwisko i wyjaśnił, o jakie pieniądze chodzi. Tobiasz spuścił wzrok. Był księgowym Bogusława Augustyniaka, człowieka, którego nazwisko Jolanta znała dotąd tylko z listy osób upoważnionych do przekazania kluczy. Ludzie Augustyniaka składowali w tkalni papierosy bez akcyzy. Marek Koza i jego grupa przyjechali odebrać zaległą zapłatę. Tyle wynikało z pierwszych rozmów, z kartonów za bramą i z tego, co powiedział zatrzymany mężczyzna. Nie wszystko do siebie pasowało, ale przemoc miała już prosty kształt: dług, towar, broń.

Jolanta zapytała, czy może pojechać. Górecka spojrzała na nią znad notatnika.

— Jeszcze chwilę. Musimy ustalić, którędy mogli wyjść pozostali. Pani ma plan zakładu?

Miała plan inwentaryzacyjny wydrukowany w teczce, z numerami maszyn i pomieszczeń. Podała go policjantce przez taśmę. Rozłożyły arkusz na masce radiowozu, obciążając rogi rękawiczkami funkcjonariusza. Jolanta wskazała korytarz za biurami, przejście do magazynu i boczne drzwi, które od zewnątrz wyglądały na zablokowane, ale na planie były oznaczone jako wyjście ewakuacyjne. Dalej znajdował się wąski pas za budynkiem, zasłonięty od drogi przez rampę.

Policjanci sprawdzili tę drogę, nie wpuszczając jej za taśmę. Wrócili z błotem na butach i informacją, że za halą są świeże ślady opon. Jeden z samochodów mógł odjechać przed przyjazdem patroli. Bogusława Augustyniaka nie znaleźli. Ranni trafili do szpitala, jeden z mężczyzn zginął na miejscu. Górecka nie powiedziała, kto dokładnie strzelał. Nie musiała. Jolanta widziała, jak zabezpieczano broń wyciągniętą z antresoli.

Kiedy technik podniósł telefon leżący obok ciała, Tobiasz odwrócił głowę. Urządzenie było pęknięte i zabrudzone, ale ekran jeszcze się świecił. Policjant w rękawiczkach schował je do przezroczystego worka. Nikt nie zwrócił się wtedy do Tobiasza z pytaniem o telefon.

Jolanta stała przy masce i składała plan, kiedy usłyszała jego głos za plecami.

— Tylko proszę im nie podawać numeru z telefonu tego rannego — powiedział do funkcjonariusza. — To numer człowieka Kozy.

Przerwała składanie arkusza. Nie widziała, żeby ktokolwiek wcześniej pytał Tobiasza o aparat. Sama nie mówiła mu, że telefon leżał przy ciele. Nie podała mu też żadnego numeru.

Znalazła Elizę Górecką przy radiowozie i powtórzyła dokładnie to, co usłyszała. Policjantka nie skomentowała. Zapytała tylko, czy Jolanta jest pewna słów. Była. Górecka podeszła do Tobiasza i kazała mu czekać przy funkcjonariuszu. Nie pozwoliła Jolancie dopytywać ani zbliżać się do niego.

Przez następne dwie godziny czekała w zimnym samochodzie, aż spiszą jej zeznanie. Późnym popołudniem Eliza wróciła z krótką informacją: wstępne sprawdzenie połączeń wskazywało, że Augustyniak kontaktował się z ludźmi Kozy przed strzelaniną. Policjanci zakładali, że próbował oddać im Tobiasza w zamian za wyjście z długu, a potem uciekł z pieniędzmi, kiedy spotkanie wymknęło się spod kontroli. Tobiasz miał być dla obu grup wygodnym zakładnikiem i równie wygodnym źródłem informacji.

To pasowało do skrzyń, śladów opon i strzałów. Pasowało też do pustego miejsca po Bogusławie. Eliza powiedziała, że na razie nie ma podstaw, by Jolanta została na miejscu, ale może być jeszcze potrzebna. Wróci do niej telefonicznie.

Jolanta odłożyła plan na siedzenie pasażera. Dopiero wtedy zauważyła, jak mocno drżą jej palce. Włączyła silnik, lecz nie ruszyła. Z hali wyszedł technik z kolejną skrzynką dowodów. Za nim funkcjonariusze weszli do pomieszczeń biurowych, gdzie mieli przeszukać szafy i biurko Augustyniaka.

Po pewnym czasie Eliza wróciła do samochodu. Pieniądze, których szukali, nie zniknęły z budynku.


— Pieniądze były w budynku — powiedziała Eliza Górecka. — Znaleźli je za szafą w archiwum. Pod podwójną podłogą.

Jolanta siedziała w samochodzie z rękami na kierownicy. Silnik pracował, ale ogrzewanie ledwie rozganiało wilgoć z szyb. Górecka stała przy otwartych drzwiach kierowcy. Miała mokre ramiona płaszcza i czerwony ślad na policzku od szalika.

— Ile? — zapytała Jolanta.

— Na razie nie podają. Sporo. Paczki spięte gumkami, część w kopertach. W archiwum były dokumenty dotyczące rozliczeń. Jastrzębski twierdził, że nic o tym nie wie.

Górecka powiedziała to bez nacisku. Zwykła informacja, jak godzina albo numer radiowozu. Jolanta spojrzała przez nią na halę. Za taśmą technik wkładał do plastikowego pojemnika kolejną rzecz. Ktoś przesuwał metalową szafę po betonie; dźwięk był powolny, ciężki i nieprzyjemnie podobny do odgłosu czegoś ciągniętego po podłodze.

— Miał klucz — powiedziała Jolanta.

Górecka przestała poprawiać rękawiczki.

— Do archiwum?

— Do pomieszczenia, w którym go znalazłam. Mówił, że zabrali mu klucze. A miał przy pasku kółko z kluczem takim samym jak ten w zamku. Wtedy pomyślałam, że to zapasowy. — Jolanta przełknęła ślinę. — I zanim ktokolwiek zapytał o telefon, powiedział, żeby nie podawać numeru z aparatu tego rannego. Skąd wiedział, że go znaleziono? Skąd wiedział, czyj to numer?

Górecka nie odpowiedziała od razu. Odwróciła się ku hali i dała znak stojącemu przy wejściu funkcjonariuszowi. Potem poprosiła Jolantę, żeby jeszcze raz opowiedziała, gdzie dokładnie stała, gdy usłyszała te słowa.

Tym razem nie była to rozmowa przy masce radiowozu. Spisali jej zeznanie w osobnym samochodzie, z ogrzewaniem ustawionym na maksimum i szybami zaparowanymi od oddechu. Górecka nie próbowała dopasować szczegółów do gotowej wersji. Wracała do krótkich zdań: kto pierwszy wspomniał o telefonie, kto miał klucze, kiedy Tobiasz wyszedł z zamkniętego pokoju. Jolanta powtarzała, co pamiętała. Przy niektórych pytaniach musiała przyznać, że nie wie.

Z archiwum wynieśli potem stalową szafę na pasach. Pod nią, w podłodze, była klapa wciśnięta na równo z betonem. Zawiasy miały świeże rysy. W środku leżały pieniądze, kilka telefonów na kartę i zeszyt z zapisami, które nie przypominały księgowości firmy od papierosów. Obok kwot stały krótkie dopiski: „T.”, „B.”, „M.K.”. Górecka pokazała Jolancie tylko zdjęcie jednej strony, nie pozwalając dotknąć telefonu. Wystarczyło, żeby zobaczyła, że ręka Tobiasza wracała w zeszycie częściej niż nazwisko Augustyniaka.

Wstępne sprawdzenie aparatów zajęło kilka godzin. Nie przyniosło nagłego, pełnego obrazu, tylko serię fragmentów: połączenia wykonywane przed spotkaniem, wiadomości, których część zniknęła, zapisane numery bez nazwisk. Numer z telefonu leżącego przy zmarłym należał do człowieka Kozy. Telefon Tobiasza kontaktował się z nim kilkanaście razy w poprzednich dniach. W jednej z wiadomości odzyskanych z pamięci urządzenia była godzina i adres tkalni. W drugiej — kwota oraz słowa o „następnym transporcie”.

Mężczyzna zatrzymany na antresoli początkowo milczał. Dopiero późnym popołudniem, po rozmowie z obrońcą, przyznał, że Koza wysłał ich po pieniądze. Tobiasz miał zapewnić, że gotówka będzie na miejscu, i obiecać udział w kolejnych dostawach. Nie wiedział, że Augustyniak zwołał swoich ludzi. Myślał, że w hali będą tylko on, Tobiasz i może jeden kierowca.

— A ten zamknięty pokój? — zapytała Górecka, kiedy wieczorem wróciła do samochodu Jolanty.

Mężczyzna zeznał, że Tobiasz sam wszedł do środka i zamknął drzwi od wewnątrz. Miał tam przeczekać pierwsze minuty spotkania. Po strzelaninie wyszedł z rozciętą wargą i powiedział policji, że go uwięziono. Człowiek, który z nim rozmawiał, już wtedy leżał na posadzce.

— Nie powiedział, że widział, kto strzelał — dodała Górecka. — Nie ma powodu, żeby mu wierzyć we wszystkim. Ale potwierdził wiadomości i pieniądze.

Bogusław Augustyniak nie próbował wrócić do tkalni. Policja odnalazła go po numerze samochodu widzianego na nagraniu z drogi i telefonach, które wykonywał po ucieczce. Siedział w warsztacie pod Łodzią, w ubraniu z zabrudzonym rękawem. Przy nim znaleziono pistolet. Nie podał, gdzie był przez poprzednie godziny. Nie musiał. Jego rozmowy z Tobiaszem, zapisy w zeszycie i zeznanie zatrzymanego mężczyzny wystarczyły, by przestał być tylko właścicielem składu.

Do nocy zatrzymali obu. Tobiasz nie stawiał oporu. Kiedy funkcjonariusz odprowadzał go do samochodu, obejrzał się na Jolantę. Nie było w tym spojrzeniu prośby ani groźby. Raczej sprawdzenie, czy nadal patrzy. Potem drzwi się zamknęły.

Ranny mężczyzna zmarł w szpitalu przed wieczorem. Policjanci zabezpieczyli broń, telefony i gotówkę. Na placu zostały ślady po oponach, rozdeptane błoto i kilka papierowych kubków po kawie. Ktoś przesunął taśmę, żeby przepuścić karetkę, a potem przywiązał ją z powrotem do słupka.

Jolanta podpisała zeznanie i dostała pozwolenie, by odjechać. Przed wyruszeniem otworzyła teczkę na siedzeniu pasażera. Jej zdjęcia krosien, szaf i sto osiemdziesiątej siódmej maszyny nadal wyglądały jak materiał do wyceny: zimne, proste kadry, w których rzeczy miały stan i numer.

Później te same zdjęcia dołączono do akt. Na jednym widać było pusty przejazd między krosnami, na którym nikt jeszcze nie zaznaczył miejsca upadku. Na innym — drzwi do biura Augustyniaka, uchylone o kilka centymetrów.

Jolanta zamknęła teczkę. Włączyła kierunkowskaz i wyjechała na drogę, nie patrząc w lusterko na halę. W domu umyła ręce dwa razy. Zapach rdzy i mokrego betonu nie zniknął od razu.

Dno pełne klocków
Ostatni kurs na pętlę
Nie ten człowiek w wodzie