Dziewiąte piętro bez wyjścia
Na starej klatce schodowej Joanna Pawlak znajduje pielęgniarkę martwą, a za drzwiami mieszkania czeka dziewczyna, której nikt nie pozwala mówić. W deszczowym wieżowcu każdy ma własną wersję prawdy — i coś do ukrycia.
Joanna Pawlak miała jeszcze mokry rękaw po poręczy, kiedy na półpiętrze poczuła zapach świecy.
Zatrzymała się, żeby przełożyć teczkę z jednej ręki do drugiej. Zlecenie z ośrodka pomocy społecznej, dwie strony wydruku, na wierzchu podpis Edyty Paczkowskiej. Woda z kurtki spływała jej za nadgarstek. Na ekranie telefonu świeciła dwudziesta zero trzy; pod spodem trzy nieodebrane połączenia od matki Leny, wszystkie sprzed godziny. Joanna nie oddzwaniała. Miała dość słuchania, że Lena źle się czuje i nie może podejść do telefonu.
Deszcz walił w wysokie okna klatki tak mocno, że szyby drżały w metalowych ramach. Winda jechała gdzieś między piętrami, zgrzytając. Joanna wybrała schody, bo stara winda lubiła stawać, a na tę klatkę i tak prawie nikt nie wchodził. Lokatorzy korzystali z nowszego wejścia od podwórza; tutaj wciąż pachniało mokrym betonem, kurzem i czymś kwaśnym, co wychodziło ze ścian po każdym większym deszczu.
Miała wejść do Leny, porozmawiać o lekach i ustalić, czy dziewczyna zgodzi się na kolejne spotkanie z pielęgniarką. Annę Bednarczyk znała krótko. Zawsze mówiła rzeczowo, nawet przy Edycie, i nie podnosiła głosu, kiedy tamta przerywała. Dziś miała dołączyć do wizyty. Joanna była z tego zadowolona, choć nie powiedziała tego przez telefon. Lena miała dwadzieścia kilka lat, ale każda rozmowa z nią odbywała się przy matce. Kiedy Joanna próbowała zadzwonić bezpośrednio, telefon odbierała Edyta.
Na półpiętrze między czwartym a piątym piętrem widać było słabe światło. Joanna weszła na ostatni stopień i zwolniła.
Anna klęczała przy ścianie.
Przez pierwszą sekundę Joanna pomyślała, że pielęgniarka zasłabła. Potem zobaczyła jej ręce. Nadgarstki miała związane za plecami czymś cienkim, ciemnym; sznurek wcinał się w skórę. Głowa opadła jej na bok. Na szyi, tuż pod linią włosów, biegły sine, nierówne ślady. Nie wyglądała, jakby klęczała z własnej woli. Wyglądała, jakby ktoś ją ustawił.
Joanna cofnęła stopę. Teczka wysunęła jej się spod pachy i uderzyła o schodek. Nie podniosła jej.
Przy ciele stała metalowa miska. Woda w środku miała szary połysk, a na betonie wokół rozsypały się kryształki soli. Dwie krótkie świece dopalały się w spodkach, knot jednej dymił. Na czole Anny ktoś narysował sadzą znak: krzywy, czarny krzyż zamknięty w kółku. Joanna nie umiała odgadnąć, czy miał coś znaczyć, czy tylko wyglądać jak coś, co powinno znaczyć.
Zrobiła jeszcze jeden krok w tył. Podeszwa jej buta zatrzymała się na mokrym śladzie, ale nie przesunęła go. Oddech rwał jej się płytko, za szybko. Zmuszała się, by patrzeć na twarz Anny, nie na jej szyję. Nie dotykać. Niczego nie poprawiać. Nie sprawdzać pulsu.
Wyjęła telefon. Palce ślizgały jej się po ekranie.
— Numer alarmowy, słucham — odezwała się kobieta.
— Jestem w wieżowcu przy ulicy… — Joanna przełknęła ślinę i podała adres. — Znalazłam kobietę. Chyba nie żyje. Ma związane ręce. Proszę wysłać policję i pogotowie.
Dyspozytorka kazała jej zostać na miejscu i nie podchodzić do ciała. Joanna spojrzała na własne buty. Czarne, przemoknięte, na podeszwach zebrany piasek z chodnika. Nie wiedziała, gdzie postawić następny krok, więc stała nieruchomo, telefon przyciśnięty do ucha, słuchając pytań o wiek ofiary i oddech, którego nie sprawdzała.
Wtedy otworzyły się drzwi na piątym piętrze.
Edyta Paczkowska wyszła na klatkę w długim szarym swetrze. Nie miała butów, tylko grube skarpety. Jedną ręką przytrzymywała drzwi, drugą osłaniała się przed chłodem, jakby właśnie wyszła wyrzucić śmieci. Zobaczyła Joannę, potem spojrzała w dół schodów. Jej twarz zastygła na ułamek sekundy; zaraz potem ruszyła w ich stronę.
— Boże. Co się stało?
— Proszę zostać tam, gdzie pani jest — powiedziała Joanna. Dyspozytorka wciąż mówiła jej do ucha. — Zadzwoniłam po służby.
Edyta zeszła o jeden stopień, ale się zatrzymała. Dłoń zacisnęła na poręczy. Na kciuku miała ciemną smugę, jakby dotknęła sadzy albo przypalonego knota.
— To Anna? — zapytała.
Joanna nie odpowiedziała od razu. Przez telefon podała dyspozytorce, że na miejscu jest jeszcze jedna osoba.
— To Anna? — powtórzyła Edyta ciszej.
— Tak. Proszę niczego nie dotykać.
Edyta zakryła usta. Nie było jasne, czy powstrzymuje płacz, czy oddech. Popatrzyła na ciało, potem na miskę. Joanna zauważyła, że jej wzrok zatrzymał się na niej odrobinę dłużej niż na twarzy Anny.
— Pod miską leżała sól? — spytała.
Joanna ścisnęła telefon.
— Skąd pani wie o misce?
— Widziałam, jak wchodziłaś. — Edyta wskazała schody. — Słyszałam coś. Nie wiem. Myślałam, że…
— Powiedziałam tylko, że Anna nie żyje.
Edyta poruszyła ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. W korytarzu za jej plecami stały uchylone drzwi mieszkania. Z wnętrza dochodził telewizor ustawiony głośniej, niż trzeba było. Joanna słyszała pogodynkę, która zapowiadała dalsze opady.
— To Dorian — powiedziała Edyta w końcu. — Niedźwiecki, z dołu. Od dawna miał z Anną na pieńku. Kłócili się o jej wizyty u Leny. Wszyscy to słyszeli.
— Widziała go pani dzisiaj?
— Nie. Ale on… — Edyta urwała i popatrzyła na zwłoki. — On nie lubił, kiedy Anna przychodziła.
Joanna nie zdążyła zapytać, skąd Edyta wiedziała o tych kłótniach. Dyspozytorka prosiła ją, żeby podała dokładne piętro, a z dołu klatki dobiegło głuche stuknięcie drzwi wejściowych. Ktoś wszedł do budynku. Kroki nie ruszyły w górę.
Za plecami Edyty, w szczelinie między drzwiami a futryną, pojawiła się Lena.
Była blada, w za dużej bluzie, z włosami przyklejonymi do policzka. Nie spojrzała na matkę. Patrzyła prosto na Joannę. Przez moment stała nieruchomo, jakby czekała na pozwolenie, którego nikt nie zamierzał jej dać.
Potem uniosła rękę.
Na przegubie miała świeży, czerwony ślad. Wąski, równy, z ciemniejszymi punktami po obu stronach — od czegoś, co zaciskało się tam dostatecznie mocno i niedawno.
Lena nie wydała z siebie głosu. Edyta odwracała już głowę.
Joanna patrzyła na ślad, a telefon przy jej uchu wciąż powtarzał: „Proszę nie rozłączać się”. Lena opuściła rękę. Drzwi za nią zaczęły się zamykać.
Drzwi domknęły się cicho. Lena zniknęła za nimi, a Edyta została na schodach, z jedną dłonią na klamce. Joanna nie zdążyła nic powiedzieć. Z dołu nadeszły szybkie kroki, potem policyjny głos kazał wszystkim pozostać na miejscu.
Była dwudziesta dwadzieścia, kiedy na klatkę weszli dwaj policjanci w mokrych kurtkach. Ratownicy przyjechali chwilę później. Jeden z nich przykucnął przy Annie, drugi odsunął Joannę i Edytę na korytarz. Nie było pośpiechu w jego ruchach. Zajrzał pod powieki, dotknął szyi w rękawiczkach, a potem spojrzał na kolegę. Joanna usłyszała, jak mówi godzinę. Nikt nie przykrył ciała od razu. Przez kilka minut świeczki dalej paliły się w spodkach, a ich małe płomienie poruszały się od przeciągu.
Policjant poprosił Joannę, żeby opowiedziała, co widziała. Powiedziała o telefonie na numer alarmowy, o śladach na szyi Anny, o sznurku, misce i soli. Trzymała się tego, co zauważyła, nie tego, co jej się wydawało. Funkcjonariusz zapisywał w notesie, czasem przerywał pytaniem o odległość od ciała, o to, gdzie stanęła, czy dotykała poręczy. Joanna odpowiedziała, że nie podeszła. Nie wspomniała o mokrym śladzie pod butem, dopóki nie zapytał, czy widziała na schodach plamy. Wtedy powiedziała, że jedna była pod jej podeszwą, ale nie wie, czy powstała wcześniej.
Nie pozwolono jej wrócić po teczkę. Została przy ścianie na korytarzu, przemoczona, z pustymi rękami. Kiedy zapytała o Lenę, policjant odparł, że na razie rozmawiają z matką i że dziewczyna jest bezpieczna w mieszkaniu. Joanna spojrzała na zamknięte drzwi. Za nimi nie było słychać telewizora. Edyta wyszła już w butach, narzuciła płaszcz i mówiła spokojnie, niemal łagodnie. Tylko raz podniosła głos, kiedy policjant zapytał, czy Lena mogła zrobić krzywdę Annie.
— Moja córka bywa agresywna — powiedziała. — Anna przyszła właśnie dlatego, że Lena miała dostać pilną konsultację psychiatryczną. Chciała jej pomóc, ale Lena nie zawsze rozumie, co się dzieje.
Joanna poczuła, jak zaciska szczękę. Znała ten sposób mówienia. Zdania układały się tak, żeby nikt nie musiał pytać, dlaczego dorosła kobieta nie mogła odebrać własnego telefonu, dlaczego jej matka odpowiadała za nią, dlaczego na przegubie miała świeży ślad.
O dwudziestej czterdzieści kilka policjanci sprowadzili z dołu Doriana Niedźwieckiego. Miał na sobie sweter i spodnie od dresu, stopy w gumowych klapkach. Na pytanie, czy był tego wieczoru w budynku, odpowiedział, że tak. Zszedł po przesyłkę, potem wrócił na dół. Przyznał też, że pokłócił się z Anną kilka dni wcześniej. Mówił o tym bez oporu, z niechęcią człowieka, który wie, jak jego słowa zabrzmią.
— Nie chciała, żebym się wtrącał — powiedział. — Mówiła, że mam dać Lenie spokój. A ja jej mówiłem, że niech pani Edyta przestanie zamykać córkę na klucz.
Policjant uniósł głowę znad notatnika. Dorian zerknął na Joannę, jakby dopiero teraz zauważył, że ona słucha.
— Co pan powiedział? — spytała Joanna.
— To, co słyszałem. Krzyki. Nie raz. Zgłaszałem to. Mam numer interwencji, jakby ktoś chciał sprawdzić.
Edyta przerwała mu z korytarza. Powiedziała, że Dorian od miesięcy skarży się na wszystko, że opowiada sąsiadom o obrzędach, które rzekomo odprawia, i że to on straszył Lenę. Jej głos nie drżał. Dorian parsknął krótko, ale nie odpowiedział. Jeden z policjantów odszedł na bok, zadzwonić do dyżurnego.
Joanna wyjęła telefon. Ekran był pęknięty przy rogu, mokry od deszczu. W wiadomościach od Anny znalazła tę wysłaną przed wizytą: „Spróbuj porozmawiać z Leną bez matki. Niech sama odpowie, nawet jeśli będzie trudno. Mam wrażenie, że Edyta nie pozwoli jej powiedzieć wszystkiego”. Joanna przeczytała ją dwa razy. Nie pokazała policjantowi od razu. Najpierw poprosiła, żeby zanotował godzinę wysłania i numer nadawcy; potem odblokowała ekran i podała mu telefon, nie puszczając go z oczu, kiedy robił zdjęcie wiadomości.
Przez chwilę miała wrażenie, że sprawy wreszcie układają się w jedną linię: Anna próbowała pomóc Lenie, Dorian słyszał krzyki, a Edyta od początku kierowała rozmowę na sąsiada i jego rzekome obrzędy. Potem wrócił do niej obraz miski. Nie metalowej, tej przy ciele, lecz podobnej, płytkiej, z wyszczerbionym rantem. Stała na podłodze w mieszkaniu Leny podczas jednej z wcześniejszych wizyt. Joanna pamiętała mokry zapach ziół i Edytę, która powiedziała, że to sposób na uspokojenie córki. Wtedy Joanna uznała, że chodzi o domowy przesąd. Lena siedziała na łóżku i nie patrzyła na miskę.
Dorian czekał przy ścianie, aż skończą z nim rozmawiać. Joanna podeszła na tyle blisko, na ile pozwalał policjant.
— Ten numer interwencji — powiedziała. — Może go pan podać funkcjonariuszowi?
— Już podałem. Zgłaszałem krzyki, nie żadne duchy. Powiedzieli, że nie mogą wejść, bo pani Edyta nie otwiera. Potem ona rozpowiadała, że to ja coś odprawiam. — Spojrzał na jej mokry rękaw. — Pani tam była?
Joanna nie odpowiedziała. Nie chciała mu powiedzieć, że właśnie tam znalazła ciało. Nie musiała. Dorian popatrzył na nią i spuścił wzrok.
Dyżurny potwierdził numer zgłoszenia. Policjant zapisał go w notesie, a jego twarz zmieniła się ledwie zauważalnie. Nie wystarczyło to, żeby kogokolwiek zatrzymać, ale wystarczyło, by przestać traktować Doriana jak jedyne nazwisko na liście. Edyta siedziała teraz na krześle przy wejściu, ręce złożone na kolanach. Kiedy jeden z funkcjonariuszy zapytał ją ponownie o Lenę, powiedziała, że córka jest chora, wystraszona i nie powinna być niepokojona.
O dwudziestej pierwszej dwadzieścia pięć Joanna usłyszała z mieszkania przeciągły zgrzyt. Jak ciężka szafka przesuwana po panelach. Policjant stojący przy drzwiach przerwał rozmowę. Za ścianą coś stuknęło, potem odezwała się Edyta, już bez spokojnego tonu.
— Na kolana, Lena. Powiedziałam: na kolana.
Joanna ruszyła do drzwi. Policjant zagrodził jej drogę, ale tym razem nie cofnęła się.
— To nie skończyło się, kiedy Anna umarła — powiedziała. — Ona jest tam z Leną. Ten ślad na jej ręce był świeży. Proszę wejść.
Z wnętrza nie dobiegła odpowiedź. Tylko cichy szelest, jak materiał przesuwający się po podłodze. Funkcjonariusz zapukał mocno, przedstawił się i zażądał otwarcia. Edyta milczała. Joanna usłyszała jeszcze jeden krótki stuk, a potem ciszę tak pełną, że przez moment znów słyszała deszcz za oknami klatki.
Policjant przyłożył dłoń do drzwi. Powiedział drugiemu, żeby wezwał wsparcie. Joanna patrzyła na klamkę. Za nią Lena nie odpowiadała, a Edyta nie otwierała.
— Słyszałem uderzenie i polecenie, żeby uklękła — powiedział funkcjonariusz. — Mamy wcześniejsze zgłoszenie i ślad na ręce. Wchodzimy.
Zadzwonił jeszcze raz. Przedstawił się, oznajmił, że w mieszkaniu może być osoba zagrożona, i zażądał otwarcia. Cisza. Drugi policjant stanął bokiem do drzwi, osłonił twarz przed odpryskami i uderzył barkiem. Zamek puścił po drugim razie. Drzwi wpadły do środka, zahaczając o stojącą za nimi szafkę.
Joanna została na korytarzu. Zobaczyła tylko fragment pokoju: stół odsunięty pod ścianę, krzesło przewrócone na bok, koc rozłożony na panelach. Potem policjant kazał jej się cofnąć.
— Policja! Ręce, pokaż ręce!
— To tylko leczenie — odpowiedziała Edyta. Głos miała równy, ale za wysoki. — Ona znowu nie wie, co robi.
Rozległo się szuranie. Ktoś zaklął. Funkcjonariusze weszli głębiej, jeden po drugim. Joanna usłyszała krótką komendę, potem płacz, cichy i urywany. Kiedy policjant wyszedł do przedpokoju, kazał ratownikom wejść. Drugi trzymał Edytę przy ścianie, jej ręce spięte z tyłu. Szary sweter zsunął się jej z jednego ramienia. Na kciuku wciąż miała czarną smugę.
Lena siedziała na podłodze. Była przytomna, ale przez dłuższą chwilę nie podnosiła głowy. Na obu nadgarstkach miała czerwone pręgi, świeże, z drobnymi otarciami. Wyżej, pod rękawami bluzy, ciągnęły się starsze, żółtawe zasinienia. Ratowniczka przykucnęła przed nią, zapytała o ból i zawroty. Lena odpowiedziała, że boli ją ręka. Potem, kiedy funkcjonariuszka poprosiła, żeby powiedziała, co się stało, spojrzała na Joannę.
— Anna miała mi pomóc wyjść — powiedziała. — Chciała zabrać mnie na policję. Powiedzieć, że mama zamyka mnie w mieszkaniu. Że mnie wiąże.
Edyta poruszyła się przy ścianie.
— Lena jest chora. Nie rozumie, co mówi.
Policjant nie odwrócił głowy. Kazał jej milczeć. Lena ścisnęła dłonie ratowniczki, jakby próbowała utrzymać je w miejscu.
— Mama powiedziała Annie, że chce porozmawiać bez mojego udziału. Na starej klatce. Powiedziała, że ja nie przyjdę, bo źle się czuję. Anna poszła, bo myślała, że będzie mogła przekonać mamę, żeby mnie puściła.
Oddech Leny zwolnił. Joanna widziała, jak ratowniczka nie odrywa od niej wzroku.
— Mama kazała jej uklęknąć. Związała jej ręce. Mówiła, że trzeba mnie oczyścić, że Anna wszystko popsuła. Anna powiedziała, że i tak zawiadomi policję. Wtedy mama ją udusiła.
Edyta zamknęła oczy. Nie zaprzeczyła. Jej piersi uniosły się raz, głęboko, a potem znowu oddychała płytko, przez nos.
Joanna przypomniała sobie jej pytanie na klatce: czy pod miską leżała sól? Wtedy nie wiedziała jeszcze, że Joanna widziała miskę. Przypomniała sobie też, jak Edyta bez wahania wskazała Doriana, zanim ktokolwiek spytał ją o jego nazwisko. Dorian miał krzyczeć, odprawiać obrzędy, nękać Annę. Tymczasem jego numer interwencji leżał w policyjnym notesie, a jego zgłoszenia o krzykach w mieszkaniu mogły zostać sprawdzone.
W mieszkaniu fotografowali sznurek, miskę i ślady na podłodze. Na kuchennym blacie stały dwie niedopalone świece. W szufladzie pod ściereczkami znaleźli telefon Anny. Policjant założył rękawiczki, nie dotknął ekranu i wezwał technika. W śmietniku leżał zwinięty ręcznik z sadzą na rogu. Na stole, pod gazetą, leżała kartka z nazwiskiem Leny, datami i krótkimi zapisami: „bez telefonu”, „drzwi zamknięte”, „nie pozwolić wyjść”. Joanna widziała, jak funkcjonariusz robi zdjęcia, zanim wsunął kartkę do koperty dowodowej.
Nic z tego nie było jeszcze wyrokiem. Policjant powiedział to, kiedy Joanna zapytała, czy Edyta zostanie zatrzymana. Powiedział, że na razie zabezpieczają miejsce, rozdzielają świadków i ustalają przebieg zdarzeń. Lena miała pojechać do szpitala. Jej zeznania trzeba będzie przyjąć ponownie, w odpowiednich warunkach. Ciało Anny miało przejść sekcję. Ślady na sznurku i ubraniach zostaną porównane. Telefon sprawdzony. Wcześniejsze zgłoszenie Doriana zweryfikowane.
Edyta została wyprowadzona z mieszkania w kajdankach. Nie szarpała się. Na korytarzu zobaczyła Joannę i na moment zatrzymała wzrok na jej twarzy.
— Miałaś jej pomagać — powiedziała.
Joanna nie odpowiedziała. Policjant poprowadził Edytę dalej, w stronę schodów i mokrego wejścia. Nie było w jej głosie prośby. Brzmiała jak wyrzut za niedopełniony obowiązek.
Dorian stał przy ścianie na dole, już w kurtce, z numerem interwencji zapisanym na odwrocie paragonu. Policjant powiedział mu, że będzie musiał złożyć zeznania. Dorian skinął głową. Nie wyglądał na zadowolonego. Patrzył na drzwi mieszkania Edyty, dopóki funkcjonariusz nie poprosił go, żeby wrócił do siebie.
Ratownicy wyprowadzili Lenę na noszach, choć była przytomna. Przykryli ją kocem, który zsunął się z ramienia, kiedy mijali Joannę. Lena wyciągnęła rękę. Joanna dotknęła jej palców, ostrożnie, omijając czerwone ślady.
— Nie musisz teraz nic mówić — powiedziała.
Lena kiwnęła głową. Drzwi windy otworzyły się z opóźnieniem. W środku pachniało gumową wykładziną i środkiem do mycia podłóg. Ratowniczka weszła obok niej, policjant za nimi. Lena zniknęła za zamykającymi się drzwiami bez pożegnania.
Przed dwudziestą drugą Joanna siedziała na składanym krześle przy wejściu. Miała nadal mokry rękaw i nie miała teczki z dokumentami, którą zostawiła na schodach. Technik poprosił ją o opisanie jeszcze raz, gdzie stała, co widziała i kiedy Edyta wyszła z mieszkania. Policjant uprzedził, że wezwą ją do uzupełniających zeznań. Podał jej nazwisko prowadzącej sprawę i numer telefonu.
Kiedy wychodziła, deszcz osłabł. Na starej klatce pracował już technik, fotografując świece i szare kryształki soli. Joanna nie weszła tam ponownie. W głównym korytarzu minęła ślad po mokrych podeszwach i miejsce, gdzie leżała jej teczka. Ktoś odsunął ją pod ścianę. Kartki nasiąkły wodą, podpis Edyty rozmazał się na pierwszej stronie.
Na ekranie telefonu nadal widniały trzy nieodebrane połączenia od matki Leny. Joanna nie oddzwoniła. Schowała telefon do kieszeni i wyszła na deszcz, wiedząc, że od tej nocy każde z tych połączeń będzie miało już inny ciężar.