Thriller

Ostatnia zmiana na torze

W dusznej kręgielni ginie krupier, a na zakurzonym torze pojawia się ślad, którego nie da się wyjaśnić. Józef wie, że prawda może kosztować go więcej niż pracę.

Ostatnia zmiana na torze

— Nie szarp za kabel — powiedział Józef do siebie, choć w pomieszczeniu był sam.

Przewód klimatyzatora przebiegał nad sufitem z płyt pilśniowych, potem znikał za rurą kanalizacyjną i wychodził przy rozdzielni w postaci czarnego, spękanego ogona. Józef podświetlił go latarką. Na palcach został mu pył i coś lepkiego, pewnie stary smar. Wytarł dłoń o spodnie robocze. Na ekranie telefonu była czwarta siedemnaście, a nieodebrane połączenie od Nataniela Tomczaka zdążyło zmienić się w trzy kolejne.

Na zewnątrz beton pod wejściem oddawał ciepło po całym dniu. Uderzyło go w twarz, kiedy wysiadł z busa, ciężkie i nieruchome. Nad niskim budynkiem wisiało światło latarni, pod którym ćmy obijały się o klosz. Kręgielnia stała na uboczu, między hurtownią części samochodowych a zamkniętym składem budowlanym. Szyld „BOWLING” miał wypalone dwie litery. W środku klimatyzacja pracowała z wysiłkiem, jak ktoś, kto od dawna nie ma już czym oddychać.

Józef znał zapach tego miejsca: rozlanego piwa, kurzu z torów, środków do czyszczenia podłóg i wilgoci z łazienki przy szatni. Od miesięcy przyjeżdżał tu naprawiać chłodzenie, wymieniać bezpieczniki, czasem łatać instalację, która powinna była zostać wymieniona jeszcze za poprzedniego właściciela. Za te zlecenia płacili gotówką. Bez faktury, bez pytań. Pieniądze trafiały do koperty na kuchennym stole matki, między rachunek za gaz a pudełko leków. Józef nie pytał, co dzieje się za drewnianą ścianką postawioną przy torach.

Nie pytał, bo chciał zachować pracę. I dlatego, że wolał nie sprawdzać, co sam o tym myśli.

Nataniel czekał przy wejściu do sali. Miał rozpiętą koszulę, a na karku ciemny pas potu. Wskazał kciukiem na sufit.

— Znowu padła. Ludzie siedzą w takim zaduchu, że zaraz zaczną się bić.

— Bezpieczniki sprawdzałem w zeszłym tygodniu.

— To sprawdź jeszcze raz. Tylko szybko.

Za prowizoryczną ścianką krzesła stały ciasno wokół dwóch stołów do gry. Na zielonym suknie leżały żetony, karty i szklanki z wodą, której nikt nie pił. Nie było krzyków ani śmiechu. Gracze czekali na wznowienie, rozgrzani i zmęczeni; jeden skubał skórkę przy kciuku, drugi przesuwał żetony w równy stos, choć gra jeszcze się nie zaczęła.

Józef rozpoznał Kordiana Janika po głosie, zanim zobaczył jego puste krzesło. Krupier zwykle mówił cicho, z lekkim przeciąganiem samogłosek. Teraz przy stole siedziała kobieta w jasnej bluzce, trzymając dłonie na kolanach. Nataniel przedstawił ją jako Ewę Kozę, znajomą Kordiana. Miała spokojną twarz i starannie spięte włosy. Nie wyglądała na kogoś, kto czeka na grę, ale żetony leżały przed nią.

Przy drzwiach jeden z mężczyzn wstał i sięgnął po kurtkę.

— Już? — spytała Ewa.

— Rano mam robotę.

— Jako mój podopieczny powinieneś dziś szczególnie uważać.

Powiedziała to półgłosem, niemal życzliwie. Mężczyzna spojrzał na nią, potem na resztę stołu. Ktoś prychnął. Józef uznał, że to żart o hazardzie, jeden z tych, które mają rozładować atmosferę, a tylko ją zagęszczają. Mężczyzna powiesił kurtkę z powrotem na krześle.

— Kordian gdzie? — spytał Józef.

Nataniel odwrócił głowę w stronę zaplecza.

— W socjalnym. Miał coś ogarnąć. Zobacz mu tam, może bezpiecznik wyrzuciło.

Za ścianką kończyły się działające tory. Dalej zaczynała się część zamknięta: maszyny do ustawiania kręgli stały bez zasilania, a na pasach przy torach piętrzyły się pudła po alkoholu i zużyte krzesła. Z sufitu kapało gdzieś do metalowego wiadra. Józef przeszedł obok, licząc w myślach odgłosy instalacji. Buczenie wentylatora. Krople. Stłumione przesunięcie krzesła za ścianą.

Pomieszczenie socjalne było małe, bez okna. Klamka ustąpiła dopiero za drugim razem. W środku pachniało spirytusem i czymś kwaśnym. Kordian siedział przy stole, głowę miał opartą na ramieniu. Jedna ręka zwisała wzdłuż krzesła. Na blacie stała butelka wódki, obok kilka pomarańczowych opakowań leków i kubek z zaschniętym osadem po kawie.

— Kordian?

Józef dotknął jego barku. Materiał koszuli był chłodny i wilgotny. Krzesło zachwiało się lekko, ale Kordian nie podniósł głowy. Józef cofnął rękę. Nie musiał sprawdzać drugi raz, żeby wiedzieć. Mimo to przykucnął, przyłożył dwa palce do szyi. Skóra pod nimi była zimna. Nie znalazł pulsu.

Na stole leżała kartka, zagięta w pół. Kilka słów zapisano nierówno, jakby dłoń drżała: kwota, kreska, kolejna kwota. Na końcu widniało „nie mam już z czego”. Józef nie dotknął papieru. Przez chwilę słyszał wyłącznie własny oddech i brzęczenie świetlówki nad drzwiami.

Wyszedł na korytarz. Nataniel podszedł od razu.

— Co jest?

Józef spojrzał na niego. Nataniel przestał się pocić czy tylko przestał ocierać kark? W tej chwili nie umiał rozpoznać różnicy.

— Kordian nie żyje. Dzwoń po pogotowie.

— Czekaj. Najpierw stoły. Jak wejdzie policja i zobaczy to wszystko, będziemy mieli problem.

— To dzwoń po policję.

— Józek, posłuchaj. Daj mi pięć minut. Niech chłopaki złożą grę, pozbierają żetony. Nikt nie musi tu robić cyrku.

Józef wyjął telefon. Kciuk dwa razy ześlizgnął mu się z ekranu, zanim wystukał 112. Podał adres, powiedział, że znalazł nieprzytomnego mężczyznę i nie wyczuwa pulsu. Głos dyspozytorki był spokojny, rzeczowy. Kazała mu niczego nie ruszać, poleciła sprawdzić oddech jeszcze raz i zostać na miejscu. Nataniel stał obok, nieruchomy, z ustami ściśniętymi w cienką linię.

— Sam dzwoniłem po ciebie — powiedział. — Chciałem, żebyś tylko naprawił klimę.

Józef wrócił w stronę zaplecza. Nie wiedział, czy chciał znów zobaczyć Kordiana, czy tylko upewnić się, że tamten naprawdę nie może już nic powiedzieć. Zatrzymał się przy nieużywanym torze. Na jasnych kafelkach, tuż przy krawędzi pasa, widniała świeża, ciemnoczerwona smuga. Nie była większa od paznokcia. Jej błyszczący koniec przecinał kurz, który zalegał tu od tygodni.

Pomieszczenie socjalne było po drugiej stronie sali.

Józef spojrzał na ślad, potem na swoje dłonie. Nie miał na nich krwi. Za prowizoryczną ścianką ktoś cicho zebrał karty ze stołu. Potem zapadła cisza, jakby wszyscy naraz przestali oddychać.


Pierwszy przyjechał patrol, potem karetka, która nie miała już czego robić. Ratownik wszedł do socjalnego, dotknął szyi Kordiana i spojrzał na Józefa bez słowa. Policjanci kazali wszystkim odsunąć się od stołów. Nataniel próbował jeszcze mówić o prywatnym lokalu, o gościach, którzy nie chcą mieć nazwisk w protokole. Funkcjonariusz zapisał jego dane i poprosił, żeby usiadł pod ścianą.

Świt przyszedł bez ulgi. Beton za oknami zmienił kolor z czarnego na brudnoszary, a powietrze w kręgielni zgęstniało. Klimatyzacja wciąż nie działała. Na torach stały puste butelki, kubki i krzesła odstawione tak równo, jakby ktoś zdążył sprzątać, zanim zrozumiał, że nie powinien.

Policja zabezpieczyła pomieszczenie socjalne, stoły i wejście na zaplecze. Fotograf robił zdjęcia śladów, technik rozkładał znaczniki. Józef nie podchodził do toru ani do smugi krwi. Stał tam, gdzie mu kazano, i odpowiadał na pytania. Wskazał rozdzielnię, wyjaśnił, które obwody wyłączały chłodzenie, a które zasilały kamery. Powiedział, że kamera nad wejściem działała, ta przy kasie czasem traciła obraz, a ta skierowana na nieużywane tory od miesięcy była odłączona, bo przewód przetarł się przy suficie.

— Pan to naprawiał? — spytała policjantka w cywilnym ubraniu.

— Nie. Nataniel nie chciał wyłączać sali. Miałem wrócić z częścią.

— Kiedy?

Józef podał dzień. Policjantka zanotowała to bez komentarza. Nazywała się Daria Grabowska. Miała przyklejony do rękawa fragment taśmy zabezpieczającej i zmęczenie widoczne w sposobie, w jaki opierała długopis o notes.

Nagrania z kamer zabrano od razu. Józef widział, jak technik odłącza rejestrator, opisuje kable i wkłada urządzenie do torby. Nie pozwolono mu zajrzeć do środka. Pokazał tylko, które kontrolki oznaczały zapis, a które awarię. Na monitorze z kasą, zanim go wyłączono, przez chwilę przesunął się obraz sali: gracze siedzący przy stołach, Ewa z dłońmi na kolanach, Nataniel wychodzący na korytarz. Potem ekran zgasł.

Przesłuchiwali ich osobno. Nataniel nie zaprzeczał, że prowadził grę. Mówił, że Kordian miał długi i że ostatnio domagał się wypłaty, której nie było z czego zrobić. Przyznał, że kłócili się kilka dni wcześniej. Kiedy Daria spytała, dlaczego chciał opóźnić wezwanie służb, odpowiedział, że bał się kontroli i zamknięcia lokalu. Brzmiało to wiarygodnie. Brzmiało też jak coś, czego można się spodziewać po człowieku, który właśnie siedział przy nielegalnym stole, kiedy umarł jego krupier.

Ewa mówiła spokojnie. Kordian, zapewniała, od tygodni przegrywał. Bał się utraty pracy, bał się wierzycieli, powtarzał, że nie potrafi już niczego naprawić. Kartka na stole pasowała do tego obrazu. Józef usłyszał jej głos przez uchylone drzwi korytarza i rozpoznał łagodne przeciąganie końcówek zdań. Nie zmienił się nawet wtedy, kiedy mówiła o człowieku, którego znalazła martwego.

— Jest pan przekonany, że to samobójstwo? — zapytała ją Daria.

— Nie jestem lekarzem — odparła Ewa. — Ale Kordian sam mówił, że nie widzi wyjścia.

Józef patrzył na własne buty. W pamięci wróciła mu plama przy torze, jej błyszczący koniec na zakurzonych kafelkach. Kamera tam nie sięgała. Kartka też nie dawała mu spokoju. Kwoty, krótkie kreski, zdanie „nie mam już z czego”. Nie brzmiało jak pożegnanie. Raczej jak notatka sporządzona przez kogoś, kto próbował streścić cudze kłopoty.

Po południu Daria wypuściła go z poleceniem, żeby nie wyjeżdżał z miasta i odbierał telefon. W domu matka pytała, czy jadł. Józef otworzył lodówkę, popatrzył na garnek z zupą i zamknął ją bez dotykania. Pod powiekami miał białe światło świetlówki z zaplecza. Wieczorem, gdy siedział na schodach przed blokiem, zadzwonił nieznany numer.

Igor Rybak mówił szybko i cicho. Spotkali się na parkingu przy całodobowej stacji, między dystrybutorem a rzędem automatów do kawy. Igor miał spuchnięte oczy i bluzę z kapturem, choć noc była ciepła. Co chwilę oglądał się na drogę.

— Nie mogę iść na policję — powiedział. — Mam kuratora. Jak mnie wpiszą w te gry, sąd dostanie raport i po mnie.

Wyjął z kieszeni kilka złożonych kartek oraz telefon. Pokazał Józefowi przypomnienia o spotkaniach z Ewą: daty, godziny, krótkie wiadomości, żeby był punktualnie. Potem przesunął palcem po ekranie do kalendarza, w którym zapisał, kiedy przychodził do kręgielni. Kilka godzin pokrywało się niemal co do minuty. Przy innych spotkaniach widniały nazwiska dwóch graczy, których Józef pamiętał z sali.

— Mówiła, że to kontrola — dodał Igor. — A potem siedzieliśmy przy stole. Czasem płaciłem jej przed grą. Czasem po.

Józef poczuł, jak chłód stacji przechodzi przez cienką podeszwę buta. Przez moment uznał, że rozumie. Ewa brała pieniądze od ludzi objętych dozorem, a Kordian zobaczył szansę, żeby ich przycisnąć albo samemu wyjść na czysto. Nataniel miał długi, Ewa miała dostęp do graczy, Kordian miał kartkę z kwotami. Wszystko układało się w przestępstwo, które mogło skończyć się kłótnią i śmiercią.

Zadzwonił do Darii. Nie opowiedział jej swojej wersji. Podał nazwiska, daty i to, co pokazał Igor. Policjantka kazała mu niczego nie wysyłać dalej i nie kontaktować się z Ewą. Po godzinie oddzwoniła. Mówiła krótko; poprosiła, żeby Igor stawił się rano i przyniósł telefon oraz kartki. Miała już nagrania z wejścia. Na części z nich widać było tych samych ludzi w dniach, kiedy według wiadomości mieli spotykać się z kuratorką.

Józef przekazał Igorowi, że policja chce go przesłuchać. Chłopak zacisnął palce na złożonych wezwaniach.

— Kordian też był jej podopiecznym — powiedział.

Józef nie odpowiedział.

Igor spojrzał na niego, jakby czekał, aż ten sam dokończy.

— To Kordian namówił nas, żebyśmy złożyli zawiadomienie w prokuraturze. Mieliśmy iść rano. Miał dowody. Nie tylko te kartki. Powiedział, że tym razem nie będzie z nią rozmawiał sam.

Na stacji przejechała ciężarówka. Szyby zadrżały, a w automacie z kawą przesunął się plastikowy kubek. Józef pomyślał o pustym krześle przy stole, o spokojnych dłoniach Ewy i o tym, że przed śmiercią Kordiana ktoś zdążył usunąć z kręgielni wszystko, co mogło wskazywać, dokąd naprawdę prowadziły jego długi. Zadzwonił do Darii jeszcze raz.

Tym razem nie pytał, czy mogą coś z tym zrobić. Powiedział, że Kordian miał rano iść do prokuratury. Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszał, jak policjantka prosi kogoś obok o natychmiastowe sprawdzenie, gdzie jest Ewa Koza.

Igor nadal trzymał kartki. Józef wiedział już, że rano nie będzie zwykłego przesłuchania. Ktoś zdążył zabić człowieka, zanim zdążył złożyć zawiadomienie. A teraz policja miała nazwisko, którego nie dało się już odłożyć do akt jako przypadkowego świadka.


Kiedy Daria wróciła do rozmowy, kazała Józefowi pozostać pod telefonem. Igor miał rano przyjść na komendę. Nie wolno mu było kasować wiadomości ani uprzedzać Ewy.

Igor skinął głową, choć Daria nie mogła tego widzieć. Złożył kartki jeszcze raz i schował je do kieszeni. Dłonie drżały mu tak mocno, że za drugim razem nie trafił w otwór bluzy.

— Myślisz, że ona wie? — zapytał.

— Nie wiem — odpowiedział Józef.

Nie powiedział, że Ewa przez cały wieczór wyglądała, jakby już wiedziała o wszystkim. Ani że wciąż słyszał jej spokojny głos, kiedy przypominała tamtemu mężczyźnie przy stole, że jest jej podopiecznym. Wtedy uznał to za żart. Teraz rozumiał, że wypowiedziała to tak po prostu, bo mogła.

Rano Daria zadzwoniła przed siódmą. Igor był już na komendzie. Przyniósł telefon, kartki z datami i wydruki przelewów. Dwóch innych mężczyzn zgodziło się zeznawać. Jeden przyszedł z żoną, która czekała na korytarzu z reklamówką z piekarni. Drugi przez pierwsze dwadzieścia minut zaprzeczał, że kiedykolwiek siedział przy stole w kręgielni. Potem pokazano mu nagranie z wejścia i przestał zaprzeczać.

Wszyscy opowiadali podobnie, choć nie używali tych samych słów. Ewa umawiała ich na spotkania, które miały dotyczyć dozoru. Czasem wskazywała godzinę w kręgielni, czasem mówiła, że rozmowa odbędzie się przy okazji. Znała ich sytuację z akt: zaległe alimenty, złamany zakaz, praca bez umowy, kolejna kontrola kuratora. Potem pojawiały się pieniądze. Jeśli ktoś odmawiał, słyszał o sprawozdaniu, które może wyglądać inaczej, niż by chciał. O sądzie, który nie musi dać kolejnej szansy.

W kręgielni łatwo było wytłumaczyć ich obecność. Przyszli grać. Przegrali. Nie mieli pieniędzy. Tak samo łatwo było wyjaśnić, dlaczego Kordian prowadził notatki z kwotami.

Daria spotkała się z Józefem po południu. Na stole w pokoju przesłuchań leżały kopie wiadomości. Krótkie zdania, bez nazwisk, bez słowa „pieniądze”. Godzina spotkania. Prośba, żeby przynieść „to, o czym rozmawiali”. Jedna wiadomość od Kordiana do Ewy brzmiała: „Rano składamy. Mam kopie od wszystkich”. Odpowiedź nie przyszła.

— On nie miał długu u Nataniela — powiedziała Daria. — Spisywał cudze wypłaty. I swoje też, jeśli coś jej przekazał.

Józef patrzył na kartkę z jego nierównym pismem, tę ze stołu w socjalnym. Kwoty i kreski. „Nie mam już z czego”. Nataniel mógł zrozumieć je jako rachunek z gry. Ewa wiedziała, co naprawdę znaczą.

— Dlatego tak dobrze opowiadała o jego przegranych — powiedział.

Daria przesunęła długopis między palcami.

— Znała jego problemy z akt. Znała ludzi, którym pomagał, i wiedziała, co powiedzą, jeśli spróbują się wycofać.

Na kręgielni technicy wrócili do śladów przy nieużywanym torze. Czerwona smuga, którą Józef zauważył nad ranem, była częścią ciągu drobnych plam. Zaczynały się przy końcu pasa, gdzie pod ścianą stały zwinięte maty, i urywały przy przejściu na zaplecze. Nie było ich dużo. Wystarczyło, że nie pasowały do drogi z pomieszczenia socjalnego. Wykryto je dopiero po zastosowaniu odczynników. Na krawędzi jednej z mat znaleziono włókna podobne do tych z koszuli Kordiana.

Sekcja wykluczyła samobójstwo. Kordian miał uraz głowy, którego nie dało się pogodzić z upadkiem przy stole. W pomieszczeniu socjalnym nie znaleziono śladów odpowiadających temu uderzeniu. Butelka, opakowania leków i kartka nie układały się w zdarzenie. Układały się w obraz, który miał zostać odczytany bez pytań.

Ewę zatrzymano następnego dnia w budynku sądu, przed wejściem do pokoju, w którym zwykle przyjmowała podopiecznych. Nie próbowała uciekać. W torbie miała teczkę z aktami i telefon. Policjanci poprosili ją, żeby poszła z nimi. Przez chwilę patrzyła na odznakę, potem zamknęła teczkę. Sekretarka zza biurka odwróciła wzrok.

Na przesłuchaniu Ewa zaprzeczyła, że przyjmowała pieniądze. Twierdziła, że wiadomości dotyczyły spotkań, a obecność podopiecznych w kręgielni była ich własną decyzją. O Kordianie mówiła krótko. Był w trudnym stanie, pił, przegrywał. Nie widziała go po zakończeniu gry.

Daria nie podniosła głosu. Położyła przed nią wydruk wiadomości Kordiana, później potwierdzenia wypłat, a na końcu zdjęcie śladu przy torze. Ewa zatrzymała wzrok na fotografii tylko na moment. Potem poprosiła o adwokata.

Tego samego dnia prokurator przedstawił jej zarzut zabójstwa. Zatrzymanie nie zamknęło sprawy, a przesłuchania nie przyniosły wyznania. Wystarczyło jednak, że ludzie, którzy wcześniej bali się mówić, zaczęli składać zeznania osobno, bez Ewy w pokoju. Ich relacje zgadzały się z wiadomościami i datami. Prokuratura dostała materiał dotyczący także wyłudzania pieniędzy i przekroczenia uprawnień. Nataniel usłyszał osobne zarzuty związane z prowadzeniem nielegalnych gier. Nie próbował już tłumaczyć, że stoły były tylko prywatnym spotkaniem znajomych.

Józef wrócił do kręgielni po tygodniu, po rzeczy zostawione w busie. Wejście było zamknięte, na szybie wisiała kartka o przerwie technicznej. Zza drzwi czuć było ten sam kwaśny zapach środków do podłóg. Nie włączono klimatyzacji. Nataniel czekał na przesłuchanie, Kordiana nie było, a pusty tor za ścianką znowu wyglądał jak kawałek zaniedbanego lokalu.

Józef pamiętał tamte dłonie Ewy, ułożone spokojnie na kolanach. Pamiętał, jak człowiek sięgnął po kurtkę i po jej słowach odwiesił ją z powrotem. Nie przyszedł tam tylko grać. Tak samo jak inni. Przychodzili, bo ktoś, kto miał pilnować, żeby wrócili do zwykłego życia, potrafił jednym zdaniem przypomnieć im, ile jeszcze mogą stracić.

W kieszeni zawibrował telefon. Daria napisała, że sprawa trafi do prokuratury jako zabójstwo. Józef przeczytał wiadomość, zablokował ekran i wsiadł do busa. Na siedzeniu pasażera leżał rachunek za część do klimatyzacji. Termin płatności minął trzy dni wcześniej.

Drzwi od podwórza
Inwentaryzacja po strzałach
Dym nad pustym silosem