Nie na sprzedaż
Lidia chce naprawić błąd, który kosztował Patryka prawa do jego zdjęć. On nie ufa korporacyjnym obietnicom, a chemia między nimi komplikuje każdą próbę zachowania dystansu.
— Nie, nie stawiaj tego tutaj.
Lidia zatrzymała się w progu, zanim zdążyła zdjąć rękawiczki. Mężczyzna z kubkiem kawy zawisł nad jasnym blatem, a stojący obok niego Patryk Kłos wskazał nań ołówkiem, jakby właśnie przyłapał kogoś na próbie kradzieży.
Za szybami deszcz zacinał w stronę ulicy Piotrkowskiej. Krople bębniły o parapet równym, upartym rytmem, tym samym, który Lidia słyszała od rana w samochodzie, podczas rozmowy z klientem i w przerwach między kolejnymi mailami. W pracowni pachniało mokrymi płaszczami, kawą i drewnem. Pył unosił się w świetle lamp mimo wyłączonego odkurzacza przemysłowego, osiadając na czarnych rękawach jej służbowego płaszcza.
— To blat po renowacji — wyjaśnił Patryk. — Kawa też zostawia ślady, nawet jeśli człowiek bardzo wierzy w pokrywki.
Pracownik ekipy cofnął kubek. Lidia zdjęła rękawiczki, wygładziła mankiet i spojrzała na mężczyznę, który właśnie pomógł jej zaoszczędzić pięć minut i przynajmniej jedną niezręczną rozmowę z klientem.
— Rozumiem, że taki sposób witania gości obowiązuje tu wszystkich, czy tylko tych, którzy przyjeżdżają z harmonogramem?
Kącik ust Patryka drgnął.
— Zależy. Czy pani zawsze mówi językiem harmonogramu?
— Tylko kiedy ludzie próbują postawić kawę na meblu wartym więcej niż ich samochód.
— W takim razie dobrze się rozumiemy.
Nie wyglądał na człowieka, który potrzebuje, żeby się z nim dobrze rozumieć. Miał podwinięte rękawy koszuli, na przedramieniu smugę ciemnego pyłu i dłonie, których nie dało się pomylić z dłońmi kogoś, kto całe dnie spędza przy klawiaturze. Włosy, wilgotne od deszczu, opadały mu na czoło. Nie próbował ich odgarnąć.
Lidia przedstawiła się, podała nazwę sieci wnętrzarskiej i wyjaśniła, że odpowiada za kampanię o lokalnym rzemiośle. Brzmiała rzeczowo. Zawsze brzmiała rzeczowo, nawet gdy od siedmiu tygodni jadła kolacje nad laptopem i nie pamiętała, kiedy ostatnio wróciła do domu bez służbowego telefonu w dłoni.
— Zdjęcia miały być już rozładowane — powiedziała, zerkając na ekipę.
— Miały — odparł Patryk. — A potem pogoda postanowiła wziąć udział w kampanii.
Na zewnątrz kierowca dostawczaka próbował podjechać bliżej bramy. Koła zamieliły w wodzie. Fotograf, zerkając na zegarek, mruknął coś o świetle, które uciekało. Lidia poczuła, jak znajomy ucisk zbiera się pod mostkiem: kolejne przesunięcie, kolejny telefon do centrali, kolejne „czy da się to jakoś obejść?”.
— Dajmy im dziesięć minut — powiedziała. — Jeśli nie wjadą, przeniesiemy część ujęć do środka.
— Niektóre rzeczy lepiej robić bez pośpiechu — zauważył Patryk.
— W marketingu to zdanie zwykle pada tuż przed przekroczeniem terminu.
— A w renowacji zwykle tuż przed zniszczeniem czegoś, czego nie da się odkupić.
Mówił lekko, ale spojrzenie zatrzymał na niej chwilę dłużej, jakby sprawdzał, czy przyjmie tę uwagę jako żart. Lidia odwróciła się do fotografa i poprosiła o plan ujęć. Znała go niemal na pamięć: warsztat, narzędzia, detale pracy, gotowe meble. Wszystko zatwierdziła w piątek, między rozmową z działem prawnym a prezentacją dla zarządu. W folderze projektu każdy plik miał nazwę, datę i status. Tak przynajmniej powinno być.
Deszcz nie odpuszczał. Kiedy ekipa rozłożyła sprzęt pod zadaszeniem, Lidia podtrzymywała jedną lampę, a Patryk przesuwał komodę o kilka centymetrów, by światło wydobyło rysunek forniru. Pracowali obok siebie bez zbędnych słów. On wiedział, gdzie mebel zniesie nacisk. Ona potrafiła przewidzieć, co będzie dobrze wyglądało na ekranie telefonu. Ich ręce spotkały się przy krawędzi szuflady; Lidia cofnęła swoją pierwsza, choć nie było ku temu powodu.
— Pani też pracuje przy renowacji? — zapytał.
— Przy kampanii. To bardziej naprawianie rzeczy, które zepsuły się w prezentacji.
— Brzmi jak praca bez wolnych wieczorów.
— Nie pamiętam ostatniego.
Powiedziała to, zanim zdążyła ułożyć odpowiedź, którą można by bezpiecznie wypowiedzieć przy obcym człowieku. Patryk nie zrobił z tego pocieszenia ani pytania. Wsunął szufladę na miejsce i przyjrzał się szczelinie między nią a frontem.
— Ja biorę zlecenia w całej Polsce — powiedział po chwili. — Gdańsk, Wrocław, czasem jakieś miasteczko, którego nazwy nie umiem później wymówić. Dobrze jest nie siedzieć długo w jednym miejscu.
— Z wyboru?
— Na początku tak.
Odpowiedź została między nimi, niedokończona jak rozmowa, do której nie dostała jeszcze zaproszenia. Lidia nie dopytała. Wiedziała, jak brzmią pytania zadawane tylko po to, żeby zapełnić ciszę, i jak łatwo potem żałować, że się je zadało.
Po południu deszcz zelżał. Ekipie udało się rozładować resztę sprzętu, a fotograf zaczął przeglądać kadry na monitorze. Lidia stała obok, notując poprawki: mniej cienia przy narzędziach, przesunąć lampę, zdjąć metkę z uchwytu. Patryk podszedł od strony stołu, wycierając dłonie w szmatkę.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie komody o głębokim, orzechowym kolorze. Lidia rozpoznała ją z materiałów przygotowanych do kampanii: w katalogu była podpisana jako „odnowiona przez lokalnego rzemieślnika”. Kadr pokazywał subtelne pęknięcie na blacie, które w wersji reklamowej zniknęło po retuszu.
Patryk przestał wycierać ręce.
— Skąd macie to zdjęcie?
Fotograf zerknął na Lidię. Poczuła, że coś w niej opada — nie gwałtownie, raczej jak źle zamocowana półka.
— To było w materiałach do kampanii — powiedziała. — Zostało przesłane przez agencję.
— To moje zdjęcie. Robiłem je do portfolio pracowni. Nie dawałem zgody na reklamę.
Lidia otworzyła laptop. Po chwili znalazła umowę, potem listę załączników, potem mail z piątku, który zatwierdziła między dwoma spotkaniami. W dokumentach nie było zgody. Nie było jej też w korespondencji, choć sama zaakceptowała projekt do dalszej produkcji.
W pracowni znów odezwał się deszcz, cichszy teraz, ale wyraźny w przerwie po słowach Patryka.
— Wstrzymuję publikację — powiedziała. — Wszystkich materiałów z tymi zdjęciami. Dziś wyjaśnię, skąd trafiły do agencji, i prześlę panu pełną informację. Nie będę udawać, że to drobne niedopatrzenie.
Patryk patrzył na nią bez uśmiechu. Pył osiadł na jego koszuli, na jej płaszczu, na ekranie laptopa. Lidia zamknęła go dopiero wtedy, gdy wysłała wiadomość z poleceniem wstrzymania kampanii.
— Będziemy musieli zostać w kontakcie — dodała.
— Wygląda na to, że tym razem harmonogram nie jest po pani stronie.
— Tym razem musi być po pańskiej.
Przez moment żadne z nich się nie poruszyło. Potem Patryk odłożył szmatkę na stół, ostrożnie, z dala od odnowionego blatu.
— To proszę mi powiedzieć, co zamierza pani zrobić — powiedział.
Lidia spojrzała na niego, a potem na zdjęcie komody wciąż widoczne na monitorze. Miała już w głowie telefony, maile, przeprosiny i nazwiska osób, które będą próbowały znaleźć winę gdzie indziej. Po raz pierwszy tego dnia nie chciała jednak wyprzedzać następnego kroku.
— Najpierw sprawdzę, jak do tego doszło — odparła. — A potem naprawię to, co mogę.
Patryk skinął głową. Nie podał jej ręki. Zamiast tego odsunął monitor tak, by mogła lepiej zobaczyć zdjęcie.
Lidia pochyliła się nad ekranem. Na fotografii, obok komody, stała lampa z pękniętym abażurem; w jej firmowym katalogu lampa już nie istniała, a komoda wyglądała jak nowa.
— Zacznijmy od tego, co pani ma — powiedział Patryk. — A potem sprawdzimy, czego nie ma.
We wtorek wróciła do pracowni z wydrukami, laptopem i listą pytań, których nie zamierzała zadawać w pośpiechu. Przez pół dnia przeglądali foldery agencji, stare maile i wersje kampanii. Patryk rozpoznawał swoje prace po jednym uchwycie, sęku albo cieniu, który w retuszu ktoś uznał za zbędny. Lidia zapisywała każde użycie: katalog, post, baner, plik wysłany do punktów sprzedaży. Kiedy na ekranie pojawiła się kolejna fotografia, Patryk przysunął krzesło, żeby wskazać ledwie widoczną krawędź stołu.
— Tu. To nie jest nowy fornir.
— Wygląda jak nowy.
— Bo ktoś chciał, żeby wyglądał.
Wziął z blatu niewielki skrawek starego drewna i położył go obok zdjęcia. Przesunął palcem po jaśniejszej smudze.
— Stary fornir ma głębię. Widać, że był dotykany, przesuwany, naprawiany. Nowa łatka próbuje udawać, że nic się nie stało.
— Czyli różnica między renowacją a retuszem.
— W jednym i drugim można coś uratować. Tylko nie należy wmawiać ludziom, że to nigdy nie było uszkodzone.
Lidia spojrzała na niego, ale on już wrócił do zdjęcia. Jego ramię znajdowało się blisko jej ramienia. Czuła od niego zapach mydła, drewna i kawy, której tym razem nikt nie postawił na blacie.
Przez kolejne dni ich rozmowy układały się w rytm pracy. Patryk pokazywał jej meble, ona odczytywała z plików, gdzie i jak je wykorzystano. Gdy dzwoniła do przełożonego, zaciskała palce na telefonie tak mocno, że po rozmowie zostawały jej na skórze czerwone ślady. W środę Patryk zauważył to pierwszy.
— Jeśli jeszcze mocniej go pani ściśnie, będzie pan musiał zgłosić szkodę w sprzęcie.
Lidia rozprostowała dłoń.
— Mój szef właśnie zapytał, czy nie da się po prostu dogadać z panem „po ludzku”.
— A pani co odpowiedziała?
— Że sprawdzamy zakres użycia i że nie będę z panem negocjować zapłaty. Powinien pan porozmawiać z kimś niezależnym. Ja reprezentuję firmę po drugiej stronie sporu.
Żart zniknął z jego twarzy. Przez chwilę obracał w palcach ołówek, potem skinął głową.
— Dobrze, że pani to mówi.
— Nie chcę, żeby później wyglądało, że cokolwiek dostał pan za to, że… — Urwała.
— Że panią polubiłem?
Nie odpowiedziała od razu. W pracowni ktoś przesunął ciężką skrzynię; drewno zaskrzypiało o podłogę.
— Nie chcę, żeby musiał się pan zastanawiać, czy może odmówić.
— Tego akurat nie muszę się uczyć.
W czwartek przekonała się, że Patryk potrafił bez trudu mówić o cudzych meblach, a tracił głos przy własnych zobowiązaniach. Przyszła wiadomość od klienta, który chciał, by Patryk odnowił kredens przed świętami. Patryk przeczytał ją, po czym odłożył telefon ekranem do dołu.
— Nie odpowie pan? — spytała.
— Odpowiem.
— Kiedy?
— Kiedy będę wiedział.
— Przecież wie pan, ile to zajmie.
— Wiem, ile może zająć. To nie to samo.
Zwykle w tej chwili rzuciłby żartem. Tym razem tylko przesunął dłonią po karku. Kiedy dopytała, wzruszył ramionami.
— Mój ojciec podpisał kiedyś umowę, która miała postawić rodzinny zakład na nogi. Potem przyszły raty, odsetki i rzeczy, których nikt nie przewidział. Pamiętam, jak rozmawiał z bankiem przy kuchennym stole. Od tamtej pory stałe zobowiązania brzmią dla mnie jak drzwi, które zamykają się od zewnątrz.
Nie powiedział tego z goryczą. Raczej tak, jakby wciąż sprawdzał, czy tamten dźwięk nie rozlegnie się znowu.
— A jednak przyjmuje pan zlecenia.
— Pojedyncze. Takie, którym mogę spojrzeć w oczy.
Lidia pomyślała o wszystkich mailach, które wysyłała z dopiskiem „zajmę się tym”, nawet jeśli błąd popełnił ktoś inny. O tym, że łatwiej było wziąć winę na siebie, niż ryzykować, że ktoś nazwie ją osobą, przez którą coś się nie udało.
— Ja z kolei nie umiem odłożyć cudzej sprawy — powiedziała. — W pracy biorę wszystko, co spada ze stołu, zanim ktoś zdąży zauważyć, że w ogóle spadło. Potem jestem zła, że muszę to podnosić.
Patryk spojrzał na jej dłonie. Leżały płasko na stole, rozluźnione po raz pierwszy tego dnia.
— To musi być męczące.
— Jest. Ale bycie potrzebną bywa wygodniejsze niż przyznanie, że nie mam już siły.
Deszcz zaczął padać, kiedy zostali sami. Fotografa dawno nie było, pracownicy wyszli, a szyby pociemniały od wody. Lidia składała wydruki, Patryk podniósł z podłogi kartkę, która wysunęła się spod jej krzesła. Podał jej ją; ich palce zetknęły się na ułamek sekundy.
Żadne nie cofnęło ręki od razu.
Patryk spojrzał na nią, a ona poczuła, że mógłby ją pocałować. Że sama nie zrobiłaby nic, by temu zapobiec. Był tak blisko, że widziała jasny ślad po pyle na jego policzku. Uniosła dłoń, jakby chciała go zetrzeć, ale zatrzymała ją w połowie.
— Nie chcę, żeby moja zgoda na reklamę stała się ceną za cokolwiek między nami — powiedział cicho.
Lidia opuściła rękę.
— A ja nie chcę udawać, że pomagam panu po to, żeby potem mógł mi coś dać.
Zostali naprzeciw siebie, oddzieleni o kilka centymetrów i od kampanii — o całą sprawę, której nie mogli rozwiązać samym pragnieniem. Patryk pierwszy odwrócił wzrok. Wrócił do porządkowania narzędzi, a ona do papierów.
W piątek rano zadzwonił jej przełożony. Lidia słuchała, stojąc przy oknie. Kampania była gotowa, mówił. Firma nie mogła pozwolić sobie na opóźnienie. Materiały należało wypuścić, a zgodę załatwić później. Na razie wystarczyło nie eksponować nazwiska Patryka.
— Nie możemy tego zrobić — powiedziała.
— Możemy. I zrobimy. Masz dowody na zakres wykorzystania, prawda? To najpierw puśćmy kampanię, potem usiądziemy do ugody.
— Zgody nie ma.
— Nie komplikuj tego bardziej, niż trzeba, Lidio. To nie jest decyzja do podejmowania w pojedynkę.
Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Przez chwilę słyszała tylko własny oddech i deszcz, który znowu uderzał o parapet. Potem wróciła do stołu, gdzie Patryk czytał listę wykorzystanych zdjęć.
— Wypuszczą kampanię — powiedziała. — Mój przełożony uważa, że zgodę można załatwić później.
Patryk odłożył kartki.
— A pani co uważa?
Lidia mogła powiedzieć, że od początku była przeciw. Mogła zacząć od winy agencji, od braku dokumentów, od piątkowego pośpiechu. Zamiast tego spojrzała na niego.
— Pierwszą akceptację wydałam ja. Nie sprawdziłam praw do zdjęć. Zrobiłam to szybko, między spotkaniami, bo chciałam zdążyć z terminem. Dopiero potem zaczęłam sprawdzać.
Patryk milczał. Nie odwrócił się od niej, ale coś w jego twarzy stwardniało.
— Wierzę, że pani teraz próbuje to naprawić — powiedział. — Ale nie mogę budować z panią żadnej relacji, kiedy moja praca jest częścią kampanii, za którą pani odpowiada. Nie wiem, gdzie kończy się pani uczciwość, a zaczyna to, czego chce firma. I nie chcę zmuszać się, żeby zgadywać.
Lidia zacisnęła palce na telefonie. Tym razem zauważyła to, ale nie rozluźniła dłoni.
— Rozumiem.
— Mam nadzieję — odparł. — Bo nie mówię tego, żeby pani coś zmieniła dla mnie.
Kiedy wychodziła, deszcz zdążył namoczyć chodnik i rękawy jej płaszcza. W samochodzie trzymała kluczyki na kolanach, nie uruchamiając silnika. W głowie układała listę: zatrzymać publikację, zgłosić sprzeciw, zabezpieczyć korespondencję, przygotować się na konsekwencje. Wszystko miało nazwę i kolejność, jakby od tego mogło przestać boleć.
Do domu wróciła z telefonem pełnym wiadomości, na które nie odpisała, i pewnością, że mogła właśnie stracić zaufanie Patryka oraz zawodową przyszłość. Za oknem woda spływała po szybie cienkimi, krzywymi ścieżkami. Lidia nie włączyła światła.
W sobotę rano Lidia włączyła światło w kuchni i od razu zobaczyła na stole telefon, którego nie odłożyła poprzedniego wieczoru. Ekran rozjarzył się powiadomieniami. Nie sięgnęła po niego. Najpierw nastawiła wodę, wsypała kawę do filtra i usiadła przy laptopie w swetrze, który pamiętał jeszcze wczorajszy chłód samochodu.
Otworzyła formularz zgłoszenia. Wpisała, że zdjęcia Patryka Kłosa zostały wykorzystane bez udokumentowanej zgody, a ona sama zaakceptowała materiały, nie sprawdziwszy praw do ich użycia. Nie napisała, że działała pod presją. Nie dopisała, że agencja powinna była dostarczyć komplet dokumentów. Te rzeczy mogły być prawdziwe, ale żadna nie zmieniała jej podpisu pod akceptacją.
Dołączyła historię własnych decyzji i zażądała wstrzymania publikacji. Odmówiła podpisania finalnej wersji kampanii. W osobnym piśmie poprosiła, by wyłączono ją z rozmów o wynagrodzeniu dla Patryka. Nie chciała być jednocześnie osobą, która odpowiada za naruszenie, i tą, która ustala warunki jego naprawienia.
Przed wysłaniem przeczytała wszystko dwa razy. Palec zawisł nad przyciskiem. Jakby po drugiej stronie czekał próg, za którym nie będzie już mogła udawać, że wystarczy jeszcze jeden telefon i kilka godzin pracy, żeby żadna konsekwencja nie dotknęła jej osobiście.
Nacisnęła.
Odpowiedź przełożonego przyszła po dwudziestu minutach. Była krótka i chłodna. Internetową odsłonę kampanii wstrzymują do czasu wyjaśnienia sprawy. Wydrukowane materiały już powstały, a kwestia zapłaty pozostaje otwarta. Lidia przeczytała wiadomość, po czym odłożyła telefon ekranem do góry. Nie dopisała zapewnienia, że wszystko załatwi.
Do Patryka napisała tylko tyle, ile mogła powiedzieć bez naruszania niczyjej poufności: firma wstrzymała publikację w internecie, ale sprawa wydruków i wynagrodzenia nie jest rozwiązana. Nie obiecywała terminu. Dodała, że nie będzie prowadzić rozmów o jego zapłacie i że przekazała sprawę dalej. Nie prosiła, żeby jej wierzył ani żeby zrozumiał, dlaczego tak długo zwlekała.
Przez chwilę trzymała palec nad ekranem. Potem wysłała wiadomość i odsunęła telefon od siebie.
W niedzielę wróciła do pracowni po notes. Zostawiła go tam we wtorek, wsunięty między wydruki; dopiero rano, szukając numeru do klienta, przypomniała sobie, że nie ma go w torbie. Deszcz na moment odpuścił, ale chodniki wciąż lśniły mokrym połyskiem. Lidia szła z parasolem złożonym pod pachą, czując w kieszeni klucze, których co kilka kroków dotykała, jakby chciała się upewnić, że może w każdej chwili zawrócić.
Drzwi pracowni były uchylone. W środku pachniało drewnem i świeżo zaparzoną kawą. Patryk siedział przy stole, pochylony nad kartką. Obok leżał telefon, a na ekranie otwarta wiadomość. Kiedy usłyszał jej kroki, podniósł głowę.
— Przyszłam po notes — powiedziała.
— Jest na półce przy oknie. Pod katalogiem.
Nie ruszył się od razu. Lidia podeszła do półki i wyciągnęła notes. Zobaczyła, że na stole leży kilka kartek z nazwiskami klientów i terminami. Żadnych pojedynczych słów zapisanych na odwrocie paragonu, żadnego żartu zamiast odpowiedzi. Przy jednym nazwisku Patryk dopisał: „czwartek, potwierdzić do wieczora”.
— Ustala pan terminy? — zapytała.
Spojrzał na kartkę, jakby dopiero teraz zauważył, że zostawił ją na widoku.
— Próbuję. Klient nie może w nieskończoność czekać, aż ja łaskawie zdecyduję, czy potrafię powiedzieć, kiedy będę miał czas.
— Jak się pan z tym czuje?
— Głupio. — Kącik jego ust drgnął. — I trochę lżej.
Lidia przycisnęła notes do piersi. Przez kilka dni myślała, co mogłaby mu powiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak kolejny mail z wyjaśnieniem. Teraz wszystkie przygotowane zdania wydały jej się zbyt gładkie.
— Wstrzymali publikację w internecie — powiedziała. — Ale materiały są już wydrukowane. Nie wiem, co z nimi zrobią ani kiedy rozstrzygną sprawę wynagrodzenia. Nie mam teraz wpływu na rozmowy o tym. I nie chcę, żeby pan musiał uwzględniać mnie przy podejmowaniu decyzji.
Patryk patrzył na nią uważnie. Nie podziękował, nie powiedział, że wszystko będzie dobrze. Lidia poczuła, jak napięcie w jej karku nieco ustępuje. Nie musiała już zarządzać nawet jego reakcją.
— Dobrze — odparł. — Właśnie takiej informacji potrzebowałem.
Zamilkli. Za oknem samochód przejechał przez kałużę; woda rozprysnęła się po szybie pracowni i spłynęła cienkimi smugami. Patryk złożył kartkę z terminami na pół, po czym znów ją rozprostował.
— Bałem się pani — powiedział.
Lidia uniosła wzrok.
— Mnie?
— Nie tak, jakby pani miała zrobić coś strasznego. — Zatrzymał palec na jednym z zapisanych terminów. — Była pani najpierw przyjemnym tygodniem. Rozmową przy stole, kimś, kto widzi różnicę między naprawą a udawaniem, że nic się nie stało. A potem zaczęła pani znaczyć więcej. Pomyślałem, że jeśli pozwolę temu iść dalej, wszystko się pomiesza. Moja praca, pani decyzje, to, czego od siebie chcemy. Nie wiedziałem, jak to rozdzielić, więc uznałem, że najbezpieczniej będzie nie próbować.
Słowa nie brzmiały jak wyznanie wyćwiczone przed lustrem. Patryk mówił wolno, szukając ich tak, jak wcześniej szukał właściwego miejsca na łatę w starym fornirze.
— Ja też nie wiedziałam — przyznała Lidia. — Zwykle próbuję najpierw wszystko uporządkować. Nazwać, zamknąć, znaleźć rozwiązanie, zanim ktokolwiek zdąży mnie o coś poprosić. Przy panu chciałam zrobić to samo. Nawet z tym, co czuję.
— A teraz?
— Teraz chciałabym pana poznać poza pracą. Nie dlatego, że zatrzymałam kampanię. Nie dlatego, że pan mi coś zawdzięcza. I nie oczekuję, że po tej rozmowie będzie pan musiał cokolwiek wybrać.
Patryk opuścił wzrok na swoje dłonie. Na kciuku miał ciemny ślad po bejcy. Przetarł go materiałem, ale plama nie zniknęła.
— We wtorek idę po niezależną poradę w sprawie zdjęć — powiedział. — Bez pani i bez firmy. Chcę wiedzieć, na czym stoję, zanim podejmę decyzję. A jutro… jutro chciałbym pójść z panią na kolację. Bez rozmów o kampanii.
Lidia zamrugała. W środku coś, co od piątku trzymało się na włosku, powoli opadło na swoje miejsce.
— Właśnie zrobił pan plan na dwa dni naprzód?
Patryk wstał i obszedł stół. Nie spieszył się. Zatrzymał się przy niej na tyle blisko, by mogła cofnąć dłoń, gdy wyciągnął swoją.
— Tym razem naprawdę chciałem go zrobić.
Lidia spojrzała na jego rękę, na pył przy paznokciu i jasną smugę na kciuku. Położyła w niej swoją. Jego palce zamknęły się delikatnie, bez triumfu, bez obietnicy, której żadne z nich nie mogło jeszcze dotrzymać.
Wyszli z pracowni razem. Deszcz na chwilę ustał; powietrze pachniało mokrym brukiem, kawą z lokalu na rogu i rozgrzanym kurzem. Lidia wsunęła notes do torby, Patryk zamknął za sobą drzwi, a potem ruszyli chodnikiem w stronę Piotrkowskiej. Nie rozmawiali o tym, co zrobi firma z wydrukami ani ile potrwa wyjaśnianie sprawy. Te pytania nadal na nich czekały.
Spór nie zniknął. Nie stał się też miarą tego, kim mogli dla siebie być. Kiedy znowu zaczęło padać, Lidia otworzyła parasol. Patryk przysunął się pod niego, a ich dłonie pozostały splecione, choć chodnik był śliski i każde z nich mogło iść własnym tempem.