Bez cudzego podpisu
Rita chce tworzyć na własnych zasadach, nie pod nazwiskiem ojca. Gdy awaryjny dodruk zbliża ją do Borysa, musi zawalczyć o swój głos — i sprawdzić, czy potrafią słuchać siebie nawzajem.
— Nie tak, ten plik ma iść na spad — powiedziała Rita, zanim papier zsunął się ze stołu.
Złapała go w ostatniej chwili. W sali widowiskowej domu kultury w Iłży powietrze stało gęste jak klej, a wentylator pod sufitem obracał się z wysiłkiem, rozprowadzając głównie zapach kurzu i nagrzanych kabli. Rita odgarnęła z czoła ciemny lok. Srebrne bransoletki zadźwięczały, kiedy wygładziła próbny arkusz.
Na stole leżały projekty do sobotnich warsztatów: poskładane ziny, kolorowe odbitki, kartki z instrukcjami. Nie miały być równe jak katalog drukarni Bielińskich. Miały być krzywe, odważne i własne. Rita poprawiła jeden z egzemplarzy, aż jego grzbiet przestał sterczeć spod okładki. Potem odsunęła ręce. Nie wszystko trzeba było naprawiać.
— Próbujemy jeszcze raz od wejścia — zawołał ktoś ze sceny.
Na widowni kilka osób jęknęło. Piątkowa próba otwarcia weekendowego przeglądu twórczości amatorskiej przesuwała się w tempie urzędowego okienka pod koniec dnia. Mikrofon piszczał, ktoś szukał przedłużacza, a konferansjerka wachlowała się programem. Rita zerknęła na telefon. Wiadomość od ojca nadal była ostatnią w rodzinnej grupie: „Materiały będą gotowe. Nie martw się”.
Nie martwiła się. Tylko trzy razy sprawdziła, czy drukarnia potwierdziła odbiór plików.
Na sobotę zapisało się dwanaście osób. Rita chciała, żeby po warsztatach każdy wyszedł z czymś, co da się schować do kieszeni, a nie tylko z miłym wspomnieniem i zdjęciem na Facebooku domu kultury. To zlecenie miało być niewielkie, ale jej. Bez nazwiska ojca na fakturze, bez pytań, czy „na pewno chce się bawić w te swoje obrazki”.
Na scenie zapaliły się reflektory. Rita odwróciła się, kiedy konferansjerka zapowiedziała organizatorów i partnerów wydarzenia. Jej ojciec wszedł na podest w jasnej koszuli, z tą swobodą człowieka, który od lat wiedział, gdzie w pomieszczeniu znajduje się mikrofon.
— A teraz kilka słów od firmy Bielińscy Druk — powiedział. — Wspieramy młodych twórców, a szczególnie tych, którzy są nam bliscy.
Rita znieruchomiała z dłonią na krawędzi stołu.
Ojciec uśmiechnął się w jej stronę. Nie takim uśmiechem, który pyta. Raczej takim, który informuje, że wszystko zostało już uzgodnione.
— Po weekendzie Rita wraca do naszej firmy jako szefowa projektów. To dla nas ważny krok i cieszę się, że wreszcie będziemy mogli pracować razem.
Przez moment słyszała tylko buczenie wentylatora i cichy trzask stygnącej lampy. Potem sala zaczęła klaskać. Ktoś podniósł telefon, żeby nagrać tę chwilę. Rita zobaczyła na ekranie jego obudowę, potem własną twarz odbitą w czarnym szkle. Nie uśmiechała się.
Jej ojciec wciąż trzymał mikrofon. Znała tę minę: ciepłą dla ludzi, nieustępliwą dla niej. W domu jej „nie” od miesięcy nazywano fanaberią, a każdą rozmowę o własnych zleceniach kończono pytaniem, ile jeszcze będzie udawać, że nie ma gdzie wracać.
— Gratulacje! — zawołała kobieta z pierwszego rzędu.
Rita położyła arkusz na stole. Róg kartki zagiął się pod jej palcem.
Program przewidywał przerwę. Ludzie wstali, ruszyli ku wyjściu i stolikowi z wodą. Ktoś podszedł do ojca, ktoś inny klepnął Ritę w ramię, mówiąc coś o rodzinnej dumie. Nie odpowiedziała. Gdy próbowała zrobić krok, nagle zabrakło jej miejsca między stołem a sceną.
— Chcesz zostać czy wyjść za kulisy? — odezwał się mężczyzna obok.
Nie usłyszała, jak podszedł. Miał na sobie czarny T-shirt z wyblakłym nadrukiem i identyfikator techniczny przypięty krzywo do pasa. Był mniej więcej w jej wieku, może kilka lat starszy. Włosy przykleiły mu się do skroni, a na przedramieniu miał smugę czarnego kurzu. Nie patrzył na nią z litością. Patrzył tak, jakby odpowiedź naprawdę należała do niej.
Rita przełknęła ślinę.
— Za kulisy.
— Dobrze.
Nie spytał, co się stało. Odwrócił się i ruszył powoli, zostawiając jej dość miejsca, by mogła zdecydować, czy pójdzie za nim. Poszła.
Za sceną było chłodniej tylko o tyle, o ile chłodniejszy może być korytarz bez okien. Mężczyzna sięgnął po butelkę wody stojącą na skrzynce z kablami i podał jej ją bez komentarza. Rita odkręciła nakrętkę. Woda była letnia, ale pierwsze dwa łyki przyniosły ulgę.
— Garderoba jest pusta — powiedział. — Możesz tam posiedzieć.
Mały pokój pachniał pudrem, lakierem do włosów i starą tapicerką. Rita usiadła na krześle, wciąż ściskając butelkę. Mężczyzna został przy drzwiach.
— Borys — przedstawił się, jakby przypomniał sobie o podstawowych zasadach.
— Rita.
— Wiem. — Zerknął na jej identyfikator, przypięty do bluzki. — To znaczy, przeczytałem.
Kącik jej ust drgnął, choć nie był to jeszcze uśmiech. Borys skinął głową w stronę korytarza.
— Będę przy scenie, gdybyś czegoś potrzebowała.
Nie powiedział, że wszystko będzie dobrze. Rita była mu za to wdzięczna bardziej, niż chciała przyznać.
Została sama na kilka minut. Wystarczająco długo, by przestać słyszeć oklaski, ale nie dość długo, by przestać widzieć podniesiony telefon. Kiedy wróciła na korytarz, ojciec stał przy wyjściu z sali i rozmawiał z organizatorką. Dostrzegł ją, zakończył rozmowę i podszedł.
— Nie rób sceny — powiedział cicho.
— Nie robię.
— Materiały miały być wydrukowane na jutro. Jeśli tak ma wyglądać twoje podejście do firmy, nie będę dokładał do tej zabawy. Zmienisz zdanie — wydrukuję. Nie zmienisz — radź sobie sama.
Słowo „zabawa” trafiło celniej niż podniesiony głos. Ojciec odszedł, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Rita wróciła do stołu. Jej projekty wciąż tam leżały, zbyt równe, zbyt kolorowe, by udawać, że nic się nie stało. Wyjęła telefon i otworzyła listę punktów ksero w okolicy. O tej porze większość była już zamknięta. Mogła zadzwonić do organizatorki, zmniejszyć nakład, zmienić plan. Mogła też odpuścić, ale myśl o jutrzejszych pustych krzesłach sprawiła, że zacisnęła palce na telefonie.
— Masz jakiś plan? — zapytał Borys.
Stał przy stole, już bez butelki. W ręce trzymał zwinięty przedłużacz, jakby przyszedł tu tylko po niego.
— Jeszcze nie.
— W magazynku mamy papier i starą drukarkę. Nie obiecuję, że przeżyje więcej niż dwadzieścia stron.
Rita spojrzała na niego. Nie zaoferował, że załatwi sprawę. Nie wyciągnął telefonu, nie zaczął dzwonić za nią. Po prostu czekał.
— Pokażesz mi? — zapytała.
Borys odłożył przedłużacz. Jego palce musnęły jej dłoń, kiedy sięgał po leżący na stole próbny zin. Dotyk trwał krócej niż oddech, a jednak oboje na moment znieruchomieli.
— Jasne — powiedział. — Ale jeśli drukarka zacznie dymić, nie znamy się.
Rita schowała telefon do kieszeni i wzięła od niego swój projekt.
— Umowa stoi.
Następnego ranka magazynek okazał się wąski, zastawiony pudłami po dekoracjach i pachnący mokrym kartonem, choć od tygodni nie spadła porządna kropla deszczu. Borys zapalił światło. Żarówka zamigotała, a potem oblała półki żółtawą poświatą.
— Papier — powiedział, wskazując trzy paczki na dolnej półce. — Kserokopiarka — dodał, jakby przedstawiał jej pozostałych członków zespołu. — A tam jest przedłużacz, który działa, jeśli się go nie obrazi.
Rita zajrzała do pierwszej paczki. Papier był różny: biały, kremowy i kilka arkuszy błękitnego, który wyglądał na pamiątkę po jakimś szkolnym apelu.
— Z tego da się zrobić nakład dla dwunastu osób.
— A jeśli masz na myśli dwanaście osób, które chcą zabrać po trzy egzemplarze?
— Wtedy będziemy musieli przestać liczyć na drukarkę i zacząć liczyć na ludzi.
Borys uśmiechnął się krótko. Wzięli paczki do sali, gdzie sobotnie światło wpadało przez wysokie okna i stawało na podłodze jasnymi prostokątami. Upał już zdążył wejść do środka. Drzwi otworzyli na oścież, ale przeciąg poruszał tylko luźnymi kartkami na stole.
Kserokopiarka najpierw połknęła dwa arkusze, potem wydrukowała stronę z czarnym pasem przez środek. Borys zdjął obudowę, wsunął rękę do środka i coś przekręcił. Rita patrzyła na jego palce, umazane tonerem.
— Robisz to często?
— Naprawiam rzeczy, które nie powinny się zepsuć w najmniej odpowiednim momencie.
— Brzmi jak opis połowy mojego życia.
— Nie wiedziałem, że twoje życie jest kserokopiarką.
— Nie jest. Kserokopiarka przynajmniej czasem wydaje dokładnie to, co do niej włożysz.
Tym razem uśmiech został z nim dłużej. Po kilku próbach urządzenie zaczęło pracować, choć przy każdym większym pliku wydawało dźwięk, jakby miało dość zarówno papieru, jak i obecnych.
Uczestnicy przychodzili pojedynczo. Jedna dziewczyna przyniosła szkic psa, który wyglądał jak mały, bardzo poważny człowiek. Chłopak w koszulce lokalnego klubu narysował mapę drogi do domu, na której największym punktem był sklep z lodami. Rita rozkładała nożyczki, klej i kolorowe ścinki. Borys pilnował, żeby nikt nie zahaczył o kabel, a kiedy kopia wychodziła przekrzywiona, układał arkusze od nowa z cierpliwością chirurga.
W południe usiedli na schodku za salą. W cieniu było tylko trochę lżej. Rita piła wodę z plastikowej butelki; zakrętka przyklejała się do palców od potu.
— Lubię ten moment — powiedziała, patrząc przez otwarte drzwi na dziewczynę, która właśnie pokazywała komuś swój rysunek. — Zanim zacznie tłumaczyć, że to głupie. Przez sekundę po prostu jest zadowolona, że zrobiła coś własnego.
Borys przesunął butelkę po schodku, żeby nie stoczyła się na dół.
— Słuchasz ludzi, kiedy mówią o tym, co lubią.
— A ty nie?
— Wolę wiedzieć, który kabel odpowiada za światło. Kable nie oczekują, że będę miał coś mądrego do powiedzenia.
— To muszą być bardzo wygodne rozmowy.
— Są krótkie.
Spojrzała na niego. Na skroni miał ciemny ślad potu, a na przedramieniu znów pojawił się kurz, choć dopiero co go starł. Przez chwilę wyglądał na gotowego powiedzieć coś jeszcze. Potem odkręcił butelkę i wypił kilka łyków.
— Łatwo wybucham — odezwał się po chwili. — Zwłaszcza kiedy widzę, że ktoś wykorzystuje to, że druga osoba nie ma takiej pozycji albo nie chce robić awantury.
Rita pomyślała o ojcu na scenie, z mikrofonem w dłoni. O własnym milczeniu, które inni pomylili ze zgodą.
— I dlatego dziś się powstrzymujesz?
— Przy tobie potrafię się zatrzymać i posłuchać. — Zerknął na nią. — Ale nie chcę, żebyś uznała, że masz mnie naprawiać. Ani że jesteś lekarstwem na mój temperament.
— Nie mam nawet uprawnień do obsługi kserokopiarki.
— To akurat widać.
Szturchnęła go lekko ramieniem. Nie odsunął się. Przez moment siedzieli tak blisko, że czuła ciepło jego skóry przez cienki materiał koszulki. Potem zza drzwi dobiegło pytanie o zszywacz i schodek znów stał się tylko schodkiem.
Praca ruszyła szybciej po południu. Uczestnicy wycinali, składali i dopisywali własne zdania na marginesach. Kiedy dziewczyna od psa wręczyła Ricie gotowy zin, Borys stał obok, trzymając stos równych kartek. Ich dłonie zetknęły się przy odbiorze. Tym razem żadne z nich nie cofnęło ręki od razu.
Wtedy w drzwiach pojawił się ojciec Rity.
Miał na sobie tę samą jasną koszulę co poprzedniego wieczoru, teraz rozpiętą pod szyją. Rozejrzał się po sali: po krzywych zszyciach, resztkach papieru i dzieciach pochylonych nad stołem.
— Widzę, że sobie radzicie — powiedział. — Mam samochód. Zabiorę materiały do drukarni, puścimy porządny nakład. Wystarczy, że potwierdzisz to, co powiedziałem wczoraj. Nie będziemy robić z tego większej sprawy.
Rita odłożyła zin. Wiedziała, co chce odpowiedzieć. Wiedziała też, że ojciec nie przyszedł po odpowiedź, tylko po zgodę.
— Daj jej spokój — powiedział Borys.
Podniósł głos. Nie krzyczał, ale w sali zapadła cisza. Dziewczyna z rysunkiem psa przestała ciąć papier. Ojciec Rity spojrzał na Borysa, potem na córkę.
— To rozmowa rodzinna.
— Nie — powiedziała Rita.
Jedno słowo wyszło cicho, ale jej własnym głosem. Ojciec odwrócił się ku niej.
— Sama sobie utrudniasz. W drukarni jest miejsce dla ciebie. Mogę wydrukować te materiały, ale nie będę udawał, że piątkowa oferta nie padła.
— Nie wracam do firmy. I nie potrzebuję, żebyś drukował moje rzeczy.
Ojciec zacisnął usta. Przez krótką chwilę wyglądał nie jak człowiek z mikrofonem, lecz jak ktoś, kto nie potrafi znaleźć właściwego zdania. Potem skinął głową i wyszedł.
Rita odprowadziła go wzrokiem. Kiedy odwróciła się do Borysa, jego twarz była napięta, a dłonie zaciśnięte na stosie papieru.
— Nie rób tego więcej — powiedziała.
— Rita, ja tylko…
— Nie występuj w moim imieniu. Nie prosiłam cię o to.
— Wiem. Powinienem był zaczekać.
Nie próbował się usprawiedliwiać. To powinno ją uspokoić. Zamiast tego poczuła, jak coś w niej opada, jak kartka wsunięta do źle ustawionej szuflady.
— Przed chwilą powiedziałeś, że przy mnie potrafisz słuchać.
Borys spuścił wzrok na papier. Na jednym arkuszu jego kciuk zostawił szary ślad.
— Właśnie powtórzyłem to, przed czym chciałem cię ochronić.
Rita chciała powiedzieć, że rozumie. Że wie, dlaczego się wtrącił. Że przez chwilę, kiedy ojciec wszedł do sali, ulżyło jej, że Borys stoi obok. Tyle że ulga nie była zgodą, a wdzięczność nie mogła stać się kolejnym rodzajem długu.
— Potrzebuję dokończyć warsztaty — powiedziała.
Borys skinął głową i odłożył papier. Nie zapytał, czy ma zostać. Nie próbował dotknąć jej ramienia. Po prostu odszedł do korytarza, zostawiając przejście wolne.
Rita wróciła do stołu. Dziewczyna z psem ostrożnie położyła przed nią swój zin. Na okładce krzywo napisała: „Mój, nie poprawiać”. Rita przejechała palcem po zszytym brzegu, nie zmieniając ani jednego słowa.
Za otwartymi drzwiami Borys przesunął skrzynię z kablami. Metal zgrzytnął po podłodze. W sali było za gorąco, a między nimi zrobiło się nagle za dużo miejsca.
Rita dokończyła warsztaty bez niego. Nie dlatego, że chciała mu coś udowodnić, tylko dlatego, że przy stołach czekały osoby, które przyszły zrobić własne rzeczy. Zszywała okładki, podawała nożyczki, pytała, czy ktoś chce jeszcze jeden arkusz. Kiedy po ostatnim uczestniku w sali zostały ścinki papieru i kubki po herbacie, nie czuła już złości. Raczej zmęczenie, pod którym coś twardego powoli przestawało ciążyć.
Borysa nie było w domu kultury, kiedy zamykała magazyn. Jego krzywo przypięty identyfikator leżał na skrzyni z kablami. Rita nie wzięła go do ręki. Wyszła na wieczorne powietrze, które wciąż było ciepłe, ale nie stało już w miejscu.
W niedzielę przyszła wcześniej. Na stołach rozłożyła prace uczestników: ziny o psie wyglądającym jak surowy nauczyciel, o drodze do domu z lodziarnią zaznaczoną grubą kreską, o rzeczach, których autorzy nie umieli powiedzieć na głos. Nie miały jednakowych okładek ani prostych grzbietów. Każdy egzemplarz trzeba było wziąć do ręki, żeby zobaczyć, jak został złożony.
Młodsi uczestnicy przyklejali do ściany swoje rysunki, starsi pomagali przy składaniu. Rita przesuwała stoły, odklejała taśmę od palców i co chwilę sprawdzała, czy wystawa nie wygląda zbyt skromnie. Potem zauważyła, że właśnie o to chodzi: niczego nie udawała. Nie było wydrukowanego nakładu, firmowego logo ani obietnicy, że ktoś załatwi sprawę za nią. Były prace, które powstały w tej sali, i ludzie, którzy chcieli je pokazać.
Ojciec czekał na nią w korytarzu, przy oknie wychodzącym na podwórze. Nie miał marynarki. Jasną koszulę z niedzieli zmięła mu się przy pasku, a w dłoni obracał kluczyki do samochodu.
— Możemy porozmawiać? — zapytała.
Skinął głową. Weszli do małego pokoju obok sali, gdzie stały dwa krzesła i składany stolik. Z korytarza dochodziły głosy uczestników, ale nikt nie mógł ich widzieć.
Rita usiadła dopiero, kiedy ojciec usiadł pierwszy. Przez chwilę oboje patrzyli na pusty stolik.
— Chcę ci podziękować za pożyczkę na sprzęt — powiedziała. — Wiem, że wtedy mi pomogłeś. Nie chcę udawać, że to się nie liczy. Przygotowałam plan spłaty. Co miesiąc stała kwota, od pierwszego października. Jeśli dostanę dodatkowe zlecenie, dołożę więcej. Mogę ci wysłać wszystko na piśmie.
Wyjęła z torby kartkę z rozpisanymi kwotami. Złożyła ją na pół, żeby nie zajmowała całego stolika, i przesunęła w jego stronę.
Ojciec nie sięgnął po nią od razu.
— Nie musisz tego robić w takim pośpiechu.
— Wiem. Ale chcę, żebyśmy rozmawiali o pożyczce jak o pożyczce, nie jak o powodzie, dla którego mam wrócić do firmy.
Przesunął palcem po krawędzi papieru. Nie wyglądał na obrażonego. Wyglądał na człowieka, któremu odebrano gotową odpowiedź i który jeszcze nie znalazł nowej.
— Myślałem, że to będzie dla ciebie dobry początek — powiedział. — Stanowisko, własne projekty…
— Wiem, że tak myślałeś. Ale nie obejmę tego stanowiska. Nie wrócę do drukarni.
Nie dodała, że może kiedyś, ani że przeprasza. Własne słowa zabrzmiały spokojniej, niż się czuła. Ojciec w końcu wziął kartkę.
— Przeczytam. Porozmawiamy o kwocie.
— Dobrze.
Przez moment siedzieli naprzeciw siebie, z kartką między nimi. Rita nie czekała, aż powie, że rozumie. Nie musiał jej tego dawać, żeby mogła wyjść i dotrzymać własnej decyzji.
Kiedy wróciła do sali, Borys stał przy wejściu z koordynatorką wydarzenia. Miał czyste ręce i włosy jeszcze wilgotne, jakby dopiero co umył je w łazience dla personelu. Kiedy ją zobaczył, nie podszedł od razu. Najpierw zwrócił się do koordynatorki.
— Przepraszam za wczoraj. Podniosłem głos i zrobiłem z waszej sali miejsce na nasz spór. Nie powinienem był.
Kobieta przyjęła przeprosiny krótkim skinieniem. Borys odwrócił się do Rity.
— I ciebie też przepraszam. Wtrąciłem się, zanim zdążyłaś zdecydować, czy chcesz, żebym coś powiedział. To, że byłem zły, nie daje mi prawa mówić za ciebie.
Rita spojrzała na jego dłonie. Zwykle zawsze miały coś do roboty: trzymały kabel, poprawiały papier, usuwały przeszkodę z przejścia. Teraz leżały swobodnie przy bokach.
— Co zrobisz następnym razem? — zapytała.
— Jeśli poczuję, że zaraz zacznę za kogoś walczyć, odejdę na chwilę. Nie po to, żeby ukarać ciszą. Po prostu wyjdę, ochłonę i wrócę, kiedy będę umiał rozmawiać. A potem zapytam, czego ode mnie potrzebujesz.
Nie brzmiało to jak obietnica, że już nigdy się nie pomyli. Rita nie potrzebowała takiej obietnicy.
— Dziękuję, że wróciłeś — powiedziała.
W jego twarzy coś puściło, ledwie zauważalnie. Nie wyciągnął ręki. Zostawił jej przestrzeń, którą wczoraj sam zabrał.
Przed otwarciem ktoś z obsługi podał Ricie mikrofon. Wzięła go, a srebrne bransoletki zadźwięczały o siebie. Kiedy zobaczyła ojca z tyłu sali, palce zacisnęły się na obudowie. Bransoletki zadrżały razem z nimi.
Mogła oddać mikrofon komuś innemu. Zamiast tego spojrzała na ludzi przy stołach: na dziewczynę z psem, na chłopaka, który zaznaczył sklep z lodami, na kartki przyklejone krzywo do ściany.
— Dziękuję, że przyszliście — zaczęła. Głos miała trochę cieńszy, niż chciała, ale nie zamilkła. — To są prace zrobione tutaj, w ten weekend. Każda jest inna i żadna nie musiała być idealna, żeby zasługiwała na miejsce na tej ścianie. Chcę dalej prowadzić takie warsztaty. Nie wracam do rodzinnej drukarni. To moja decyzja, nawet jeśli jeszcze nie wiem, jak dokładnie będzie wyglądał następny krok.
W sali nie zapadła wielka, uroczysta cisza. Ktoś przesunął krzesło, ktoś kichnął. Potem zaczęły się oklaski. Rita odłożyła mikrofon i poczuła, jak palce powoli odzyskują czucie.
Ojciec nie podszedł do niej od razu. Został z tyłu, obejrzał kilka zinów, a potem powiedział coś dziewczynie, która wyjaśniała mu, jak składała okładkę. Rita widziała jego profil ponad ramionami ludzi. Nie wiedziała, co będzie z nimi za tydzień ani za miesiąc. Wiedziała tylko, że tym razem nie cofnęła swoich słów, żeby ułatwić komuś przyjęcie ich do wiadomości.
Po wystawie sprzątali razem z Borysem. Składane krzesła stukały o siebie, rolka taśmy przykleiła się do jego rękawa, a ostatnie ziny schowano do kartonowego pudła. Kiedy zostali sami przy stole, Borys wytarł kciuk o spodnie.
— Mogę cię zaprosić we wtorek na kolację w Radomiu? — zapytał. — Bez żadnych drukarek, jeśli się uda.
Rita uśmiechnęła się, tym razem bez wysiłku.
— Tak.
— Tak, bo…?
— Bo chcę cię poznać. Nie dlatego, że pomogłeś mi. I nic ci nie jestem winna.
— Dobrze, że wyjaśniłaś. Bo planowałem zamówić coś droższego niż naleśniki.
— Nie przesadzaj z ambicjami.
Wyszli razem, kiedy wieczór zdążył ochłodzić chodnik i zapach rozgrzanego asfaltu. Z domu kultury wynieśli ostatnie pudło, po czym Rita zamknęła drzwi i sprawdziła klamkę. Bransoletki cicho zadźwięczały, kiedy schowała klucz do torby.
Nie obiecali sobie, że odtąd wszystko będzie proste. Borys szedł obok niej, nie przed nią, a kiedy ich ramiona otarły się na wąskim chodniku, żadne nie odsunęło się od razu. We wtorek mieli spotkać się w Radomiu. A jeśli przyjdzie trudniejsza rozmowa, wiedzieli już, że można zrobić krok w tył, odzyskać głos i wrócić.