Thriller

Ostatnia wizyta notariusza

Jeden telefon odwołuje wizytę notariusza u umierającej kobiety. Chwilę później z kancelarii spada człowiek, a każdy świadek skrywa coś, co może zmienić jej ostatnią wolę.

Ostatnia wizyta notariusza

— Nie zszywaj tego jeszcze — powiedziała Marzena Jastrzębska przez telefon.

Andrzej Szulc zatrzymał zszywacz nad plikiem i spojrzał na zegar. 15:30. W kancelarii od pół godziny nie działała klimatyzacja, a wilgoć po burzy wpełzła do środka przez uchylone okna. Papier przyklejał mu się do palców. Na biurku leżał projekt testamentu Stanisławy Janowskiej, wypis z księgi wieczystej i kartka z nazwiskami osób, które należało sprawdzić przed wyjazdem do szpitala.

— Mam przygotować dwa komplety? — zapytał.

— Jeden. Najpierw porozmawiam z panią Janowską. Sama zdecyduje, co podpisuje.

Andrzej odłożył zszywacz. Znał tę odpowiedź, ale i tak ją zapisał na marginesie. W kancelarii wszystko, co mogło później zostać zakwestionowane, należało mieć na papierze. Nawet to, co brzmiało jak oczywistość.

Za oknem słońce wychyliło się spod chmur i uderzyło w mokry asfalt dziedzińca. Światło odbijało się od kałuż tak ostro, że Andrzej musiał zmrużyć oczy. Z ulicy dobiegał szum opon, a z korytarza zapach kawy, która stała na podgrzewaczu od rana. Kancelaria mieściła się w przedwojennej kamienicy przy jednej z opolskich ulic, gdzie nowe tablice przy domofonach nie potrafiły przykryć łuszczącej się farby ani wilgoci w bramie. Na zapleczu było ciasno: dwa biurka, szafa z aktami i okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec.

Janowska leżała na oddziale paliatywnym. Z dokumentów wynikało, że wcześniej cały majątek zapisała siostrzenicy, Kai Kos, która od miesięcy się nią opiekowała. Teraz chciała uwzględnić również syna, Filipa Kamińskiego. Andrzej nie znał ich rodzinnych spraw. Wiedział tylko, że takie zmiany rzadko przychodzą bez historii, a w kancelarii historia zwykle mieściła się w jednej rubryce: stan cywilny, pokrewieństwo, adres.

Do drzwi zaplecza zapukała kobieta, zanim zdążył podnieść słuchawkę. Kaja Kos miała mokre końce włosów i jasny płaszcz przewieszony przez ramię. Nie wyglądała na osobę, która przyszła z ulicy w pośpiechu; raczej na kogoś, kto od kilku godzin przemieszcza się między szpitalem, samochodem i cudzymi sprawami. Podała Andrzejowi teczkę z dokumentami Janowskiej.

— To, o co pan prosił. Karta pobytu i dowód. Oryginały, proszę uważać.

Mówiła cicho, lecz pewnie. Andrzej sprawdził zdjęcie, numer i datę ważności. Kaja czekała, nie siadając. Na jej dłoni został czerwony ślad po uchwycie torby.

— Pani notariusz będzie dziś na oddziale około siedemnastej — powiedział. — Jeśli coś się zmieni, zadzwonimy.

— Proszę dzwonić wyłącznie do mnie. Nie na oddział.

Powiedziała to szybko, jakby odpowiadała na pytanie, które padło już wcześniej. Po chwili dodała:

— Tam jest zamieszanie, telefony są przekazywane między salami. Ciocia po lekach bywa zmęczona. Ja odbiorę i wszystko przekażę.

Andrzej wsunął dowód do teczki. Wydawało się to rozsądne. Szpital, dyżurki, ludzie wchodzący i wychodzący z sali; ktoś bliski mógł oszczędzić chorej niepotrzebnego dzwonienia. Zapisał numer, który Kaja podała, i powtórzył go na głos. Zgadzał się.

— Pani Jastrzębska będzie chciała porozmawiać z panią Janowską sam na sam — powiedział. — To standard.

Kaja skinęła głową. Przez moment patrzyła na teczkę, jakby sprawdzała, czy Andrzej czegoś do niej nie dołożył.

— Oczywiście. Tylko proszę pamiętać, że ciocia szybko się męczy.

Gdy wyszła, na korytarzu zadzwonił telefon. Andrzej wrócił do dokumentów. W rubryce dotyczącej majątku poprawił numer księgi wieczystej, potem zadzwonił do Marzeny z informacją, że oryginały są na miejscu. Usłyszał w słuchawce szelest kartek i klakson, jakby notariuszka rozmawiała z samochodu.

— Będę przed siedemnastą. Niech pan sprawdzi, czy mają aktualne zaświadczenie ze szpitala.

— Nie mamy. Kaja mówi, że ciocia jest przytomna.

Zapadła krótka cisza.

— Ja to ocenię na miejscu — odparła Marzena. — Proszę niczego nie obiecywać.

Rozłączyła się. Andrzej odłożył słuchawkę i zanotował godzinę rozmowy. Zza ściany dobiegł odgłos drukarki, potem czyjś kaszel. W kancelarii wracał zwykły rytm pracy: pieczątki, telefony, szuflady wysuwane z metalicznym zgrzytem. Na dziedzińcu woda kapała z rynny do plastikowego wiadra. Każde uderzenie miało ten sam odstęp.

Marcel Kalinowski wszedł na zaplecze bez pukania. Niósł papierowy kubek z kawą, z którego unosiła się para.

— Widziałeś moje klucze? — zapytał.

— Leżały przy ksero.

— Nie te. Od mieszkania.

Andrzej odwrócił się od komputera. Marcel miał twarz szarą od niewyspania, zarost nierówno przycięty i koszulę zapiętą pod samą szyję, choć w biurze było duszno. Od tygodni pożyczał drobne kwoty, najpierw z żartem, potem bez niego. Ostatnio wspomniał o długach i o tym, że człowiek czasem nie widzi wyjścia. Andrzej nie zapytał, ile jest winien. Nie chciał usłyszeć odpowiedzi.

— Nie widziałem.

Marcel upił kawy, skrzywił się i odstawił kubek na parapet.

— Jakby ktoś pytał, nie ma mnie.

— Kto miałby pytać?

Marcel nie odpowiedział. Spojrzał przez okno na dziedziniec. Z jego twarzy zniknęła na chwilę zwykła drażliwość; został tylko zmęczony, obcy wyraz. Potem wzruszył ramionami i wyszedł na korytarz.

Andrzej wrócił do pracy. Wpisał nazwisko Filipa Kamińskiego do projektu, wydrukował stronę z danymi i porównał ją z dowodem. Kiedy sięgnął po zszywacz, usłyszał z zewnątrz głuchy trzask.

Nie brzmiał jak upadający przedmiot. Miał w sobie ciężar, po którym na moment ucichły wszystkie inne dźwięki.

Andrzej wstał. Krzesło uderzyło o szafę. Na korytarzu ktoś powiedział: „Co to było?”, a potem rozległy się szybkie kroki. Andrzej podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec.

Marcel leżał na mokrym betonie, tuż pod ścianą. Jedna noga była podwinięta nienaturalnie, ramię rozłożone na bok. Obok niego przewrócił się kubek; kawa rozpływała się w deszczowej wodzie, cienka i ciemna. Andrzej poczuł, że jego palce zacisnęły się na framudze, zanim zdążył pomyśleć, żeby puścić.

Wybiegł na dziedziniec. Ktoś za nim krzyczał, żeby nie ruszać ciała. But poślizgnął mu się na mokrym kamieniu. Kiedy uklęknął obok Marcela, zobaczył otwarte oczy i krew rozcieńczającą się przy skroni. Nie dotknął go. Nie umiał znaleźć miejsca, w którym można by sprawdzić, czy jeszcze żyje, nie robiąc mu krzywdy.

Z góry, w zapleczu kancelarii, okno stało otwarte na oścież. Zawias poruszał się lekko na wietrze.

Ktoś zadzwonił po pogotowie, ktoś inny po policję. Andrzej usłyszał własny głos, gdy podawał adres, i nie poznał go. Myśl o wyjeździe do Janowskiej zniknęła pod obrazem ciała na betonie. Dopiero po chwili przypomniał sobie słowa Marcela o długach, wypowiedziane półżartem, jakby wcale nie prosił o pomoc.

Na górze, na biurku, leżał gotowy projekt testamentu. Obok niego kartka z numerem telefonu Kai Kos.


Andrzej zobaczył ją później, kiedy policjant kazał mu wrócić na zaplecze po dowód osobisty. Wcześniej siedział na schodach, z mokrymi rękawami i dłońmi, których nie potrafił rozprostować. Na dziedzińcu ratownicy przykryli Marcela folią. Deszcz ustał, ale z rynny nadal kapało do wiadra.

— Niech pan opowie od początku — powiedział młody funkcjonariusz. Miał mokre buty i notes oparty o przedramię. — Bez domysłów. Tylko to, co pan widział i słyszał.

Andrzej podał godziny: telefon od Marzeny, wizyta Kai, rozmowę z Marcelem, trzask. Przy słowie „okno” policjant przerwał i poprosił, żeby powtórzył, czy było otwarte wcześniej. Andrzej nie wiedział. Widział je dopiero po upadku. Na zapleczu pracował jeszcze drugi policjant, fotografował biurko, parapet i framugę, a potem przykleił taśmę do drzwi.

Marzena przyjechała przed szesnastą. Nie zdjęła płaszcza. Zatrzymała się przy wejściu do kancelarii, kiedy funkcjonariusz poprosił ją o opis relacji z Marcelem i o potwierdzenie, kto miał dostęp do zaplecza. Pytania zadawał spokojnie, bez pośpiechu. Właśnie ta spokojna kolejność sprawiała, że każda odpowiedź brzmiała jak coś, co można później zamknąć w protokole.

— Mieliśmy jechać do szpitala — powiedziała Marzena, zerkając na zegarek. — Pani Janowska czeka.

— Dzisiaj już nigdzie pani nie pojedzie — odparł policjant. — Musimy zakończyć czynności na miejscu.

Nie brzmiało to jak prośba. Marzena skinęła głową i zaczęła odpowiadać dalej.

Andrzej wrócił do swojego biurka dopiero wtedy, gdy policjant zezwolił mu zabrać telefon. Zadzwonił do kancelarii notarialnej piętro wyżej, tej samej, z której czasem pożyczali papier do drukarki. Odebrała sekretarka. Andrzej wyjaśnił, że Marzena nie może dojechać, a chora kobieta czeka na pilną czynność. Usłyszał szelest, potem głos mężczyzny, który przedstawił się jako notariusz Radecki.

— Nie mogę obiecać, że zdążę — powiedział. — Ale jeśli pacjentka jest świadoma i chce rozmawiać, możemy spróbować. Proszę tylko potwierdzić, że nikt nie odwołał wizyty.

Andrzej zamilkł.

Radecki sprawdził coś u siebie i powiedział, że rano ktoś dzwonił. Kobieta, przedstawiająca się jako osoba upoważniona przez rodzinę, przekazała, że Stanisława Janowska straciła przytomność i wyjazd nie ma sensu. Sekretarka wpisała tę informację do terminarza. Notariusz nie pojechał.

— Kto dzwonił? — zapytał Andrzej.

— Nie wiem. Numer jest w historii połączeń. Mogę panu odczytać.

Andrzej zapisał go na odwrocie kopii projektu. Potem wykręcił numer dyżurki oddziału paliatywnego. Czekał przy uchu, słuchając szumu i krótkich sygnałów, które wpadały jeden na drugi. Kiedy pielęgniarka odebrała, przedstawił się i powiedział, że dzwoni z kancelarii notarialnej w sprawie planowanej wizyty.

— Pani Janowska jest przytomna — odparła kobieta. — Rozmawiała przed chwilą z córką… znaczy z siostrzenicą. Pytała, kiedy przyjedzie notariusz.

Andrzej spojrzał na teczkę z dokumentami. Kaja prosiła, żeby dzwonić wyłącznie do niej. Nie na oddział. Powiedziała, że ciocia po lekach bywa zmęczona. Wszystko brzmiało rozsądnie, dopóki nie usłyszał, że pacjentka czeka.

— Kto przekazał państwu, że straciła przytomność?

— Nie wiem. To było chyba przez telefon do sekretariatu. Proszę porozmawiać z lekarzem, ja nie mogę udzielać takich informacji.

Rozłączyła się, zanim zdążył dopytać.

Funkcjonariusz prowadzący sprawę wysłuchał go bez przerywania, potem poprosił o numer. Nie powiedział, co o nim myśli. Zapisał go i polecił Andrzejowi zostać na miejscu.

Po chwili przyszła kolej na Filipa Kamińskiego. Nie zjawił się sam; policja skontaktowała się z nim wcześniej i kazała przyjechać. Był w ciemnej kurtce, z mokrym kołnierzem i twarzą człowieka, który nie spał całą noc. Na pytania odpowiadał krótko, ale kiedy policjant zapytał o Marcela, zacisnął szczękę.

— Kłóciliśmy się. O termin wizyty.

— Dlaczego?

— Bo chciałem wiedzieć, kiedy notariuszka przyjedzie do matki. Kaja niczego mi nie mówiła. Marcel też nie. Powiedziałem mu, że nie ma prawa załatwiać tego za nas.

Andrzej przypomniał sobie słowa Marcela o kluczach, o długach, o tym, żeby w razie czego mówić, że go nie ma. Filip przyznał, że pożyczył mu pieniądze kilka miesięcy wcześniej. Marcel oddawał je w ratach, nieregularnie. Ostatnio Filip przyszedł do kancelarii i zażądał zwrotu. Marcel odpowiedział, że nie będzie rozmawiał o pieniądzach przy świadkach. Wtedy padły ostre słowa. Filip nie pamiętał dokładnie których. Pamiętał za to, że Marcel rzucił: „Nie będziesz jej poganiał”.

To pasowało do wszystkiego zbyt łatwo. Kłótnia o pieniądze, kłótnia o testament, człowiek, który czuł, że traci kontrolę nad matką i spadkiem. Andrzej zauważył, że policjant również zapisał tę informację, a potem jeszcze raz zapytał Filipa, gdzie był przed piętnastą.

Kiedy funkcjonariusze odeszli, Andrzej wyjął kartkę z numerem od Radeckiego. Znał go. Nie dlatego, że miał dobrą pamięć do cyfr. Rozpoznał końcówkę, którą zapisywał po południu, gdy Kaja podała mu swój numer i kazała powtarzać, aż potwierdził, że się zgadza.

Poczuł ucisk pod mostkiem. Przez chwilę chciał wrócić do policjanta od razu, ale ten rozmawiał przez radio, a drugi fotografował klamkę przy wyjściu na dziedziniec. Andrzej czekał, patrząc na cyfry. Nie musiał już pytać, kto odwołał wizytę. Kaja zadzwoniła, podała się za osobę upoważnioną przez rodzinę i powiedziała, że Stanisława nie jest przytomna.

Przyszło mu do głowy, że to może być tylko spór o testament. Kaja chciała zatrzymać majątek, Filip chciał go dostać, a Marcel wplątał się w rodzinne porachunki, których nie rozumiał. Nie dowód. Jeszcze nie. Tylko kłamstwo, które miało odsunąć notariusza od chorej kobiety.

Funkcjonariusz wrócił z wydrukiem z kamery obejmującej wejście do kamienicy. Przysunął go Andrzejowi, nie pozwalając wziąć do ręki.

— Pan powiedział, że Kaja Kos wyszła przed upadkiem Marcela?

— Tak. Przyniosła dokumenty i wyszła.

— A potem już jej pan nie widział?

Andrzej przyjrzał się niewyraźnemu obrazowi. Na wydruku kobieta w jasnym płaszczu znikała za drzwiami, a kilka minut później wracała. Głowa pochylona, jedna ręka przy pasku torby. Godzina w rogu kadru: 15:37.

— Wróciła — powiedział policjant. — Tuż przed zdarzeniem.

Andrzej spojrzał na drzwi zaplecza, oklejone taśmą. W głowie usłyszał cichy, równy stuk wody wpadającej do wiadra. Potem przypomniał sobie czerwony ślad na dłoni Kai, kiedy podała mu teczkę. Nie wiedział, czy miało to znaczenie. Wiedział tylko, że kilka minut wcześniej widział ciało Marcela na betonie, a teraz kobieta, która skłamała o stanie Stanisławy, wracała na nagraniu do budynku, z którego miał spaść.

— Nie weszła po dokumenty — powiedział.

Policjant oderwał wzrok od wydruku.

— Skąd pan wie?

— Dokumenty zostały tutaj. Teczka leżała na biurku. Niczego nie zabrała. A jeśli chciała zatrzymać zmianę testamentu, wystarczało to, co zrobiła rano. Zadzwoniła do drugiej kancelarii i odwołała wizytę. Potem wróciła, kiedy wiedziała, że pani Jastrzębska i tak pojedzie do szpitala.

Nie dokończył. Zrozumiał już, zanim znalazł słowa. Kaja nie potrzebowała papierów. Potrzebowała czasu. Każdy telefon, każda minuta stracona na policję, każdy podpis pod protokołem oddalał Marzenę od łóżka Stanisławy. Marcel wiedział, że notariuszka miała jechać. Zobaczył Kaję wracającą na zaplecze i chciał ją ominąć, wysłać Marzenę natychmiast. Albo powiedział jej, że sam zadzwoni do szpitala. Wtedy Kaja musiała go powstrzymać.

Nie po to, żeby zdobyć testament. Po to, żeby testament nie zdążył powstać.

Policjant nie skomentował. Wziął wydruk i wyszedł na korytarz. Andrzej został przy biurku. Na ekranie komputera wciąż był otwarty projekt z nazwiskiem Filipa. Kursor migał w pustym polu, jakby ktoś czekał na brakującą datę.

O 16:53 Kaja weszła do kancelarii w tym samym jasnym płaszczu. Tym razem nie miała teczki. Zatrzymała się, kiedy zobaczyła funkcjonariusza przy drzwiach, i spojrzała na Andrzeja. Nie zapytała o Marcela. Nie musiała.

— Proszę pani — powiedział policjant. — Potrzebujemy wyjaśnić kilka rozbieżności. Pójdzie pani z nami.

— Ja już wszystko powiedziałam. Byłam tu wcześniej, przyniosłam dokumenty i pojechałam do szpitala.

— Kamera pokazuje, że wróciła pani o 15:37.

Kaja zacisnęła palce na pasku torby. Andrzej znów zobaczył czerwony odcisk na jej dłoni, teraz głębszy, wyraźny pod skórą.

— Pomylił się pan. Weszłam tylko na chwilę.

— Właśnie dlatego chcemy porozmawiać. I o telefonie do kancelarii notarialnej, który odwołał wizytę u pani ciotki.

Jej twarz nie zmieniła się od razu. Najpierw znieruchomiały usta, dopiero potem opadły ramiona. Zanim policjant zdążył zadać kolejne pytanie, Kaja zerknęła na drzwi prowadzące na dziedziniec. Jeden z funkcjonariuszy stanął jej na drodze.

W pokoju obok Andrzej słyszał tylko urywki rozmowy. Kaja mówiła, że Marcel był zdenerwowany, że chciał zrobić z niej złodziejkę, że nie powinien był wtrącać się w sprawy rodziny. Potem zapadła cisza, dłuższa niż poprzednie. Policjant powtórzył pytanie o okno.

— On już był przy nim — powiedziała Kaja. — Chciał wyjść na dziedziniec.

— A pani?

— Nie chciałam, żeby dzwonił do Marzeny.

— Co się stało?

— Złapał mnie za rękę. Odepchnęłam go.

Nie powiedziała, że to był wypadek. Nie powiedziała też, że chciała go zabić. Andrzej usłyszał szuranie krzesła, potem polecenie, żeby wstała. Funkcjonariusze zatrzymali ją na podstawie nagrania, jej zmieniających się zeznań i potwierdzonego połączenia do drugiej kancelarii. Ostateczna kwalifikacja śmierci Marcela miała zależeć od oględzin, sekcji i tego, co da się ustalić o jego upadku. Policjant, który wrócił na zaplecze, powiedział to bez podnoszenia głosu. Nie obiecał, że sprawa jest zamknięta.

W torbie Kai znaleźli złożone wezwania do zapłaty i kartkę z rozpisanymi ratami. Jej prywatne pożyczki nie miały nic wspólnego z kancelarią. Zaciągała je, bo liczyła na mieszkanie Stanisławy i pieniądze ze sprzedaży działki. Kiedy Andrzej usłyszał to od policjanta, przypomniał sobie, jak Kaja prosiła, żeby dzwonić tylko do niej. Nie chodziło o to, by oszczędzić cioci telefonów. Chodziło o to, by żaden głos spoza jej kontroli nie powiedział Stanisławie, że jest jeszcze czas.

Marzena złożyła zeznania przed siedemnastą. Na korytarzu oddała policjantowi wizytówkę i sprawdziła telefon. Nie zapytała, czy Kaja się przyznała. Zapytała, czy może jechać.

— Może pani — odpowiedział funkcjonariusz. — Proszę tylko nie rozmawiać z nią po drodze ani nie kontaktować się z rodziną w sprawie zeznań.

Marzena schowała telefon do kieszeni i wyszła. Jej samochód stał pod kamienicą, wzdłuż krawężnika, z kołem w kałuży. Kiedy ruszyła, przez chwilę została po niej tylko mokra smuga na asfalcie.


Andrzej pojechał do szpitala później, osobnym samochodem. Na oddziale pachniało płynem do podłóg i gotowanymi warzywami z kolacji. W dyżurce ktoś wpisywał ciśnienie do karty. Stanisława leżała przy oknie, pod cienkim kocem, z dłońmi na wierzchu. Otworzyła oczy, kiedy Marzena przedstawiła się i usiadła przy łóżku.

Rozmowa trwała krótko. Marzena mówiła spokojnie, bez pośpiechu, sprawdzając, czy Stanisława rozumie pytania i czy potrafi jasno wyrazić wolę. Pielęgniarka została za drzwiami. Filip czekał na korytarzu; nie wszedł, dopóki notariuszka go nie poprosiła. Andrzej stał przy ścianie i patrzył, jak Stanisława składa podpis. Litery drżały, ale imię i nazwisko dało się odczytać.

Nowy testament został sporządzony przed siedemnastą trzydzieści. Marzena zamknęła akt, sprawdziła jeszcze raz każdą stronę i schowała dokument do teczki. Stanisława nie pytała o Kaję. Filip nie powiedział, że Marcel nie żyje. Na korytarzu czekał telefon z kancelarii i kilka godzin czynności, których nie można było odwołać.

Kaja zabiła człowieka, którego Stanisława prawie nie znała. Nie dlatego, że Marcel stanął jej na drodze do majątku. Zabiła go, żeby kupić kilkadziesiąt minut ciszy przy łóżku chorej kobiety. Te minuty nie wystarczyły.

Kiedy Andrzej wychodził ze szpitala, na parkingu pracował silnik karetki. Ratownik przesunął nosze przez rozsunięte drzwi. Andrzej zatrzymał się przy automacie z kawą, wrzucił monetę i nacisnął przycisk. Kubek spadł do tacki z pustym, plastikowym stukiem. Za szybą ambulansu ktoś odsunął koc spod brody pacjenta. Nikt się nie odwrócił.

Pusta chłodnia
Sąd przy martwym pniu
Dym nad pustym silosem