Między dwoma torami
Gdy dźwiękowa instalacja sprowadza Klarę z powrotem do świata Augusta, dawna bliskość budzi się w miejscu pełnym echa. Czy odważą się zaryzykować więcej niż jedno wspomnienie?
— Nie, nie, nie — mruknęła Klara, przyciskając odklejającą się tabliczkę do metalowej ramy.
Klej puścił po raz trzeci. Kartonik z napisem «Dzwonek tramwajowy, 1912» zsunął się krzywo i zawisł na jednym rogu, jakby sam nie był przekonany, czy chce tu zostać. Klara wygładziła go kciukiem, a potem jeszcze raz sprawdziła, czy strzałka przy wejściu do hali prowadzi zwiedzających w dobrą stronę. Wieczorne otwarcie miało być kameralne. W praktyce oznaczało dwieście osób, trzy ekipy techniczne, jednego sponsora, który nie odpowiadał na maile, i trasę, którą należało przejść tak, by nikt nie potknął się o kabel ani nie pomylił wyjścia z toaletą.
Za wysokimi oknami Starej Zajezdni przy Świętego Wawrzyńca deszcz jeszcze spływał z rynien cienkimi strużkami. Ulewa przeszła nad Kazimierzem szybko i bez ostrzeżenia, zostawiając mokry bruk, ciemne plamy na murach i zapach rozgrzanego kurzu, który nagle stał się wyraźniejszy. Kiedy Klara wyszła na chwilę przed budynek, zobaczyła nad dachami podwójną tęczę. Intensywną, niemal bezczelną w swoich kolorach, jakby ktoś przesadził z nasyceniem.
Wyjęła telefon. Przez moment miała ochotę zrobić zdjęcie, ale ekran rozświetlił się, zanim zdążyła podnieść aparat.
Tomek: «To co z niedzielą? Przyjdziesz na obiad?»
Klara przesunęła kciukiem po powiadomieniu. Pod nim czekały dwie wcześniejsze wiadomości od brata, obie z tym samym pytaniem, tylko ubrane w różne żarty. Odpisała: «Dam znać wieczorem. Mam teraz urwanie głowy». To była prawda, choć nie cała. Na rodzinnych obiadach pojawiał się czasem ktoś, kto pytał, czy już «kogoś ma», jakby można było ten brak w życiu zaznaczyć na liście zakupów. Tomek nie pytał. Przynajmniej nie wprost.
Wróciła do hali, strzepując z rękawa krople. Długie, proste włosy w chłodnym odcieniu blondu przykleiły jej się do płaszcza. Związała je nisko, sprawnym ruchem, i sprawdziła plan zwiedzania. Jej twarz, delikatna i spokojna, często skłaniała ludzi do proszenia o przysługi tonem, jakiego nie używali wobec techników. Klara zwykle odpowiadała uprzejmie. Granice stawiała dopiero wtedy, gdy ktoś brał uprzejmość za zgodę.
Półtora roku temu też zbyt długo uznawała, że pewne rzeczy są oczywiste. Że wspólny dom, wspólni znajomi i wieczory spędzane przy jednym stole znaczą tyle, ile obiecywały. Potem jej partner zdradził ją z osobą z ich grona, a znajome miejsca zaczęły przypominać mapę, na której ktoś pozaznaczał pułapki. Od tamtej pory trzymała życie towarzyskie w poręcznych rozmiarach. Praca. Kilka sprawdzonych osób. Żadnych nowych komplikacji.
Przy starych torach rozległ się cichy trzask. Klara odwróciła się od tabliczki.
Mężczyzna przykucnął obok rynny, z mikrofonem na długim wysięgniku. Woda kapała z niej do metalowej miski, którą ktoś zostawił przy ścianie; każdy spadający strumień wydobywał z blachy krótki, czysty ton. Mężczyzna poprawił słuchawki i przesunął mikrofon o kilka centymetrów.
Klara znała tę pochyloną głowę. I tę kurtkę, której rękawy zawsze były odrobinę za długie.
— August?
Wyprostował się. Przez sekundę patrzył na nią bez uśmiechu, jakby jej imię miał na końcu języka, ale nie był pewien, czy powinien je wypowiedzieć. Potem zdjął słuchawki.
— Klara Mikołajczak — powiedział. W jego głosie pojawiła się dawna lekkość, choć nie cała dotarła do oczu. — Nadal pilnujesz, żeby ludzie nie weszli tam, gdzie nie trzeba?
— Ktoś musi. Nie widziałam cię od trzech lat.
— Wiem. — Zerknął na mikrofon, potem znów na nią. — Ulewa najwyraźniej uznała, że pora nadrobić zaległości.
Kiedyś August prawie mieszkał u Mikołajczaków. Siedział z Tomkiem w kuchni do późna, wyjadał z garnka sos, zanim zdążyli nakryć do stołu, i potrafił rozbroić każdego złośliwą uwagą. Klara pamiętała też, że jego śmiech zawsze rozchodził się po domu szybciej niż on sam. Teraz stał przed nią nieprzyzwoicie przystojny, z kilkudniowym zarostem i mokrymi kosmykami przy skroniach. Dawne przyzwyczajenie, by się przy nim rozluźnić, odezwało się w niej jak mięsień, który nie powinien już pamiętać tego ruchu.
— Myślałam, że otwarcie zaplanowano pod dachem — powiedziała, wskazując sprzęt.
August uniósł kącik ust.
— To dobrze. Pod gołym niebem zupełnie nie umiem dziś udawać artysty.
Zabrzmiało to jak żart, ale po chwili odwrócił wzrok i ponownie sprawdził poziom dźwięku. Na wyświetlaczu migała czerwona kreska. Klara przypomniała sobie mail z programem: instalacja dźwiękowa, autor August Czerwiński. Czytała go w pośpiechu, między prośbą o dodatkowe krzesła a fakturą za wynajem projektora. Nie skojarzyła nazwiska. A może skojarzyła i odsunęła myśl na później.
— To ty robisz instalację na dziś?
— Jeśli zdążę sprawić, żeby było ją słychać.
Przeszli do hali, gdzie August ustawił dwa niewielkie głośniki i rejestrator. Puścił próbkę nagrania. Najpierw dał się słyszeć deszcz szeleszczący o liście, potem odległy tramwaj, wreszcie pojedynczy głos — cichy, kobiecy, urwany na końcu zdania. W pustej zajezdni dźwięk odbił się od wysokiego sklepienia i wrócił do nich zamazany, jakby hala przejęła nagranie i nie chciała go oddać.
August zatrzymał odtwarzanie.
— Wczoraj w studiu brzmiało inaczej.
— Tu jest ogromny pogłos. Przy wieczornym tłumie może być jeszcze gorzej — powiedziała Klara. — Możemy przenieść odsłuch za filar albo do bocznej nawy. Tam jest mniej odbić.
— Pokażesz mi?
Pytanie było proste. Mimo to poczuła, jak coś w niej napina się pod żebrami. Kilka godzin sam na sam z Augustem nie mieściło się w jej starannie ułożonym planie dnia. Ani w planie na najbliższe miesiące.
— Mogę przejść z tobą trasę. Muszę tylko sprawdzić, czy jest dostępna dla zwiedzających i czy nie koliduje z ewakuacyjną.
— Jasne. Nie chcę, żeby ktoś musiał wybierać między sztuką a bezpiecznym wyjściem.
— Dobry początek.
Ruszyli między torami. Klara wskazywała miejsca, w których można było przystanąć, a August trzymał mikrofon blisko siebie, jakby nie ufał, że dźwięk zachowa się bez nadzoru. Przy bocznym przejściu zatrzymał się nagle. Ktoś zostawił na posadzce zwinięty przewód. Klara zdążyła postawić stopę na jego pętli, zanim przewód napiął się i pociągnął statyw w ich stronę.
August złapał wysięgnik, Klara chwyciła jego ramię. Przez krótką chwilę stali blisko, zaskoczeni hałasem metalowego sprzętu i własną bliskością. Pod palcami czuła ciepło jego skóry przez cienki materiał koszuli. On spojrzał na jej dłoń, potem na nią.
— Nadal łapiesz rzeczy, zanim zdążą narobić szkód — powiedział.
Klara puściła go pierwsza.
— To element pracy.
— A ja myślałem, że charakter.
Mógł powiedzieć to jak dawniej, z uśmiechem, który domagał się odpowiedzi. Tym razem zabrzmiało ciszej. Może dlatego Klara nie odsunęła się od razu.
Z głośników dobiegł urwany fragment nagrania. Głos kobiety zniknął pod echem hali.
— Potrzebuję kogoś, kto zna to miejsce lepiej niż ja — powiedział August. — I pomoże mi znaleźć ciche punkty. Sam mogę ustawić sprzęt, ale nie ułożę trasy tak, żeby ludzie naprawdę chcieli nią przejść.
Klara spojrzała na plan w swojej teczce. Potem na niego. Miał pod oczami cień zmęczenia, którego nie dało się zagłuszyć żartem.
— Dobrze. Przejdziemy wszystko od początku. Ale najpierw usuwamy ten przewód, zanim ktoś skręci sobie kostkę.
August skinął głową i podał jej jeden koniec. Ich palce zetknęły się na ułamek sekundy.
Klara wzięła od niego plan, nie dając sobie czasu na zastanowienie, czy właśnie zgodziła się tylko pomóc przy wydarzeniu.
— Najpierw warsztatowy korytarz — powiedziała. — Tam nie stawiamy niczego przy ścianie. Odpadająca farba i konserwator, który ma alergię na słowo «tymczasowo».
— A na «artysta»? — zapytał August, zwijając przewód.
— Zależy od artysty.
Ruszyli między odstawionymi tramwajami. Wysokie okna wpuszczały przygaszone światło, a mokre tory połyskiwały w nim jak cienkie linie narysowane na posadzce. Klara tłumaczyła, gdzie można zatrzymać grupę, których drzwi nie wolno otwierać i dlaczego przy starym wagonie zawsze zbierają się ludzie, choć nie ma tam niczego poza tabliczką z datą. August słuchał uważnie, lecz co kilka kroków przystawał, pochylając głowę.
— Tutaj — powiedział w końcu.
— Tutaj co?
— Kroki. Na mokrej kostce brzmią ostro, a metr dalej, przy ławce, robią się miękkie. Jakby ktoś zamykał za nimi drzwi.
Klara spojrzała na niego. Nie uśmiechał się. Przykucnął i przesunął dłonią nad kamieniem, nie dotykając go.
— Możemy puścić nagranie z głośnika za filarem — powiedziała. — Zwiedzający przejdą łukiem, nie będą musieli stawać przy torach. Ale tędy prowadzi trasa do wyjścia. Nie możemy jej zwęzić.
August spojrzał na plan, potem na przestrzeń przed nimi.
— To niech dźwięk nie prowadzi. Niech tylko czeka.
— Brzmi jak coś, co mówisz, kiedy nie masz pomysłu.
— Bo nie mam. — Wzruszył ramieniem, ale palce zacisnął na ołówku. — Albo mam za dużo, a każdy brzmi jak cudzy.
Wtedy zauważyła, że przestał żartować. Znała jego śmiech z kuchni rodziców, z wieczorów, kiedy z Tomkiem kłócili się o piłkę nożną i udawali, że nie słyszą, jak mama każe im ściszyć głosy. Nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała go tak nieruchomego.
— Nie musisz teraz wymyślić całej wystawy — powiedziała. — Wystarczy, że wymyślisz tę trasę.
— A jeśli ona będzie tylko poprawna?
— To ją poprawimy.
Popatrzył na nią, jakby właśnie powiedziała coś, na co nie pozwalał sobie liczyć. Potem skinął głową i zapisał parę słów na marginesie. Ruszyli dalej.
W warsztatowym korytarzu pachniało kurzem, mokrym drewnem i olejem. Klara pokazała mu ławkę, której nie wolno było przesuwać, oraz niski próg, o który potykali się nawet pracownicy. August odtworzył nagranie na małym głośniku. Kroki zabrzmiały najpierw zbyt blisko, potem, kiedy przeniósł urządzenie za drewnianą ławkę, rozeszły się w korytarzu jak czyjaś niepewna obecność.
— Nie dotykamy ławki — przypomniała.
— Nie dotykam.
— I nie stawiamy kabla na przejściu.
— Zaczynam podejrzewać, że nie ufasz artystom.
— Ufam. Przewodom mniej.
Tym razem jego uśmiech dotarł do oczu. Został na chwilę, ciepły i znajomy, a potem, ku jej zaskoczeniu, zupełnie nowy. Klara odwróciła się po plan, zanim zdążyła sprawdzić, co z nim zrobić.
Na dziedzińcu wiatr przegonił ostatnie krople z rynny. August nagrywał dźwięk wody spadającej do metalowej miski, a ona pilnowała, żeby statyw nie przesunął się na kamienny obrzeż. Ich ramiona zetknęły się, kiedy oboje sięgnęli po ten sam zacisk.
— Przepraszam — powiedział.
— Za co?
— Nie wiem. Odruch.
Klara podała mu zacisk. Ich palce spotkały się na chłodnym metalu i rozdzieliły dopiero wtedy, gdy nie było już powodu, żeby trzymać go razem.
Telefon zawibrował jej w kieszeni. Na ekranie zobaczyła imię byłego partnera. Nie odebrała od razu. August zerknął na nią, lecz niczego nie zapytał.
Wiadomość była krótka: znalazł jej pudełko z książkami i kilka rzeczy z łazienki. Kiedy może je odebrać? Klara odpisała, że w tygodniu ustalą termin. Kciuk przesunął jej się po ekranie, zanim trafiła w przycisk wysyłania. Dopiero gdy schowała telefon, zauważyła drżenie własnych dłoni.
— Wszystko w porządku? — zapytał August.
— Tak.
— Klara.
W jej imieniu nie było nacisku. Tylko miejsce, w którym mogła odpowiedzieć inaczej.
— Znalazł moje rzeczy. To wszystko.
August odczekał chwilę.
— Nie musisz mi mówić więcej.
— Właśnie dlatego mogę. — Oparła się o chłodny mur. — Najgorsze nie było samo rozstanie. Najgorsze było potem patrzeć na ludzi, których znałam od lat, i zastanawiać się, kto wiedział. Kto siedział naprzeciwko mnie przy kolacji, kiedy oni oboje już wiedzieli.
— Nie wiedziałem — powiedział August.
— Wiem. To nie o ciebie chodzi.
— Ale i tak sprawdzasz teraz, kto co wie.
Nie odpowiedziała. Za воротами прокотився трамвай, і дзвінок розітнув двір тонким металевим звуком.
— Після останньої виставки, — сказав він, — мені написали, що робота претензійна, але порожня. Я вирішив, що наступного разу не залишу жодного гострого кута. Місяцями згладжував усе, що придумував. Тепер не розумію, чи це я зробив цю інсталяцію, чи просто навчився вгадувати, чого від мене хочуть.
Клара дивилася на його руки: довгі пальці, олівець, затиснутий так сильно, що побіліла кісточка.
— Ти не мусиш доводити, що критик помилився.
— Я знаю. Тільки чомусь роблю саме це.
Вони повернулися до зали та ще раз пройшли маршрут. Зупинилися біля філару, перенесли гучномовець на безпечну відстань, позначили короткий обхід, який не перекривав виходу. Коли запис зазвучав утретє, голос жінки не загубився в луні. Він лишився тихим, але його можна було почути.
— Ось, — сказала Клара.
Август нічого не відповів. Дивився на неї так, наче хотів запам’ятати не тільки її обличчя, а й те, як вона вимовила це одне слово.
Тоді у дверях з’явився Томек із картонним стаканчиком кави й курткою, перекинутою через плече.
— Czyli jednak jesteście tu oboje — powiedział, przenosząc wzrok z siostry na Augusta. — Miałem tylko przywieźć klucze do zaplecza.
— Klara mnie ratuje przed własną instalacją — odparł August.
— Nie ratuję. Układam trasę.
Tomek skinął głową, jakby różnica była dla niego istotna. Potem spojrzał na brata przyjaciela, a następnie na Klarę. Nie było w tym spojrzeniu oskarżenia. Raczej ostrożność kogoś, kto zna oboje na tyle długo, by nie pomylić ciszy z brakiem sprawy.
— Jedna rzecz — powiedział. — Jeśli coś między wami się zacznie, nie róbcie ze mnie powiernika ani kuriera. Nie chcę przekazywać, kto co miał na myśli, ani siedzieć między wami, kiedy się pokłócicie.
— Nie planujemy się kłócić — powiedział August.
— To świetnie. Zazwyczaj pomaga.
Tomek podał Klarze klucze i wyszedł, nim zdążyła odpowiedzieć. Jego słowa zostały w hali dłużej niż odgłos kroków. Klara pomyślała o kuchni w rodzinnym domu, o stole, przy którym August zawsze miał swoje miejsce. O tym, że jeśli coś się między nimi rozpadnie, dom nie przestanie być jej domem, ale może przestać być prosty. Znów mogłaby wejść do niego i zastanawiać się, kto stoi po której stronie.
August odłożył ołówek.
— Nie chcę, żebyś musiała mnie naprawiać — powiedział. — Ani tej pracy. Ani mnie. Dzisiaj potrzebowałem, żebyś była obok, bardziej, niż powinienem.
— Nie naprawiam cię.
— Wiem. Ale jeśli zaczniemy od tego, że ty pomagasz mi uwierzyć we własną pracę, a ja przychodzę do ciebie za każdym razem, kiedy boję się ją pokazać… — Urwał. — To nie byłoby fair.
— Nie zamierzam o ciebie zabiegać tylko dlatego, że wreszcie przestałeś widzieć we mnie młodszą siostrę Tomka.
— Nie widzę w tobie jego siostry.
Powiedział to szybko. Zbyt szybko, by brzmiało jak pocieszenie. Klara poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, i nienawidziła, że zaraz potem przyszła ulga.
— Dobrze — powiedziała. — Bo ja nie chcę być kolejnym bezpiecznym miejscem, w którym możesz się schować przed tym, co naprawdę cię przeraża.
— A ja nie chcę być kolejnym człowiekiem, przez którego będziesz musiała sprawdzać, kto wiedział.
Mieli rację. To było najgorsze. Każde z nich umiało nazwać ryzyko, ale żadne nie umiało powiedzieć, że mimo wszystko warto je podjąć.
Z hali dobiegł sygnał od techników. Drzwi zaczęły się otwierać, przed wejściem gromadzili się pierwsi goście. Klara wzięła plan ze stołu. August wyciągnął rękę, lecz zatrzymał ją w pół drogi.
— Powodzenia z otwarciem — powiedział.
— Tobie też.
Ruszyli w przeciwnych kierunkach, bez kłótni, bez dotyku i bez obietnicy, że wrócą do rozmowy. Za plecami Klary rozległy się pierwsze kroki zwiedzających. Dźwięk instalacji ruszył w korytarz, cichy i wyraźny. Po raz pierwszy tego dnia nie wiedziała, dokąd prowadzi.
Pierwsza grupa ruszyła w stronę starych wagonów, a Klara została przy wejściu, z planem zwiedzania w dłoni. Przez kilka minut pilnowała, by nikt nie wszedł za barierkę, potem wskazała drogę starszemu małżeństwu, które szukało szatni. Robiła to, co umiała: odpowiadała spokojnie, rozwiązywała drobne problemy, kierowała ludzi tam, gdzie trzeba. Tyle że tym razem nie wypełniała każdej przerwy kolejnym zadaniem.
Kiedy mogła, słuchała. Kroki przesuwały się przez halę, rozmywały przy filarze, znikały w korytarzu. Z głośników płynęły dźwięki zajezdni — ciche, miejscami chropowate. Klara nie szukała wzrokiem Augusta. Nie pytała techników, czy coś zmienia, nie wymyślała sobie powodu, by przejść na drugą stronę sali. Pozwalała sobie pamiętać, jak patrzył na nią przed chwilą. Pozwalała sobie tęsknić, zamiast natychmiast zamieniać tęsknotę w listę spraw do załatwienia.
Przy jednym z wagonów dziewczynka w czerwonej kurtce pociągnęła mamę za rękaw.
— Mamo, słyszysz? Jakby ktoś szedł, ale go nie ma.
Matka pochyliła się, żeby jej odpowiedzieć, a Klara odwróciła głowę. Nie po to, by odnaleźć Augusta, tylko dlatego, że na moment coś ścisnęło ją pod mostkiem. Głos dziewczynki zniknął w gwarze, a instalacja trwała dalej.
Gdy ostatnia grupa przeszła przez halę, Klara zebrała plan i sprawdziła wyjście ewakuacyjne. Mogła jeszcze skontrolować zaplecze, poprawić jedną strzałkę, przejść trasę po raz kolejny. Zamiast tego odłożyła teczkę na stół.
Tomek czekał przy drzwiach z pękiem kluczy. Jego kubek po kawie był już pusty, zgnieciony w dłoni.
— Kończysz? — zapytał.
— Swoją zmianę, tak.
Tomek popatrzył na nią uważnie. Za jego plecami w hali technicy składali krzesła.
— O tym, co powiedziałem wcześniej… — zaczął.
— Wiem, że nie chciałeś mnie powstrzymywać.
— Chciałem tylko, żebyś nie musiała potem rozwiązywać wszystkiego przy rodzinnym stole.
Klara wsunęła długopis do kieszeni teczki. Miała ochotę zapewnić go, że nic się nie wydarzy. Byłoby łatwo, a nawet rozsądnie. Zamiast tego spojrzała mu w oczy.
— Cenię twoją przyjaźń z Augustem. Wiem, ile dla ciebie znaczy. Ale nie będę prosić cię o zgodę ani robić z ciebie pośrednika. To, co zdecyduję, będzie moje. Jeśli coś się nie uda, też będę musiała sobie z tym poradzić sama.
Tomek wypuścił powietrze nosem. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
— Dobrze. Bo nie mam talentu do pośredniczenia. Wiesz, jak się kończy, kiedy próbuję przekazać komuś wiadomość.
— Zwykle gorzej, niż gdybyś nic nie powiedział.
— Właśnie.
Pochylił się i krótko przycisnął policzek do jej skroni. Nie było w tym błogosławieństwa ani ostrzeżenia. Tylko braterska czułość, znajoma i niezależna od wszystkiego, co mogłoby się wydarzyć dalej.
W hali August siedział przy stole technicznym. Przed nim leżał notes z zapisanymi poprawkami, a na ekranie laptopa otwarty był plik z nagraniem. Kursor przesuwał się przez ścieżkę dźwiękową. Jeszcze jeden fragment do przycięcia, jeszcze jedno wygładzenie przejścia — i może przestanie słyszeć w tym wszystkim własne wahanie.
Za jego plecami ktoś z obsługi powiedział, że można już zamykać salę.
August spojrzał na zapisane wersje. Ostatnią, najdłużej dopieszczaną, odsunął na bok. Włączył krótszą kompozycję: krople deszczu, nagrane rano, uderzające o metalową miskę; przejazd tramwaju za bramą; kilka kroków na mokrej kostce. Potem cisza, której nie wypełnił kolejnym dźwiękiem.
W nagraniu zostało nierówne przejście. Kropla zabrzmiała głośniej, niż planował. Kiedyś poprawiłby to od razu. Tym razem położył dłonie płasko na stole i pozwolił utworowi dobiec końca.
Ostatni zwiedzający zatrzymał się przy wyjściu. Przez chwilę stał nieruchomo, potem skinął głową sam do siebie i wyszedł. August nie wiedział, co pomyślał. Nie musiał wiedzieć.
Kiedy drzwi hali zamknięto, Klara wyszła na dziedziniec. W szczelinach między torami wciąż stała woda, ciemna i gładka, odbijająca prostokąty okien. Deszcz przestał padać, ale z rynny nadal spływała pojedyncza kropla. Metalowa miska, którą rano ktoś podstawił pod ścianę, stała teraz odwrócona dnem do góry.
Usłyszała kroki za sobą. Nie odwróciła się od razu.
— Klara — powiedział August.
Kiedy spojrzała, miał w ręku słuchawki. Włosy wyschły mu nierówno, a na mankiecie koszuli widniała ciemna plama po wodzie.
— Wystawa się skończyła? — zapytała.
— Sala tak. Jeszcze nie wiem, czy wystawa.
Nie uśmiechnął się, żeby zamaskować odpowiedź. Klara poczuła, jak zdejmuje to z nich obojga ciężar udawania, że wszystko da się zamknąć jednym wieczorem.
— Wróciłem do krótszej wersji — dodał. — Jest niedoskonała. Zostawiłem ją taką.
— Słyszałam. Dobrze brzmi.
— Nie musisz mówić tego, żebym poczuł się lepiej.
— Nie mówię.
August spuścił wzrok na wodę między torami. Przez chwilę słychać było tylko odległy ruch ulicy i szelest sprzątanej hali.
— Nie chcę ci dziękować za uratowanie tej pracy — powiedział w końcu. — Nie uratowałaś jej. Pomogłaś mi zobaczyć, gdzie powinna być. Resztę musiałem zrobić sam.
Klara nic nie odpowiedziała. Czekała.
— Odsunąłem cię, bo łatwiej było mi chronić to, co już mieliśmy. Przyjaźń z Tomkiem, miejsce przy waszym stole, tę znajomość, w której wszystko było ustalone od dawna. Łatwiej było powiedzieć sobie, że nie chcę niczego komplikować, niż zapytać, czy ty też chciałabyś zbudować coś nowego. — Uniósł na nią wzrok. — A moje granice i moją pracę muszę umieć utrzymać sam. Nie chcę, żebyś miała mnie przekonywać, że warto robić to, co robię. Ani nosić za mnie tego, czego się boję.
W jego głosie nie było obietnicy, że od jutra przestanie wątpić. Tylko rozpoznanie rzeczy, które należały do niego. Klara poczuła, że może mu wierzyć właśnie dlatego, że nie próbował ofiarować jej pewności, której sam nie miał.
— Ja boję się, że ktoś znowu mnie zdradzi — powiedziała. — Ale nie tylko tego. Boję się, że będę tak zajęta pilnowaniem, żeby nikt mnie nie zranił, że sama odejdę, zanim dam komuś szansę. I potem nazwę to rozsądkiem.
August nie podszedł bliżej. Nie wyciągnął ręki, nie próbował skrócić dystansu za nią.
— Nie chcę, żebyś obiecywała, że się nie boisz — powiedział.
— Nie umiałabym.
Klara zrobiła krok w jego stronę. Potem jeszcze jeden. Woda drgnęła w szczelinie między torami, gdy jej but dotknął mokrego kamienia.
— W następnym tygodniu mam wolny wieczór — powiedziała. — Chciałbyś pójść ze mną na randkę? Nie na obiad do Tomka. Nie jako jego przyjaciel, który przypadkiem siedzi obok mnie. Ze mną.
August zamknął palce na słuchawkach, po czym puścił je.
— Tak — powiedział. — Chciałbym.
— To ja wybiorę miejsce.
— Dobrze.
— I nie obiecuję, że będę od razu bardzo swobodna.
— Ja nie obiecuję, że przestanę wątpić w swoją muzykę.
— Brzmi uczciwie.
Przez moment stali naprzeciwko siebie, jakby oboje czekali, czy nie pojawi się jeszcze jakiś warunek, który trzeba wypowiedzieć. Nie pojawił się. Klara wyciągnęła rękę. August spojrzał na nią, a potem ujął jej dłoń ostrożnie, bez pośpiechu. Jego kciuk musnął jej skórę. Nie był to gest, który coś załatwiał. Był pytaniem, na które oboje właśnie odpowiedzieli.
Wyszli razem przez bramę zajezdni. Za nią Kazimierz pachniał mokrym brukiem, a na ulicy przejechał tramwaj, dzwoniąc krótko na zakręcie. Klara nie wiedziała jeszcze, jak będzie wyglądał następny tydzień ani dokąd zaprowadzi ich pierwsza randka. Wiedziała tylko, że nie musi dzisiaj rozstrzygać całej przyszłości.
Jeden dzień nie nauczył ich ufać bez lęku. Wystarczył jednak, by przestali oddawać lękowi prawo do podejmowania wszystkich decyzji.